niedziela, 25 listopada 2012

Gossip w Warszawie, czyli jak się robi queergasm

Beth Ditto wielką jest. Tak głosem, jak i wyglądem, co wszyscy doskonale wiemy. A będąc wielką, krzyczy też całą sobą: „Gossip to ja!”. Tymczasem nie, Gossip to nie tylko Beth, to także uzdolniona lesbogini perkusji Hannah, żywiołowy gitarzysta Nathan, nieśmiała, ale urocza Kathy na klawiszach oraz wiecznie uśmiechnięty Chris na drugiej gitarze. I również ich talenty chciałabym podziwiać, oglądając koncert GSSP.
Jednak do rzeczy. Koncerty Gossip, zwłaszcza te niefestiwalowe, to – nie oszukujmy się – wydarzenia dla szczególnej publiczności. Siedząc pod barierkami w oczekiwaniu na rozpoczęcie, obserwowałam barwną galerię postaci, do których na pewno mogłabym powiedzieć „witaj w klubie”. Dziewczyny, z którymi miałam przyjemność dzielić przestrzeń pod sceną, cieszyły się wraz ze mną z najlepszego możliwego widoku na perkusję. Żadnych przepychanek, łokci wkładanych znienacka pod żebra w celu chwycenia barierki, żadnych pisków i nienawistnych spojrzeń. Cudowna odmiana po tak wielu koncertach, na których dorośli lub prawie dorośli ludzie zachowują się jak rozkapryszone przedszkolaki.
Jako support wystąpiła polska grupa Uniqplan, której najbardziej oryginalną cechą okazały się być kolorowe spodnie muzyków. Poza tym wysłuchaliśmy kilku kawałków mówiących same przez siebie „chcemy być jak Pink Floyd i Bowie, ale nigdy nie będziemy Floydami i Bołim”. Jednak słuchało się tego w miarę bezboleśnie. Dodatkowy plus za granie na wolnostojących bębnach (zerżnięte pewnie z The Kills, ale spuśćmy na to zasłonę milczenia).
Koncert Gossip rozpoczął się o czasie i oczywiście od razu przyjemnym pierdolnięciem w uszy, jakim jest „Move in the right direction” - piosenka, którą rzygają już nawet słuchacze Radia Zet, bo została zaprogramowana na komercyjną promocję ostatniego krążka zespołu. Jednak trzeba przyznać, że „Move...” jest świetnym rozrusznikiem i wyjątkowo trafionym singlem. Beth od razu podkreśliła, że zespół cieszy się bardzo mogąc znów zagrać w Polsce. Przed „Love long distance” przyszedł czas na kolejny z koncertowych chwytów Ditto – wplatanie fragmentów znanych hitów innych wykonawców, tym razem lubiane przez nią „Bad Romance” Lady Gagi. „Listen up” - publiczność się rozkręca - „Into the Wild”, a potem Beth zachciało się pogadać po polsku. Nie po raz ostatni tego wieczora... Upatrzywszy sobie stojącego najbliżej środka sceny ochroniarza, jęła go wypytywać, jak mówi się „fuck” po polsku. Poprawny politycznie gość oczywiście odbąknął cicho do mikrofonu „przyjemność”, za co został wybuczany przez publiczność, a i przez samą Beth, która w końcu dowiedziała się, że fuck to kurwa, nie tam żadna przyjemność. (Choć zależy jak na to patrzeć).
Przed kolejnym kawałkiem diwa wspomniała także o poprzednim warszawskim show, po którym zespół wybrał się na spacer po Warszawie w towarzystwie grupy fanów... 22 listopada jednak nie było żadnego spaceru, żadnego spotkania z fanami, a nawet żadnego spotkania prasowego (too bad, ten koncert zdecydowanie zasługiwał na wywiad i obszerniejsze materiały w polskich mediach, szczególnie tych queerowych).
Początek „Men in Love” Beth odśpiewała solo w ciemności. Jej solowe popisy ze zdowojoną siłą uświadamiają przekaz tekstowej warstwy utworów i podkreślają ich osobisty charakter. Gossip to zespół queerowy, tęczowy, feministyczny, liberalny, i nie boją się tego podkreślać, czyniąc swoje poglądy jednym ze znaków rozpoznawczych twórczości. I dobrze. Potrzeba nam zdecydowanych muzyków, w końcu artyści są głosem mas.
Poligloci z tego Gossip... Chcąc trochę zaktywizować dotąd będących dla niej tłem muzyków, Beth jęła wypytywać każdego z osobna, jakie języki poznali w wyniku tras koncertowych na całym świecie. Słowo „kurwa” sposobało jej się szczególnie i potem powtarzała je z lubością, zabawnie wygrażając ochroniarzowi, z którym jednak na koniec koncertu podała sobie ręce (facet dzielnie zniósł wybryki gwiazdy...).
Four letter word, Eyes open, Get a job, Get lost, a potem długa przerwa techniczna. (Pomyślałam sobie, że chyba reanimują Beth, ten wulkan energii, który zlany potem daje z siebie wszystko). Wiadomo było jednak, że jeszcze nie skończyli – nikt nie opuścił hali, w powietrzu nadal czuło się podniecenie i oczekiwanie. W końcu wyszli z numerem „Melody emergency”, który rozpoczyna „A joyful noise” i jest okazją do gitarowych popisów chłopaków. Cały bis określiłabym jako kawał baby walczący z kawałem rocka, bo GSSP na koniec występu naprawdę zagrali ciężko, soczyście, satysfakcjonująco. Beth wlazła w publiczność, oczywiście potem trudno było jej wyleźć w drugą stronę. Podawała ręce, ściskała się z fanami – jej uścisk jest naprawdę mokry i spocony, ale też dający siłę, serdeczny. A zespół grał... W tle... Eh.
Zabrakło mi spotkania dla dziennikarzy. Naprawdę. Queerowa społeczność w Polsce potrzebuje takich zespołów jak Gossip. A i niniejsza recenzja byłaby pełniejsza, wzbogacona o elementy wywiadu i dotarłaby do większej ilości czytelników. Koncert dał mi jednak takiego kopa energetycznego, jaki trudno uzyskać bez użycia jakichkolwiek nielegalnych substancji czy płynów wyskokowych. Dziękuję. Całemu zespołowi.


niedziela, 11 listopada 2012

Historia pewnej podróży

11 listopada przedstawiam Państwu moje kolejne blogowe dziecko - miejmy nadzieję że bardziej udane i poczytne od poprzednich. 11 listopada powinnam pisać na biało i czerwono, stać po jednej ze stron i strzępić język oraz klawiaturę na głupotę narodowców. Otóż nie. Mój blog, mój teren. Piszę dla Was, ale też dla siebie.
No to start. Dzisiaj o Laurence Anyways, lub też jak niektórzy wolą po polsku - Na zawsze Laurence. Który miał oficjalną polską premierę 9 listopada, czyli w ostatni piątek. I nie byłabym sobą, nie pisząc o nim tutaj.

 Xavier Dolan podjął się tematu trudnego, bolesnego, niedostatecznie jeszcze odkrytego przez współczesną popkulturę. Mógł ponieść porażkę, nakręcić niezamierzoną parodię rzeczywistości, mającą niewiele wspólnego z realnymi uczuciami. Mógł - a jednak wyszedł z tego zadania obronną ręką. Głosy krytyki wobec nowego Dolana mówią o dłużyznach, nic niewnoszących fragmentach, przeroście formy nad treścią, a nawet “rozdmuchaniu tak trywialnego tematu” (!!!).  

Przełom lat 80. i 90. zastaje Laurence Emanuela Jamesa Allia w trzeciej dekadzie życia, w trakcie obiecującej kariery literackiej, w stałym, namiętnym związku z szaloną i elegancką Fred. Dolan pokazuje tutaj pełnię swoich kreatywnych, artystycznych możliwości - kostiumy, makijaże i wnętrza naprawdę przenoszą widza dwadzieścia lat wstecz. Jako widzowie musimy się zmierzyć z pytaniem, co tak naprawdę zmieniło się na lepsze od końca lat 90. Fred dodaje sobie otuchy słowami “nasze pokolenie jest na to gotowe” - codzienne życie weryfikuje jednak wciąż na nowo to stwierdzenie, tak 20 lat temu, jak i dzisiaj, tak w Kanadzie, jak i w Polsce.
Początek lat 90. staje się tutaj symbolicznym początkiem nowego życia. Dolan zręcznie pokazuje kruchość bezpiecznego świata, który opiera się na pozorach i spełnianiu oczekiwań innych. Sylwestra 1989 Fred i Laurence spędzają w gronie przyjaciół, “po staremu”, zaś od nowego roku rozpoczynają w swoim życiu stopniową rewolucję. Szminka, kolczyk, peruka - kolejne sztandarowe atrybuty kobiecości. Wygląd jest ważny, elementarny, potrzebny jak oddychanie. Potrzebne jest oddzielenie grubą kreską (z eyelinera) życia Laurence’a mężczyzny i Laurence’a kobiety.“Zróbmy to razem”, mówi Fred. Zgadza się na tę wielką zmianę ze świadomością jej konsekwencji. Mężczyzna umrze, narodzi się kobieta. “Potrzebuję się z tobą zobaczyć, mamo. Ponieważ nie jest ze mną dobrze. Ponieważ umrę, mamo” - mówi roztrzęsiony Laurence przez telefon po bójce w barze. Śmierć jest tutaj synonimem zmiany. Początkiem drogi do właściwego Ja.
I tutaj Dolan otwiera nowy rozdział tej opowieści - również w estetycznym sensie. Melvil Poupaud jest wyjątkowo wiarygodny i paradoksalnie kobiecy, posiadając męskie, a zarazem delikatne i plastyczne rysy twarzy. Jako Laurence naturalnie przeżywa kolejne etapy fizycznego i społecznego stawania się kobietą, jednak zachowuje część typowo męskiej siły - sam atakuje mężczyznę, który zaczepia go słowami “ja nie mogę, ale wyglądasz!”. Kolejny przykład żonglowania genderem.

Istotny punkt w mentalnej metaforycznej transowej podróży bohatera stanowi spotkanie z Różyczką, który/a pomaga mu po krwawym incydencie w barze. Różyczka i jego/jej rodzina - “pięć Róż” - stanowią uosobienie tajemnego świata, w którym nikt nie jest doskonały. Świata przegiętych ciotek, a także naturalnych kobiet, które przeginają się, pobrzękując zbędnymi kilogramami biżuterii, i są z tego dumne! Celebracja różnorodności stanowi najważniejszą przesłankę tej równoległej rzeczywistości.

Fred również wkracza stopniowo w ten “świat dziwaków”, próbuje zrozumieć, ale oddala się od Laurence’a. Cierpi razem z nim, chwilami odnosi się wrażenie, że nawet bardziej od niego. Jedną z najbardziej przejmujących scen w filmie jest dla mnie ta, w której para jedząca obiad w restauracji jest zaczepiana przez ciekawską kelnerkę. Fred zrzuca naczynia ze stołu, wybucha: “Czy kupowałaś kiedykolwiek swojemu facetowi perukę, głupia suko? Albo czy bałaś się, że zostanie pobity na ulicy i nie wróci do domu w jednym kawałku? Dlaczego nie mozemy żyć poza murami getta?” No właśnie, dlaczego?
W końcu poddaje się i odchodzi - do “normalnego” świata, mężczyzny, życia rodzinnego. Przez lata staje się ustatkowaną kobietą spełnioną, chociaż czasem zdarza jej się powracać do małych przyjemności, rytuałów z czasów związku z Laurencem. Patrząc na to stabilne życie rodzi się pytanie, czy to na pewno wszystko, czego Fred chce od życia, czy nie nudzi ją taka wzorowa, “normalna” egzystencja? Mnie zabiłaby ona w ekspresowym tempie.
W tym samym czasie Laurence pielęgnuje swoją kobiecość i próbuje ułożyć sobie życie z nową kobietą. Czy tych dwoje łączy jednak cokolwiek poza “lubieniem się”? Charlotte jest idealnie przerysowanym obrazem modnej, młodej kobiety, która chorobliwą zazdrością reaguje na jakiekolwiek wspomnienie minionego życia swojego partnera/ki. Patrząc na tę bohaterkę nasuwa mi się stwierdzenie, że drags są tak naprawdę w społeczeństwie nieświadomą większością - Laurence jest transkobietą, ale Charlotte ze swoim przegiętym wyglądem i nieco histerycznym zachowaniem bliżej jest do drag queen. O, ileż podobnie rozemocjonowanych, wypacykowanych kobiet spotkałam na swojej drodze. Tyle samo było przesadnie, wręcz teatralnie męskich mężczyn. I mówię tu o realnym świecie, który Dolan bardzo zręcznie odwzorowuje.

Ciekawe w filmie, zarówno w oryginalnej jak i polskiej wersji, są gry językowe - Laurence przyjmuje swoje imię zarówno z żeńskimi, jak i męskimi rodzajnikami. Jego dziewczyna posługuje się zmaskulinizowaną formą swojego imienia. To wszystko w ciekawy sposób obrazuje specyfikę związku tych dwojga i płynne role genderowe. Film nie pokazuje w jednoznaczny sposób, kto jest kim w tej relacji. Najbardziej przemianę Laurence’a zdaje się przeżywać właśnie Fred - mimo tego, że ze wszystkich sił stara się przetrwać ją ze stoickim spokojem. Jest jednak otoczona kobietami silniejszymi od siebie, które usiłują jej dyktować następne posunięcia. Na drugim biegunie mamy motyw matki Laurence’a - nieco neurotycznej, nie czującej dużej więzi ze swoim dzieckiem. To ona jednak wypowie jedno ze zdań oznaczających upragnioną akceptację - “Nigdy nie czułam, żebyś był moim synem. Ale teraz jesteś moją córką”.

Dolan jako młoda gwiazda kina francuskojęzycznego uważany jest jednocześnie - nie bez powodu - za boga hipsterów. Tak też określani są bohaterowie jego filmów. Błąd. Trudno zdefiniować kim jest rzeczony hipster - wielu mądrych już próbowało - na pewno jednak główni bohaterowie tego akurat dzieła Dolana nie należą do tego gatunku. Owszem, palą dużo papierosów, owszem, siedzą wieczorami przy winie, obgadując swoje problemy w sarkastyczny sposób. Ale to coś więcej niż ślepe podążanie za modą na artystyczną wrażliwość, tak obecną w dzisiejszych czasach. Bo bohaterowie Dolana mają zdecydowanie mało modne problemy.

“Laurence Anyways” nosi w polskiej wersji tytuł “Na zawsze Laurence”. Czy to dobre tłumaczenie? I tak, i nie. “Anyways” to w dokładnym tłumaczeniu “w każdym razie”, “tak czy inaczej”. Są to słowa, jakimi Laurence przedstawił się Frederique przy pierwszym spotkaniu. W trakcie przemiany w kobietę - niewątpliwie korekty płci w pełnym tego słowa znaczeniu, a nie tylko balansowaniu między męskością i kobiecością za pomocą przebieranek - Laurence nie przestaje używać swojego męskiego imienia, choć jak wiadomo, imię konstytuuje osobę. Z czego może wynikać fakt, że bohater nie nadaje sobie kobiecego imienia (a przynajmniej jako widzowie go nie poznajemy)?
 Laurence zmienia płeć, ale oprócz tego chce zachować wszystko, co kocha w swoim życiu, na swoim miejscu. Zszokowana Fred pyta “jesteś homoseksualistą?”, on wyznaje “chcę cię kochać po swojemu”. Dolan sprawnie obnaża stereotypy i schematyczne myślenie społeczeństwa, które często stawia znak równości między homo- a transseksualnością. Będąc częścią środowiska LGBTQIA, reżyser posiada szczególny rodzaj wrażliwości, który pozwala z lekkiej monotematyczności jego filmów zrobić wielką zaletę. W końcu jego kino od początku jest kinem autorskim (panowie dziennikarze, zanim zmieszacie nowe dzieło Dolana z błotem - kilku z was juz to zrobiło - radzę sprawdzić, czy na pewno wiecie, co znaczy “kino autorskie”).


“Na zawsze Laurence” jest filmem, którego nie wypada oceniać negatywnie choćby ze względu na wprowadzenie do popularnego kina światowego tematu trans* w tak realistycznej formie, w jakiej dotychczas prawie się to nie zdarzało. Z pierwszego pokazu wyszłam porażona przekazem emocjonalnym - a przecież świat trans* to także w pewnym sensie mój świat.
A jeśli chodzi o zarzut przerostu formy nad treścią - państwo wybaczą, ale trzeba byc kompletnym estetycznym bucem, żeby tej formy nie docenić. Bo bez tych smaczków, bez podróży przez pory roku, bez fryzur, ubrań, żyrandoli i papierosów, bez rozbuchanej estetycznie sceny wielkiego balu z “Fade to grey” Visage w tle, ta historia nie byłaby nawet w połowie tak dobra.

Zburzyć podział na skrajność i normalność, celebrować różnorodność - oto życzenia Dolana - twórcy kina autorskiego. Oby tak dalej.

PS. Polska premiera filmu zbiegła się z czasem, w którym oficjalnie i równolegle zaczęłam używać swojego męskiego imienia. Od kilku dni jestem więc Weroniką/Filipem. I oba te imiona oznaczają tę samą osobę. W każdym razie - mnie.