piątek, 27 listopada 2015

Samotny pasażer / samotna pasażerka

W ostatnich niepewnych i przepełnionych zawirowaniami społeczno-politycznymi miesiącach wielokrotnie chciałam zabrać głos w formie szerszej niż pojedynczy wpis na Facebooku. Co więcej, mam wrażenie (i nadzieję), że kilkoro z Was po cichu na to liczyło. Tym bardziej, że ostatnie problemy i zdarzenia nie zdezaktualizowały się, a jedynie połączyły w dość spójną całość, czego zaraz dowiodę.

Nie jestem ze specjalnie jeżdżącej rodziny. Nie było wśród nas – i z jednej, i z drugiej strony – imigrantów z innych niż Polska krajów, wielkich podróżników (chyba, że zaliczymy tu kolejarskie tradycje pradziadka i prawuja), multikulturowych małżeństw; moja historia jest biała i nudna. Krąży gdzieś między Łodzią a Warszawą, zarówno od strony matki, jak i ojca; gdzieś zahacza o Łowicz, gdzieś o inne wiochy położone w centrum Polski na płaskim terenie.
Co nie znaczy, że tutaj nie podróżowano. Podróżowano mniej, bo mniejsze były możliwości. Jestem w rodzinie chyba pierwszym pokoleniem, które może jeździć po świecie bez pozwoleń, koneksji i zbytnich starań. Dziś podróże są łatwiejsze, a ludzkie masy mieszają się w naturalny sposób. Podróżowałam od początku – pół życia w pociągach, autobusach, z plecakami, na dworcach. Od poczatku na kempingach, które nawet w latach 90. nie były szczytem luksusu, zwłaszcza jeśli miało się na stanie współmałżonka, dziecko, psa i namiot typu trójkątnego. Ale nikt z nas nie narzekał – i myślę, że osobom wychowanym w Polsce lat 90. nie trzeba tłumaczyć, dlaczego.
To na pewno mniej, niż podróżują niektórzy. Można nabawić się kompleksów, kiedy słyszysz, jak inni kupują tanie bilety byle gdzie i jadą w nieznane, często sami. Te artykuły w Wysokich Obcasach "rzuciła pracę w korpo i pojechała stopem przez pół Ameryki" – za każdym razem, gdy widzę taki tytuł, czuję szarpniecie zazdrości, przypływ podziwu, ale i realizmu. Ja nie mam czego rzucać, a po dwóch dniach samotnej podróży popełniłbym samobójstwo z samotności.

A jednak podróże dały mi kilka wspomnień, których nie zamieniłbym na nic innego, i które dowodzą, że wcale nie mam na tym polu takich małych osiągnięć. Nigdy nie zapomnę jazdy zatłoczonym po brzego pociągiem do Jarocina (miałam jakieś 16 lat), noszenia potwornie ciężkiego turystycznego plecaka na wyjeździe do Szwecji (9 lat) czy pierwsza w pełni samodzielna podróż samolotem (23 lata, i mam powody do dumy, bo odnalazłam się na lotnisku, zorganizowałem, a po czterech dniach i dwóch godzinach w powrotnym samolocie powróciłam cały i zdrowy). Nie wożono mnie na smażenie się w, dajmy na to, egipskim słońcu, w hotelu na drugim końcu świata. I szybko złapałam bakcyla polegającego na tym, że po prostu muszę pojechać gdzieś za granicę raz na pół roku (najczęściej chodzi o Berlin). Jedni nazywają to brakiem dorosłości i życiem bez przygotowania do samodzielności. Ja zaczynam mieć te opinie w dupie, bo od dawna balansuję na krawędzi tego, co powinnam i tego, co bym chciał.a.

To jest jednak niezły mindfuck, jeśli w ciągu dwóch dni jesteś na przykład w trzech miastach. Takie na przykład tournee: w piątek występ na imprezie w Warszawie, w sobotę koncert w Łodzi, w niedzielę wyjazd na Dolny Śląsk. Zdarzało się. Ciężko nadążam nad tą zmianą otoczenia zwłaszcza, jeśli podróżuję skandalicznie niewyspana, co zdarza się często. A co dopiero muszą czuć muzycy w trasie? Osobiście jestem gotowa wybaczyć im wszystkie potknięcia związane z krzyczeniem ze sceny nazwy niewłaściwego miasta. Jestem gotów wybaczyć nawet Stevenowi Forrestowi – dzieciakowi, który grał w Placebo na bębnach przez dwie płyty, a potem się zwinął (czego już tak łatwo wybaczyć mu nie mogę) – że na pewnym uroczym filmie z okolic roku 2009, zapytany przez kolegów z zespołu "Steve, gdzie dziś jesteśmy?" potrafił odpowiedzieć tylko "eeeeee....". Tak, czasami miewam chwile zawieszenia i zastanawiam się, czy wsiadłam do dobrego pociągu, a potem, na jakim ja właściwie dworcu jestem. Naprawdę. Dobrze, że nienawidzę latać i ogarniczam podróże samolotem do minimum, bo gdyby doszedł do tego jet lag...

Jest tylko jedno ale. Dawno temu już uznałam, że przydałaby sie druga osoba do podróżowania. I przerobiwszy jedną taką osobę, a potem kilkoro innych potencjalnych partnerów, stwierdzam, że łatwo nie jest. Bo pomarzyć można, ale życie weryfikuje, czy drugi człowiek ma przysłowiowe jaja, by z tobą podróżować. Bo podróżowanie to jest, wbrew temu co można na czystą logikę przypuszczać, czynność bardzo intymna. Pamiętacie tę scenę z wielkim korkiem w centrum Londynu i przyczepą kempingową w Bridget Jones? No właśnie. A to była tylko krótkodystansowa podróż.

Natomiast z każdą osobą uciekającą do Anglii czuję boleśnie, że mała część mojego dotychczasowego życia się kończy. Wiem, ze kompleks niepodróżowania jest mocno wyolbrzymiony. Poza tym, po pierwszym szoku każde miejsce staje się – dobrą lub złą - rutyną. Tą dobrą jest dla mnie Berlin, chociaż wiadomo, że najbardziej kochamy to, co jest dla nas niecodziennym świętem. Złą chyba stałoby się każde szare robotnicze angielskie miasteczko wypełnione po brzegi polskimi robotnikami, nawet gdyby w tym tłumie sporą część stanowili moi znajomi.
"Warszawa jest naturalnym etapem w podróży za granicę" – do takiego wniosku doszliśmy ostatnio na imprezie pożegnalnej dla kolejnej osoby, która właśnie wyjechała do lepszego świata, etap warszawski decydując się jednak pominąć. Czy mogę mieć do siebie pretensje, że stawiam małe kroki, nie rzucam się na głęboką wodę i dzikie ambicje, nadal korzystam z pomocy rodziców?

Dzwoni przyszywana ciotka. Gada ze mną, idąc Manhattanem, kupując coś do jedzenia – przez telefon słyszę, jak mówi po angielsku do sprzedawcy. U niej jest czwarta po południu, u mnie dwudziesta druga. Magia telefonu, magia internetu. A jednak nie da się żyć ze sobą przez Skype'a, nie da się prowadzić związków, rodziny. Wiem, tysiące imigantów zarobkowych powiedziałoby co innego. Ale gdyby dano nam możliwość wyboru rewolucyjnego, wymarzonego wynalazku, wielu z nas wybrałoby teleportację. Nie wszyscy, ale wielu z nas na pewno. Te odległości to zresztą moja nawracająca przypadłość, jeśli chodzi o wspomniane związki – od dawna wiem, że potencjalni/e soulmates istnieją, ale w odległościach liczonych długimi godzinami.

Spotkałam w pociągu dziewczynę. Nawet się sobie nie przedstawiliśmy, ale gadaliśmy całą drogę. Głównie o sztuce: zabawne, że na cały pociąg właśnie ona dosiadła się do mnie, by pogadać o miejscach, w których przecinają się nasze życiorysy, życia zupełnie obcych sobie ludzi. Na odchodne rzuciła co prawda raczej wyjęte z kontekstu zdanie, że chciałaby wychowywać dzieci i mieć bogatego męża, a te durne feministki wszystko jej popsuły, ale jakoś nie przestałam jej lubić mniej.
A ten szok, który przeżyło dwoje moich polskich przyjaciół, kiedy wpadli na siebie wychodząc zza rogu w Barcelonie? Jak mawiano w "Notting Hill": surrealistyczne, acz miłe. Więc żyjemy sobie, zajmując zupełnie osobne, wyznaczone miejsca w kosmosie, ale przypadek sprawia, że w danej minucie, w danym miejscu w końcu musimy się spotkać. Nie da się zaplanować życia, a takie wycinki z podróży to chyba jedna z najprzyjemniejszych życiowych przyjemności.

Czuję, że nie należę mentalnie do tego pokolenia, do tego miasta, nie jestem z tych, których eskapistycznym ideałem jest Warszawa, nie dążę, by tam zostać. Nie fetyszyzuję stolicy, śmieszą mnie i irytują piosenki w rodzju "Następnej stacji" Taco Hemingwaya czy "Mokotowa" Lily Hates Roses. Choć ta ostatnia wywołuje jednocześnie pewną nostalgię. Z Warszawą już związana jest spora część mojej osobistej historii. Czy naiwnym jest mieć nadzieję, że znajdę tu choć trochę odpoczynku, choć trochę szczęścia?

Za czasów moich rodziców wiele rzeczy rozwiązywało się łatwiej, bo bezrefleksyjnie – po prostu nie było wielu możliwości. Kończyłeś szkołę, szłaś na studia, brało się ślub z jednym z pierwszych partnerów, często na tych studiach poznanym, bo po prostu niewiele osób myślało inaczej. Nie ośmielano się realistycznie myśleć o studiach za granicą, o jakimś innym, odważniejszym życiu. Owszem, więzy rodzinne i przyjacielskie wiodły czasem przez ocean – tak, jak dzisiaj wiodą często przez morze, do Anglii, i to jest chyba naczelna cecha wspólna dzisiejszych i ówczesnych podróży.
Rodzice J., moi rodzice – nazwijmy ich M i G, zresztą zgodnie z prawdą – nie wychodzili zbytnio poza tę normę. Uczelnia w rodzinnym mieście, ślub, jedno dziecko (choć dopiero po pięciu latach, co do dziś mnie dziwi od strony normatywnej, ale realistycznie patrząc – ileż pięknych rzeczy można razem robić przez pięć lat, tylko we dwójkę!). Jak się okazało, norma nie daje szczęścia, nawet jeśli ma się już tę upragnioną małą stabilizację. To prawda, która dopada w końcu chyba każde nowe pokolenie: są sytuacje, w których nie można zadowolić się wyznaczonym przydziałem szczęścia, choćby było ono wzorowo szczęśliwe.

Niestety, potrzebuję w życiu pewnej regularności, co zmusza mnie do myślenia o ewentualnych kandydatach do wspólnej podróży. Nawet w okazyjnym seksie musi być, poza elementem zaskoczenia, jakaś pewność, inaczej człowiek robi się zwariowany i obsesyjny.
Zastanawiam się, czy to źle, zachować pod twardą powłoką jakiś czuły punkt, małą szufladkę na normatywne dziecięce marzenia o miłości i normalnym życiu. Na pewno nie byłbym szczęśliwy w takim stricte normatywnym schemacie, ale gdyby tak tylko zapożyczyć pewne jego elementy... przecież i w niemonogamii można odnaleźć stałość.
Zwłaszcza, że wśród tych wszystkich podróży i tak najcenniejsze wspomnienia wciąż odnoszą się do rodzinnego miasta. Do miejsc, których już nie ma (naprawdę, był taki klub- speluna właściwie – któy już zburzono, stawiając na jego miejscu parking).
Biegnąc przez ciąg niesamowicie intensywnych zdarzeń mam wrażenie, że wszystko się łączy, i nie mogę oddzielać życia osobistego od refleksji na temat kondycji świata, który chwieje się i ociera o mnie, włazi do mojego życia. Są rzeczy, przed którymi uciec możesz tylko na Księżyc, czyli w praktyce – w ogóle.

Mieszkam w Warszawie u kobiety, która jest pół-Kurdyjką. Zapisałam się tu do lekarza, który przyjechał dwadzieścia lat temu z Iranu i został. Wśród moich znajomych jest kilkoro takich pół-cudzoziemców, nie-Polaków z pochodzenia, którzy jednak Polakami są i się czują. Zresztą wszyscy nosimy chińskie ciuchy i buty, korzystamy z azjatyckiej elektroniki, żremy tego kebaba czy falafla – i polscy nacjonaliści oraz prawilne ksenofobiczne dresy są jedną z grup, która podtrzymuje wysoki utarg miejsc należących do tych wszystkich Innych i Obcych. Zachodzi tu pewien zabawny paradoks (naziole niedostrzegający, czy też nie chcący dostrzegać tego, że dokarmiają biznes osób, które nie pochodzą z Polski), ale i przykra konstatacja: wydaje mi się, że w myśl zasady "klient nasz (wasz?) pan", to dokarmianie jest wyrazem wyższości: pracujcie dla nas, bo bez nas nie istniejecie. Owszem, takie prawa rozhulanego wolnego rynku i ciężko to zmienić (chyba, że świadomą konsumpcją, która nie mieści się w obwarowanych biało-czerwonym murem mózgach fanatyków rasowej czystości). Ale to nie znaczy, że możemy robić sobie z osób pracujących w usługach czy produkcji podnóżek. Również dlatego, że nigdy nie wiadomo, kiedy to nam przyjdzie stać się takim podnóżkiem. A w dzisiejszych, niestabilnych nie tylko politycznie, ale i gospodarczo czasach jest to wielce prawdopodobne. I niezrozumienie tego faktu jest rzeczą, która coraz bardziej pogrąża nas i cofa w stosunku do reszty Europy. Osobną sprawą jest brak logiki w jednoczesnym myśleniu o uchodźcach jako o tych, którzy jadą po ten osławiony "nasz socjal" i o tych, którym nie chce się pracować. Przy czym paraliżuje mnie strach przed tym, że ocieramy się powoli o powtórkę z czasów przedwojennych – palenie kukły Żyda na wrocławskim rynku, jawnie rasistowskie poglądy ludzi, którzy dotychczas w towarzystwie uchodzili za ogarniętych i przyzwoitych. Tak głęboka nienawiść do inności wyrażana przez osoby, które znam osobiście, mrozi mi krew w żyłach. Działa tu bowiem zasada "jeśli jesteś w stanie zabić kota, kiedyś będziesz w stanie zabić i człowieka". Jeśli odmawiasz ludzkich praw uchodźcom, Żydom i osobom nieheteroseksualnym, dlaczego uśmiechasz się uprzejmie do mnie, znajomej osoby biseksualnej o poglądach lewicowych? Niezbadane są normy i logika nienawiści.
Tak, kryzys uchodźczy to problem, o którym mogę napisać cały osobny felieton, a jednocześnie miotam się w poczuciu winy, że nie zrobiłam niemal nic – poza wieloma dyskusjami, udziałem w demonstracji i publicznym wyrażaniu poparcia dla przyjmowania ludzi w potrzebie – ale jednak w praktyce nic, by uchodźcom pomóc. To kompleks wielu działaczy, że robiąc wiele, robią wciąż za mało. To również temat na długi tekst.

Najbardziej boję się, że nie starczy mi w życiu czasu na wiele rzeczy. Że ten dom, do którego chcę powrócić, bez odpowiednich ludzi już nigdy nie będzie Mój. Że nie zdążę powiedzieć rzeczy, których nie potrafię ubrać w słowa, osobom, które zasługują by je usłyszeć. Że ta moja sztuka już na zawsze pozostanie tylko w głowie.
Mamy niewiele czasu. Ja też. Dlatego irytuję się każdym zmarnowanym dniem, każdą straconą okazją na bliskość, na nowe doznanie, na przyjemność, przygodę, eksperyment. Patrząc wstecz na ostatnie lata swojego życia, zastanawiam się, gdzie zatraciłam pasję, wiarę w jutro, wiarę w powodzenie moich marzeń, w uczucia, w relacje, spontaniczność, hedonizm. Chcę je odnaleźć. Chyba potrzebuję wyjść do lasu. Pooddychać. Mimo że moje życie wypełnione jest po brzegi, czuję że stoję w miejscu. Kiedy już mam wolne, nie odpoczywam naprawdę. Nie zaznaję spokoju. Mieliście tak kiedyś? Na to właśnie połowicznym lekiem są podróże, zmiana miejsca, widok dawno niewidzianych lub zupełnie nowych twarzy. Ale to tylko doraźna pomoc.

Wiele z tego, co zostało tutaj napisane, miało na celu skomentowanie kryzysu, który napędzamy tu w Polsce sami, skupiając się na maluczkich sprawach, kręcąc wokół własnej nienawiści. Kochamy gloryfikować tę nienawiść, wychwalać bezsensowne cierpienie, kręcić się uparcie wciąż wokół starych, nieaktualnych problemów, zamiast trzeźwo spojrzeć na te nowe.

Zostawiam Was z dwoma wierszami, które należą do moich ulubionych i ostatnio wciąż mam je w głowie, oraz piosenką, do której teledysk wyraża więcej niż tysiąc słów, operując przy tym w gruncie rzeczy oszczędnymi środkami. Weźcie je sobie do oczu, uszu i serca.

Kiedy przyszli – Martin Niemöller, 1892-1984
(niemiecki pastor luterański; wiersz napisany w obozie w Dachau w 1942 r.)

Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem.
Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.

***

Szymborska – Jeszcze

W zaplombowanych wagonach
jadą krajem imiona,
a dokąd tak jechać będą,
a czy kiedy wysiędą,
nie pytajcie, nie powiem, nie wiem.

Imię Natan bije pięścią w ścianę,
imię Izaak śpiewa obłąkane,
imię Sara wody woła dla imienia
Aaron, które umiera z pragnienia.

Nie skacz w biegu, imię Dawida.
Tyś jest imię skazujące na klęskę,
nie dawane nikomu, bez domu,
do noszenia w tym kraju zbyt ciężkie.

Syn niech imię słowiańskie ma,
bo tu liczą włosy na głowie,
bo tu dzielą dobro od zła
wedle imion i kroju powiek.

Nie skacz w biegu. Syn będzie Lech.
Nie skacz w biegu. Jeszcze nie pora.
Nie skacz. Noc się rozlega jak śmiech
i przedrzeźnia kół stukanie na torach.

Chmura z ludźmi nad krajem szła,
z dużej chmury mały deszcz, jedna łza,
mały deszcz, jedna łza, suchy czas.
Tory wiodą w czarny las.

Tak to, tak, stuka koło. Las bez polan.
Tak to, tak. Lasem jedzie transport wołań.
Tak to, tak. Obudzona w nocy słyszę
tak to, tak, łomotanie ciszy w ciszę.

M.I.A. - Borders