poniedziałek, 30 grudnia 2013

2013. Szczęśliwy

Miało być o trylogii Millennium, ale nie będzie. Pozostaję pod ogromnym wrażeniem postaci Lisbeth Salander, niemniej jednak złożyło się tak, że mija właśnie rok 2013. Rok, w którym wiele się zmieniło, a który minął tak szybko, że wciąż nie mogę uwierzyć w ten obecny koniec grudnia. Nie, nie z powodu zimowoletniej pogody.

Nowy Rok 2013 powitany został w Poznaniu w towarzystwie tradycyjnej wesołej gromadki wyznawczorodzinnej. Imprezą ze wszech miar słuszną i zakrapianą, a jednak zakończoną bez praktycznie żadnego uszczerbku na kondycji i psychice, a jedynie dobrymi wspomnieniami. Podobnież w tym roku szykujemy powtórkę. Cóż to będzie – okaże się z wieczora.  

Przy okazji końca roku dotarła do mnie również – a w zasadzie zaszła od tyłu i niespodziewanie jebnęła swoją słusznością między oczy oczywista prawda: nie trać czasu (energii, uczucia etc.) na ludzi, którzy nie mają go, aby spędzać go z tobą. I tak dosłownie kilka dni temu, wiedziona bodźcami, których pochodzenia tu nie zdradzę (bo rzucać nazwiskami i źródłami to jak pokazywać publicznie majtki), zdecydowałam się wreszcie odsunąć na bok uczucie, które powracało do mnie falami od mniej więcej dwóch lat. Są ludzie, na widok których już zawsze będzie robiło mi się słabo i gorąco, ale nie zawsze w wyniku tej pozytywnej ekscytacji. Tacy ludzie często zostawiają bolesną ranę, która jakoś nie chce się zabliźnić. Próbuję więc zebrać wszystkie siły i odsunąć od siebie kolor płomiennej miedzi oraz kobiety o wyglądzie słynnych lesbijskich ikon. W tegorocznym rozdaniu wciąż jest dwa do jednego dla nieformalnej i niezorganizowanej grupy osób, które bardziej lub mniej świadomie postanowiły powycierać mną podłogę niczym mokrą szmatą. Przegrywam, ale za to w wielkim stylu: będąc w poliamorycznej, otwartej relacji, w której dialogu, poświęcenia, czułości i dyplomacji wiele monogamicznych par mogłoby pozazdrościć. Wybaczcie górnolotność i być może przesadyzm, ale wciąż niesie mnie dobra energia rozwiązania wypracowanego po ładnych kilku miesiącach wewnętrznej szarpaniny. Jednym z planów na rok 2014 jest znalezienie kolejnego ogniwa poliamorycznego łańcucha. Mężczyzny. I wcale nie wydaje mi się nieprawdopodobna myśl, że rok 2014 będę kończyć w relacji powiększonej o mężczyznę. Och, dlaczego nie.  

Zdarzały się w tym roku momenty niesamowitości. Momenty odwagi, wielkich emocji, chwile do zapamiętania na całe życie. 2014 dał nam także więcej, niż można by się spodziewać w kwestii kultury. Nie mogliśmy wymarzyć sobie lepszego początku niż 8 stycznia, kiedy to gruchnęła wiadomość, że David Bowie postanowił jednak nagrać jeszcze w życiu jakiś nowy materiał. I to materiał nie byle jaki. "The Next Day" muzycznie nie jest żadnym zaskoczeniem, ale w tym wieku i z tym dorobkiem Bowie już nie musi zaskakiwać – nowa płyta to najlepsze, co ma do zaoferowania. Po prostu the best of. Zagraj to jeszcze raz, David.  
Potem przyszło nowe The Cliks, wraz z nowym, zaskakująco dobrym głosem Lucasa Silveiry. Jego prawdziwym głosem, tym, do którego dążył przez kilka ostatnich lat. Zespół rockowy stał się właściwie grupą bluesową.
Nowego Placebo baliśmy się chyba wszyscy - my, dla których Zespół Na Pe znaczy coś więcej niż każdy przeciętny zespół z radia. I choć tegoroczny listopadowy koncert pozostawił niesmaczne wspomnienie wyraźnej, wręcz fizycznej bariery między zespołem a publicznością, to Ich nowa muzyka broni się sama. Wciąż uskrzydla, skłania do refleksji i wyciska łzy z oczu kiedy trzeba. Więcej było napisane TUTAJ.

Nowy IAMX, nowe Suede – wciąż czekam na koncerty. Nowe Hurts, które dało mi chyba najbardziej emocjonalne koncertowe chwile w całym moim życiu i nadało nowy sens relacji, która wydawała się sypać. Oraz płyta Exile, która przekonała mnie, że połowa niedzieli spędzona wyłącznie na słuchaniu muzyki nie jest zmarnowaną połową niedzieli.
Nowi Depesze wraz z pierwszym Ich koncertem w moim życiu, które jakimś cudem przez ponad 20 lat było ubogie w muzykę najważniejszego synthpopowego zespołu w historii. "Enjoy the silence" miałem nie polubić nigdy, ale dokładnie pamiętam moment, gdy uświadomiłem sobie, że utwór ten sprawia mi właściwie perwersyjną elektroniczną przyjemność. Akustyczna, doskonała płyta Patricka Wolfa wraz z koncertem, na który wszyscy odwaliliśmy się niczym do opery, a który skończył się czymś w rodzaju spontanicznej rodzinnej improwizacji.
Rok 2014 przyniósł mi również objawienie w postaci Savages, wyczekany koncert guru w osobie Sinead O'Connor, sentymentalny odjazd przy Blur i Smashing Pumpkins, elektroorgazm przy – mam szczęście do reaktywacji dobrych zespołów – Super Girl and Romantic Boys, koncert Marca Almonda (który mile połechtał moją słabość do panów po czterdziestce, a w tym przypadku nawet po pięćdziesiątce). Tour de Jesień również było w tym roku wyjątkowo udane, nawet mimo braku IAMX.

Około końca września odważyłem się spełnić marzenie, które w mojej podświadomości sięgało jeszcze okresu dzieciństwa i fascynacji Sinead. Gadałam, gadałam, aż podjęłam spontaniczną decyzję i ogoliłam łeb na zero. Nie stało się nic szczególnego. Ani na minus, ani – niestety? - na plus. Miłe uczucie odmiany, wypróbowania czegoś, na co długo się czekało. Włosy już trochę odrosły, mam ochotę na coś nowego. Znów.
Mijający rok to kolejne kroki w rozwoju scenicznym – obecnie nieco zahamowanym, ale zrzućmy to na karb swoistego zimowego sezonu ogórkowego: zero imprez, a co za tym idzie, również zaproszeń na występy. Warsztaty, tournee, kolejne miasta, kolejne skłoty, kolejne stopnie światopoglądowego rozwoju (całe życie się człowiek uczy, nieprawdaż?). Życzyłbym sobie, żeby rok 2014 przyniósł także występy za granicą. I dalszy rozwój, bo, litości, sztuka performatywna nigdy nie jest idealna, przynajmniej nie w moim wykonaniu.
Były i dobre uczynki. Kolejny rok w organizacji, która czasem spędza mi sen z oczu, wkurwia, dręczy i męczy, ale i daje gigantyczną satysfakcję. Z ramienia Fabryki dane mi było uczestniczyć w One Billion Rising, dziesiątej łódzkiej Manifie – co potraktowałam jako doświadczenie rozwojowe, nawet jeśli z prezentowaną tam formą feminizmu nie do końca mi po drodze. Najbardziej rodzinna pracownicza wigilia w moim życiu (a było już trochę takich, które można by zakwalifikować do kategorii pracowniczych) wybitnie dowiodła, jaki z nas piękny zbiór chodzących różnorodności.

Życzyłbym sobie, aby w roku 2014 doba była łaskawa rozciągnąć się do 48 godzin. Rozwoju duchowego. Dalszych podróży – w Berlinie nadal pozostaje sporo niezwiedzonych zakątków, czekają Londyn, Amsterdam, Szwecja, a z dalszych destynacji – wymarzona Kambodża i Indie. Weny twórczej, która hybrydom takim jak ja jest potrzebna do życia jak tlen.  

Miłości. Szczęścia. Falafla na wynos (to naprawdę ważne).
Idźcie w pokoju.






środa, 20 listopada 2013

Transgender Day of Remembrace 2013. Moje trans* bohaterki i bohaterowie

Stwierdziłyśmy ostatnio z K., że zaginamy skalę Kinseya, jeśli w ogóle można ją w jakiś sposób do nas dostosować. Poliamoryczna relacja, w której strona uważana powszechnie na pierwszy rzut oka za stuprocentową lesbę jest w rzeczywistości idealnie wyważonym biseksem, a strona przyporządkowująca siebie samą z grubsza do kinseyowskiej piątki na pierwszy rzut oka jest mono, i do tego hetero. Zaginamy dokonania Kinseya jeszcze bardziej, jeśli wziąć pod uwagę kwestię zaimków, ale zaimki to chyba temat na osobny tekst.
Takich osób jak my i takich relacji jak nasza jest oczywiście więcej, sporo, całe mnóstwo, i nie zamierzam dłużej Was traktować szczegółami mojego otwarto-skomplikowanego życia osobistego. Zaczęłam jednak felieton takim porównaniem, bo mamy dziś Światowy Dzień Pamięci o Osobach Transpłciowych, czyli Transgender Day of Remembrace. Powiem to po raz któryś: celebrujmy różnorodność, bo ona jest naszą siłą, podstawą świata i narzędziem przetrwania gatunków (tak, tak). Powtarzam to przy każdej okazji w opozycji do czarno-biało-czerwonych poglądów prawej strony sceny społeczno-politycznej, które ostatnimi czasy w Polsce zaczynają niebezpiecznie zyskiwać siłę sprawczą.
Ze wszech stron co bardziej znani działacze LGBT nawołują do solidaryzacji, coming outów, nadrabiania tych straconych lat, kiedy o kulturze nieheteronormatywnej po prostu się nie mówiło. Równocześnie jednak dominuje (?) w środowisku pogląd, że wszystko w swoim czasie i po kolei, panie i panowie przodem do praw i ślubów jednopłciowych, a dopiero potem ewentualnie zacznijmy mówić o osobach trans* - w końcu to tylko 1% społeczeństwa! Dziwi mnie taka fałszywa dbałość o moralne bezpieczeństwo konserwatywnej części ludu. Żeby im się przypadkiem móżdżki nie przegrzały, żeby nie za dużo wrażeń naraz, ojojoj.
Skala uprzedzeń wobec osób spod litery T* również wśród osób niehetero jest ogromna, a wyszukane argumenty kontra chyba tylko ogólną kulturą wypowiedzi wybijają się ponad prostactwo pospolitych ksenofobów w typie Cejrowskiego i Pawłowicz. I jeszcze ta straszna gwiazdka, po co to komu?! Ano po to, żebyśmy nie stali się bezmyślną kalką heteronormy, która całą tęczę ludzkiej osobowości uwielbia sprowadzać do czarnego i białego. "W moim kraju horyzont tak wąski, że na tęczy mieszczą się tylko dwa kolory"... - jakoś tak pisano niedawno na stronach LGBT w związku z podpaleniem tęczy w Warszawie. Tylko, że dumni i otwarci potrafimy jako środowisko być tylko w konfrontacji ze światem zewnętrznym, a wewnątrz pełno w nas wzajemnych uprzedzeń. Może rzeczywiście queerowe idee nie dotarły jeszcze do Polski...
Tym cenniejsza wydaje się idea stworzenia oddolnej inicjatywy osób queer, ruchu radykalnego nie w sensie słuszności jednej jedynej idei, ale w sposobach walki z niewidocznością w przestrzeni publicznej. Zawsze będziemy kulturą alternatywną, a queer będzie domeną podziemia, undergroundu kulturowego – możemy jednak sprawić, by o nas mówiono. A jak powszechnie wiadomo, nieważne jak mówią (przynajmniej nie do końca), ważne zeby mówili. Ważne, żeby zacząć dyskusję. Mądrą dyskusję. Taką, w której wszyscy będziemy z definicji równi: hetero, lesby, pedały, biseksy, transy, kłiry, dżenderkłiry, bidżendery, osoby inter- i aseksualne, monogamiczne i poliamoryczne, cis- i trans*, preferujące vanilla sex i bdsm oraz inne nienormatywne praktyki, wyoutowane i z różnych względów niegotowe na coming out (choć to kontrowersyjna sprawa), młode i stare, chude i grube, pełnosprawne i niepełnosprawne, mogę tak wymieniać w nieskończoność, a wszystko to mieści się w pojęciu queer.

Hipokryzja rozciąga się także na inne obszary tego, co w wyedukowanym językowo zachodnim świecie zwie się queer. Taki choćby feminizm i misandria. Ostatnio trochę przycichłam w tym temacie, co nie znaczy, że nie frapuje mnie on i nie zastanawiam się nad nim dalej. Powtórzę jeszcze raz: nie chcę dominacji żadnej ze stron. Pragnę całkowitej równości. Fifty-fifty. Bez bawienia się w patriarchaty (źle) i matriarchaty (też niedobrze). Śmieszny i tragiczny jest brak świadomości, że dzięki misandrii wiele radykalnych feministek zniża się do poziomu najgłupszych mizoginów. "Jestem feministką, jak każdy rozsądny człowiek" – to z kolei cytat z szanownej Susan Sontag. Ja nadal nie jestem i nie będę, bożeby popierać podstawowe prawa kobiet, prawa człowieka, nie muszę nią być. Bo feminizm to wyraz oddania zespołowi poglądów, z którymi po części zdecydowanie się zgadzam – a po części wręcz przeciwnie. Co do misandrii, wkrada się ona tylnymi drzwiami (czy już używam języka godnego polskich biskupów pierdolących o "ideologii gender"?) poprzez nadinterpretację wielu działań mężczyzn i postawy "kobiety wyzwolonej" (mehh.) Coś mi po prostu w tym usilnym propagowaniu pięknej kobiecości mocno śmierdzi. Odsyłam do felietonu "Cipkoreżim", który znajdziecie w archiwum bloga, bo nadal uważam tezy w nim zawarte za słuszne.

Wrócę jeszcze do dzisiejszego święta, bo zdecydowanie odbiegam od tematu trans*. Standardy obchodzenia się z osobami trans* i queer są dziś tragiczne. Brakuje znajomości fachowego słownictwa, facet w spódnicy nie jest symbolem wyzwolenia, ale powodem do śmiechu, kobieta o ogolonej głowie w najlepszym razie przyciąga krzywe spojrzenia. Opieka medyczna i prawna, polityka, traktowanie w edukacji, pól do popisu dla transfobii jest praktycznie tyle ile dziedzin życia. Ile jeszcze razy wykształćona, aktywna społecznie bardziej niż większość polskich polityków, pomysłowa i pogodna Anna Grodzka ma zostać publicznie obrzucona wyzwiskami przez bezkarnych agresorów? Ile osób musi paść ofiarami fizycznej przemocy na tle transfobii, popełnić samobójstwo pod jej wpływem lub podzielić los zakatowanego Brandona Teeny? Ile jeszcze społęczeństwo będzie zaśmiewać się z żartów o babochłopach i przestrzegać przed osobami, których płeć nie jest pewna – "żeby nie było zawodu w łóżku"? I czyj świat tutaj kręci się wyłącznie wokół seksu, hm?  
A propos Brandona - w sieci do niedawna dostępny był świetny blog "Moje transseksualne bohaterki". Mam wiele takich bohaterek i bohaterów (osób bohaterskich), kolekcjonowanych w prywatnych rankingach i czczonych od wczesnego okresu nastoletniego. Bo osoby takie zawsze jawiły mi się jako odważne, przełamujące granice, żywe dzieła sztuki (to określenie jak najbardziej pozytywne), wzory do naśladowania. Wciąż mogę czerpać z ich dorobku, bez względu czy kiedyś zdecyduję się przejść na druga stronę. 

Znów wraca problem – pozostać w ukryciu i zachować pełnię praw jako osoba cispłciowa i normatywna czy ujawnić się i żyć w zgodzie ze sobą, poświęcając spokój i społeczny szacunek? Od jakiegoś czasu żyję otwarcie (choć też nie w każdym towarzystwie) jako osoba bigenderowa i nie zamierzam chować swojej tożsamości, aby kogoś przypadkiem nie zabolała głowa od myślenia. Tylko tyle i aż tyle, i taka otwartość nie ma nic wspólnego z "obnoszeniem się ze swoją seksualnością". Bo też seksualność to jedno, a tożsamość drugie. Polecam, pozdrawiam, Weronika zwana równorzędnie Filipem.  

Chcemy równości – zacznijmy od swojego bagienka.


PS. Jeśli komuś z Was, drodzy/drogie Osoby czytające, wydaje się że pierdolę w kółko na te same tematy, będę wdzięczny, jeśli dacie mi znać. Jednak jakoś sama nie odnoszę takiego wrażenia. W końcu tęcza ma całkiem sporo kolorów.
PS2. Obiecuję, że następny felieton wyleci nad poziom powyższego. Będę pisać w związku z, bo o niejakiej Lisbeth Salander.

sobota, 9 listopada 2013

Tour de jesień '2013. Migawki

Po pierwsze: było warto. Jak zresztą każdego roku, kiedy wiele osób na moim miejscu miałoby wątpliwości, czy wydać pieniądze, poświęcić czas, zaryzykować przestawienie wielu spraw w codziennym trybie życia i martwić się o noclegi albo transport. Wiele osób, ale nie ja. Koncertów i innych wydarzeń jest w ciągu roku tak wiele, że oczywiście trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby zobaczyć i usłyszeć to, co się chce (lub czego się pragnie/potrzebuje, bo na zwykłym chceniu rzecz się nie kończy). Niemniej jednak jako osobie zaprawionej w koncertowych bojach takie przeciwności mi niestraszne. I tutaj skończmy dyskusję na temat "dlaczego", a zacznijmy na temat "jak było i czemuż tak pięknie".

Ostatnie dni były początkiem dzikiej gonitwy, jaką prawie co roku jest jesienna międzymiastowa trasa koncertowa. W tym roku jednak o tyle wyjątkowa, że poza obowiązkowym nabożeństwem w postaci czekającego mnie (nas) jeszcze we wtorek koncertu Placebo i niedoszłymi koncertami IAMX, które zwykle są żelaznym punktem jesieni, dane mi było zobaczyć w końcu Amandę "Fucking" Palmer, Tegan i Sarę oraz Hurts. Których wprawdzie widziałam już na żywo w marcu tego roku, ale tamten występ jest w moich wspomnieniach prawie niczym wobec tego sprzed dwóch dni.

Moje wywnętrzenia o Tegan i Sarze możecie sobie poczytać na queer.pl oraz rownasie.pl, więc nie będę się powtarzać. Placebo dopiero nadchodzi i zawsze jest przeżyciem tak osobistym, że trudno mi o nim pisać. Chociaż z drugiej strony, Hurts niewątpliwie przeżyłam i przeżywam wciąż tak osobiście, ze bardziej chyba się nie da. No to teraz spróbuję cokolwiek napisać na temat tych szalonych dni.

Chronologicznie rzecz biorąc, należy zacząć od Amandy. Zaraz po przyjeździe do Krakowa po niemal sześciu godzinach gniecenia się w Polskim Busie czekały na mnie: Osoby w liczbie dwóch, naleśniki, bajaderka, wino i koty. A potem już poturlaliśmy się w tym składzie (bez kotów) do klubu, gdzie po spotkaniu z Osobą numer cztery i wysłuchaniu trzech (!) supportów oraz po pewnym miłym – tak, tak, miłym – incydencie z wylanym piwem stanęła przed nami ta pieprzona kłirowa bestia, ten wulkan energii, jakim jest Amanda Palmer.
Notowanie setlisty kawałek po kawałku było praktycznie niemożliwe wobec gonitwy myśli, jaka w ciągu dwóch godzin przetoczyła się przez moją głowę. Po prostu w pewnym momencie światła zgasły, a naszym oczom ukazała się Amanda stojąca na balkonie, trzymająca w ręku ukulele i drąca się a capella – a było to "Creep". I'm a creep, I'm a weirdo. Most of us are weirdos. I tak już przez cały wieczór Palmer wysyłała w naszą stronę sygnały porozumienia. Bo wierzcie mi, na koncerty takich nieprzypadkowych artystów nie chodzą przypadkowi ludzie.
A potem sru, "Do it with a rockstar". Potężny kawał głośnego, punkowo queerowego grania, w którym po raz pierwszy zobaczyliśmy muzyków Grand Theft Orchestra, zwanych roboczo Niedźwiedziem, Garniturkiem i Tym w Różowych Spodniach. I co z tego że w różowych, skoro wyglądał w nich oszałamiająco.
Bohaterka wieczoru przemówiła po trzecim z kolei "Killing type". A potem usiadła do ustrojonego kwiatami pianina i wykonała emocjonalne, mocne, kabaretowe "Missed me" z repertuaru Dresden Dolls. Co do których zapowiedziała, że być moze powrócą (jaramy się mocno).
Jeśli kiedykolwiek martwiłem się, że urodziłam się za późno aby usłyszeć "Smells like teen spirit" mojej ukochanej Nirvany na żywo, to już nie żałuję niczego. To była prawie Nirvana, a w tym przypadku prawie nie robi wielkiej różnicy. Darcie mordy, skakanie w tłumie, Amanda w ramionach widowni. To był grunge, uwierzcie na słowo.
I mój ulubiony ostatnio "Astronaut".
Następnie Palmer zafundowała nam dłuższą przemowę na temat Lou Reeda (tylko nie mówcie, że to teraz po jego śmierci modne, bo wierzę jej na słowo kiedy twierdzi, iż bardzo wpłynął na nią w młodości). No więc było "Look on the wild side", a słynne pampararam, a raczej tutururu z tej piosenki Amandzia kazała zaśpiewać nam, czyli widowni. Głośniej, ciszej, aż do całkowitego upłynnienia dźwięku i osiągniecia efektu turkoczących kół pociągu. Magiczny moment połączenia.
Dopiero wtedy zorientowałam się, że na jej gorsecie widnieje nie kto inny, jak Klaus Nomi, czyli bratnia dusza Kraftwerk i Bowiego, tylko jeszcze dziwniejsza i bardziej queerowa. Idealny mentor, idealna twarz na ubranie.
A potem na scenę wskoczyła Gaba Kulka (wcześniejszy support i chyba już przyjaciółka Amandy), aby wykonać w duecie najbardziej zaskakujący kawałek tego wieczoru. Jak to ujęła Amandzia, "traditional polish folk song", którą okazała się najlepsiejsza wersja "Ona tańczy dla mnie", jaką można sobie wyobrazić. Na poczatku śmiałam się przez jakieś pół minuty i nie mogłam przestać, ale daję znak jakości, zdecydowanie.
Po tych mocnych wrażeniach ze sceny spłynęło na widownię ogromne płótno (och, dlaczego nie tęczowe!), a na płótno wskoczyła gwiazda, by dać się ponieść tłumowi. Po całej sali. Ode mnie, przepływając na tym płótnie nieopodal, dostała buziaka w policzek. I kissed Amanda and I liked it – jakkolwiek liczyłabym raczej na pocałunek w usta, jakim obdarzała wielu fanów na tej trasie (ona to lubi, tak). Cóż, dobre i to.
"All that matters is nightime", powiedziała zaczynając kolejny utwór – wykonane solowo, niemal akustycznie "Bedsong". Wyciskające łzy z oczu. Jednak ten koncert to w większości dla mnie czyste emocje bez wspomnień, wolne od odniesień do mojego własnego życiorysu. Co jest szczególnie cenne, bo gdyby wpakować w te piosenki jeszcze trochę emocji, coś złego mogłoby stać sie z moim sercem.
"Coin operated boy" przyklepało pomysł na mój premierowy dragowy kawałek. Dzięki, Palmer, inspirujesz.
Pod koniec setu na scenie było chyba z dziesięć osób, a zespół bisował dwa razy. Jako ostatnią piosenkę dostaliśmy "Ukulele anthem". Do kompletu z wiadomością, że Nadezhda Tolokonnikova, członkini Pussy Riot, została przetransportowana do kolonii karnej na Syberię. Amanda zaangażowana, Amanda wyzwolona, Amanda walcząca, Amanda queerowa, głośna i kolorowa. Każdą z nich było nam dane poznać tego wieczora.

Niecałą dobę później byłam już w Warszawie. I tej nocy nie potrafię już opisać składnie i sensownie.
Home it's where the heart is.
Przede wszystkim dziękuję K. za to, że była tam ze mną, że była mi oparciem emocjonalnym przez cały koncert i potem, kiedy rozklejaliśmy się jak rasowe bobry. Oraz pozdrawiam Zytę jako jedną z tych przefajnych znajomości nawiązanych w okolicach koncertów.
Nie myślałam, że po Placebo i IAMX zakocham się jeszcze kiedyś muzycznie tak intensywnie. Tymczasem Hurts to niezły kawałek mojej prywatnej historii, głównie z ostatniego roku. Historii opartej na całkiem przypadkowym styku fascynacji i wzajemnych inspiracji.
Rano po koncercie nastąpiła oczywiście ceremonia odsłuchu Exile, podczas której ciężko było nam ruszyć się z miejsca pod wpływem dźwięku. Nie bez powodu Theo Hutchcraft mówi, że interesuje go związek narkotycznego uzależnienia i fetyszu z religią. Identycznie możnaby opisać stan, na który przypadkowo znalazłyśmy nazwę – Theofilia: całkowite, mimowolne oddanie.
Insynuowanie biseksualności swoich idoli to bardzo brzydka sprawa, wiem. Jednak ciężko powstrzymać się od skojarzeń z płynnymi genderowo gwiazdami synthpopu lat 80., kiedy się patrzy na Hurts. Na ich formułę męskiego duetu, eleganckie garnitury, biżuterię, gesty. Na ręce Theo Hutchcrafta. Na cały ten look, który przywołuje skojarzenia z hasłem "Naziści byli źli, ale dobrze się ubierali". A przy okazji tym, którzy mają bardziej plastyczną wyobraźnię, każe wizualizować sobie, jakby to było gdyby Theodore nosił sukienki. Co też zamierzam w najbliższym czasie namalować.
Naprawdę nie myślałam, że "Somebody to die for" może ruszyć mnie bardziej niż "Blind".
Z prywatnych osiągnięć: autografy i zdjęcia to jedno, dziesięciosekundowa wymiana zdań z Theo to drugie. I dzika satysfakcja, że mogłam powiedzieć mu o występach na bazie Wonderful Life. Satysfakcja i przyjemność bycia jednym z tysięcy fanów – a jednak jest w tym coś prawdziwego, szczerego, moja nadzieja na więcej – pewnego dnia.


Lead me in chains
Strip me of shame
Caress me with pain
Cos I'm down on my knees
And I'm begging you please as you say
Don't cry mercy
There's too much pain to come


I could drag you from the ocean
I could pull you from the fire
When you're standing in the shadows
I could open up the sky
I could give you my devotion
Until the end of time
And you will never be forgotten
With me by your side






niedziela, 27 października 2013

oh, Almond. Soundedit 2013

Marc Almond posiada jeden z tych głosów, które zdefiniowały muzyczny charakter lat 80., a szerzej – całej epoki synthpopu i nowej fali. Almond ma w głosie tę samą melancholię i emocjonalne drżenie co Boy George, Martin Gore z Depeche Mode, Morrisey czy Simon LeBon z Duran Duran. Na myśl przychodzi mi jeszcze aktorstwo Alana Cumminga ("Burleska", "Słowo na L", telewizyjna wersja musicalu "Kabaret"), który wiele elementów swojego kampowego stylu wyraźnie czerpie z postaci takich jak Almond.
Łódzki wystep wokalisty okazał się nie tylko smakowitą prezentacją największych hitów, ale także popisem umiejętności aktorskich, kabaretowych, musicalowych. Miękkość jego ruchów, przemyślane czerpanie ze stylu występów okresu pierwszej fali synthpopu w latach 80, przede wszystkim zaś intensywność, z jaką wczuwał się w śpiewane utwory – niejeden/na performer(ka) drag mógł/mogłaby się od niego uczyć. Bo też muzyka, jaką współtworzył artysta w rozmaitych projektach, daje szerokie pole do interpretacji i queerowej zabawy. Na łódzkim koncercie pobrzmiewały elementy muzyki typowo musicalowej (Kurt Weil?...), piosenki aktorskiej, a nawet ludowej muzyki cygańskiej. Dziś Almond ma 56 lat – w tym wieku wielu jego kolegów po fachu nagrywa kiepskie płyty, znacznie traci na atrakcyjności i robi dobrą minę do złej gry. Ale nie on. Już samo przyjęcie zaproszenia na festiwal Soundedit – stosunkowo mały i przeznaczony dla osób zainteresowanych techniczną stroną tworzenia muzyki – świadczy o tym, że wokalista nie trwoni swojego dorobku artystycznego i poważnie podchodzi do legendy, jaką przecież niezaprzeczalnie jest. Na festiwalu w Łodzi pojawił się człowiek niezwykle serdeczny i otwarty, który dawną maskę skandalisty zastąpił czysto queerowym scenicznym czarem.  
Najjaśniejsze punkty wieczoru? Oczywiście "Tears run rings" czy "Tainted Love", ale także "If you go away", będące interpretacją utworu Jacquesa Brela. Dystans pomiędzy Almondem a widownią – naprawdę niewielki, róże rzucane przez widownię na scenę były przyjmowane z szerokim uśmiechem. Almond na półtorej godziny całkiem nieoczekiwanie zabrał mnie do innego świata. Dzięki.

ps. ktoś nakręcił, co prawda tosterem jakby, ale ważne ze jest. http://www.youtube.com/watch?v=XpqEVaCLU4Y

Niebieski, najcieplejszy kolor. "Życie Adeli"

"Życie Adeli" to taki film, po którym zachciewa się kilku rzeczy: makaronu, wina, malowania obrazów i uprawiania miłości. A także film, w który wiele osób na wpół świadomie wejdzie całą, całym sobą i będzie przeżywało niemal fizycznie doznania i przeżycia bohaterek. Takie zresztą było uzasadnienie werdyktu jury festiwalu w Cannes, który nagrodził film Złotą Palmą. Według niego "Życie..." to "Jedna z najpiękniejszych historii miłosnych w kinie ostatnich lat. Miłości, z którą każdy może się identyfikować, rozpoznać w niej swoje związki."

Aktorki odtwarzające główne role, Léa Seydoux i Adèle Exarchopoulos już po premierze filmu wyznały, że jego produkcja była męką: reżyser Abdellatif Kechiche nie miał ponoć ustalonej wizji i kazał im powtarzać każdą scenę wiele razy. To niezdecydowanie widać wyraźnie w pierwszej połowie filmu – po godzinie spędzonej w kinowym fotelu zaczęłam zerkać na zegarek zastanawiając się, kiedy akcja przyspieszy. A przyspiesza znacznie w chwili, kiedy Adele przekracza symboliczny próg obcego świata – lesbijskiego baru.

Emma i Adele pochodzą z dwóch różnych światów. Różnią się wiekiem, zainteresowaniami, temperamentem, modelem według którego zostały wychowane. Ich pierwsze spotkanie następuje, kiedy mijają się przypadkiem na ulicy. Każda idzie w swoją stronę, jednak Adele nie potrafi wyrzucić niebieskowłosej nieznajomej z głowy. Po drodze mamy szkolne kłopoty, nieudaną (wymuszoną?) próbę związku z "największym ciachem w szkole", przyjaciela geja... Splot przypadków prowadzi w końcu dziewczynę do miejsc odwiedzanych przez osoby LGBTQ – w tym Emmę.

W gejowskim klubie jeden z gości mówi do Adele: podążaj za uczuciem, nie za płcią; rób, co podpowiada ci serce. Ta zasada wydaje się idealnie pasować do bohaterki. Nie określa się ona bowiem stanowczo jako lesbijka, w przeciwieństwie do Emmy. Niebieskowłosa dziewczyna prowadzi swoją młodszą partnerkę przez fascynujący, zupełnie nowy dla niej świat; świat, w którym Adele przestaje być nastolatką, a staje się samodzielną kobietą. I po raz kolejny mamy tu sytuację, w której strona, która jest "100% homo", żąda od drugiej całkowitego oddania, ostatecznego określenia, zagłuszenia potrzeb. A przecież młoda Adele zostaje wrzucona na głęboką wodę, wciąż szuka i zastanawia się nad sobą. Nie dlatego, że nie kocha Emmy. Jej życie, kręcąc się wokół związku stworzonego z kobietą nabiera tempa, jakiego nie miało nigdy wcześniej. A ona z całych sił stara się odnaleźć w nim siebie.

Film już zasłynął długimi, przepięknie i szczegółowo zrealizowanymi scenami kobiecego seksu. Dotychczas naprawdę niewiele było produkcji, w których fizyczna miłość miedzy kobietami zostałaby pokazana z tak bliska, tak realistycznie. I to jest świetne – ta część widowni, która nigdy nie przeżyła takiego zbliżenia jak bohaterki, może przekonać się na własne oczy o towarzyszących mu emocjach. Intymne zbliżenia kamery zdają się mówić w imieniu bohaterek: "Jesteśmy tutaj, tak wygląda nasza miłość. I jest całkowicie normalna, całkowicie możliwa."

Mówiąc o "Życiu Adeli", myślę także o polsko-węgierskim "Innym spojrzeniu" z 1982 roku, w którym główne role zagrały Jadwiga Jankowska-Cieślak i Grażyna Szapołowska. Pozornie zupełnie inna historia oscyluje również wokół miłosnej relacji dwóch kobiet, pełnej uników i niepewności. Jest tam scena przesłuchania, w której ciekawski policjant pyta jedną z bohaterek, jak to możliwe, że dwie kobiety mogą się kochać. Poirytowana pokazuje mu na palcach – można to robić jednym, dwoma albo trzema. Tak niewiele i tak wiele zarazem, symboliczne przedstawienie faktu, iż warunkiem miłości (i oczywiście seksu) nie jest "idealne", heteronormatywne dopasowanie części ciała.

Ciekawi mnie jedynie, kiedy festiwalowe nagrody zgarnie film, którego bohaterki nie będą tak piękne, chude i młode jak Emma i Adele. Wtedy dopiero będzie można mówić o prawdziwym sukcesie i realizmie. Na razie w ogóle niewiele produkuje się filmów – nawet tych niszowych, nie mówiąc już o głównym nurcie – w których postaci reprezentowałyby każdy wiek i typ urody, jednym słowem takie, jakie widujemy na ulicach i w klubach. Póki co, podziwiajmy jednak dzieło Abdellatifa Kechiche: tak realistyczne, że aż gryzie w oczy; tak symboliczne, że odczyta je (prawie) każdy i każda z nas; niebywale naładowane emocjami, a jednocześnie piękne.


Tegan & Sara w Warszawie

<reklama, reklama. Zaprasza Fabryka Równości. moja zacna organizacja czyli.>

Tegan & Sara. Jedyny taki zespół. Skojarzenia? Kości policzkowe, w których kocha lub kochała się większość moich nieheteroseksualnych koleżanek. Słodko – gorzkie piosenki o miłości. Niedźwiedzie kombinezony z teledysku do "Alligator"... i mnóstwo wspomnień. Tak, powodów aby kochać Tegan i Sarę Quinn wiele (i wielu!) z nas zapewne znajdzie mnóstwo.

Siostry Quinn nigdy nie były typowymi walczącymi, podkreślającymi wszędzie swoją tożsamość lesbijkami. Ale też nigdy nie zaprzeczały, że należą do środowiska LGBTQ. Być może to sprawiło, że kanadyjski duet przez lata zyskał popularność, docierając do serc fanek i fanów piosenkami umiejętnie oddającymi ludzkie uczucia w taki sposób, że mogły się w nich odnaleźć kobiety i mężczyźni, osoby hetero, homo, biseksualne... Zespół przeszedł stopniową ewolucję od strony muzycznej (zaczynały w roku 1995 jako rozczochrane piętnastolatki z gitarami), ale sławę zyskały również metamorfozy fryzur obu sióstr, które stały się jednym z ich znaków rozpoznawczych.
Ponadto Tegan i Sara są wciąż jednymi z nielicznych wyoutowanych lesbijek w muzycznym biznesie, a przynajmniej w tej jego części, której nie można zaliczyć do absolutnej alternatywy i queerowego undergroundu. Ośmielę się stwierdzić, że nie jest sztuką grać piosenki o uczuciach damsko-damskich, kiedy występuje się głównie dla wąskiego grona kobiet kochających kobiety. Tegan i Sarze udało się jednak przebić do szerokiego grona słuchaczy, nie tracąc nic z rozpoznawalnego queerowego charakteru.

Czego mozemy się spodziewać po koncercie w Polsce? Na pewno szczególnego porozumienia wokalistek z publicznością, ich szczerej, pozytywnej energii i szerokich uśmiechów. Pewnie też szaleństwa tłumu podczas hitów takich jak "Hell" czy "Northshore". I pewnie nie pomylę się za bardzo prorokując, że wysłuchamy także chwytających za serce, być może nawet półakustycznych wersji "The Con" czy "Nineteen". Set na pewno będzie bogaty – w końcu na siostry Quinn polska publiczność czekała wiernie wiele lat.
I jeszcze jedno: ogromną część publiki, jaka zbierze się w sobotę 2 listopada w warszawskim Palladium, będą stanowili przedstawiciele i przedstawicielki społeczności LGBTQ – co do tego chyba nikt nie ma wątpliwości. Uczyńmy ten dzień naszym wspólnym queerowym świętem, radosnym i kolorowym – nawet, jeśli prawdopodobieństwo spotkania w tłumie byłej dziewczyny będzie niebezpiecznie wysokie... Tęczowych akcentów z pewnością nie zabraknie.

Należy się Wam także słowo o najnowszym wydawnictwie zespołu. Płyta "Heartthrob" trwa zaledwie 36 minut. Jednak nawet tyle wystarczyło siostrom, aby przekazać na nowym krążku wszystko, co decyduje o ich niepowtarzalnym stylu. Jest oczywiście nieco bardziej tanecznie niż na poprzednich albumach. Zapowiedzi zwrotu w kierunku elektronicznych dźwięków dostaliśmy wprawdzie już jakiś czas temu – były to udane duety "Feel it in my bones" (z udziałem DJ Tiesto) oraz "Body work" (wraz z Morganem Page'em).
Mój faworyt z "Heartthrob" to - oczywiście poza singlowym "Closer" - "I couldn't be your friend" oraz zamykające album "Shock to your system". Te utwory to inne tempo, poruszają inne struny muzycznej wrażliwości niż reszta płyty. Rolę obowiązkowego smutnego kawałka spełnia choćby "I was a fool".
Doskonale wyszła siostrom Quinn wizualna oprawa i promocja albumu. Oczekiwanie na premierę albumu umiliły fanom między innymi serią umieszczanych na Youtube rozmów. Ich gośćmi były takie postacie jak Kate Moennig – aktorka otoczona w "branży" niemal kultem za sprawą roli Shane w serialu L Word – oraz zmarły niedawno tragicznie Cory Monteigh, odtwórca roli Finna w musicalowym serialu Glee. Na uwagę zasługują także wideoklipy – przepięknie zrealizowany, barwny "Now I'm all messed up" czy alternatywna wersja "Closer", w której główne role odgrywają... psy.

Warszawski koncert Tegan & Sara odbędzie się 2 listopada w klubie Palladium, organizowany jest przez agencję Go Ahead. Bilety kosztują 105 zł. Fabryka Równości objęła wydarzenie patronatem. Do zobaczenia!

środa, 25 września 2013

Holy Poly

Z okazji minionego kilka dni temu Dnia Widoczności Osób Biseksualnych pozwolę sobie po raz kolejny pomęczyć Was na temat tylko pozornie osobisty, a faktycznie bez wątpienia publiczno-polityczny.

Jestem najgorszym złem, typem osobym przed którą w pewnych kręgach ludzie przestrzegają się nawzajem.
Dużą część społeczeństwa zapewne wychowano w zapewnieniu, że ideałem miłości jest sytuacja, kiedy pan spotyka panią, zakochują się w sobie, biorą ślub, a potem mają razem dzieci. Przyznaję ze smutkiem, sama na pewnym etapie rozwoju padłam ofiarą tego mitu. I choć starano się mnie trzymać z daleka od najczarniejszych (najróżowszych?) dziur popkultury, zaczęłam w pewnym momencie marzyć o księciu na białym koniu i tego typu pierdołach, co też skrupulatnie uwieczniałam w formie rysunków. Konia mimo usilnych starań nie umiem rysować do dzisiaj, książę okazał się swobodnie wymienialny z księżniczką, a rodzice ugięli się pod terrorem różowej panny z plastiku i zakupili (tata na delegacji w Niemczech) pierwszą Barbie. Fail wychowawczy czy nieunikniona lekcja wychowania w popkulturze?
Jednak nie do końca o genderowych pułapkach rozpracowanych przez wujcia Freuda chciałam dzisiaj pisać. Chciałam o tym, jak wciąż wąskie jest współcześnie prawo do miłości
Tak, mam silne skłonności poliamoryczne i uważam, że związki międzyludzkie powinny opierać się na obustronnych umowach, nie zaś na sztucznie utrzymywanych schematach, od których tak często potajemnie odchodzi się na rzecz poszukiwania satysfakcji.
W obecnym momencie swojego życia, mimo wciąż sprawdzającej się sentencji "chujowo, ale stabilnie", osiągam od jakiegoś czasu satysfakcję i niezbitą pewność słuszności tego, co robię. Myślałam, że niewiele już mogę w sobie odkryć – a jednak. Kolejne, pozornie niewielkie wydarzenia pozwalają mi odkryć w sobie skłonności do fetyszu, bondage, crossdressingu (to od dawna, jednak dopiero teraz tak silne), zaakceptować dziwne upodobania, które kiedyś wydawały mi się nie na miejscu.

Tak, wiele razy chciałam być lesbijką. Pewnie. O ileż prościej być kobietą kochającą wyłącznie kobiety, najlepiej schematycznie męską wybierającą przeważnie femme. Mieć swój typ, popadać w kolejne branżowe miłości. Nie zwracać uwagi na mężczyzn. Męskich przyjaciół zawsze traktować po kumpelsku. Kilkakrotnie usiłowałam podważyć to, o czym wiedziałam mniej więcej od 14 roku życia. I za każdym razem – do teraz włącznie – dochodziłam do wniosku, że jestem beznadziejnie biseksualna. Napisałam już zresztą na ten temat ilości liter, które możnaby zebrać w średniej grubości książkę. To jednak zrobiła za mnie m.in. Angie Bowie (TA biseksualna Bowie od TEGO biseksualnego Bowiego) i powiadam wam, zrobiła to nieźle.
No dobrze, ale dlaczego jestem złem? Dobre to pytanie, ponieważ złem do szpiku kości się nie czuję. Istnieje jednak podwójne wykluczenie, które każe sporej części kobiet kochających kobiety uciekać od takich jak ja (bo niewierne toto, porzuca bez uprzedzenia i sprowadza wszystko do seksu). A z drugiej strony mamy schematy, którymi posługuje się rozleniwiona heteronormą większość.  
Tak, obecnie sypiam wyłącznie z kobietami. Jednak w końcu przychodzi moment, w którym niczym w ślepym zaułku zadaję sobie pytanie, do czego mnie to prowadzi. Nie to, zebym chciała przestać. Ale bywanie wyłącznie z kobietami jest dla mnie niczym wyjadanie nadzienia z cukierków i zostawianie pustej otoczki. A otoczki bywają dobre. Chropawe, z silnym uściskiem, niskim głosem i dwudniowym zarostem. Albo wręcz przeciwnie, słodkie, miękkie, gładkie, pełne perlistego ochrypłego śmiechu i nieodpartego chłopięcego uroku.
(Nie martw się, zaczekam aż dorośniesz.)

Lubię mężczyzn. Podobają mi się. Pożądam ich. Męskości w mniej macho, bardziej łagodnym wydaniu (choć też nie zawsze!). Dłuższe włosy, łagodne rysy, mniej muskularna budowa, ale wszystko to tylko wtedy, gdy dotyczy mężczyzny. Lubię na nich patrzeć. Prosta życiowa przyjemność wizualna.
Problemem jest stosunek mężczyzn do mnie. Wiem, że wymagam rzeczy trudno osiągalnej – trzymajmy się wersji, że może nie nieosiągalnej, ale jednak trudno trafić na mężczyznę, którego pociąga kobieta, która w żadnym wypadku kobieca być nie chce. Która wiąże piersi i goli głowę. A przy tym najbardziej chciałaby, żeby mężczyzna nie był taki do końca męski. Jeden procent społeczeństwa szukający swojego drugiego procenta.

Spirala heteronormatywnych uprzedzeń i standardów nakręca się sama: oto kobieta uprawiająca seks z kobietami jest w porządku, tylko jeśli pozwala mężczyźnie patrzeć (a więc z definicji nie jest juz lesbijką, jeśli dopuszcza do aktu miłosnego osobę płci męskiej). I oczywiście wtedy, kiedy wpisuje się w schemat męskich fantazji. A powiedzmy sobie to szczerze, femmes to tylko część, jeśli nie mniejszość kobiet zainteresowanych seksualnie kobietami.
Jeśli wolno mi wtrącić: do jasnej cholery, celebrujmy różnorodność, bo na niej opiera się świat. Zatem i bucze, i kobietki są na swój sposób pięknymi istotami, i mój gust nie ma tu nic do rzeczy. I wcale nic nie palę, pisząc te zdania.

Związki, relacje i epizody z kobietami są... łatwiejsze? Nie, to nie to. Dobrze jest jednak wiedzieć, na którym polu ma się większe szanse. Nadchodzi taki moment, kiedy człowiek nie ma już ochoty na kolejne fale bólu, zawody uczuciowe, kiedy chce po prostu zaspokoić naturalną potrzebę ciepła, seksu, przytulenia, a następnego dnia zjeść razem śniadanie i powiedzieć sobie "(być może) do zobaczenia, było fajnie" i pójść w swoją stronę bez żalu, a jedynie z dobrymi wspomnieniami. (No, chyba że kończysz noc z pogryzionymi sutkami).

Tak, jestem holy poly – stworzeniem poliamorycznym, ale nie poligamicznym, bo posiadającym swoistą etykę, uczucia i szanującym uczucia innych. To prawda, w dwóch przypadkach w moim życiu nie udało mi się zachować neutralności takiej relacji. W jednym zakończyło się to lekkim syfem, do którego nie chcę tutaj wracać, ale byłam młoda i naiwna. W drugim jednonocna zaskakująca przygoda rozwinęła się w najtrwalszy i najbardziej dojrzały związek (bo w jakimś sensie można to związkiem nazwać), jakiego do tej pory doświadczyłam. Związek oparty na szacunku, przestrzeni, braku presji i zaufaniu. I może to właśnie te ustalone niemal od samego początku zasady sprawiają, że mogę żyć w relacji bez dramatów, zazdrości i tego typu pierdoletów, nawet jeśli czasem czegoś mi brakuje – bo obie strony wiedzą, na czym rzecz polega.
Cóż, źle jest nie mieć przy kim ogrzać rąk, kiedy zaczynają się jesienno-zimowe chłody.

Nie wpaść w pułapkę dopasowania do normy to już duże osiągniecie. Sama przyłapuję się na tym, że zacząłem wręcz kontrolować równoważenie cech kobiecych i męskich, choć wcześniej przychodziło mi to naturalnie. Trans*policja działa, ponieważ obok bycia genderqueer uważam się i jestem osobą trans* - czyli w moim przypadku taką, która silnie odczuwa swój pierwiastek męski i nie wyklucza korekty (czy może jednak w moim przypadku: zmiany) płci w przyszłości.
I znów jestem najgorszym złem, ponieważ zaprzeczam polityce standardowo prowadzonej w sprawach i przez osoby trans – bez gwiazdki.

Ten felieton to tylko kolejna z wielu części niekończącej się opowieści o złożoności ludzkiej (bo przecież, litości, nie tylko mojej własnej) seksualności. I jak wspomniałem na początku, wbrew pozorom nic tu nie jest prywatne, bo cała zachodnia (i nie tylko zachodnia) cywilizacja opiera się o "świętą" instytucję małżeństwa, której przecież tak wielu z nas bardziej lub mniej świadomie zaprzecza.

***

Na deser – mroczny zimowy IAMX, jak zwykle o tej porze roku, kiedy wieczory stają się zimne, a muzyka wymusza spojrzenia w chłodną, nieprzyjazną przeszłość rozświetloną iskierkami radości z koncertów i pierwszych spotkań z Ludźmi. (jestem za bardzo patetyczna/y?)


http://www.youtube.com/watch?v=QsiEuHTWe1I

wtorek, 17 września 2013

historia jednej znajomości

Szczerze: bałam się tej płyty. Jak chyba większość z nas – mam na myśli ludzi, których Placebo obchodzi trochę więcej niż przeciętny rockowy zespół znany z radia.
A teraz nie mogę się oderwać od Loud Like Love. Co więcej, od tygodnia ta płyta sprawia, że przełączam na swojej liście odtwarzania każdą piosenkę, która pochodzi z okresu wcześniejszego niż LLL i poprzedzająca płytę epka B3. Muszę się po prostu nasycić.
Placebo znów zgrało się perfekcyjnie z tym, co dzieje się w moim życiu, które przecież od siedmiu lat jest nierozerwalnie związane z Ich muzyką.

Want You so bad I can taste it
But You're nowhere to be found

Większość z Was zna już pewnie tę historię, ale pozwolę sobie powtórzyć co ważniejsze jej fragmenty. Mam czternaście lat i właśnie wybieram się na pierwszego w życiu Openera. "Fajne zespoły, Franz Ferdinand, no i Placebo" – mówi Tata, który jedzie tam ze mną i moim bratem, a potem stwierdzi, że przestał słuchać P. sam z siebie, odkąd ja poczęłam Ich słuchać nałogowo. No, trudno. "Nie, nie podejdziemy bliżej sceny, bo nas zdepczą" – tak brzmiał Jego protest przeciwko moim pierwszym zapędom w kierunku podbarierkowego tłumu. Ale ja chciałam, chciałam strasznie mocno, bo mimo że znałam zaledwie kilka piosenek, coś ciągnęło mnie w stronę tego ogolonego na łyso (wtedy) człowieka z najdziwniejszym głosem, jaki słyszałam w życiu. Głosem, który sprawił, że już wkrótce po tym koncercie zaczęłam poznawać innych Wyznawców (tak się wtedy nazywaliśmy – i myślę, że nadal jest to całkiem odpowiednie określenie). Potem były kolejne koncerty, w sumie do tej pory pięć, oczekuję szóstego (12 listopada, Warszawa, Torwar – miejsce kultowe dla placebowych koncertów). Koczowanie, czekanie, plany, spotkania, malowanie transparentów, wspólne wyjazdy, zdjęcia. Placebo stało się swoistym spoiwem i towarzyszem najszczęśliwszych i najgorszych chwil mojego życia. Zarówno tych, kiedy zalewałam się łzami z Wcale Nie Błahych Prywatnych Powodów, jak i tych, kiedy byłam blisko z różnymi szalenie ważnymi dla mnie osobami. Było opatrunkiem na głębokie rany, pomagało zasnąć, stwarzało domową atmosferę. Było – i wciąż jest – jedną z najważniejszych stałych w moim życiu. I wyciskaczem takich ekstatycznych emocji, jakich doświadcza się przy najlepszym seksie, tyle że podczas koncertów.

Rob the bank/Then take me home/But take me home/Make love/Make love
Pamiętam dokładnie pierwszą chwilę z pierwszą, tytułową piosenką promującą Battle for the Sun, poprzedni longplay Zespołu Na Pe. Utwór został udostępniony w internecie kilka dni przed premierą płyty. Ściągnąwszy go, czekałem na odpowiedni moment, który nadszedł, kiedy siedziałam na przystanku autobusowym po próbie pewnego spektaklu, grzejąc się w promieniach czerwcowego słońca. Uczucie radości z nowego materiału gryzło się z bezsensem słów tego singla.
Wtedy, ponad cztery lata temu, wszystko było inne. Ludzie wokół mnie, aktualne związki, cele, nadzieje, przeszkody.
LLL w jakiś cudowny, niezawodny sposób składa się po raz kolejny w całość, która okazuje się kawałkiem idealnie pasującym do aktualnej życiowej układanki. Każda piosenka jest celebracją lub opłakuje szczególną chwilę z życia Briana Molko i Stefana Olsdala, przede wszystkim jednak tego pierwszego z tytułu bycia głównym twórcą tekstów (jednak nie bez związku z tym drugim, co wybitnie słychać). I w jakiś tajemniczy sposób większość tych piosenek idealnie odnosi się również do mnie. Wiem, co można pomyśleć czytając te słowa – że to całe Placebo to coś w rodzaju One Direction dla tylko nieco starszych fanów. Nic bardziej błędnego. LLL to chyba najbardziej dojrzały materiał w dorobku Placebo, nie umniejszając oczywiście pozostałym krążkom. Jednak tylko tutaj mamy radość, powagę, euforię i cierpienie w tak idealnych proporcjach.

No dobra, to teraz szczegóły. Miejmy to za sobą i wytknijmy mistrzom niedociągniecia. Są dwa – wybór najsłabszej piosenki z płyty na pierwszy singiel oraz sama forma wydania. Pierwsze słowa pochodzące z nowej płyty, jakie poznał świat, brzmiały "My computer thinks I'm gay". Strzał w stopę, ryli, ale to chyba wiemy już wszyscy. Co do wydania, moja osoba zaopatrzyła się oczywiście w deluksa. I wstyd to pisać, ale zwłaszcza w przypadku deluksa klient płaci, więc wymaga, a dostaje książeczkę z paroma ładnymi obrazkami, wydaną na ładnie pachnącym papierze, ale to wszystko. Panie Molu, co się stało, spanikował pan przed umieszczeniem swojej tekściarskiej twórczości, żeby każdy mógł sobie ją spokojnie przeanalizować, zamiast szukać po internetach (niedokładnie) przepisanych tekstów? Duży minus, a bardzo na to liczyłam.
Wielki plus wędruje natomiast do Adama Noble'a za produkcję. Tych wszystkich smaczków nie usłyszymy na ściągniętej z neta demówce, wierzcie mi.
Trzy największe dzieła, jakie P. niniejszym dają światu na LLL, to Hold on to me, A million little pieces i Exit wounds. To nie jest wesoła, słoneczna płyta, wbrew temu co zapowiadał tytuł i pierwsze przecieki. Ale może to i dobrze, bo kiedy ostatnim razem dostaliśmy płytę emanującą słońcem, to okazała się ona najsłabszą ze wszystkich dotychczasowych w placebowym dorobku (mimo tego, ze w ostatecznym rozrachunku po czterech latach niektóre utwory brzmią naprawdę w porządku). Dobrze też, że Molko przelewa swoje frustracje w swoją twórczość, zamiast w depresje i kryzysy. Wiem coś o takim przelewaniu.
Muzycznie LLL ociera się o przebłyski geniuszu charakterystyczne przede wszystkim dla Black Market Music i Sleeping With Ghosts. Takie na przykład Exit Wounds i coś w tym utworze, co nazywam "połamanymi dźwiękami", a co czyni od wielu lat muzykę Placebo rozpoznawalną i wyjątkową.

I've lost the power to understand, what it takes to be a man
With my heart

No właśnie, Brian Molko – "small and gentle man, who carry the world upon his shoulder". Czasem bufon z syndromem lidera zespołu zwanego Gigantem Alternatywy, czasem pokorny, nastawiony na rozwój artysta zafascynowany buddyzmem. W tym momencie popuszczam wodze fantazji, bo moje idealne spotkanie z tym człowiekiem nie polegałoby jedynie na dzikim seksie gdzieś między drzwiami a podłogą. Wcześniej chętnie napiłabym się z nim herbaty i podyskutowała o podróżach do Indii, Nepalu i Kambodży. Brian Molko to musi być w gruncie rzeczy strasznie fajny facet.
Wraz z wczorajszym Loud Like Love TV Gwiazdka przyszła trzy miesiące wcześniej. Tyle wzruszeń, humoru, anegdot i wspomnień, że nie dało się odlepić od komputera przez bite dwie godziny, przy jednoczesnym wydawaniu z siebie wielu ekstatycznych dźwięków.
Pewne rzeczy nie zmieniają się nigdy: "-Co byś zrobił gdybyś wiedział, ze niedługo umrzesz? -Starałbym się uprawiać tak dużo seksu, jak to tylko możliwe" [charakterystyczny molkowy rechot]. Po latach wrócił nawet do fryzury, przez którą czasem ciężko stwierdzić, czy dane zdjecie pochodzi z 1998, czy z 2013 roku.
Minie sporo czasu, zanim będę w stanie włączyć jakąkolwiek niebędącą Placebo muzykę bez szalonego pragnienia powrotu do Zespołu Na Pe. Znów. Ten stan zakochania trwa ponad siedem lat, więc chyba już się nie zmieni. Osobie, która mogłaby zająć tę wolną część mojego serca, stawiam z konieczności jeden warunek – must love, or at least like Placebo.


niżej: parapet, który łączy w sobie cztery posążki buddyjskie (czwarty zjadł aparat), zdjecia placebowych przyjaciół i rodziny, pamiątkę z drugiego koncertu P. należycie oprawioną w ramkę oraz mój osiemnastkowy prezent od E., gdzie Molko jednoczy się z Chrisem Cornerem w najlepszym stylu.)
jeszcze niżej: moje życie trochę bardziej kompletne i szczęśliwe na ten moment.






czwartek, 10 stycznia 2013

Ciiiii!

Siostry, zjednoczenie cipek, solidarność jajników. Seksmisja Machulskiego, kurwa.

Dzisiaj o seksie (cóż za surprajs).A właściwie nie o seksie, a o seksualności – niektórzy zarzucają mi nie do końca jawnie, że magluję niemiłosiernie ten temat, ale ja mam wrażenie, że dotykam zaledwie wierzchołka góry lodowej.
Pod wpływem licznych dyskusji z licznymi osobami zaczęłam się ostatnio zastanawiać, czy można nazwać mnie waginosceptyczką... sceptykiem... whatever, no właśnie. Już w samym nazewnictwie objawia się mój stosunek do kobiecości w ogóle.
Nie zrozumcie mnie źle. Popieram postulaty feministek, jednak jestem przeciwko ometkowaniu się jako feministka tylko z tego powodu, że nie zgadzam się na rzeczy, na które niezgoda powinna być oczywista i wyssana z mlekiem matki przez każdego zdrowego psychicznie obywatela. "-Izm" kojarzy mi się ze wzmożoną, z konieczności uwypukloną aktywnością na rzecz jakiegoś celu. Spotkałam się w "środowisku równościowym" z opiniami, które bynajmniej równościowe nie są i nie uwzględniają wielu meandrów ludzkiej potrzeby różnorodności. I na przykład: androginiczny, wręcz nieco męski wygląd = lesba = feministka, przy czym każda kobieta musi być feministką, bo to się nie godzi, żeby nie była! Spójrzcie, drogie panie (w większości panie), co sobie robicie.

Jeśli chodzi o stronę czysto fizyczną, sprzeciwiam się fetyszyzacji cipki jako symbolu nie tylko przyjemności, ale i władzy. Władzy, nie równouprawnienia. Poza tym, jeśli mam mówić o tym, co pociąga mnie w kobietach, to ich narządy płciowe znajdują się dopiero na którymś tam miejscu. Logicznie rzecz biorąc – czy widząc kobietę, objawia wam się wielka chodząca cipka, czy najpierw jest twarz, uśmiech, próba poznania charakteru? Może okrutnie to upraszczam, ale nie mam na myśli niczego, co zaszkodziłoby ludziom (uwaga: ludziom, nie kobietom) wspomniany organ posiadającym. Kobieta to jakaś całość i ma więcej niż jedną strefę erogenną, co przecież tak wytrwale forsujecie.
Kartkując grudniowe wydanie pewnego anglojęzcznego magazynu dla Kobiet Nieheteroseksualnych (cóż za zgrabne określenie grupy docelowej), natknęłam się na artykuł proponujący czytelniczkom świąteczne lespodarunki. I od razu rzuciło mi się w oczy nieuniknione: modne cupcakes o cipkowatych kształtach, naturalistycznych kolorach i z detalami typu owłosienie łonowe. Zrobione z, kurwa mać, marcepana. No nie, pomyślałam, przesada. Jasne, penisy mamy wszędzie, w każdym sklepie ze śmiesznymi prezentami, w wielu grafikach, jawnie czy w podtekście, do wyboru, do koloru. Cipek nie ma nigdzie. Jednak przeginając w drugą stronę, panie feministki bawią się bronią wroga (patriarchatu, znaczy). To samo dotyczy gadania na modłę "żądamy równości kobiet i mężczyzn, ale to kobiety są górą, są piękne i inteligentne, mężczyźni mogą im (nam) zmywać naczynia i służyć za podnóżek". Widzicie absurd? Ja widzę aż nadto.
Znam dziewczynę, która jest idealnym przykładem takiego rozjazdu między głoszonymi poglądami a rzeczywistością: słodka do zerzygania niczym cukiereczek, raz stwierdza wszem i wobec "kobieta raz się śmieje, raz płacze, takie jesteśmy (MY?!), żaden mężczyzna tego nie zrozumie", to znów odzywa się w niej głos silnie feministyczny: "w komediach romantycznych kobiety są przedstawiane jako głupie i płytkie". A może chodzi tu o taki dysonans poznawczy między słodką idiotką a inteligentną młodą kobietą, tylko jestem za głupia żeby w jej kontekście to pojąć. 
Dalej: internet i strony społecznościowo-rozrywkowe. Temat bez dna w kontekście odwiecznej walki płci. Po pierwsze, upupiające nazwy stron (torebunia.pl na pierwszy z brzegu przykład) reklamujących się sloganami typu "facetom wstęp wzbroniony". Po drugie, ich zawartość: tzw. memy i inne grafiki z podpisami na przemian wyrażającymi wściekłość na tępą płeć brzydką (kolejny schemat, dlaczego dzielimy się na brzydkich i ładne?), a zaraz potem świadczącymi, że chce się od tych niewdzięczników noszenia na rękach i tak właściwie to ciężko bez nich żyć. "Z facetem żyć ciężko... ale i zastrzelić szkoda" – to akurat jeden ze zgrabniejszych memów, bo w dowcipny sposób ujmuje specyfikę zależności w niehomoseksualnych relacjach.
Wracając do mojego domniemanego waginosceptycyzmu: przyznaję się bez bicia, fascynuje mnie męskie ciało. Całe. Bez dzielenia na lepsze i gorsze części (dobra, dobra, stopy to taki element, którego mogłoby nie być, albo mógłby być troche ładniej zaprojektowany). I również, mając na uwadze fakt, że nie każdy mężczyzna ma typową fizyczność – fascynują mnie ciała transowe. W ogóle ciało, zajmowanie się tą tematyką spełnia w moim przypadku nieco terapeutyczną rolę – pomogło mi stopniowo zaakceptować moje niedoskonałości. Choć jak mówi Agrado we "Wszystko o mojej matce" Almodovara, a ja uwielbiam ją cytować: jesteś tym bardziej naturalna, im bardziej podobna do wymarzonego ideału". Czyli potrzeba mi jeszcze pewnej drobnej zmiany. Dobra, nie takiej drobnej, bo z miseczki D na B. Odpowiadając na skrajne pytania niektórych znajomych pozbawionych hamulców: nie, nie chcę stać się mężczyzną. To znaczy, nie boli mnie bycie kobietą. Biologicznie. Nie dążę do radyklanej zmiany wszystkiego, chcę tylko poprawienia szczegółów. Które, owszem, uczynią mnie mniej kobiecym człowiekiem. I co, do cholery, z tego? Znów nasuwa się pytanie o jaką równość właściwie się walczy...

Na zajęciach z performance'u widzę przykłady kobiet używających waginy jako narzędzia sztuki, wyciągających z niej przedmioty, dających publicznosci ją oglądać. O ile mi wiadomo, feministki walczą o równouprawnienie kobiet i mężczyzn, nie o dominację którejś z płci. O ile mi wiadomo, sprzeciwiają się używaniu penisa jako popkulturowego symbolu – a w swoich działaniach to właśnie swoje narządy płciowe czynią takim symbolem. Siostry, zjednoczenie cipek, solidarność jajników. Seksmisja Machulskiego, kurwa. Przy czym całkowicie odzierają nagość z aury prywatności i tajemnicy. Kiedy napatrzę się na setkę nagich ciał ujętych w formę sztuki, będzie mi się to niezmiennie podobało, bo spełnia założenia różnorodności, idei body positive. Ale kiedy przedmiotem "sztuki" stają się cipki, cipki wielkie na całą ścianę, cipki w centrum, cipki wszechogarniające, to odechciewa mi się wszystkiego, seksu przede wszystkim. Może w pruderyjnych latach 50. i 60. spotkania kobiet siedzących z rozłożonymi nogami na kanapie i przez lusterko patrzących na swoje waginy były potrzebne, ważne i dawały im poczucie siły. Dzisiaj są przesadą.
Zdaję sobie sprawę, że nie mogę uzewnętrznionych tutaj poglądów rozgłaszać wszem i wobec publicznie, także (a może zwłaszcza) w moim queerowym środowisku. To znaczy mogę, ale dyskusja jaka by się wokół tego wywiązała, prowadziłaby tylko do nieporozumień.
Drogie feministki – lubię was, popieram większość waszych postulatów, wspieram was w waszych działaniach. Ale nie jestem jedną, jednym z was. Wybaczcie.