Beth Ditto wielką jest. Tak głosem,
jak i wyglądem, co wszyscy doskonale wiemy. A będąc wielką,
krzyczy też całą sobą: „Gossip to ja!”. Tymczasem nie, Gossip
to nie tylko Beth, to także uzdolniona lesbogini perkusji Hannah,
żywiołowy gitarzysta Nathan, nieśmiała, ale urocza Kathy na
klawiszach oraz wiecznie uśmiechnięty Chris na drugiej gitarze. I
również ich talenty chciałabym podziwiać, oglądając koncert
GSSP.
Jednak do rzeczy. Koncerty Gossip,
zwłaszcza te niefestiwalowe, to – nie oszukujmy się –
wydarzenia dla szczególnej publiczności. Siedząc pod barierkami w
oczekiwaniu na rozpoczęcie, obserwowałam barwną galerię postaci,
do których na pewno mogłabym powiedzieć „witaj w klubie”.
Dziewczyny, z którymi miałam przyjemność dzielić przestrzeń pod
sceną, cieszyły się wraz ze mną z najlepszego możliwego widoku
na perkusję. Żadnych przepychanek, łokci wkładanych znienacka pod
żebra w celu chwycenia barierki, żadnych pisków i nienawistnych
spojrzeń. Cudowna odmiana po tak wielu koncertach, na których
dorośli lub prawie dorośli ludzie zachowują się jak rozkapryszone
przedszkolaki.
Jako support wystąpiła polska grupa
Uniqplan, której najbardziej oryginalną cechą okazały się być
kolorowe spodnie muzyków. Poza tym wysłuchaliśmy kilku kawałków
mówiących same przez siebie „chcemy być jak Pink Floyd i Bowie,
ale nigdy nie będziemy Floydami i Bołim”. Jednak słuchało się
tego w miarę bezboleśnie. Dodatkowy plus za granie na
wolnostojących bębnach (zerżnięte pewnie z The Kills, ale spuśćmy
na to zasłonę milczenia).
Koncert Gossip rozpoczął się o
czasie i oczywiście od razu przyjemnym pierdolnięciem w uszy, jakim
jest „Move in the right direction” - piosenka, którą rzygają
już nawet słuchacze Radia Zet, bo została zaprogramowana na
komercyjną promocję ostatniego krążka zespołu. Jednak trzeba
przyznać, że „Move...” jest świetnym rozrusznikiem i wyjątkowo
trafionym singlem. Beth od razu podkreśliła, że zespół cieszy
się bardzo mogąc znów zagrać w Polsce. Przed „Love long
distance” przyszedł czas na kolejny z koncertowych chwytów Ditto
– wplatanie fragmentów znanych hitów innych wykonawców, tym
razem lubiane przez nią „Bad Romance” Lady Gagi. „Listen up”
- publiczność się rozkręca - „Into the Wild”, a potem Beth
zachciało się pogadać po polsku. Nie po raz ostatni tego
wieczora... Upatrzywszy sobie stojącego najbliżej środka sceny
ochroniarza, jęła go wypytywać, jak mówi się „fuck” po
polsku. Poprawny politycznie gość oczywiście odbąknął cicho do
mikrofonu „przyjemność”, za co został wybuczany przez
publiczność, a i przez samą Beth, która w końcu dowiedziała
się, że fuck to kurwa, nie tam żadna przyjemność. (Choć zależy
jak na to patrzeć).
Przed kolejnym kawałkiem diwa
wspomniała także o poprzednim warszawskim show, po którym zespół
wybrał się na spacer po Warszawie w towarzystwie grupy fanów... 22
listopada jednak nie było żadnego spaceru, żadnego spotkania z
fanami, a nawet żadnego spotkania prasowego (too bad, ten koncert
zdecydowanie zasługiwał na wywiad i obszerniejsze materiały w
polskich mediach, szczególnie tych queerowych).
Początek „Men in Love” Beth
odśpiewała solo w ciemności. Jej solowe popisy ze zdowojoną siłą
uświadamiają przekaz tekstowej warstwy utworów i podkreślają ich
osobisty charakter. Gossip to zespół queerowy, tęczowy,
feministyczny, liberalny, i nie boją się tego podkreślać, czyniąc
swoje poglądy jednym ze znaków rozpoznawczych twórczości. I
dobrze. Potrzeba nam zdecydowanych muzyków, w końcu artyści są
głosem mas.
Poligloci z tego Gossip... Chcąc
trochę zaktywizować dotąd będących dla niej tłem muzyków, Beth
jęła wypytywać każdego z osobna, jakie języki poznali w wyniku
tras koncertowych na całym świecie. Słowo „kurwa” sposobało
jej się szczególnie i potem powtarzała je z lubością, zabawnie
wygrażając ochroniarzowi, z którym jednak na koniec koncertu
podała sobie ręce (facet dzielnie zniósł wybryki gwiazdy...).
Four letter word, Eyes open, Get a job,
Get lost, a potem długa przerwa techniczna. (Pomyślałam sobie, że
chyba reanimują Beth, ten wulkan energii, który zlany potem daje z
siebie wszystko). Wiadomo było jednak, że jeszcze nie skończyli –
nikt nie opuścił hali, w powietrzu nadal czuło się podniecenie i
oczekiwanie. W końcu wyszli z numerem „Melody emergency”, który
rozpoczyna „A joyful noise” i jest okazją do gitarowych popisów
chłopaków. Cały bis określiłabym jako kawał baby walczący z
kawałem rocka, bo GSSP na koniec występu naprawdę zagrali ciężko,
soczyście, satysfakcjonująco. Beth wlazła w publiczność,
oczywiście potem trudno było jej wyleźć w drugą stronę.
Podawała ręce, ściskała się z fanami – jej uścisk jest
naprawdę mokry i spocony, ale też dający siłę, serdeczny. A
zespół grał... W tle... Eh.
Zabrakło mi spotkania dla
dziennikarzy. Naprawdę. Queerowa społeczność w Polsce potrzebuje
takich zespołów jak Gossip. A i niniejsza recenzja byłaby
pełniejsza, wzbogacona o elementy wywiadu i dotarłaby do większej
ilości czytelników. Koncert dał mi jednak takiego kopa
energetycznego, jaki trudno uzyskać bez użycia jakichkolwiek
nielegalnych substancji czy płynów wyskokowych. Dziękuję. Całemu
zespołowi.