Stało się: Andrej Pejić, cudowne
androgyniczne dziecko współczesnych czasów, w końcu okazał się
Andreją. Coming out jakich całkiem sporo w (pop)kulturze, coraz
więcej. Cytując klasyka (nie spodziewajcie się po mojej osobie
subtelniejszych cytatów): jebło to jebło, na chuj drążyć temat?
Jednak ja czuję potrzebę podrążenia.
Nie, nie jestem zła ani zawiedziona.
Myślę tylko, co by było, gdyby coming out faktycznie był
osiągalny dla każdego, każdej z nas. Realnie osiągalny. Bo cóż
z tego, że najbliżsi przyjaciele wiedzą o mojej tożsamości, że
podpisuję się z "F." w środku, że o swojej własnej
seksualności zaczęłam mówić w wieku 14 lat. Być może to
pozornie przyjazne, akceptujące otoczenie mimowolnie zamyka nas w
klatkach uprzedzeń wobec samych siebie. Może to tata, który zawsze
mówił, że nie mógłby mieć syna, że nie znosi małych chłopców;
z perspektywy niedawnej lektury "Portretu podwójnego"
Magdaleny Grzebałkowskiej na temat rodziny Beksińskich dostrzegam
tu (zapewne nieświadomą) konotację między padre a malarzem,
którego cenię i podziwiam, a którego on traktuje raczej z
niewielką dozą emocji. Beksińscy byli jednak bardziej porypani niż
my, ale skojarzenie pozostaje. Ok, dość o literaturze, bo nie o tym
dziś chciałem.
Czy trans-coming out Andreja Pejića
(pardon, dziś już Andrei Pejić) mnie wkurza? Owszem. Wkurza
mimowolnie, ponieważ: a) święcie wierzyłem, że garstka
popkulturowych bohaterów przyznających się do podwójnie
odczuwanej płciowości nie uszczupli się nigdy przez Andreja, że
nie "przegnie" się on/a w jedną stronę – ale także b)
ów coming out jest ni mniej, ni więcej potwierdzeniem tezy o
odwlekaniu przyznania się do własnej tożsamości z powodu lęku
przed reakcją społeczeństwa. W jakkolwiek akceptującym i
liberalnym otoczeniu by się nie żyło, to otoczenie wciąż jest
częścią postępującego, ale w dużej mierze wciąż
konserwatywnego świata. Więc tak, coming out Andrei Pejić jest
wkurzający. Bowiem powinien nastąpić znacznie wcześniej. Albo w
ogóle nie powinno być potrzeby, żeby publicznie potwierdzać:
"Jestem i zawsze czułam się kobietą".
(No i może troszeczkę, gdzieś tam w głębi żałuję, bo Andreja tak ładnie wyglądała kiedyś jako dziewczyna Bonda w garniturze i na szpilkach, a teraz w takim wydaniu będzie występować coraz rzadziej. A może właśnie się mylę?)
Zauważyliście/zauważyłyście to?
Coraz więcej jest coming outów dotyczących płci, nie tylko
orientacji. To nie znak rozbestwienia seksualnego, jak chcieliby
konserwatyści; to znak czasu, w którym zaczynamy mieć dość
omijania prawdy, która nie powinna nawet być kontrowersyjna.
Jakiś czas temu wyoutowała się także
Laura Jane Grace, drapieżna, konkretna, punkowa laska, przez 30 lat
więziona w ciele faceta-twardziela. Laura (i oczywiście nie tylko
ona) łamie społeczne wyobrażenia o transkobietach delikatnych jak wiotkie polne kwiatki, zagubionych i bezbronnych, całych w
falbankach. A ewentualna dysforia i inne załamania towarzyszące
procesowi dojrzewania do coming outu to już trochę osobna sprawa.
Choć bez wątpienia, gdyby Laura nie powiedziała "A" w
postaci stopniowego pokonywania dysforii, nie mogłaby też
powiedzieć "B" i z pewnością siebie występować
publicznie jako transkobieta.
Takich transkobiet i transmężczyzn
oraz osób trans* i queer będzie coraz więcej, czy tego chcecie,
czy nie.
Wypada mi w tym momencie osobiście
podziękować. Tym, którzy i które szanują tożsamość osób
zdecydowanych co do własnej płci, jakakolwiek by ona nie była –
męska, żeńska, pomiędzy, podwójna, żadna. Tym, którzy i które
w związku z tym szacunkiem używają wobec osób transgenderowych
właściwych zaimków i imion bez szyderstwa i śmiechu. Tej
pierwszej osobie, która robiła to od początku bez zająknięcia i
z pełnym szacunkiem.
Zawsze byłam spod liter BTQ, zawsze
trochę dalej LG. Z każdym ośmielającym publicznym coming outem
czuję się coraz bardziej elementem BTQ, tej drugiej części
skrótu, który przecież reprezentuje wielką grupę, zbiorowość,
środowisko, które powinno inkluzywnie traktować swoje podgrupy, a
wciąż w wielu przypadkach odrzuca nie tylko osoby poza binarnymi
podziałami, ale i osoby trans- czy biseksualne. Reprezentując
jednocześnie litery B, T* i Q, chcę podziękować Andrei. Mimo
wszystko. Kochałem ją i podziwiałam od kiedy tylko się pojawiła
jako mężczyznę, teraz uwielbiam ją równie mocno jako
transkobietę.
Jako osoby queer i/lub trans* jesteśmy
przeróżni. Różnie podchodzimy do kwestii samoakceptacji, różnie
wyrażamy się o swojej genderowości, mamy różne potrzeby odnośnie
języka i wyglądu. Wyoutować można się nie tylko w kwestii płci,
orientacji czy preferowanej formy gramatycznej. Więc – jakkolwiek
ekshibicjonistyczne nie wyda się to niektórym z was – mam prawo
żądać bycia uznawanym jako osoba bigenderowa, biologiczna kobieta,
miłośnik crossdressingu i dragu, do tego wszystkiego wychowany
między innymi na przykład na The Cure (co nie pozostaje bez
znaczenia dla wizerunku, bo nasze kulturowe fascynacje i wybory
również wpływają na postrzeganie nas jako elementów społeczności
czy subkultur). I ma prawo mnie wkurwiać mówienie przez niektóre życzliwe znajome "wolę cię jako dziewczynę". A ja wolałbym cię w takiej sytuacji jako ropuchę, złotko.
Drzwi do szafy nigdy nie są i nie będą
zupełnie wyważone. Jest całe mnóstwo osób, przed którymi nigdy
nie ośmielę się występować jako Filip – babcia, dalsi znajomi
których szanuję, a którzy nie mają dostatecznej wiedzy z zakresu
queerowej terminologii. Rodziców rozważam – kiedyś, być może,
kto wie. Jest całe mnóstwo sytuacji, w których temat mojej
queerowości krąży gdzieś w powietrzu, czuję, że zebrani chcą
zapytać, ale się wstydzą. Nie o to tutaj chodzi, aby wszystkim na
siłę wciskać swoją historię – czy wszyscy muszą wiedzieć, że
nie lubię matematyki, ale uważam, że rysowanie jest super? To nie
są przecież cechy, co do których można się upewnić na pierwszy
rzut oka. No właśnie. Ale w niektórych sytuacjach kwestię
tożsamości po prostu trzeba doprecyzować. A wtedy - kamień z serca. Przynajmniej zazwyczaj.
Pracuję nad felietonem o kobietach (i
mężczyznach) w szeroko pojętym środowisku muzyki rockowej, wkrótce może uda mi się też zacząć cykl o trans* bohaterach i bohaterkach (pop)kultury. A póki
co, macie dowodowego cukierka – comingoutowy wywiad z Andreją:
http://www.style.com/stylefile/2014/07/andreja-pejic-sexual-reassignment-surgery/


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz