środa, 10 września 2014

Sztuka walki

Totalna blokada. Czy to jeszcze lenistwo, czy już depresja, a może po prostu zły dzień? Bywają jednak okresy, kiedy "złe dni" zamieniają się w tygodnie, tygodnie w miesiące. Wszystkiemu winien potwór zwany artblockiem, czyli blokadą twórczą.
Znam ludzi, którzy artblocka łapią zaledwie kilka razy w swoim życiu. Mnie zdarza się on mniej więcej raz na dwa lata, ale jeśli już, to totalnie. Zdolność do wszelkich działań, które wymagają inwencji twórczej – malowanie, rękodzieło, pisanie (to ostatnie z małymi wyjątkami, o czym świadczy niniejszy tekst, powstały z narastającego wkurwienia na siebie) – zanika na nieokreślony czas, jak gdyby wysiadły twórcze korki. Celne puenty stają się żałosne, pomysły na obrazy niespójne, wszystkie pomysły beznadziejne. Nawet medytacja, która poniekąd również jest działaniem twórczym, kończy się na niespokojnym kręceniu w miejscu z myślami na temat tego, co powinnam, a czego nie potrafię, w głowie. Gdyby nie to, że w swoim życiu mam jeszcze trochę bardziej formalnej pracy, niechybnie skończyłbym na kozetce u psychiatry. To wszystko zresztą naczynia połączone: moje słynne Stany Pod[depresyjne] wynikają często z twórczej blokady, twórcza blokada napędza poczucie beznadziei, Stan Pod narasta, koło się zamyka.
Podziwiam ludzi, którzy potrafią produkować sztukę niczym Warhol, od ręki, w krótkim czasie, na zamówienie. Wydają się nie przechodzić przez torturę związaną z poszukiwaniem dostatecznie dobrego pomysłu, idei trafiającej w aktualny nastrój i moment życia osoby tworzącej. Takie możliwości twórcze budzą podziw, ale w niektórych przypadkach ironiczny śmiech. Do znudzenia będę powtarzać, że kserowanie to żadna sztuka; to odtwórczość, nie twórczość; fabryczna praca, która nie wnosi nic wartościowego. To takie kalkowanie obrazków z gazet w podstawówce po wyznaczonych liniach, by potem zachwycać się dziełem sztuki, tylko level wyżej.
W moim przypadku: zamówienia? Kasa płynąca z zamówień? Niedoścignione marzenie. Jeśli trzeba coś namalować dla ukochanej bądź lubianej osoby, na prezent lub niespodziankę, takie malowanie nie stwarza większych problemów. Nie potrafię jednak stać się człowiekiem-instytucją tworzącą z fabryczną regularnością, z własną firmą, stroną internetową, flagowymi wyrobami. Kilkakrotne próby wejścia w rękodzieło kończyły się fiaskiem – moda na techniki rękodzielnicze zmienia się zbyt szybko, a możliwości finansowego wkładu własnego w materiały zawsze były za małe (zresztą żeby zainwestować, aby potem zarabiać, najpierw trzeba mieć CO inwestować). To chyba kolejny powód, dla którego zrezygnowałam z nauki na ASP – konieczność ciągłego tworzenia na zadany temat, według wyznaczonych reguł. Obok uświadomienia sobie różnic miedzy polskimi i angielskimi szkołami artystycznymi, o których wieści przynosili absolwenci mojej klasy w liceum.
Jednak nie samym malowaniem (lub jego próbami) człowiek żyje – gdyby tak było, rzeczony człowiek nie tylko polegiwałby regularnie na kozetce u psychiatry, ale i nie miałby wielu umiejętności i osiągnięć, którymi dziś może się pochwalić. I to jest poniekąd budujące, oraz mile łechta moją odwieczną potrzebę przynajmniej minimalnego fejmu. Teksty użytkowe piszę nie tylko na bloga (pfffff...), lądują one też co jakiś czas na kilku portalach społeczno-kulturalnych: można mnie czytać na homoseksualizm.org.pl (tak, też nie znoszę tej wykluczającej nazwy), czy – od święta – na queer.pl (to już nazwa w pełni inkluzywna). Gdzie mnie chcą, tam piszę, co jest owocem zajęć pozalekcyjnych z dziennikarstwa w podstawówce, kiedy to odkryłam, że pisanie też mnie jara i dobrze wychodzi. Oprócz tego, zaskakująco późno odkryłam drag kinging (pośrednio w konsekwencji trzyletniego, cennego doświadczenia w nienajgorszym i nie tak bardzo amatorskim teatrze), który stał się moją wyjątkową pasją, tym bardziej unikalną, że fachem tym para się zaledwie kilka osób w Polsce. Fejm jest, wyjazdy na występy po Polsce są, nowe znajomości też, hajs (przynajmniej czasami) się zgadza. Ale najlepsze jest uczucie wcielenia, całkowitego oddania się - co noc innemu mężczyźnie. Czasem Iggy, czasem Dave, czasami Enrique, innym razem autorski potwór gender. Siedzi we mnie zawsze. Drag to zresztą temat na osobny tekst, oraz temat kilku już powstałych tekstów.

Zawsze chciałam żyć estetycznie, otoczona pięknymi rzeczami, które wyrażałyby mój charakter. Nie chodzi przy tym o idealne mieszkanie, dopasowane przedmioty, ich wysoką cenę – wręcz przeciwnie. Ale stworzenie takiej przestrzeni wymaga paradoksalnie najwięcej czasu i samozaparcia, choć pieniądze też odgrywają istotną rolę. Frustruję się, że doprowadzenie mieszkania do porządku nie zależy finansowo ode mnie, frustruję się brakiem stałej pracy, możliwości wzięcia spraw we własne ręce, ciągłym poleganiem na ojcu, który wszystkie remontowe sprawy wiecznie odkłada na potem. Nie zostanę bohaterem we własnym domu, przynajmniej jeszcze nie teraz. Cholera.
Od trzech lat znów mieszkam w miejscu, do którego chciałam wrócić przez cały okres nastoletni, we własnym domu, w którym zawsze czułam się najlepiej. Pod warstwami farby ukrywają się tutaj moje rysunki z dzieciństwa – krzywe, malowane olejnymi pastelami zwierzęta o patykowatych nogach, dużych tułowiach i długich szyjach. Nie wiem, dlaczego już ich nie rysuję – może dziecięca wyobraźnia i sposób patrzenia na świat zwyczajnie bezpowrotnie wyparował z mojej głowy. Smutne. Ktoś kiedyś (a był to prawdopodobnie w największym stopniu dziadek, średnio uzdolniony, ale uparty malarz-pejzażysta) wmówił mi, że potrafię rysować, że idzie mi to dobrze, może nawet mam do tego talent. I tak już zostało, uwierzyłam w mit podtrzymywany przez rodziców i otoczenie. Doskonale pamiętam najlepsze – według nich – egzemplarze stworzone przeze mnie na przestrzeni dzieciństwa i wczesnego okresu nastoletniego: "Stonoga w trawie" (lat 3, pastele olejne, feeria kolorów), "Krokodyl" (lat 7, rzeźba z gipsu na metalowym szkielecie), "Czarodziej" (lat około 10 lub 12, glina). Były przemyślane, dopracowane, do dziś czuję dumę ze swoich pomysłów w tamtych latach. Kilka razy zakochiwałem się w różnych materiałach: mając kilka lat, w farbach do szkła; około 10 roku życia – w glinie; wreszcie, już w liceum, w akwarelach. Farby akwarelowe przysposobiłam sobie łatwo, nie zwracając uwagi na panującą o nich opinię (że trudne w obejściu) oraz dyktaturę farb olejnych panującą wokół (czyli w mojej klasie plastycznej). Szybko zaczęłam dodawać do nich elementy kolażu i pokręcone, trudne społeczne tematy. Cykl "Brzydota", którym zakończyłam naukę w liceum, był wizualnym odzwierciedleniem obrzydzenia społeczeństwa do osób nienormatywnych. Skończyłam, przyklepałam międzynarodowym certyfikatem – wypadałoby pójść dalej. Po trzech latach intensywnego malowania wpadłam jednak w dół i niemoc twórczą, która trwała jakieś półtora roku. Aż pewnego dnia znów wzięłam farby i machnęłam w przeciągu kilku miesięcy sporą serię portretów. Nie znasz dnia ani godziny, gdy możliwość tworzenia w końcu cię dopadnie – ciągła pieprzona huśtawka.

Jest w tych wszystkich malarskich górach i dołach jeden ciekawy aspekt. Iluż to wielkich malarzy mogło tworzyć tylko z ukochanymi u boku, a w samotności lub po ich śmierci popadało w kryzys twórczy? Ze mną bywało raz właśnie tak, raz wręcz odwrotnie.
Z. rzuciła mi, kiedy się rozstawałyśmy: "Wierzę w ciebie. Maluj tego transa na krześle elektrycznym, do cholery". Była to lekka nadinterpretacja moich tendencji twórczych i wtedy mnie wkurwiła, ale dziś mogę chyba powiedzieć, że jestem Z. wdzięczna za takie postawienie sprawy.
Od kilku lat regularnie powracają do mnie pomysły związane z paletą ciepłych barw, z którymi kojarzy mi się F. Trudno mi natomiast ubrać wspomnienie o nim w konkretne kształty, po prostu potrzebuję kolejnego spotkania, które nastąpi zapewne w najmniej spodziewanym czasie i miejscu. F. jest nieprzewidywalny i – mimo wszystko – wywołuje mój kreatywny pierwiastek.
Przy K. byłam w szale twórczym. Malowałam pod jej wpływem, przez nią, dla niej, w związku z Nami. Źle się skończyło, ale było pięknie.
Jedno jest pewne – nie maluję pod wpływem byle kogo. Muszę To czuć.

Próbowałem tworzyć mapy myśli, spisywać pomysły, próbować nowych materiałów, mieszać techniki. Wewnętrzna blokada jednak wciąż nie odpuszcza. W lipcu, uziemiona w domu matki z dwoma kotami pod jej nieobecność, zmusiłam się do kilku obrazów, a raczej prób malarskich. Nie było najgorzej, ale w każdej coś mi nie pasowało. Zasadniczy problem polega na moim dążeniu do jebanej perfekcji, stąd wiele pomysłów wydaje się nieodpowiednich, niedopasowanych do chwili.

Jednak satysfakcja, kiedy w końcu biorę pędzel, jest nie do przecenienia. Spod mojej ręki wchodzą plamy przecięte przez ostre linie. Zlewają się kolory, wszystko płynie. A ja znów jestem z siebie dumna. Czasami.

[Obrazek jako wisienka na torcie miał być, ale nie będzie. To za wiele.]


czwartek, 21 sierpnia 2014

Bodies that matter. Nine days in Berlin / 9 dni w Berlinie

(To all english, german & italian – speaking people: I'm deeply sorry that I didn't manage to translate this text to english language. I'm sure it could be useful and pleasant for You. Maybe next time, when I'll have more time. I write and traslate some texts in english from time to time, so keep in touch. xoxo )

Najpierw słowo wyjaśnienia. Doskonale wiem, że felieton, który teraz czytacie, powinien zostać opublikowany przynajmniej kilka dni wcześniej. Dokładnie tydzień wstecz od chwili, kiedy to piszę, trwała jednak słuszna impreza kończąca dziewięciodniowy wyjazd warsztatowy warszawskiego Bez!miaru, berlińskiego Sonntags Clubu i bolońskiego Il Cassero. Tydzień, a jakby całą wieczność wstecz, choć zarazem tak niedawno. Jednak po zderzeniu z zupełnie niekolorową polską rzeczywistością kilka dni trzeba było sobie zarezerwować na dochodzenie do siebie, które było – wierzcie mi – trudniejsze niż dochodzenie do siebie po którejkolwiek z wyjazdowych imprez.

Bodies that matter. Trzy narodowości, trzy kraje, trzy grupy ludzi, ponad dwadzieścia kompletnie różnych osobowości, w tym różnych tożsamości i orientacji.
Nie chodzi o obiecywanie sobie za wszelką cenę, że będziemy się kontaktować (choć następna wymiana jest możliwa). Chodzi o zachowanie w pamięci momentów, w których byliśmy razem. Momentów, z których mimo tęsknoty – różnych rodzajów tęsknoty, bo różne są relacje między nami – czerpie się coś w rodzaju energii.
Bodies That Matter było szalenie intensywnym wyjazdem. Pozbyłam się oczekiwania na coś konkretnego, wciągając się bez reszty w chwile, które całkiem szczerze mogę nazwać wyjątkowymi. To miał być warsztatowy wyjazd za granicę, takie pracowakacje. Wiadomo było, że będą imprezy, nowi ludzie. Ale nigdy nie spodziewałbym się takiego kosmicznego flow, jakie krążyło między nami przez te dziewięć dni.
Jak zwykle po takich długich i intensywnych pracowakacjach – a był to najbardziej angażujący tego typu wyjazd w moim życiu – natłok myśli, uczuć, emocji i refleksji jest trudny do ogarnięcia. Wspomnienia, mimo tego że dobrze zakodowane, wydają się uciekać wraz z minutami i godzinami oddalającymi w czasie pobyt w Berlinie. Gdzieś w środku mam niewygodną mieszankę tęsknoty, niedosytu i smutku, nawet pomimo niezmierzonej satysfakcji z wyjazdu.
Przykry dysonans – podczas gdy my rozwijałyśmy i rozwijaliśmy swoją wiedzę, zastanawiając się również usilnie po raz sto tysięczny pięćset osiemdziesiąty trzeci co zrobić, żebyśmy nie byli z prawami człowieka w naszej ojczyźnie na poziomie epoki średniowiecza, cebulowa ojczyzna przypominała o sobie regularnie. Granice absurdu jak wiadomo są równoznaczne z granicami Polski. Tak więc pod naszą nieobecność ofiarę w służbie wielkiej polsce narodowoprawicowobiałoczerwononeofaszystowskoultrakatolickiej poniosły warszawska tęcza oraz bogu ducha winny kot pewnej queerowej performerki, przy czym ta pierwsza (tęcza) oberwała ogniem, a ten drugi (kot) kamieniem. O manewrach rosyjsko-ukraińskich nawet nie wspominam, choć uświadamiają one kolejny dysonans – jesteśmy bowiem, jako Polska, terenem przejściowym między kosmopolitycznym europejskim Zachodem a putinowskim (i nie tylko) Wschodem, który agresywnie stara się zatrzymać mentalnie w miejscu, obejmując tym mentalnym zapóźnieniem coraz większe obszary. Smutne i przerażające. Przy powrocie z Berlina do Warszawy wyraźnie rzucają się też w oczy kontrasty, jakie stwarza polska rzeczywistość: wysokie biurowce i drogie samochody zderzone z dużym zagęszczeniem bezdomnych w centrum, skrajne różnice w zarobkach. Plus widoczne na pierwszy rzut oka różnice w swobodzie wyrażania siebie i lokalnym kolorycie: stolica Niemiec to przestrzeń, w której ilość krzywych spojrzeń w stronę "inaczej" (cokolwiek to oznacza) ubranych, wykolczykowanych, wytatuowanych, ekspresyjnych ludzi ogranicza się do minimum. Cieszy widok starszych osób – przeważnie zadbanych, uśmiechniętych, mające swoje pasje i sprawy inne niż wysiadywanie od szóstej rano w kolejce do lekarza. Może ta rozwinięta opieka socjalna – nie na zasadzie utrzymywania, ale wspomagania – to wcale nie taka zła sprawa, hm?
Jasne, nic nowego, wiemy o tym wszyscy. Ale po wycieczce do (nie do końca przecież idealnego) Berlina chce się z tej naszej polskiej – nawet wielkomiejskiej – rzeczywistości spierdolić byle dalej. A konkretnie 60 kilometrów od granicy polsko-niemieckiej, nach Berlin.

Unia Europejska to instytucja, którą większość ceni, zaś niektórzy się jej sprzeciwiają, a potem i tak ciągną profity z jej zasobów, skwapliwie korzystając z rozmaitych projektów, dotacji, form rozwoju i wsparcia. My, działacze pozarządówek, Unię kochamy otwarcie. Kiedy więc ostatecznie została przypieczętowana decyzja: jedziemy do Berlina, nastawiłam się na półtora tygodnia ciężkiej pracy i rozwijającej edukacji. Rozwijająco było na pewno – nie tylko za sprawą warsztatowego zderzenia perspektyw trzech krajów (Niemiec, Polski i Włoch), ale przede wszystkim za sprawą ogromnej różnorodności cechującej uczestników projektu. Z Berlina wyjeżdżałam z poczuciem poszerzenia wiedzy specjalistycznej z zakresu genderowo-queerowego (może nieco mniejszego niż się spodziewałam, but still). Czy mogło być lepiej lub ambitniej? Owszem, zawsze może być, pytanie tylko, ile większość z nas wyciągnęłaby dla siebie z warsztatów, gdybyśmy nagle zaczęli rozprawiać o gender performativity wyłącznie z akademickiej perspektywy Judith Butler, nie posługując się jakże cennymi przykładami życiowymi i wizualnymi. Przede wszystkim dlatego, że aby operować językiem angielskim w takich dyskusjach, trzeba po prostu na codzień pracować naukowo po angielsku z teorią gender i queer, co nikomu w naszym (czyt. uczestników szkolenia) przedziale wiekowym raczej się nie zdarza. Ale niektórzy/re z nas czynią już starania, by zdarzało nam się pracować chociaż od czasu do czasu – Bodies That Matter było jednym z kroków w tę stronę.
Ciężka praca? Ciężka chyba tylko ze względu na schemat energizer – warsztaty – obiad – warsztaty – wyjście do miasta (w ramach warsztatów bądź nie) – impreza – kilka godzin snu – poranek na kacu – warsztaty. Organizatorzy Bodies That Matter oraz poszczególnych zajęć dołożyli starań, żebyśmy wynieśli z nich jak najwięcej, nie padając pod koniec dnia ze zmęczenia na twarz, za co należą im się wyrazy uznania i podziękowania. A uczestnictwo w nocnym życiu Berlina także ma nieocenioną rolę w poszerzaniu spojrzenia na świat i kompetencji, niestety znów głównie na zasadzie zauważania rażących różnic na korzyść Niemiec.

No właśnie, poranne energizery. Nie docenia się ich roli wstając od dawno skończonego śniadania, jednak wciąż z kacem obijającym się po głowie. Siła przychodzi dopiero po półgodzinnych gonitwach po parku. Mimo nadziei, jogi nie uświdczyliśmy ani razu. Może nadrobimy na następnej edycji projektu.
Muszę w tym miejscu szczerze przyznać, że nie wszystkie warsztaty sprawiały wrażenie dopracowanych, natomiast inne ze względu na tematykę mogłyby przybrać inną formułę. Więcej spodziewałem się po warsztacie na temat transgenderowości. Warsztat z dziedziny STDs (chorób przenoszonych drogą płciową) pozostawił uczucie niedosytu wiedzy i niezamknięcia tematu w satysfakcjonujący sposób – ale czymże jest zaledwie kilka godzin warsztatu przy tak rozległej tematyce? Niektóre ćwiczenia warsztatowe sprawiały także wrażenie niezbyt odkrywczych i użytecznych, ponieważ maglowały tematy nadające się bardziej na warsztaty o tolerancji (kto jeszcze nie znosi tego słowa, ręka w górę!) dla liceum, niż dla ludzi siedzących w temacie głębiej, i to już od kilku lat. Jednak nawet takie ćwiczenia jak who am I?, polegające na opisywaniu cech tworzących osobowość danego uczestnika, z perspektywy czasu wydają się mieć swoją uzasadnioną funkcję w całokształcie szkolenia. Bodies That Matter miało w końcu rozwinąć naszą świadomość różnorodności i wywołać refleksje również na temat samych siebie. Ta funkcja szkolenia została spełniona w stu procentach, przynajmniej w moim przypadku.
Temat własnej tożsamości jest czymś, co mniej lub bardziej świadomie maglujemy w sobie przez całe życie, zwłaszcza będąc osobami heteronormatywnymi. Z satysfakcją odbierałam więc możliwość tłumaczenia grupie, czym jest tożsamość bigenderowa, rozwijania – nawet minimalnego - wiedzy uczestników na temat biseksualności, możliwości licznych dyskusji na trans*-tematy, obserwowania i wysłuchiwania reakcji na nasz warsztat związany z performatywnością płci i dragiem.

Chwilami, owszem, można było poczuć się jak na szkolnej wycieczce dla dorosłych, mam tu jednak na myśli same dobre rzeczy. Dobrze było wybrać się na nocny spacer po Berlinie (pomniki pamięci Holocaustu oraz osób LGBT zamordowanych podczas II wojny w nocy sprawiają bardzo specyficzne wrażenie). Miło było jeszcze raz odwiedzić Schwules Museum, jako że będąc tam w grudniu 2013 po raz pierwszy nie poświęciłam mu wystarczająco dużo uwagi. No i LesbiSchwules Parkfest – dość uderzające wrażenie festynu w środku parku, z piwem i średniej jakości muzyką. Takie Dni Pierdółkowa Małego, z tą różnicą, że w miejskim parku w centrum Berlina zebrało się kilka tysięcy osób LGBTQ. Zero policji (nie licząc stoiska z ulotkami Bundespolizei), zero rozróby. W Polsce festiwalowy teren w miejskim parku płonąłby w tej sytuacji niczym Londyn w 1666 roku. Czyniąc taką refleksję (przypominam, 60 km od polskiej granicy!) można było tylko wewnętrznie zapłakać rzewnymi cebulowymi łzami.
A właśnie, słowo o organizacjach. Odnoszę czasami wrażenie, że inkluzywność polskich mediów, a nawet organizacji z kręgu LG(BTQ) jest jedną wielką pokazówą. Na zasadzie: "jesteśmy gejami, trzymamy tu władzę, musimy współpracować z lesbijkami i idzie nam całkiem dobrze, osoby trans są biedne i uciskane więc nie należy odbierać ich jako poważnego partnera w dyskusji (choć wszyscy czerpiemy wizerunkowe profity z Anny Grodzkiej w rządzie), a o osobach biseksualnych lepiej nie mówmy, wszyscy wiemy, że to tylko fanaberia". Ostre słowa? Cóż, moja opinia wynika wyłącznie z kilkuletnich wnikliwych obserwacji i autopsji. Niemcy wprawdzie mówili, że wcale nie jest tak różowo, że mimo istnienia niemieckojęzycznej struktury bine.net, sieci spotkań dla osób biseksualnych, a nawet BiBerlin Campu (czyli większego wydarzenia stwarzającego biseksualną przestrzeń dyskusyjno-aktywistyczną) i u nich istnieje duża skala wymazywania biseksualnych tożsamości z dyskursu publicznego i dyskursu wewnątrzśrodowiskowego. Ale struktury JUŻ istnieją, ludzie już się organizują. Dobre, prawda?

Do Berlina warto wracać, a jeśli jeszcze nie byliście – warto pojechać na kilka dni. Poczuć atmosferę wielokulturowego miasta, które – niechętnie przyznaję się do tego sam przed sobą, ale to fakt – pociąga mnie i zachęca bardziej niż Londyn, którego po wielu latach marzeń też udało mi się liznąć w czerwcu. Zresztą Berlin nie bez powodu nazywany jest queerową stolicą Europy. Tylko ten język...

Słowem zakończenia – korzystajcie, do cholery, z wyjazdów szkoleniowych, projektów, warsztatów w kraju i poza nim, jednodniowych i wielodniowych szans na podniesienie kompetencji. Chodzą słuchy, że kurek z unijną kasą ma niedługo zostać zakręcony. Głównie dlatego, że kończy się plan budżetowy rozpisany bodajże do 2015 roku, ale nie drżyjmy, rozpiszą nowy. Tyle że nie wiadomo, jak duża kasa zostanie w tej nowej puli przekazana na rozwój inicjatyw społecznych, jakie będą wymagania i jak wiele z tej kasy dotrze różnymi drogami do Polski. Ale korzystajcie. Odkrywajcie rzeczy, w których jesteście dobrzy, na których wam zależy, i idźcie w to. Osobiście jestem (na razie) niechętna zwykłym Erasmusom, gdzie spotykają się ludzie, których na dobrą sprawę nie łączy trwalej żaden wspólny interes. Ale Erasmus+ taki jak Bodies That Matter – fantastyczna rzecz. Nawet jeśli póki co niewiele osób w Polsce pojmuje, czo to ten cały kłir (poza tym, że jest to coś jeszcze straszniejszego niż gjender). A, właśnie – w Berlinie puściły moje polskie hamulce bycia "za bardzo butch", innym razem "zbyt femme", a czasem "za mało trans*". Cytując fragment z kartki, jaką otrzymałem w ramach feedbacku na koniec warsztatów, "jestem najlepszym połączeniem butch lesby i przegiętego pedała". Feels so good.


Migrujcie czasowo lub na stałe, edukujcie i głoście słowo queerowe. Howgh.   

PS. A ulotkę o biseksualności capniętą z LesbiSchwules Parkfest zamierzam przetłumaczyć na polski i być może nawet rozprowadzać. Oczekujcie. 

/najlepsze pracowakacje życia. / fot. A. Budek

/jestem biziemniakię/I'm a bipotato

/right one is bi and left one is trans, learn it



czwartek, 24 lipca 2014

Odwaga tożsamości. Andreja Pejić i inne trans*bohaterki

Stało się: Andrej Pejić, cudowne androgyniczne dziecko współczesnych czasów, w końcu okazał się Andreją. Coming out jakich całkiem sporo w (pop)kulturze, coraz więcej. Cytując klasyka (nie spodziewajcie się po mojej osobie subtelniejszych cytatów): jebło to jebło, na chuj drążyć temat? Jednak ja czuję potrzebę podrążenia.
Nie, nie jestem zła ani zawiedziona. Myślę tylko, co by było, gdyby coming out faktycznie był osiągalny dla każdego, każdej z nas. Realnie osiągalny. Bo cóż z tego, że najbliżsi przyjaciele wiedzą o mojej tożsamości, że podpisuję się z "F." w środku, że o swojej własnej seksualności zaczęłam mówić w wieku 14 lat. Być może to pozornie przyjazne, akceptujące otoczenie mimowolnie zamyka nas w klatkach uprzedzeń wobec samych siebie. Może to tata, który zawsze mówił, że nie mógłby mieć syna, że nie znosi małych chłopców; z perspektywy niedawnej lektury "Portretu podwójnego" Magdaleny Grzebałkowskiej na temat rodziny Beksińskich dostrzegam tu (zapewne nieświadomą) konotację między padre a malarzem, którego cenię i podziwiam, a którego on traktuje raczej z niewielką dozą emocji. Beksińscy byli jednak bardziej porypani niż my, ale skojarzenie pozostaje. Ok, dość o literaturze, bo nie o tym dziś chciałem.

Czy trans-coming out Andreja Pejića (pardon, dziś już Andrei Pejić) mnie wkurza? Owszem. Wkurza mimowolnie, ponieważ: a) święcie wierzyłem, że garstka popkulturowych bohaterów przyznających się do podwójnie odczuwanej płciowości nie uszczupli się nigdy przez Andreja, że nie "przegnie" się on/a w jedną stronę – ale także b) ów coming out jest ni mniej, ni więcej potwierdzeniem tezy o odwlekaniu przyznania się do własnej tożsamości z powodu lęku przed reakcją społeczeństwa. W jakkolwiek akceptującym i liberalnym otoczeniu by się nie żyło, to otoczenie wciąż jest częścią postępującego, ale w dużej mierze wciąż konserwatywnego świata. Więc tak, coming out Andrei Pejić jest wkurzający. Bowiem powinien nastąpić znacznie wcześniej. Albo w ogóle nie powinno być potrzeby, żeby publicznie potwierdzać: "Jestem i zawsze czułam się kobietą".
(No i może troszeczkę, gdzieś tam w głębi żałuję, bo Andreja tak ładnie wyglądała kiedyś jako dziewczyna Bonda w garniturze i na szpilkach, a teraz w takim wydaniu będzie występować coraz rzadziej. A może właśnie się mylę?)

Zauważyliście/zauważyłyście to? Coraz więcej jest coming outów dotyczących płci, nie tylko orientacji. To nie znak rozbestwienia seksualnego, jak chcieliby konserwatyści; to znak czasu, w którym zaczynamy mieć dość omijania prawdy, która nie powinna nawet być kontrowersyjna.
Jakiś czas temu wyoutowała się także Laura Jane Grace, drapieżna, konkretna, punkowa laska, przez 30 lat więziona w ciele faceta-twardziela. Laura (i oczywiście nie tylko ona) łamie społeczne wyobrażenia o transkobietach delikatnych jak wiotkie polne kwiatki, zagubionych i bezbronnych, całych w falbankach. A ewentualna dysforia i inne załamania towarzyszące procesowi dojrzewania do coming outu to już trochę osobna sprawa. Choć bez wątpienia, gdyby Laura nie powiedziała "A" w postaci stopniowego pokonywania dysforii, nie mogłaby też powiedzieć "B" i z pewnością siebie występować publicznie jako transkobieta.
Takich transkobiet i transmężczyzn oraz osób trans* i queer będzie coraz więcej, czy tego chcecie, czy nie.

Wypada mi w tym momencie osobiście podziękować. Tym, którzy i które szanują tożsamość osób zdecydowanych co do własnej płci, jakakolwiek by ona nie była – męska, żeńska, pomiędzy, podwójna, żadna. Tym, którzy i które w związku z tym szacunkiem używają wobec osób transgenderowych właściwych zaimków i imion bez szyderstwa i śmiechu. Tej pierwszej osobie, która robiła to od początku bez zająknięcia i z pełnym szacunkiem.
Zawsze byłam spod liter BTQ, zawsze trochę dalej LG. Z każdym ośmielającym publicznym coming outem czuję się coraz bardziej elementem BTQ, tej drugiej części skrótu, który przecież reprezentuje wielką grupę, zbiorowość, środowisko, które powinno inkluzywnie traktować swoje podgrupy, a wciąż w wielu przypadkach odrzuca nie tylko osoby poza binarnymi podziałami, ale i osoby trans- czy biseksualne. Reprezentując jednocześnie litery B, T* i Q, chcę podziękować Andrei. Mimo wszystko. Kochałem ją i podziwiałam od kiedy tylko się pojawiła jako mężczyznę, teraz uwielbiam ją równie mocno jako transkobietę.
Jako osoby queer i/lub trans* jesteśmy przeróżni. Różnie podchodzimy do kwestii samoakceptacji, różnie wyrażamy się o swojej genderowości, mamy różne potrzeby odnośnie języka i wyglądu. Wyoutować można się nie tylko w kwestii płci, orientacji czy preferowanej formy gramatycznej. Więc – jakkolwiek ekshibicjonistyczne nie wyda się to niektórym z was – mam prawo żądać bycia uznawanym jako osoba bigenderowa, biologiczna kobieta, miłośnik crossdressingu i dragu, do tego wszystkiego wychowany między innymi na przykład na The Cure (co nie pozostaje bez znaczenia dla wizerunku, bo nasze kulturowe fascynacje i wybory również wpływają na postrzeganie nas jako elementów społeczności czy subkultur). I ma prawo mnie wkurwiać mówienie przez niektóre życzliwe znajome "wolę cię jako dziewczynę". A ja wolałbym cię w takiej sytuacji jako ropuchę, złotko.
Drzwi do szafy nigdy nie są i nie będą zupełnie wyważone. Jest całe mnóstwo osób, przed którymi nigdy nie ośmielę się występować jako Filip – babcia, dalsi znajomi których szanuję, a którzy nie mają dostatecznej wiedzy z zakresu queerowej terminologii. Rodziców rozważam – kiedyś, być może, kto wie. Jest całe mnóstwo sytuacji, w których temat mojej queerowości krąży gdzieś w powietrzu, czuję, że zebrani chcą zapytać, ale się wstydzą. Nie o to tutaj chodzi, aby wszystkim na siłę wciskać swoją historię – czy wszyscy muszą wiedzieć, że nie lubię matematyki, ale uważam, że rysowanie jest super? To nie są przecież cechy, co do których można się upewnić na pierwszy rzut oka. No właśnie. Ale w niektórych sytuacjach kwestię tożsamości po prostu trzeba doprecyzować. A wtedy - kamień z serca. Przynajmniej zazwyczaj.





Pracuję nad felietonem o kobietach (i mężczyznach) w szeroko pojętym środowisku muzyki rockowej, wkrótce może uda mi się też zacząć cykl o trans* bohaterach i bohaterkach (pop)kultury. A póki co, macie dowodowego cukierka – comingoutowy wywiad z Andreją: http://www.style.com/stylefile/2014/07/andreja-pejic-sexual-reassignment-surgery/

wtorek, 24 czerwca 2014

Tożsamość T.

Tęsknota we mnie siedzi
Jak drucik z miedzi
Się żarzy, parzy i parzy

Tęsknota towarzyszy mi od wielu lat. Jest uczuciem, z którym zaznajomiłam się już dawno, to z niej wychodzą moje stany poddepresyjne. Jestem, można powiedzieć, do tęsknoty przyzwyczajona – a jednak ciągle nie potrafię jej zaakceptować. Ponieważ boli. I jest to ból, do którego tylko pozornie można się przyzwyczaić.

Zaczęłam chronicznie tęsknić w wieku dziewięciu lat. Tęskniłam za Tatą, za Miastem Ł, za domem, za życiem, z którego zostałam gwałtowanie wyrwana wraz z rozwodem rodziców.
Tęskniłam oczywiście za przyjaciółmi, szczególnie za tą dwójką tak zwanych najlepszych. Wspólne chwile – zdarzające się w najlepszym wypadku raz na półtora miesiąca – chwytaliśmy zachłannie i wykorzystywaliśmy do oporu. Już nikt nam nie zwróci z nawiązką tych kilku lat.
Później przyszła obsesyjna tęsknota za kolejnymi zawiedzionymi miłościami. Nawet nie wiadomo kiedy mieszała się z nadzieją, dając złudne poczucie, że kiedyś w końcu to tęsknienie się wypełni i zakończy, a zakończenie będzie szczęśliwe i satysfakcjonujące. Nic bardziej mylnego.
Apogeum niecierpliwości spotęgowanej tęsknieniem osiągnęłam przy ostatniej, rozwleczonej na około trzy lata próbie relacji z mężczyzną. Bo ileż, kurwa, można czekać. Tę tęsknotę postanowiłam uśpić. Czasami nie panuję nad wspomnieniami, a wtedy ona podnosi łeb i warczy, przypominając o sobie. Czy może raczej skamle, bo sama jestem świadoma, że nadzieja na tę jedną relację jeszcze gdzieś się we mnie tli.
A teraz przyszła ta najgorsza, wyżerająca od kilku miesięcy duszę. Tak się mówi – depresja, czyli rak duszy. Tyle że wciąż jestem pewna swojego odczucia, że to nie depresja, a stany -pod. Poddepresja i wielka tęsknota. Ciągły brak. Ktoś tutaj był i był, i nagle zniknął, i uporczywie go nie ma. To się tak ładnie znaczeniowo dopełnia: jestem kotem, kotem w pustym mieszkaniu, kotem, któremu kogoś zabrakło. Dla tego kogoś, kogo brakuje, byłam kotkiem.
Receptą na tęsknotę byłoby nie uciekać. Zakończyć po ludzku. Nie rozgrzebywać tego żywego mięsa widelcem. Niestety dwie pierwsze recepty nie zależą tu ode mnie, a od elementów brakujących, za którymi się tęskni. Ten trzeci trochę bardziej może być moim udziałem, ale również nigdy do końca. Tęsknota jest. Jak plama na duszy, która wżarła się tak głęboko, że nie można jej już niczym wywabić. A przynajmniej nikt mnie jeszcze w życiu skutecznie nie przekonał, że można boleśnie nie tęsknić.

Największa tęsknota jest zawarta w dźwiękach, zaraz potem – w zapachach. Jest też tęsknota za miejscami, w których się przebywa, wspominając poprzednie przebywanie.
Zauważam, iż powszechnie postrzega się tęsknotę najczęściej jako wzajemne uczucie dwojga ludzi – rzadziej po prostu jednostki w stosunku do kogoś, a prawie nigdy jako wzajemne tęsknienie więcej niż dwóch powiązanych ze sobą osób. Oraz jako stan przejściowy: tęsknię za tobą, misiu, ale niedługo się zobaczymy, ja też za tobą tęsknię, no to bye, do zobaczenia. Takie tęsknienie symboliczne, nowoczesne. Staram się nie uogólniać, to tylko moje obserwacje.
Głęboko i stale nurtująca kwestia: czy to, że inni mają gorzej, nie daje mi prawa do smutku? Ludziom umierają nagle całe rodziny, dzieci widują swoich rodziców pracujących za granicą tylko na Skypie, a w fizyczym świecie – raz na rok lub dłużej. To dopiero powody do tęsknoty. A ja mam, moglibyście powiedzieć, taką fanaberię (choć to wcale nie fanaberia, a przypadłość) – po prostu przeżywam niektóre rzeczy za głęboko. Dzisiejszy świat mówi: ogarnij się, weź się w garść, będą następne sytuacje, następne osoby. Chociaż umarł ci świat, wiosna przyjdzie i tak, śpiewała kiedyś Kayah - i ja kochałam tę piosenkę, bo uwielbiam Kayah. Kiedyś nawet ciężkich piosenek słuchało się lżej, bo bez życiowej świadomości.
Czy tęsknota to naprawdę taki rzewny, żałosny objaw słabości? Naprawdę muszę zawsze udawać, że dobrze się trzymam i nic mnie nie rusza? Zagłuszać naturalny instynkt, który mówi mi, że czegoś (kogoś) brakuje?
Zawsze tak tłumaczyłam swoją niechęć do fizycznej autoagresji: wystarczająco cierpię psychicznie, by dokładać do tego cierpienie fizyczne, i to na własne życzenie – po co mi to? Rodzajem oczyszczenia są występy, a raczej ten jeden konkretny kawałek, w trakcie którego pozwalam się mojemu scenicznemu ja gryźć w skórę, policzkować własną ręką, drapać i rozmazywać w pewnym momencie czerwoną farbę, która przez pierwsze kilka chwil jest sercem namalowanym na moim ramieniu. Iggy Pop, "Cry for love". Przyszedł do mnie niespodziewanie, w końcu nie jest najbardziej znanym utworem pana Iguany. Jest to jakaś forma terapii, fakt. Ale nie prowadzi do zagojenia rany. Do końca tęsknoty.

Oddzielam tęsknotę od smutku. To uczucia silnie związane, jednak nie tożsame. Tęsknota to nieświadome odliczanie minut po wstaniu z łóżka: po ilu minutach przypomni o sobie dziura w sercu? Zwykle odliczanie nie trwa dłużej niż do porannego prysznica lub mycia zębów.
Wiecie co? Ostatnio jest nieźle. Narzuciłam sobie rygor higieny psychicznej, co oznacza unikanie konkretnej muzyki, miejsc, kręgów zainteresowań. Męczę się przy tym. Błędne koło.

Tak, są różne rodzaje tęsknoty. Tęsknię za moją Sunią, która opuściła ten świat siedem lat temu. Tęsknię za przyjaciółmi z innych miast, bo dają mi dobrą energię, bez której chwilami przysycham jak wyjęta z wody. Tęsknię za Padre, bo czasem jesteśmy oboje tak zapracowani, że nie mamy nawet czasu i natchnienia na zwyczajową dłuższą rozmowę, która zawsze daje mi trochę siły. Tęsknię za mieszkającą w Anglii przyjaciółką, która zna mnie najdłużej ze wszystkich osób poza rodziną i rozumie jak nikt inny. I tęsknię też za kawałkiem życia, który skończył się wcześniej, niż miał. Tęsknota wynika z niedosytów. Być może w tym nowoczesnym reżimie nietęsknienia nie warto się na niej skupiać. Zapomina się czasem, jak bardzo mimowolnym jest uczuciem.
Jest jedno lekarstwo wypełniające dziury w sercu – powiedzenie tym kilku osobom, jak (wciąż/jeszcze/nadal/mimo wszystko/zawsze/nielogicznie) bardzo są dla mnie ważne i/lub jak bardzo je kocham, każdą w trochę inny sposób. Lekarstwo to marne, bardziej suplement. O działaniu odłożonym w czasie. No i czasem całą wieczność czeka się na okazję, by z niego skorzystać.  

PS. Za Nią też tęsknię.

wtorek, 27 maja 2014

Osobisty kawałek mięsa, atak klonów i siedzenie na bombie

Co wspólnego mają minione wybory do Parlamentu Europejskiego, nadchodząca premiera ekranizacji książki Charlotte Roche "Wilgotne Miejsca" oraz gender i moja uczelnia? Ano, zaraz objaśnię. Ale po kolei.

Stojąc w tramwaju, albo kiedy zwyczajnie nudzi mi się w miejscach publicznych, gapię się na ludzi. Któż tego nie robi – chyba wszyscy mamy na sumieniu takie małe grzeszki godzące w niepisaną umowę społeczną. Czasami posuwam się o krok dalej. Chociażby zdarzenie sprzed kilku tygodni: stojąc na przystanku, podjęłam grę spojrzeń z dość androgyniczną dziewczyną w skórzanej kurtce, która czekała na tramwaj w odwrotną stronę. Kilka pojazdów przejechało między nami, co chwilę traciłam ją z oczu. A jednak wiedziałam, że ona wie, i że też patrzy. I jeszcze krok dalej, nowe doznanie: stykanie się rękami, bokami, plecami. Niby to naturalne w tramwajowym ścisku, a jednak dzisiaj po raz pierwszy świadomie podjęłam tę grę. Obok mnie stał młody facet, na krzesełku siedziała mała dziewczynka – nie mogła być chyba nikim innym, jak jego młodszą siostrą. Nie miałam się czego złapać, chwyciłem więc oparcie najbliższego fotela. Chłopak nachylał się nad siostrą, rozmawiając z nią, a moją rękę co chwila muskał jego sweter, czasami napierał na nią także fragment jego ciała. Nie widziałem jego twarzy, dopiero kiedy wysiadali, spojrzałam ukradkiem – typowo nastoletnia uroda, nie więcej niż 16-17 lat. Czy poczułam niesmak, czy poczułam się dziwnie sama ze sobą? Niespecjalnie.

Trzymajcie się, to był wstęp.
Bohaterka "Wilgotnych miejsc" nie jest "tradycyjnie" ładna. Prawdę mówiąc, jest chłopczycą. Jest w niej dużo ze mnie – niby zależy nam na jakimś stylu, niby dbamy o siebie, ale odrzucamy wszystko to, co czyni z nas superkobiece, wymalowane, ultramodne manekiny. Autopsja. Od trzech lat porównuję się półświadomie z dziewczętami z moich studiów. Kulturoznawczych, dodajmy dla jasności. I oprócz mnie oraz może trzech-czterech innych nie ma tam w ogóle tak radykalnie wyglądających i wypowiadających się jak ja. Kaman, radykalizmem sama bym tego nie nazwała, ale wiem i słyszę, że wielu współstudiujących właśnie tak to nazywa.
A więc Helen. To kolejna bohaterka, w której odnajduję samą siebie (tylko wciąż zastanawiam się nad tą wątpliwą sprawiedliwością, która każe światu obdarzać takie jak ona przystojnymi facetami, a mnie żadnymi). Urocza chłopczyca z loczkami, w trampkach i koszulce Bad Religion, jeżdżąca na desce. Chwilami w stosunku do mnie może nawet bardziej wymarzona niż realna. Nawet jej matka jest łudząco podobna do mojej matki, z tym jej stylem wziętym nieco z lat 90. i zasadami wziętymi trochę z kosmosu, no może poza katolicyzmem, który wyznaje matka Helen (moja nie). Tylko ojciec, z którym Helen wciąż usiłuję pogodzić matkę, jakoś mi nie pasuje do obrazka – przypomina raczej faceta, który w życiu matki zastąpił mojego ojca. Rozwód rodziców to zresztą taki tematyczny lep, na który łapała mnie ogromna ilość książek, filmów i innych popkulturowych historii mojego okresu nastoletniego. Jakby się zastanowić, łapię się na ten lep do dzisiaj.
Kolejna zaleta filmu: jest pełen absurdalnego humoru, zupełnie innego niż ten w "Amelii", do której porównał "Wilgotne miejsca" jeden z recenzentów (z całym szacunkiem, ale musiał chyba upaść na głowę). Na przykład wtedy, kiedy Helen przyłapuje ojca na igraszkach z młodszą kochanką. Siada obok, bez słowa kładzie gorącą patelnię na kanapie i mówi obojetnym tonem: "jajka ci się spaliły".
Jedyne podobieństwo do Amelii to chyba tylko sposób, w jaki bohaterka przedstawia osoby ze swojego najbliższego otoczenia. "Mój tata. Nie ranił mnie często, tylko czasami i niechcący." Na przykład przytrzaskując łapę drzwiami od samochodu.
Dziwactwo mojego osobistego padre natomiast polega na tym, że regularnie i w najmniej spodziewanych momentach raczy mnie zadziwiająco podnoszącymi na duchu myślami. "Wybrałaś inną drogę i za to cię lubię".

No tak, ale najwięcej rozgłosu "Wiglotnym miejscom" przynosi oczywiście nie rodzinna psychoanaliza obecna w filmie, a jego warstwa (pozytywnie) seksualna. Najbardziej erotyczna w filmie jest chyba scena golenia. Ale nie tego pierwszego, które prowokuje całą serię niefortunnych zdarzeń. Zobaczycie, o co mi chodzi.
Bo Helen czerpie radość ze swojego ciała, ale nie w jakiś feministycznie radykalny sposób – przynajmniej nie w filmie (książka przede mną). I robi to bardzo naturalnie, czyniąc to wszystko, na co kiedyś podczas pewnej rozmowy we trójkę dwójka z nas zareagowała niedowierzającym "naprawdę, nigdy tego nie robiłaś?". Cóż, z drugiej strony zazdroszczę tym, którzy mają w tej dziedzinie (czerpania radości) nadal więcej do odkrycia niż ja.
Helen jest trochę zlesbijczona. A właściwie wygląda na biseksualną, jest jednym z tych uniwersalnych typów. I szczerze mówiąc, przez cały film czekałam na moment, w którym między nią a jest najlepszą psiapsiółą Corinne coś się wydarzy. Ale nie zdradzę zakończenia kilku prowadzących do finału wątków tej historii, bo popsuję wam całą frajdę.
A poza tym, mniej więcej od połowy film wytacza ciężkie psychologiczne działo i nie jest już wcale tak beztrosko i cudownie inspirowany Amelią. Ale tym bardziej warto oglądać go dalej. Ogląda się tym ciekawiej, jeśli jesteś osobą utożsamiającą się z częścią, ale nie wszystkimi poglądami feministycznymi, oraz jeśli jesteś tylko połowiczną kobietą, jak ja. Zresztą, kaman, to społeczeństwo zrobiło z normalnych rzeczy feminizm, jakby to było coś, co w niezwykły sposób powinno wyrastać ponad normalność i codzienność, a nie być jej częścią.
A Helen mimo całego syfu w życiu chyba potrafiła czasem być szczęśliwa. To ważna umiejętność nieco popierdolonych ludzi, takich jak my.

PS. Na kwestię tego, z którymi dokładnie scenami z filmu się utożsamiam, spuśćmy może (he, he) zasłonę milczenia.

Tak więc jest Helen bohaterką wyzwoloną (o, jak ja nie znoszę tego słowa – reaguję na nie mniej więcej tak samo alergicznie jak na "kultową"). O płci kulturowej niby kobiecej, ale gdzieś tam jednak złamanej androgynicznym whatever. Takich jak ona (i jak ja) jest więcej, niż się powszechnie uważa, zresztą duża część tej populacji szczególnie się ze swoją nietypowością nie wychyla. Badaniem i opisywaniem ludzkiej różnorodności zajmują się przede wszystkim nauki socjologiczne i kulturoznawcze, którym gender, to słowo-klątwa ostatnich miesięcy, nie jest obce od kilkudziesięciu lat. A teraz uważajcie. Jak zapewne część z was wie, kończę w tej chwili licencjackie studia kulturoznawcze. I fakt, w planie mieliśmy przez ostatnie semestry trochę genderowych przedmiotów. Jedne prowadzone lepiej, inne gorzej – na tych lepszych słychać było pojękiwania, że zbyt wydumane, że zbyt skomplikowane jak na dwudziestoparoletnie, humanistyczne, otwarte (sic!) umysły. Na tych gorszych zaczęły się gwałtowne protesty (poniekąd uzasadnione), że prowadzenie wykładów jest do dupy, że mało konkretnie, i że w ogóle wszyscy już mają tego genderu dość. Co więcej, mają już dość nawet prób naprostowania szkód, jakie potłuczone antygenderowe teorie wyrządziły w ich świadomości. Zajęcia te przypadły na ostatnie miesiące studiów i zbiegły się ze skumulowaną nagonką na gender, więc protesty te poniekąd potrafię zrozumieć – a poniekąd nie. Dziwi zwłaszcza olewcza postawa wykładowców: obecnie sytuacja na uczelni (będącej, notabene, jedną z uczestniczek genderowego Erasmusa Gemma) sugeruje istnienie dwóch grup genderowych wykładowców, z których jedna pierdoli na wykładach – jeśli już na nie łaskawie przychodzi - jak z lekka potłuczona, a druga po cichu narzeka, że mamy zamkniętych światopoglądowo studentów. I byłoby wręcz dziwne, gdyby ta pierwsza postawa nie znajdowała odzwierciedlenia w stosunku uczestników zajęć do przedmiotu. Bo faktycznie, jeśli wykład po raz trzeci się nie odbywa, a kiedy już ma miejsce, prowadząca czyta ciągiem ze slajdów – można się wściec. I tu przechodzimy do drugiego istotnego problemu – jak w takim razie zmienić nastawienie studentów, którzy zdążyli już wynaleźć sformuowanie "gender alert", są nieświadomie (?) językowo ksenofobiczni i genderem nazywają wszystko, co choć trochę odstaje od podziału na czarne i białe? Żarty gdzieś się kończą, a efekty nieudanej genderowej edukacji będą potem widoczne w śmichach chichach ze współpracowników, gwiazd popkultury, w kuluarowych rozmowach na temat wyglądu przechodniów. Takie nam cudowne pokolenie studentów przez niedopatrzenie rośnie. I to zapewne nie tylko na mojej uczelni, bo gender ma to do siebie, że wielu gada i wykłada, ale niewielu rozsądnie.
Tymczasem na tych (i nie tylko na tych) studiach jesteśmy różni i różniści. Są babeczki, którym blisko do modelek, wspomniane już wyżej. Są freaki o bardzo indywidualnych zainteresowaniach, wiedzące to, czego nie wie na wydziale nikt inny. Są męscy faceci, kobiece kobiety i garstka tych pośrodku (śmiem twierdzić, że nie tylko ja). I to się nie zmieni niestety nigdy. Po to jest gender, żeby wytłumaczyć tę zasadę naturalnej różnorodności. A nie spieprzyć sprawę, pogłębiając szkodliwe stereotypy i zniechęcając ludzi poprzez olewanie ich oraz ich zajęciowych potrzeb.
Mniej więcej od 13 roku życia walczyłam o to, by móc wyglądać i zachowywać się tak jak chciałam tego ja, a nie jak chcieli tego ludzie i systemy władzy, którzy/e akturat mnie otaczali/ły. Najpierw jako jedyne ciemne (chodzi tu o ogólną kolorystykę ubrania, nie skóry) dziecko w pastelowej podstawówce, potem jako jeden z nielicznych oryginalnych elementów w gimnazjum pełnym plastiku. Gdzieś w liceum, które było już na szczęście łatwiejsze i przyjemniejsze do przejścia, doszły do tego wszystkiego kwestie płci i seksualności właśnie. I w życiu bym nie pomyślał, że na studiach otoczenie będzie chciało uwstecznić jeśli nie mnie, to przynajmniej siebie.
Tymczasem doczekaliśmy dni, w których takie osoby jak ja, jak Helen i jak ludzie nam podobni, - znam takich całkiem sporo – przedstawiani są jako zagrożenie dla rozwoju zdrowego społeczeństwa. Brzmi znajomo? Mnie podśmierduje trochę idolem skrajnej prawicy, a na imię mu było Adolf.

Tak, zgadliście, w tym miejscu będzie mała karcąca pogadanka powyborcza. Część z was wie, jak ważne jest głosowanie, oraz że slogany "pokażmy politykom, że mamy ich naprawdę w dupie" przynoszą więcej szkód niż korzyści. Część jednak "nie interesuje się polityką" i tym oto argumentem usprawiedliwia mamtowdupizm (a potem zaczyna się polityką interesować, narzekając). Powoli odkrywam z niemałym przerażeniem, że żyję w świecie absurdu, w którym pójście na wybory staje się jakimś ultraalternatywnym, wręcz hipsterskim posunięciem (wśród młodszych), względnie aktem obywatelskiej odwagi, na którą przecież nie każdego śmiertelnika stać i nie każdemu się chce (starsi). No a jak to się ma do wcześniej wspomnianej Helen, Wilgotnych Miejsc i gender studies? Ano tak, że bez polityki, która ma ręce i nogi oraz rozsądny kapitał ludzki, a nie jedzie wyłącznie na nienawiści i byciu anty wobec wszystkiego, za chwilę możemy obudzić się w społeczeństwie, w którym średnio co trzecia osoba będzie miała związane ręce z powodu nieprzystawania do jakiejś wymyślonej normy (do której często do końca nie przystaje sam jej twórca, vide przypadek wspomnianego Adolfika). Przesadzam? You'll never know. Na czysty absurd zakrawa fakt, że po piekle II wojny (którą prywatnie historycznie dosyć się interesuję już od dawna, co może zauważyliście) znajdują się jeszcze jednostki pieprzące po kolei o czystości rasowej, dominacji białego heteroseksualnego mężczyzny, eksterminacji Żydów i Muzułmanów, wreszcie o tym, jakoby Polacy mieliby w najbliższym czasie przejąć władzę nad światem jako najbardziej uprzywilejowany naród i pupilkowie Maryi, Matki Bożej; ostatnio szczególnie modne znów staje się pieprzenie o przyjemności płynącej z gwałtów (co jest swoistym oksymoronem i sprzecznością logiczną) i niedoborach inteligencji u kobiet, które za to miałyby być wyjątkowo przydatne jako roboty do rodzenia dzieci i obierania ziemniaków na obiad.
Reasumując: w niedzielę mieliśmy wszyscy szansę na ugranie odrobiny godności na międzynarodowym poletku, a przede wszystkim – na uratowanie własnych tyłków przed wielką niewiadomą. Z tej możliwości skorzystało niewiele ponad 20% społeczeństwa. Do Europarlamentu dostali się między innymi ci, których poglądy mają się do Unii niczym piernik do wiatraka. We Francji beztrosko zwyciężają neonaziole, w kilku innych krajach Europy jest nie lepiej. Już kilka razy w życiu zabraniali mi (i wam też, założę się) być sobą. Nie czekajmy, aż zanurzą nas w głębszych oparach absurdu; aż każda Helen zostanie pozbawiona możliwości antykoncepcji i edukacji seksualnej, aż starzy grubi faceci w sukienkach wpłyną na prawo tak, że realnej większości z nas zacznie to przeszkadzać, aż sami i same nie będziemy mogli czerpać z życia tyle, ile potrzebujemy.  
Dziś jako wisienkę na torcie i puentę wkleję wam tu zespół jednego z moich ulubionych sepleniących brudnych Brytoli, który doskonale wiedział co śpiewa. Weźcie sobie jego słowa głęboko do serca.


(Macie rację, przechodzę samego siebie w wymyślaniu wydziwionych tytułów. Jak to się mówi, inspiruje mnei życie. I może trochę Gwiezdne Wojny.)

środa, 21 maja 2014

Dolan pełnometrażowy czwarty. "Tom"

To nie jest Dolan, jakiego znamy. To nie jest Dolan łatwy i przyjemny – o ile jego filmy właściwie nigdy takie nie były, o tyle "Tom" idzie o krok dalej. To jest film, od którego ma się gęsią skórkę.

 Nie, nie wyszłam z kina zachwycona. Nie rozpierał mnie ten trudny do opisania rodzaj popremierowego zachwytu i pragnienie, aby natychmiast, jak najszybciej się da, obejrzeć to jeszcze raz. Nowy film Dolana pozostawia człowieka z tym dziwnym, uwierającym uczuciem niepewności, tak jakby poczucie braku bezpieczeństwa przedostało się ze świata filmowego do rzeczywistości.
Główne problemy, które reżyser poruszył w "Tomie" to miękka (?) homofobia, syndrom sztokholmski, sztucznie utrzymywana męska dominacja i pozycja. Ja dorzuciłabym jeszcze etycznie podgryzającą kwestię zabijania zwierząt, ale to niuans, który w "Tomie" wyczują tylko wegefiksanci mojego pokroju i który nadaje się raczej na osobny felieton o serialowym Hannibalu (być może coming soon).

Doznania estetyczne? To chyba tylko w tej warstwie gdzieniegdzie wytrawny widz dostrzeże "typowego Xaviera Dolana". Mamy więc kilka ujęć rozległych krajobrazów nakręconych z lotu ptaka (zabieg zastosowany z powodzeniem już w "Na zawsze Laurence"). Mamy też piękne połączenia kolorów w pierwszych ujęciach, kiedy główny bohater bazgroli paryskim błękitem na papierowym ręczniku; niektórzy i niektóre z nas będą po raz kolejny rozkoszować się blond lokami reżysera, który zagrał tutaj także główną rolę. Poza tymi smaczkami na ładność nie mamy co liczyć: farma, na której rozgrywa się akcja filmu, jest ponura i nieco przerażająca, dom w którym dzieje się część zdarzeń – urządzony przygnębiająco i bez gustu. Krowy to element występujący nawet często w rozmaitych thrillerach klasy od A do Z, ale zwierzętom dajmy już spokój (choć też wprowadzają klimat). Aha, jest i zboże – "mamy październik, kukurydza jest ostra jak brzytwa". Niech was ten cytat wprowadzi w atmosferę.

Z wrodzonej dziennikarskiej dokładności przytoczę chociaż zarys fabuły, między innymi dlatego że wpływa ona istotnie na estetykę filmu. Tom przyjeżdża na wieś pod kanadyjskim Quebekiem, aby uczestniczyć w pogrzebie partnera. Na miejscu szybko odkrywa, że matka jego chłopaka nie miała pojecia o ich związku, ale w porę powstrzymuje wszelkie wzmianki o uczuciu łączącym go z jej synem – również dlatego, że nad wiejską farmą niepodzielną i autorytarną władzę sprawuje brat nagle zmarłego Guillaume'a. Francis jest nieprzyjemnym człowiekiem bez znajomych, mocno kochającym matkę – i jest to miłość z gatunku mocnych, bo naznaczonych psychicznym napięciem, jeśli nie przemocą. Oczywiście stara się nie dopuścić, aby kobieta, która straciła syna dowiedziała się o prawdziwym charakterze jego relacji z przybyłym gościem. Jest w tym działaniu troska, ale i niewątpliwa homofobia. A jak wiadomo, homofobia bywa reakcją obronną na własne homoseksualne ciągoty. Napięcie rośnie.

Oczywiście reżyser nie byłby sobą, gdyby nie nasączył swego najnowszego dzieła nienormatywnym przekazem. Krok po kroku, od "Wyśnionych miłości", poprzez "Zabiłem moją matkę" i "Na zawsze Laurence", aż do "Toma", przedstawia on szerokiej widowni zjawiska towarzyszące byciu niehetero, zjawiska, które część z nas zna tak doskonale, że od ich obserwacji na ekranie jeżą się włosy na rękach. W najnowszym filmie jest to homoerotyczne, sadomasochistyczne przyciąganie między homofobem a homoseksualnym mężczyzną. Szczególnej uwadze polecam perełkę, jaką jest scena tanga w stodole. Mamy także niejaką Sarę – dziewczynę z przymusu grającą przed rodziną rolę partnerki zmarłego. Kłamstwa nakładają się na siebie, gra pozorów jest coraz bardziej niestabilna. Duch nieżyjącego Guillaume'a unosi się nad wieloma sytuacjami, jednak reżyser ani razu nie decyduje się na pokazanie jego twarzy.
Ponadto Dolanowi znów udało się poruszyć i moją osobistą wrażliwą strunę. Jego główny bohater zmaga się z poczuciem straty i pustki, wobec której jest tak bezsilny, że ciężko mu ogarnąć ją zmysłami, świadomością, ciężko unieść przytłaczający ból po nieoczekiwanej stracie. Nie powstrzymuje łez, ale płacze tylko w samotności.

Dolan-aktor-bohater onieśmiela. Tak zresztą mam z nim od poczatku jego kariery: onieśmiela mnie swoją urodą, stylem bycia i świadomością, że znam ten typ człowieka, i że tacy ludzie jak on nigdy nie będą moi. Nie chodzi do końca o ten osławiony topos przystojnego geja; styl bycia Kanadyjczyka już po prostu taki jest, że oszałamia przemawiającym przez niego bagażem różnorodnych doświadczeń.
Xavier Dolan jest już dorosły. I wyrasta na naprawdę świadomego, genialnego reżysera. To cieszy, nawet jeśli najnowsze dzieło Kanadyjczyka nie należy do przyjemnych.




PS. Warto zauważyć, że polska premiera "Toma" odbyła się 17 maja, czyli w Światowy Dzień Przeciwko Homofobii i Transfobii - w skrócie IDAHOT (traf chciał, że są to również moje imieniny). Wyrazy uznania dla dystrybutora za wykorzystanie tego szczegółu.

czwartek, 1 maja 2014

Szary pies, czyli bardziej skomplikowana rzecz

(Dedykuję AF, której nie widziałam stanowczo zbyt dawno, a która wciąż pisze inspirująco, pomimo tego że w niektórych kwestiach diametralnie się różnimy.)

Dziś o tym, co u mnie słychać, ale tak w szerszym ujęciu. Tak, możecie już skasować tę kartę w przeglądarce, na starcie, nie przymuszam.
Trzymam się kurczowo od lat i bardzo staram się nie puszczać. Nie puszczać gałęzi zbudowanej z siły i odporności, przekonań, że są ludzie którzy mają gorzej.
Nie chcę korzystać z "pomocy" psychoterapeuty. Z drugiej strony nie chcę słuchać, że jestem silna, że ze wszystkim sobie poradzę. Wszelkie wzmianki o leczeniu czegokolwiek, o poradach u kogokolwiek sprawiają, że czuję się jeszcze gorzej. Miło byłoby, gdyby otoczenie uszanowało moją wolną wolę i prawo do próby poradzenia sobie samemu. Absurdalne: nie interesują się tobą latami, a kiedy jest widocznie źle, prześcigają się w radach.

Opisuję się jako osobę o specyficznej moralności i systemie wartości. Kto zna mnie osobiście, wie w czym rzecz. Czasami miewam reakcje, których nikt po cywilizowanym człowieku by się nie spodziewał. A raczej – czasami wyrażam głośno uczucia, które nie odpowiadają standardom.

Stany poddepresyjne miewam od około 9 roku życia, mając lat 13 doszłam do wniosku, że samobójstwo to właściwie najlepszy sposób na zakończenie życia, natomiast około miesiąc temu zdecydowałam wreszcie, że najlepszym podkładem muzycznym ostatnich minut życia będzie płyta "Lust for life" Iggiego Popa. Uważam podjęcie tych decyzji za swego rodzaju sukces.
Pewien smutny pan z pewnej manchesterskiej grupy muzycznej, którego do dziś (niestety) noszą na tiszertach (niestety) z H&Mu nastolatki, prawie 33 lata temu też wybrał Iggiego Popa. "The Idiot" Iggiego Popa, bo "Lust for life" miało powstać dopiero kilka miesięcy później. Pan Iguana żyje w zdrowiu i szczęściu do dziś i niech żyje, natomiast jego płyty są widać dobre na okoliczność zakończenia żywota.
Spokojnie, nie w najbliższej przyszłości. Zresztą o moich cudownie kontrowersyjnych poglądach na śmierć, życie i umieranie popełniłam już kiedyś felieton. Pod owym felietonem zebrała się nawet dość znaczna ilość bóldupnych komentarzy. Muszę wszystkie takie felietonowe klasyki zebrać i gdzieś wrzucić, bo szkoda żeby sie kurzyły, ale to pewnie prędko nie nastąpi. Nevermind.

Pisanie zawsze działało na mnie trochę terapeutycznie.

Wiem, to niegodziwe, nieodpowiednie i nie na miejscu stawiać się w jednym rzędzie z Ianem Curtisem, cierpiącym nie tylko na depresję, ale i na epilepsję, oraz mającym takie problemy życiowe, o których mnie się nawet nie śniło.
Depresję wielu zainteresowanych tematem nazywa czarnym psem. Mój mentalny pies jest raczej szary, niedoprowadzony do ostateczności, ma "łagodniejszą" (?) formę. Bycie pośrodku jest typowe dla całego mojego życia.
Wymyślasz – mówią ci, którzy się dowiadują. Przesadzasz – mówią ci, którzy uważają, że wiedzą. A ja zastanawiam się, jak bezczelnym trzeba być, żeby wyrokować o samopoczuciu drugiej osoby, stwierdzając "nie ryczy, rozmawia normalnie, to chyba wszystko ok". Nie ryczy teraz. Rozmawia normalnie, bo tak ją w domu nauczono. Do tej z domu wyniesionej filozofii dodałam jeszcze to, że nie wolno bogu ducha winnych ludzi wokół, kasjerki w sklepie, człowieka pytającego o godzinę obarczać swoim chujowym nastrojem. Simple as that.
I to dawanie rad, które mają chyba sprawić, że jedyna osoba która poczuje się lepiej, to ta, która rady daje. Poradnik domowy domorosłych pseudoterapeutów.
Nikt mnie nigdy nie zdiagnozował, nie było nawet próby diagnozy, mimo kilku nieśmiałych propozycji matki, że "może faktycznie przydałoby ci się pójść do psychologa". Za to w domu aż za dużo nasłuchałam się psychoterapeutycznych teorii i historii. Psychologowie i terapeuci są ponoć fatalnymi rodzicami – potwierdzam. Jednak nie zebraliśmy się tutaj by rozpamiętywać wychowawcze porażki mojej matki, a przynajmniej nie tylko po to.
Wiem jedno: nie chcę leczenia farmakologicznego, zresztą przypuszczam, że moje stany poddepresyjne nie są na tyle silne, by istniała konieczność faszerowania się medykamentami. Nie chcę, bo ostatnia rzecz którą byłbym w stanie znieść, to spłaszczenie uczuć i wypranie z emocji. Głupie i nierozsądne? Może i głupie i nierozsądne. Nie, to nie tak że nie mam siły wstać rano z łóżka – to prawda, zdarzało się, choćby kilka dni temu rano, ale grawitacja jest zwyczajnie silniejsza kiedy śpi się mało, a poprzedniego wieczora miesza wódę z piwem, bynajmniej nie z chęci zakopania wewnętrznego doła, tylko z prozaicznego powodu imprezy. Natomiast w tych naprawdę strasznych momentach schemat wygląda tak: pogrążam się w problemie, ryczę cały wieczór, zapadam w sen z wyczerpania, a pierwszą myślą nowego dnia jest: stało się, o matko, stało się, boli. Chodzę entuzjastyczna jak śmierć przez tydzień, dwa, trzy – zależy od skali problemu, o ile konkretny problem istnieje (zazwyczaj istnieje). W końcu przestaję płakać, ale ból pozostaje – ten wewnętrzny, jakby ktoś wbił mi tępy kołek w serce. Zbieram się w sobie, wstaję rano, pracuję nad codziennymi zadaniami. Ale źródło bólu się nie uspokaja.
Zdecydowanie praca trzyma mnie przy życiu, a zawalanie obowiązków jest gorsze niż perspektywa wstania z łóżka w ogóle.
Nie interesuje mnie medyczna otoczka depresji, psychiatryczna wiedza, opowieści z ośrodków leczenia zaburzeń – tych ostatnich zresztą zdążyłam się nasłuchać w miłych okolicznościach, których wspomnienia zamykam teraz w małej szufladce wewnątrz siebie, szufladce, która uparcie nie chce się domknąć i do której nie mam kłódki. No właśnie. Doskonale zdaję sobie sprawę ze swojego problemu, będącego być może kluczem do depresyjnego usposobienia: uzależniam swoje szczęście od innych ludzi. Od ich obecności. Ten problem jednak nie bierze się z powietrza, a z historii żywota mego, i tu nie ma się co dziwić. Tak właśnie dzieje się, kiedy całe życie biegniesz za czymś, co ciągle się wymyka; kiedy relacje z ważnymi ludźmi zaczynają się i nie mają wyraźnego końca, bądź kończą się, choć nie wiadomo, czy i kiedy tak naprawdę się zaczęły. Kiedy w pewnym momencie orientujesz się, że ludzie układają sobie życia, wchodzą w związki, miewają już nawet coś na kształt życia rodzinnego, a przede wszystkim domowego. To boli, nawet jeśli moje własne plany na życie i potrzeby nie obejmują, broń boże, ślubu ani dzieci.
W chwilach kryzysu powraca postrzeganie siebie jako zgniecionej kulki papieru, powraca patrzenie na siebie przez pryzmat okrutnych, wciąż istniejących kompleksów. Istniejących pomimo moich codziennych deklaracji o akceptacji naturalności, akceptacji siebie, swoich wad. Bo akceptuję. Dopóki coś się nie posypie.
Upadnie jeden element – wali się cała układanka.

W jakiś sposób pasuje mi tu cytat z angielskiego opowiadania odkrytego ostatnio na jednym z rozlicznych śledzonych blogów. It’s not even that your sexuality is fluid, it’s your stupidity which is fluid. To tak w kwestii akceptacji, gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości.

Przecież tego nie widać, mówią niektórzy. No jasne, gdyby wszystko było tak widać, to naprawdę osoby z depresją lub stanami poddepresyjnymi nie miałyby życia, a miasta i miasteczka dość znacząco by się wyludniły, zapełniłyby się za to miejsca leczenia depresji, bo na różne jej formy w różnych momentach życia cierpią miliony osób.

Z P. zawsze rozmawia mi się tak samo świetnie, mimo że widujemy się średnio raz na rok. Widząc mnie kiedyś po takim długim czasie, P. nagle przerwała rozmowę, mówiąc mi, że wyglądam na szczęśliwą, że zupełnie inaczej się mnie słucha, że jest we mnie więcej energii. To prawda, mimo wszystko jestem szczęśliwsza mieszkając w mieście, w którym chcę mieszkać, robiąc przynajmniej część tego, co chcę w życiu robić. Poczułam się lepiej wraz z przeprowadzką z powrotem do Łodzi. Ale żałośnie beznadziejny brak bliskich mi osób to stan niezależny od miasta, a tęsknota towarzyszy mi właśnie niczym szary pies od ponad dziesięciu lat.

Taplam się w żałobnym cierpieniu, marynuję swoje kompleksy - zarzuty, zarzuty, zarzuty i domysły. Tylko matka ośmiela się co jakiś czas wygłaszać swoje psychosądy, zwykle kosmicznie odbiegające od rzeczywistości.

Smutek i wesołość, siła i niemoc, męskość i kobiecość. Jestem zlepkiem sprzeczności. Im dłużej patrzę w lustro, tym bardziej jestem wściekła i chce mi się rzygać. I wszystkie gadki o kochaniu siebie, które tak hołubię, znów idą w odstawkę. (Moja mamuśka powiedziałaby: projektujesz sobie. Och, jak ona mnie dobrze nie zna.)

Czy to lubię? Taa, kurwa, uwielbiam, przecież to takie fajne uczucie, mieć jakby kamień przywiązany do serca. Faktycznie, jakiś czas temu było modne (o ile w ogóle można użyć takiego słowa, ja na przykład go nie znoszę) marynować się w melancholii, w programowej tzw. Emodepresji, nosić czarne ciuchy, ciąć się po rękach i tym podobne. Ale nie, to mnie nie dotyczy i nigdy nie dotyczyło, pewnie dlatego że ból psychiczny zaczął mi towarzyszyć trochę wcześniej, zanim mój wiek nastoletni zbiegł się z emomodą. A ten fizyczny nigdy nie wydawał się rozwiązaniem (co trochę podkopuje teoretycznie trafne wobec mnie określenie "twarda dupa, miękkie serce"). Tak więc ładnych parę lat temu wyszłam już z wieku, w którym zwraca się na siebie uwagę cierpieniem na pokaz. A to, co właśnie czytasz? Nie chcesz, nie czytaj, zapomnij. Nikomu nie wciskam własnych mózgorzygów.

I te wiosennoletnie wieczory, kiedy jest tak potwornie smutno, że to aż boli. Kiedy jedynymi znajomymi twarzami, które chcesz i możesz zobaczyć, są twarze (pop)kulturowych mentorów. Wpisujesz nazwiska w wyszukiwarkę, wyskakują zdjęcia. Przez lata tak się oswoiłam z tymi twarzami, że są dla mnie jak przyjaciele, jak rodzina. Tak bliskie są mi postacie tych ludzi, charaktery, wypowiedzi, dorobek życiowy.

Mam kota, który jest niczym dziecko z poprzedniego małżeństwa: sprawia radość, ale i przypomina dotkliwie o osobie, która odeszła. (Wciąż nad "odeszła" stawiam znak zapytania, nie bez powodu; wymiar odejścia jest tu ponadto bliski wymiarowi nagłej śmierci. Bliski, ale nie tożsamy, właśnie z powodu niedokończenia pewnych spraw.) Powinnam się cieszyć z kota, z tej małej, mruczącej, oddanej istoty. Powinienem cieszyć się z każdego małego sukcesu. W ogóle cieszyć każdym dniem. Ale własne życie zdążyło już przyzwyczaić mnie do tego, że nie można ufać radości. Nie lubię nadmiernych optymistów i jestem wobec nich w naturalny sposób podejrzliwy. Ojciec twierdzi, że sam ma depresyjne usposobienie, więc pewnie mam to po nim. Faktycznie, dostrzegam tu pewien schemat, pewne wzory zachowań – tak, jakbyśmy oboje trzymali się dzielnie, nie dopuszczając do siebie myśli, że w środku siedzi coś złego, co wypadałoby wyleczyć.

Na temat stanów poddepresyjnych, dołów-jak-chuje i wszechogarniającego poczucia beznadziei można pisać i pisze się epopeje oraz encyklopedie. Wątpię więc, by mój osobisty głos mógł być w jakikolwiek sposób znaczący – ale przynajmniej jest szczery. Żebyście się dłużej nie zastanawiali, co tu się właściwie dzieje, jeśli już was to obchodzi.

I wróciłam do Mansona. Nie słucha się Mięsona na wesoło.




poniedziałek, 24 marca 2014

Gdzie fikcja miesza się z życiem, czyli (nareszcie) strumień świadomości na temat pewnej szwedzkiej trylogii. "Millennium" Larssona.

Uwaga, spoilery: kto w ogóle nie ma pojęcia o czym jest trylogia Millenium i nie oglądał/a też amerykańskiej "Dziewczyny z tatuażem" (to do tej wersji się odnoszę, ponieważ moim skromnym zdaniem Szwedzi spieprzyli sprawę na swoim własnym filmowym boisku), czyta poniższy tekst na własną odpowiedzialność.

Wczoraj, kiedy już zupełnie nie wiedziałam co ze sobą zrobić z pewnego życiowego powodu, a uchlewanie się w trupa raczej nie wchodziło w grę (bo i kac morderca w poniedziałkowy poranek nie wchodził w grę), postanowiłem uciec się do metod filmowych. "Dziewczyna z tatuażem" oglądana po raz pięćdziesiąty trochę mnie wyciszyła, i choć zadziałała jedynie jako powierzchniowe znieczulenie, to i dała powód, aby na nowo otworzyć wątek analizy tej literacko-filmowej historii. A tekst o Dziewczynie leżał niedokończony chyba od listopada, co było wystarczająco dobrym powodem, by spróbować go dokończyć. Wiem, że nie wyczerpię tutaj tematu: trylogia "Millennium" to materiał na osobną analizę o objętości przynajmniej średnio grubej książki. Ale spróbować co nieco można.

Od zamieszania związanego z trylogią Larssona minęło już kilka lat, sam autor niech spoczywa w spokoju (Larsson zmarł na krótko przed ukazaniem się jej pierwszej części), natomiast reżyser David Fincher jest leniem i/lub nie ma kasy na realizację ciągle przekładanych następnych części amerykańskiej wersji adaptacji. Internet jednak lubi często przypominać mi o Millennium. A wtedy pierwsze moje skojarzenie to główna bohaterka sagi.

Z pozoru niewiele łączy mnie z Lisbeth Salander. Nie jestem aspołeczna, drobna i małomówna. No i nie mam miliardów dolarów na zagranicznych kontach. Nie jestem geniuszem komputerowym i jednym z najlepszych hakerów na świecie. Mój ojciec jest dobry, mądry i spokojny, nigdy nie miałam najmniejszego powodu, by przed nim uciekać czy się na nim mścić, bo nigdy też nie chciał zrobić mi najmniejszej krzywdy; nie mam psychopatycznego brata. Umiem rozmawiać z ludźmi. Nigdy nie byłam w szpitalu psychiatrycznym, czy to z własnej woli, czy pod przymusem. No i muszę przyznać, że raczej nie mam w sobie takiej woli walki, umiejętności przetrwania.

Ale oprócz tych rzeczy jest także sporo innych, które sprawiają, że czuję szczególną więź z Lisbeth Salander. Cóż z tego, że jest postacią fikcyjną – właśnie takie bywają najlepszym materiałem na bohaterki i bohaterów, swoiste inspiracje. Lisbeth i ja dzielimy wiele cech, które społeczeństwo wolałoby wymazać ze świadomości. Bezlitosną szczerość, nonkonformizm, działanie według własnej, specyficznej moralności.

Jest jeszcze jedna rzecz, która łączy mnie z Lisbeth. Kiedy już raz na bardzo długi czas zdecydujemy się komuś zaufać, boleśnie przekonujemy się, jak trudne czy wręcz niemożliwe okazuje się przebicie przez wcześniej ustalony schemat i dorównanie trzeciej osobie, która ma społecznie akceptowalne pierwszeństwo. I możemy czuć tylko bezsilną złość, bo przecież wiemy, że przy tym nierównym rozkładzie sił żadna walka nie ma sensu.
Nie chcę wiecznie uciekać, chować się, ustępować miejsca osobom, które wydają się społecznie bardziej uprawnione do kochania osób, które ja darzę miłością. Oprócz klątwy obowiązkowej heteronormatywności nasz krąg kulturowy ma jeszcze jeden poważny problem – klątwę przymusowej monogamii. Ale to już zupełnie inna, prywatna i zupełnie niehollywoodzka historia.


Jest też Miriam Wu i dość specyficzny, niby luźny, ale jak okazuje się w kluczowych momentach – głęboki i ważny związek między nią a Salander. Jest wątek sadomasochistyczny i przewijające się przez całą powieść przesłanie "jeśli to, co robię w życiu prywatnym i w łóżku, nie czyni nikomu krzywdy i szkody, to nie wasz zasrany interes". Złota myśl. Kolejna rzecz, która nas łączy.

Film i książka poruszają jeszcze jedną intrygującą mnie kulturowo i osobiście kwestię: wzajemną fascynację młodej dziewczyny i dwa razy starszego od niej faceta. Ten jeden raz pozwolę sobie na dygresję w kierunku szwedzkiej adaptacji: Michael Nyqvist w roli Blomkvista to ciepła klucha bez krztyny seksapilu, a Noomi Rapace jako Lisbeth jest dość niewiarygodna, zwłaszcza że wygląda na trzydziestolatkę w przebraniu dwudziestolatki. W ogóle nie czuć między nimi chemii. Ale rozumiem, że niektórzy z Was uznają że się czepiam i Szwedzi zrobili to lepiej, szanuję to. Jednak dla mnie to właśnie między postaciami w wersji amerykańskiej jest tak zwane fragile tension that keeping them going.

Świat Larssona to świat, w którym pozbawione wcześniej praw kobiety dopuszczono do głosu; świat, w którym bronią, a nie są bronione; przejmują inicjatywę w zdecydowany, ale nie agresywny (a przynajmniej nie nielogicznie agresywny) sposób. A także świat, w którym figurze pospolitego macho-chama przeciwstawiona jest postać mężczyzny rozumiejącego. Bo powiedzmy sobie szczerze, gdyby Larsson stworzył powieść ultrafeministyczną (a to możliwe, w końcu był Szwedem. Myślę zbyt prosto?), nie sprzedałby jej nigdzie poza Szwecją. Jego Mikael Blomkvist to koleś dociekliwy, inteligentny, nawet jeśli nieco nadszarpnięty przez kryzys wieku średniego. W amerykańskiej wersji filmowej – Daniel Craig, którego tak jakoś nagle zaczęłam lubić, no ciekawe dlaczego. Craig, alias Blomkvist, stara się zrozumieć Lisbeth. Nie czyni gwałtownych ruchów, jest przede wszystkim przyjacielem i sojusznikiem, nie chce robić nic za wszelką cenę, przejąć kontroli nad sytuacją. Uczy się od Lisbeth. A jest się czego uczyć. Pamiętacie ten moment w filmie, kiedy Mikael mówi "chcę, byś pomogła mi złapać mordercę kobiet"? Błysk w oczach Lisbeth mówi wszystko. To tutaj zawiązuje się cienka nić porozumienia, pogłębiana z czasem.
(W tym miejscu wyraziłabym obszernie zachwyt intymnymi scenami między dwójką głównych bohaterów, ale powiecie, że skupiam się nie na tym, co trzeba. To może powiem tylko: podobały mi się. Bardzo.)

Mam wśród kobiecych ikon swoje wzory. Sinead O'Connor jest chyba jedyną w swoim rodzaju kobietą w popkulturze, którą zna tak wielu jej odbiorców i odbiorczyń – jedyną tak wyrazistą, radykalną babką z łysą czaszką. I pierwszą kobietą, którą zafascynowałam się jako mała [genderowo jeszcze] dziewczynka. Oglądając filmową wersję pierwszej części trylogii pomyślałam znów: oto bohaterka dla mnie. Intensywna w przekazie, kontrowersyjna, intrygująca w wyglądzie. No i zdecydowanie niegłupia. Mój pech, bo z dotychczasowych doświadczeń wyraźnie mi wychodzi, że to raczej fotograficzna pamięć i zmysł matematyczny, a nie talent malarski i zdolności humanistyczne zapewniają przetrwanie. To, co jest w Lisbeth imponujące, to też – a może przede wszystkim – jej niesamowita odporność fizyczna i psychiczna. Zdarza się, że kiedy z różnych powodów boli mnie fizycznie, kiedy wydaje się, że już nie dam rady, półświadomie mówię sobie: mięczaku, Salander dałaby radę. Trenuję w sobie odporność na ból mięśni, na zadraśnięcia. Może się przydać w przyszłości.

W samym Millennium oprócz Salander jest jeszcze kilka postaci, które odzwierciedlają moje życiowe normy i zasady postępowania. Cóż, może dlatego, że rzecz dzieje się w dosyć liberalnej Szwecji; ale nie tylko. Kilku bohaterów uosabia życiowe zasady, do których dążę – choćby Mikael Blomkvist i Erika Berger ze swoim wolnym, poliamorycznym podejściem do związku. Za każdym razem czytając, że "Erika odkryła u swojego męża-artysty wyraźne skłonności biseksualne", odczuwałem coś na kształt cienia ekscytacji. Z prostej przyczyny: w polskiej literaturze rzadko kiedy zdarza się wprowadzić do akcji powieści Innego tak naturalnie, bez sensacji.

No i kwestia kluczowa, można powiedzieć, główny motyw trylogii: przemoc wobec kobiet. Przemoc w ogóle. Społeczne przyzwolenie na przemoc, polityka radzenia sobie z nią, dziedziczenie patologii, bezsilność i działanie na odwal się służb, które z definicji mają pomagać. Zawsze twierdzę, że najważniejsze to wywlec drażliwy temat na światło dzienne, pokazać go światu. Można to zrobić lepiej, można gorzej. Nie czytałem zbyt wielu negatywnych opinii o książkowym cyklu Millenium, choć takie zapewne istnieją. Być może jest się do czego przyczepić, ale ja nie bardzo wiem, do czego. Weźmy poprawkę na tę okoliczność, że powieść to powieść. Osobiście dawno nie obcowałem z czymś tak uderzająco przemawiającym do wyobraźni.

Na pewno o czymś tutaj zapomniałam; musiałabym chyba przeczytać rzeczoną trylogię ponownie, robiąc szczegółowe notatki – czytanie jej po raz pierwszy było zbyt pochłaniające, by się jakimiś notatkami przejmować. A i z takich notatek powstałaby chyba osobna książka, na którą obecnie nie mam w życiu ani czasu, ani potrzeby. Ale powyższy tekst jako tako mnie satysfakcjonuje. I myślę, że warto o nim podyskutować, jeśli wola w narodzie.

Dziękuję za uwagę.









piątek, 14 marca 2014

Nieświadomość queer

Rozkoszując się, a także podśmiewając w najlepsze z bladego strachu, jaki padł na ludzkie masy nieznające wcześniej dokonań Judyty Butler i spółki, powtórzę raz jeszcze: każdy ma gender. A skoro już dostajemy w łapy (każdy dostaje!) tak niebezpieczną zabawkę, to musimy liczyć się z faktem, że płeć nasza kulturowa może być różnie odczytana. Sorry boys, każdemu z was czasem powija się noga. Zabawnie jest patrzeć, jak męscy mężczyźni zapierają się rękami i nogami przed uznaniem ich nienormatywnych zachowań. W odniesieniu do kobiet sprawa ma się zgoła inaczej, i dlatego skupię się tu na facetach. No bo wiecie, co to za skandal, że baba łazi w spodniach? Dziś i od wielu lat już żaden.
Nie mam tu bynajmniej na celu insynuacji, jakoby każdy mężczyzna wpisujący się w jakiś sposób w estetykę queerową czy kampową był faktycznie bi- lub homoseksualny. Chodzi o (nie?)świadome wykorzystanie queerowych kodów znaczeniowych.
Podam kilka przykładów. Brokatowe kamizelki Dave'a Gahana i sadomasochistyczna estetyka Martina Gore'a z Depeche Mode, którą zresztą w jakimś stopniu utrzymuje do dziś (kto nie wierzy, niech poszuka zdjęć z koncertów DM - kajdanki na nogach, spódnica i czarny lakier na paznokciach są? Są.) Zespół Hurts – tak bardzo w stylu elegancko nienormatywnych lat 80., jak to tylko możliwe, i zresztą jawnie fascynujący się Depeche Mode. I wreszcie Prince, książę estetycznej przesady, wymarzony stereotypowy gej – a jednak hetero, jedynie metroseksualny. Przykład rodzonego mego ojca popindalającego w malinowych dżinsach i błękitnej koszuli (to tylko jeden z wielu przykładów jego cieszących moje oko outfitów) niezupełnie pasuje do tej analizy, co nie zmienia faktu, że jestem z niego, ah, bardzo dumna.
Ci i inni są też często nieświadomi wpływu, jaki wywierają na społeczność drag kings; hołdów, jakie są im składane każdego wieczora przez drag kings na całym świecie. To samo dotyczy wielkich diw sceny i ekranu, jednak one zwykle są w pełni świadome atencji, jaką darzy je środowisko gejowskie i akceptują ją, a często i wspierają. Przy tym wszystkim przekraczający granice płci biologiczni mężczyźni będący ikonami popkultury często zupełnie ignorują ładunek znaczeniowy wiążący ich z nieheteroseksualną częścią publiki. A szkoda.

Myślę że takie zespoły jak Savages – undergroundowe i na pierwszy rzut oka przynajmniej "kobiece" (swoją drogą, głupie rozróżnienie – na zespoły kobiece i męskie), nie potrzebują outować się dodatkowo jako queerowe, jeśli faktycznie takie są. To się rozumie samo przez się – fan(k)i to wyczuwają. A ta część fandomu, która akurat jest z zewnątrz, niequeerowa, przechodzi nad tą estetyką i charakterem do porządku dziennego. Natomiast co poniektórzy homofobiczni osobnicy robią urocze wyjątki dla swoich idoli tylko dlatego, że ci od lat średnio 80. przyzwyczajają ich do swojego niecodziennego wyglądu i zachowania (znów drążę w stronę Depeszów, ale to przecież jeden z wielu takich przypadków). Ciekawi mnie tylko bardzo, co by było, gdyby któryś z panów idoli się kiedyś sypnął z faktyczną przynależnością do środowiska. Oh, bardzo mnie to ciekawi. Swoją drogą, samo używanie konturówki, tuszu do rzęs i brokatu czyni wielu symbolicznych męskich idoli nieco bardziej queer, jakkolwiek oni sami nie pojmują swojego image'u w ten sposób. Think about it.

Nie mam nic przeciwko utożsamianiu mnie z lesbijską otoczką. Lesbijska otoczka jest fajna, stosunkowo wygodna i dobrze się w niej czuję jakoś tak since '2008 - to odkrywanie nieheteronormatywnego stylu w liceum!. No właśnie, nieheteronormatywnego raczej, bo fakt odnalezienia samej siebie na parkiecie w klubie z definicji branżowym, w otoczeniu kobiet, na sam widok których robi się gorąco, jeszcze nie oznaczało, że chcę tam ugrzęznąć i zostać forever and ever. I mimo sympatii właśnie do (teoretycznie? typowo?) lesbijskiego wizerunku zawsze podkreślałam, podkreślam i podkreślać będę uparcie swoją biseksualność z uporem maniaka. Tego uporu nie posiadają jednak osoby, a szczególnie pary hetero doskonale bawiące się na parkietach gejklubów. To ciekawe, jak bardzo friendly można być w gorączce sobotniej nocy, a jak homo/bi/trans/queerfobicznym już następnego dnia.

Queer to wolność wyboru. Doskonale świadczą o tym choćby projekty fotograficzne w rodzaju "The Identity Project" (http://portraitstothepeople.com/the-identity-project/) czy niedawno wprowadzona możliwość wybrania kilku opcji identyfikcji płciowej na Facebooku. Dajcie spokój, nie jesteśmy już w latach 70., kiedy pozytywne znaczenie określenia "queer" wciąż było wypracowywane, a wielu ludzi miotało się między "dopuszczalnymi" określeniami na swoją tożsamość - lesbijka, gej, hetero, trans, koniec, kropka. Jednak to prawda, że jako nienormatywne środowisko wciąż jesteśmy w undergroundzie, a szeroka opinia publiczna wpada w niezdrową ekscytację i pluje prostackim humorem, kiedy tylko odkryje (zwykle przypadkiem) rąbek naszej kulturowej tajemnicy - tak jak to było z tematem teorii gender w Polsce. Tymczasem istnieje nawet zjawisko "queer straights" - osób heteroseksualnych, które oprócz otwartego wsparcia dla środowiska LGBTQ świadomie żonglują jego kodami znaczeniowymi.

Zgodnie z teorią gender, płeć kulturowa to tylko ubranie. Nie będę bawić się tutaj w demontaż tezy, w którą sama wierzę, jednakowoż pokuszę się o jej małe podważenie. Czy nie jest bowiem tak, że naturalne tendencje naszego ciała podświadomie pokazują nam drogę, jaką mamy podążać? Jest w tym coś z [wiary w] przeznaczenia, a także coś z rozpaczliwego próbowania, do której szufladki ukształtowanej przez społeczne wzorce pasuje się najbardziej. Muskularne kobiety o męskich ruchach często (wbrew tendencji normatywizującej - nie zawsze) okazują się być nieheteroseksualne. Doskonałym przykładem jest Erika Linder, która mimo plastyczności swojej urody (czyli tego, co ja w odniesieniu do siebie nazywam "dniami męskimi i kobiecymi") w końcu związała się z kobietą. Deklaracje (jeszcze) nie padły - cóż, wcale nie muszą. Jednak dostaliśmy wyraźny komunikat: Erika utożsamia się ze swoim genderem na nieco głębszym poziomie, niż na początku sądziliśmy.

Zapieranie się rękami i nogami nic nie da: każdy ma gender, sorry. Widzę, jak patrzą na mnie mężczyźni - hetero, homo; widzę, jak kobiety heteroseksualne samym wzrokiem i zachowaniem tworzą często przepaść między nami, rysują grubą kreskę: my, czyli kobiece kobiety - ty, czyli kobiecomęskie nie wiadomo co na bazie kobiety biologicznej. I mają rację, generalnie się z nimi nie utożsamiam. Nie czuję jednak aż tak silnego parcia, by absolutnie każdą osobę w każdej sytuacji wyprowadzać z błędu, bo z kolei jestem świadoma zarówno queerowego, jak i heteronormatywnego wizerunku i ładunku znaczeniowego swojej osoby. I to jest ok. Dla mnie. Bycie pośrodku jest ok. Z drugiej jednak strony – na rany boskie, dajmy choć podstawowe prawa do udziału w życiu społecznym osobom, które naprawdę potrzebują przejścia na drugą stronę. Nie wymazujmy tej potrzeby.

 W moim poczuciu akceptacja tożsamości queerowej – czy to będącej udziałem własnym, czy innych osób – to dopiero pierwszy krok w rozwoju. Trzeba jeszcze nauczyć się używać inkluzywnego języka. Ta paląca potrzeba rzuca się w oczy szczególnie w zderzeniu z publikacjami, których język i treść pretendują do wyrażania szacunku wobec nienormatywności, co jednak im się nie udaje. Ostatnio ciśnienie skutecznie podnoszą mi recenzje oscarowego "Witaj w klubie". (Czytam każdą, bo moja własna, która była jedną z najpierwszych na temat tej premiery w języku polskim, była także coś podejrzanie popularna i często linkowana w internetach). Kto ogarnia, że Jared Leto zagrał tam transkobietę w zaawansowanym stadium AIDS, ten wie, że media lubią wypowiadać się o owej bohaterce w każdej możliwej formie i tonie. Niekonsekwencja i brak umiejętności zwraca uwagę co gorsza także w treści wielu publikacji i wykładów prowadzonych na uczelniach wyższych (mówię tu akurat o swoich niezbyt napawających optymizmem doświadczeniach z Uniwersytetu Łódzkiego, ale założę się, że na innych uniwersytetach również zdarzają się wykluczające kwiatki pod płaszczykiem równościowej edukacji). Jasne, każdy był kiedyś niedoświadczony w temacie, ja także, i wcale nie jestem perfekcyjnie wykształcona w obecnym momencie – jednak informacje przekazywane dalej masom ludzkim trzeba sprawdzać i uaktualniać. Cudownie byłoby, gdyby każda nienormatywna osoba mogła w pełni się ujawnić, bo żywy przykład zawsze najlepiej daje do myślenia, jednak nie żyjemy jeszcze w tak pięknym świecie, a tym bardziej kraju. 


Także wiecie - pewnych rzeczy nie unikniemy.
Z poważaniem, potwór genderqueer. Taki mały i łagodny. 

[Erika Linder]



[Hurts]



[Martin Gore]



(a to dopiero początek moich możliwości w tym temacie...)