Totalna blokada. Czy to jeszcze
lenistwo, czy już depresja, a może po prostu zły dzień? Bywają
jednak okresy, kiedy "złe dni" zamieniają się w
tygodnie, tygodnie w miesiące. Wszystkiemu winien potwór zwany
artblockiem, czyli blokadą twórczą.
Znam ludzi, którzy artblocka łapią
zaledwie kilka razy w swoim życiu. Mnie zdarza się on mniej więcej
raz na dwa lata, ale jeśli już, to totalnie. Zdolność do
wszelkich działań, które wymagają inwencji twórczej –
malowanie, rękodzieło, pisanie (to ostatnie z małymi wyjątkami, o
czym świadczy niniejszy tekst, powstały z narastającego wkurwienia
na siebie) – zanika na nieokreślony czas, jak gdyby wysiadły
twórcze korki. Celne puenty stają się żałosne, pomysły na
obrazy niespójne, wszystkie pomysły beznadziejne. Nawet medytacja,
która poniekąd również jest działaniem twórczym, kończy się
na niespokojnym kręceniu w miejscu z myślami na temat tego, co
powinnam, a czego nie potrafię, w głowie. Gdyby nie to, że w swoim
życiu mam jeszcze trochę bardziej formalnej pracy, niechybnie
skończyłbym na kozetce u psychiatry. To wszystko zresztą naczynia
połączone: moje słynne Stany Pod[depresyjne] wynikają często z
twórczej blokady, twórcza blokada napędza poczucie beznadziei,
Stan Pod narasta, koło się zamyka.
Podziwiam ludzi, którzy potrafią
produkować sztukę niczym Warhol, od ręki, w krótkim czasie, na
zamówienie. Wydają się nie przechodzić przez torturę związaną
z poszukiwaniem dostatecznie dobrego pomysłu, idei trafiającej w
aktualny nastrój i moment życia osoby tworzącej. Takie możliwości
twórcze budzą podziw, ale w niektórych przypadkach ironiczny
śmiech. Do znudzenia będę powtarzać, że kserowanie to żadna
sztuka; to odtwórczość, nie twórczość; fabryczna praca, która
nie wnosi nic wartościowego. To takie kalkowanie obrazków z gazet w
podstawówce po wyznaczonych liniach, by potem zachwycać się
dziełem sztuki, tylko level wyżej.
W moim przypadku: zamówienia? Kasa
płynąca z zamówień? Niedoścignione marzenie. Jeśli trzeba coś
namalować dla ukochanej bądź lubianej osoby, na prezent lub
niespodziankę, takie malowanie nie stwarza większych problemów.
Nie potrafię jednak stać się człowiekiem-instytucją tworzącą z
fabryczną regularnością, z własną firmą, stroną internetową,
flagowymi wyrobami. Kilkakrotne próby wejścia w rękodzieło
kończyły się fiaskiem – moda na techniki rękodzielnicze zmienia
się zbyt szybko, a możliwości finansowego wkładu własnego w
materiały zawsze były za małe (zresztą żeby zainwestować, aby
potem zarabiać, najpierw trzeba mieć CO inwestować). To chyba
kolejny powód, dla którego zrezygnowałam z nauki na ASP –
konieczność ciągłego tworzenia na zadany temat, według
wyznaczonych reguł. Obok uświadomienia sobie różnic miedzy
polskimi i angielskimi szkołami artystycznymi, o których wieści
przynosili absolwenci mojej klasy w liceum.
Jednak nie samym malowaniem (lub jego
próbami) człowiek żyje – gdyby tak było, rzeczony człowiek nie
tylko polegiwałby regularnie na kozetce u psychiatry, ale i nie
miałby wielu umiejętności i osiągnięć, którymi dziś może się pochwalić. I to jest poniekąd budujące, oraz mile łechta moją
odwieczną potrzebę przynajmniej minimalnego fejmu. Teksty użytkowe
piszę nie tylko na bloga (pfffff...), lądują one też co jakiś
czas na kilku portalach społeczno-kulturalnych: można mnie czytać
na homoseksualizm.org.pl (tak, też nie znoszę tej wykluczającej
nazwy), czy – od święta – na queer.pl (to już nazwa w pełni
inkluzywna). Gdzie mnie chcą, tam piszę, co jest owocem zajęć
pozalekcyjnych z dziennikarstwa w podstawówce, kiedy to odkryłam,
że pisanie też mnie jara i dobrze wychodzi. Oprócz tego,
zaskakująco późno odkryłam drag kinging (pośrednio w
konsekwencji trzyletniego, cennego doświadczenia w nienajgorszym i
nie tak bardzo amatorskim teatrze), który stał się moją
wyjątkową pasją, tym bardziej unikalną, że fachem tym para się
zaledwie kilka osób w Polsce. Fejm jest, wyjazdy na występy po
Polsce są, nowe znajomości też, hajs (przynajmniej czasami) się
zgadza. Ale najlepsze jest uczucie wcielenia, całkowitego oddania
się - co noc innemu mężczyźnie. Czasem Iggy, czasem Dave, czasami
Enrique, innym razem autorski potwór gender. Siedzi we mnie zawsze.
Drag to zresztą temat na osobny tekst, oraz temat kilku już
powstałych tekstów.
Zawsze chciałam żyć estetycznie,
otoczona pięknymi rzeczami, które wyrażałyby mój charakter. Nie
chodzi przy tym o idealne mieszkanie, dopasowane przedmioty, ich
wysoką cenę – wręcz przeciwnie. Ale stworzenie takiej
przestrzeni wymaga paradoksalnie najwięcej czasu i samozaparcia,
choć pieniądze też odgrywają istotną rolę. Frustruję się, że
doprowadzenie mieszkania do porządku nie zależy finansowo ode mnie,
frustruję się brakiem stałej pracy, możliwości wzięcia spraw we
własne ręce, ciągłym poleganiem na ojcu, który wszystkie
remontowe sprawy wiecznie odkłada na potem. Nie zostanę bohaterem
we własnym domu, przynajmniej jeszcze nie teraz. Cholera.
Od trzech lat znów mieszkam w miejscu,
do którego chciałam wrócić przez cały okres nastoletni, we
własnym domu, w którym zawsze czułam się najlepiej. Pod warstwami
farby ukrywają się tutaj moje rysunki z dzieciństwa – krzywe,
malowane olejnymi pastelami zwierzęta o patykowatych nogach, dużych
tułowiach i długich szyjach. Nie wiem, dlaczego już ich nie rysuję
– może dziecięca wyobraźnia i sposób patrzenia na świat
zwyczajnie bezpowrotnie wyparował z mojej głowy. Smutne. Ktoś
kiedyś (a był to prawdopodobnie w największym stopniu dziadek,
średnio uzdolniony, ale uparty malarz-pejzażysta) wmówił mi, że
potrafię rysować, że idzie mi to dobrze, może nawet mam do tego
talent. I tak już zostało, uwierzyłam w mit podtrzymywany przez
rodziców i otoczenie. Doskonale pamiętam najlepsze – według nich
– egzemplarze stworzone przeze mnie na przestrzeni dzieciństwa i
wczesnego okresu nastoletniego: "Stonoga w trawie" (lat 3,
pastele olejne, feeria kolorów), "Krokodyl" (lat 7, rzeźba
z gipsu na metalowym szkielecie), "Czarodziej" (lat około
10 lub 12, glina). Były przemyślane, dopracowane, do dziś czuję
dumę ze swoich pomysłów w tamtych latach. Kilka razy zakochiwałem
się w różnych materiałach: mając kilka lat, w farbach do szkła;
około 10 roku życia – w glinie; wreszcie, już w liceum, w
akwarelach. Farby akwarelowe przysposobiłam sobie łatwo, nie
zwracając uwagi na panującą o nich opinię (że trudne w obejściu)
oraz dyktaturę farb olejnych panującą wokół (czyli w mojej
klasie plastycznej). Szybko zaczęłam dodawać do nich elementy
kolażu i pokręcone, trudne społeczne tematy. Cykl "Brzydota",
którym zakończyłam naukę w liceum, był wizualnym
odzwierciedleniem obrzydzenia społeczeństwa do osób
nienormatywnych. Skończyłam, przyklepałam międzynarodowym
certyfikatem – wypadałoby pójść dalej. Po trzech latach
intensywnego malowania wpadłam jednak w dół i niemoc twórczą,
która trwała jakieś półtora roku. Aż pewnego dnia znów wzięłam
farby i machnęłam w przeciągu kilku miesięcy sporą serię
portretów. Nie znasz dnia ani godziny, gdy możliwość tworzenia w
końcu cię dopadnie – ciągła pieprzona huśtawka.
Jest w tych wszystkich malarskich
górach i dołach jeden ciekawy aspekt. Iluż to wielkich malarzy
mogło tworzyć tylko z ukochanymi u boku, a w samotności lub po ich
śmierci popadało w kryzys twórczy? Ze mną bywało raz właśnie
tak, raz wręcz odwrotnie.
Z. rzuciła mi, kiedy się
rozstawałyśmy: "Wierzę w ciebie. Maluj tego transa na krześle
elektrycznym, do cholery". Była to lekka nadinterpretacja moich
tendencji twórczych i wtedy mnie wkurwiła, ale dziś mogę chyba
powiedzieć, że jestem Z. wdzięczna za takie postawienie sprawy.
Od kilku lat regularnie powracają do
mnie pomysły związane z paletą ciepłych barw, z którymi kojarzy
mi się F. Trudno mi natomiast ubrać wspomnienie o nim w konkretne
kształty, po prostu potrzebuję kolejnego spotkania, które nastąpi
zapewne w najmniej spodziewanym czasie i miejscu. F. jest
nieprzewidywalny i – mimo wszystko – wywołuje mój kreatywny
pierwiastek.
Przy K. byłam w szale twórczym.
Malowałam pod jej wpływem, przez nią, dla niej, w związku z Nami.
Źle się skończyło, ale było pięknie.
Jedno jest pewne – nie maluję pod
wpływem byle kogo. Muszę To czuć.
Próbowałem tworzyć mapy myśli,
spisywać pomysły, próbować nowych materiałów, mieszać
techniki. Wewnętrzna blokada jednak wciąż nie odpuszcza. W lipcu,
uziemiona w domu matki z dwoma kotami pod jej nieobecność, zmusiłam
się do kilku obrazów, a raczej prób malarskich. Nie było
najgorzej, ale w każdej coś mi nie pasowało. Zasadniczy problem
polega na moim dążeniu do jebanej perfekcji, stąd wiele pomysłów
wydaje się nieodpowiednich, niedopasowanych do chwili.
Jednak satysfakcja, kiedy w końcu
biorę pędzel, jest nie do przecenienia. Spod mojej ręki wchodzą
plamy przecięte przez ostre linie. Zlewają się kolory, wszystko
płynie. A ja znów jestem z siebie dumna. Czasami.
[Obrazek jako wisienka na torcie miał być, ale nie będzie. To za wiele.]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz