Miało być o trylogii Millennium, ale
nie będzie. Pozostaję pod ogromnym wrażeniem postaci Lisbeth
Salander, niemniej jednak złożyło się tak, że mija właśnie rok
2013. Rok, w którym wiele się zmieniło, a który minął tak
szybko, że wciąż nie mogę uwierzyć w ten obecny koniec grudnia.
Nie, nie z powodu zimowoletniej pogody.
Nowy Rok 2013 powitany został w
Poznaniu w towarzystwie tradycyjnej wesołej gromadki
wyznawczorodzinnej. Imprezą ze wszech miar słuszną i zakrapianą,
a jednak zakończoną bez praktycznie żadnego uszczerbku na kondycji
i psychice, a jedynie dobrymi wspomnieniami. Podobnież w tym roku
szykujemy powtórkę. Cóż to będzie – okaże się z wieczora.
Przy okazji końca roku dotarła do
mnie również – a w zasadzie zaszła od tyłu i niespodziewanie
jebnęła swoją słusznością między oczy oczywista prawda: nie
trać czasu (energii, uczucia etc.) na ludzi, którzy nie mają go,
aby spędzać go z tobą. I tak dosłownie kilka dni temu, wiedziona
bodźcami, których pochodzenia tu nie zdradzę (bo rzucać
nazwiskami i źródłami to jak pokazywać publicznie majtki),
zdecydowałam się wreszcie odsunąć na bok uczucie, które
powracało do mnie falami od mniej więcej dwóch lat. Są ludzie, na
widok których już zawsze będzie robiło mi się słabo i gorąco,
ale nie zawsze w wyniku tej pozytywnej ekscytacji. Tacy ludzie często
zostawiają bolesną ranę, która jakoś nie chce się zabliźnić.
Próbuję więc zebrać wszystkie siły i odsunąć od siebie kolor
płomiennej miedzi oraz kobiety o wyglądzie słynnych lesbijskich
ikon. W tegorocznym rozdaniu wciąż jest dwa do jednego dla
nieformalnej i niezorganizowanej grupy osób, które bardziej lub
mniej świadomie postanowiły powycierać mną podłogę niczym mokrą
szmatą. Przegrywam, ale za to w wielkim stylu: będąc w
poliamorycznej, otwartej relacji, w której dialogu, poświęcenia,
czułości i dyplomacji wiele monogamicznych par mogłoby
pozazdrościć. Wybaczcie górnolotność i być może przesadyzm,
ale wciąż niesie mnie dobra energia rozwiązania wypracowanego po
ładnych kilku miesiącach wewnętrznej szarpaniny. Jednym z planów
na rok 2014 jest znalezienie kolejnego ogniwa poliamorycznego
łańcucha. Mężczyzny. I wcale nie wydaje mi się nieprawdopodobna
myśl, że rok 2014 będę kończyć w relacji powiększonej o
mężczyznę. Och, dlaczego nie.
Zdarzały się w tym roku momenty
niesamowitości. Momenty odwagi, wielkich emocji, chwile do
zapamiętania na całe życie. 2014 dał nam także więcej, niż
można by się spodziewać w kwestii kultury. Nie mogliśmy wymarzyć
sobie lepszego początku niż 8 stycznia, kiedy to gruchnęła
wiadomość, że David Bowie postanowił jednak nagrać jeszcze w
życiu jakiś nowy materiał. I to materiał nie byle jaki. "The
Next Day" muzycznie nie jest żadnym zaskoczeniem, ale w tym
wieku i z tym dorobkiem Bowie już nie musi zaskakiwać – nowa
płyta to najlepsze, co ma do zaoferowania. Po prostu the best of.
Zagraj to jeszcze raz, David.
Potem przyszło nowe The Cliks, wraz z
nowym, zaskakująco dobrym głosem Lucasa Silveiry. Jego prawdziwym
głosem, tym, do którego dążył przez kilka ostatnich lat. Zespół
rockowy stał się właściwie grupą bluesową.
Nowego Placebo baliśmy się chyba
wszyscy - my, dla których Zespół Na Pe znaczy coś więcej niż
każdy przeciętny zespół z radia. I choć tegoroczny listopadowy
koncert pozostawił niesmaczne wspomnienie wyraźnej, wręcz
fizycznej bariery między zespołem a publicznością, to Ich nowa
muzyka broni się sama. Wciąż uskrzydla, skłania do refleksji i
wyciska łzy z oczu kiedy trzeba. Więcej było napisane TUTAJ.
Nowy IAMX, nowe Suede – wciąż
czekam na koncerty. Nowe Hurts, które dało mi chyba najbardziej
emocjonalne koncertowe chwile w całym moim życiu i nadało nowy
sens relacji, która wydawała się sypać. Oraz płyta Exile, która
przekonała mnie, że połowa niedzieli spędzona wyłącznie na
słuchaniu muzyki nie jest zmarnowaną połową niedzieli.
Nowi Depesze wraz z pierwszym Ich
koncertem w moim życiu, które jakimś cudem przez ponad 20 lat było
ubogie w muzykę najważniejszego synthpopowego zespołu w historii.
"Enjoy the silence" miałem nie polubić nigdy, ale
dokładnie pamiętam moment, gdy uświadomiłem sobie, że utwór ten
sprawia mi właściwie perwersyjną elektroniczną przyjemność.
Akustyczna, doskonała płyta Patricka Wolfa wraz z koncertem, na
który wszyscy odwaliliśmy się niczym do opery, a który skończył
się czymś w rodzaju spontanicznej rodzinnej improwizacji.
Rok 2014 przyniósł mi również
objawienie w postaci Savages, wyczekany koncert guru w osobie Sinead
O'Connor, sentymentalny odjazd przy Blur i Smashing Pumpkins,
elektroorgazm przy – mam szczęście do reaktywacji dobrych
zespołów – Super Girl and Romantic Boys, koncert Marca Almonda
(który mile połechtał moją słabość do panów po czterdziestce,
a w tym przypadku nawet po pięćdziesiątce). Tour de Jesień
również było w tym roku wyjątkowo udane, nawet mimo braku IAMX.
Około końca września odważyłem się
spełnić marzenie, które w mojej podświadomości sięgało jeszcze
okresu dzieciństwa i fascynacji Sinead. Gadałam, gadałam, aż
podjęłam spontaniczną decyzję i ogoliłam łeb na zero. Nie stało
się nic szczególnego. Ani na minus, ani – niestety? - na plus.
Miłe uczucie odmiany, wypróbowania czegoś, na co długo się
czekało. Włosy już trochę odrosły, mam ochotę na coś nowego.
Znów.
Mijający rok to kolejne kroki w
rozwoju scenicznym – obecnie nieco zahamowanym, ale zrzućmy to na
karb swoistego zimowego sezonu ogórkowego: zero imprez, a co za tym
idzie, również zaproszeń na występy. Warsztaty, tournee, kolejne
miasta, kolejne skłoty, kolejne stopnie światopoglądowego rozwoju (całe życie się człowiek uczy, nieprawdaż?). Życzyłbym sobie, żeby rok 2014 przyniósł także występy
za granicą. I dalszy rozwój, bo, litości, sztuka performatywna
nigdy nie jest idealna, przynajmniej nie w moim wykonaniu.
Były i dobre uczynki. Kolejny rok w
organizacji, która czasem spędza mi sen z oczu, wkurwia, dręczy i
męczy, ale i daje gigantyczną satysfakcję. Z ramienia Fabryki dane
mi było uczestniczyć w One Billion Rising, dziesiątej łódzkiej
Manifie – co potraktowałam jako doświadczenie rozwojowe, nawet
jeśli z prezentowaną tam formą feminizmu nie do końca mi po
drodze. Najbardziej rodzinna pracownicza wigilia w moim życiu (a
było już trochę takich, które można by zakwalifikować do
kategorii pracowniczych) wybitnie dowiodła, jaki z nas piękny zbiór
chodzących różnorodności.
Życzyłbym sobie, aby w roku 2014 doba
była łaskawa rozciągnąć się do 48 godzin. Rozwoju duchowego.
Dalszych podróży – w Berlinie nadal pozostaje sporo
niezwiedzonych zakątków, czekają Londyn, Amsterdam, Szwecja, a z
dalszych destynacji – wymarzona Kambodża i Indie. Weny twórczej,
która hybrydom takim jak ja jest potrzebna do życia jak tlen.
Miłości. Szczęścia. Falafla na
wynos (to naprawdę ważne).
Idźcie w pokoju.
