środa, 10 września 2014

Sztuka walki

Totalna blokada. Czy to jeszcze lenistwo, czy już depresja, a może po prostu zły dzień? Bywają jednak okresy, kiedy "złe dni" zamieniają się w tygodnie, tygodnie w miesiące. Wszystkiemu winien potwór zwany artblockiem, czyli blokadą twórczą.
Znam ludzi, którzy artblocka łapią zaledwie kilka razy w swoim życiu. Mnie zdarza się on mniej więcej raz na dwa lata, ale jeśli już, to totalnie. Zdolność do wszelkich działań, które wymagają inwencji twórczej – malowanie, rękodzieło, pisanie (to ostatnie z małymi wyjątkami, o czym świadczy niniejszy tekst, powstały z narastającego wkurwienia na siebie) – zanika na nieokreślony czas, jak gdyby wysiadły twórcze korki. Celne puenty stają się żałosne, pomysły na obrazy niespójne, wszystkie pomysły beznadziejne. Nawet medytacja, która poniekąd również jest działaniem twórczym, kończy się na niespokojnym kręceniu w miejscu z myślami na temat tego, co powinnam, a czego nie potrafię, w głowie. Gdyby nie to, że w swoim życiu mam jeszcze trochę bardziej formalnej pracy, niechybnie skończyłbym na kozetce u psychiatry. To wszystko zresztą naczynia połączone: moje słynne Stany Pod[depresyjne] wynikają często z twórczej blokady, twórcza blokada napędza poczucie beznadziei, Stan Pod narasta, koło się zamyka.
Podziwiam ludzi, którzy potrafią produkować sztukę niczym Warhol, od ręki, w krótkim czasie, na zamówienie. Wydają się nie przechodzić przez torturę związaną z poszukiwaniem dostatecznie dobrego pomysłu, idei trafiającej w aktualny nastrój i moment życia osoby tworzącej. Takie możliwości twórcze budzą podziw, ale w niektórych przypadkach ironiczny śmiech. Do znudzenia będę powtarzać, że kserowanie to żadna sztuka; to odtwórczość, nie twórczość; fabryczna praca, która nie wnosi nic wartościowego. To takie kalkowanie obrazków z gazet w podstawówce po wyznaczonych liniach, by potem zachwycać się dziełem sztuki, tylko level wyżej.
W moim przypadku: zamówienia? Kasa płynąca z zamówień? Niedoścignione marzenie. Jeśli trzeba coś namalować dla ukochanej bądź lubianej osoby, na prezent lub niespodziankę, takie malowanie nie stwarza większych problemów. Nie potrafię jednak stać się człowiekiem-instytucją tworzącą z fabryczną regularnością, z własną firmą, stroną internetową, flagowymi wyrobami. Kilkakrotne próby wejścia w rękodzieło kończyły się fiaskiem – moda na techniki rękodzielnicze zmienia się zbyt szybko, a możliwości finansowego wkładu własnego w materiały zawsze były za małe (zresztą żeby zainwestować, aby potem zarabiać, najpierw trzeba mieć CO inwestować). To chyba kolejny powód, dla którego zrezygnowałam z nauki na ASP – konieczność ciągłego tworzenia na zadany temat, według wyznaczonych reguł. Obok uświadomienia sobie różnic miedzy polskimi i angielskimi szkołami artystycznymi, o których wieści przynosili absolwenci mojej klasy w liceum.
Jednak nie samym malowaniem (lub jego próbami) człowiek żyje – gdyby tak było, rzeczony człowiek nie tylko polegiwałby regularnie na kozetce u psychiatry, ale i nie miałby wielu umiejętności i osiągnięć, którymi dziś może się pochwalić. I to jest poniekąd budujące, oraz mile łechta moją odwieczną potrzebę przynajmniej minimalnego fejmu. Teksty użytkowe piszę nie tylko na bloga (pfffff...), lądują one też co jakiś czas na kilku portalach społeczno-kulturalnych: można mnie czytać na homoseksualizm.org.pl (tak, też nie znoszę tej wykluczającej nazwy), czy – od święta – na queer.pl (to już nazwa w pełni inkluzywna). Gdzie mnie chcą, tam piszę, co jest owocem zajęć pozalekcyjnych z dziennikarstwa w podstawówce, kiedy to odkryłam, że pisanie też mnie jara i dobrze wychodzi. Oprócz tego, zaskakująco późno odkryłam drag kinging (pośrednio w konsekwencji trzyletniego, cennego doświadczenia w nienajgorszym i nie tak bardzo amatorskim teatrze), który stał się moją wyjątkową pasją, tym bardziej unikalną, że fachem tym para się zaledwie kilka osób w Polsce. Fejm jest, wyjazdy na występy po Polsce są, nowe znajomości też, hajs (przynajmniej czasami) się zgadza. Ale najlepsze jest uczucie wcielenia, całkowitego oddania się - co noc innemu mężczyźnie. Czasem Iggy, czasem Dave, czasami Enrique, innym razem autorski potwór gender. Siedzi we mnie zawsze. Drag to zresztą temat na osobny tekst, oraz temat kilku już powstałych tekstów.

Zawsze chciałam żyć estetycznie, otoczona pięknymi rzeczami, które wyrażałyby mój charakter. Nie chodzi przy tym o idealne mieszkanie, dopasowane przedmioty, ich wysoką cenę – wręcz przeciwnie. Ale stworzenie takiej przestrzeni wymaga paradoksalnie najwięcej czasu i samozaparcia, choć pieniądze też odgrywają istotną rolę. Frustruję się, że doprowadzenie mieszkania do porządku nie zależy finansowo ode mnie, frustruję się brakiem stałej pracy, możliwości wzięcia spraw we własne ręce, ciągłym poleganiem na ojcu, który wszystkie remontowe sprawy wiecznie odkłada na potem. Nie zostanę bohaterem we własnym domu, przynajmniej jeszcze nie teraz. Cholera.
Od trzech lat znów mieszkam w miejscu, do którego chciałam wrócić przez cały okres nastoletni, we własnym domu, w którym zawsze czułam się najlepiej. Pod warstwami farby ukrywają się tutaj moje rysunki z dzieciństwa – krzywe, malowane olejnymi pastelami zwierzęta o patykowatych nogach, dużych tułowiach i długich szyjach. Nie wiem, dlaczego już ich nie rysuję – może dziecięca wyobraźnia i sposób patrzenia na świat zwyczajnie bezpowrotnie wyparował z mojej głowy. Smutne. Ktoś kiedyś (a był to prawdopodobnie w największym stopniu dziadek, średnio uzdolniony, ale uparty malarz-pejzażysta) wmówił mi, że potrafię rysować, że idzie mi to dobrze, może nawet mam do tego talent. I tak już zostało, uwierzyłam w mit podtrzymywany przez rodziców i otoczenie. Doskonale pamiętam najlepsze – według nich – egzemplarze stworzone przeze mnie na przestrzeni dzieciństwa i wczesnego okresu nastoletniego: "Stonoga w trawie" (lat 3, pastele olejne, feeria kolorów), "Krokodyl" (lat 7, rzeźba z gipsu na metalowym szkielecie), "Czarodziej" (lat około 10 lub 12, glina). Były przemyślane, dopracowane, do dziś czuję dumę ze swoich pomysłów w tamtych latach. Kilka razy zakochiwałem się w różnych materiałach: mając kilka lat, w farbach do szkła; około 10 roku życia – w glinie; wreszcie, już w liceum, w akwarelach. Farby akwarelowe przysposobiłam sobie łatwo, nie zwracając uwagi na panującą o nich opinię (że trudne w obejściu) oraz dyktaturę farb olejnych panującą wokół (czyli w mojej klasie plastycznej). Szybko zaczęłam dodawać do nich elementy kolażu i pokręcone, trudne społeczne tematy. Cykl "Brzydota", którym zakończyłam naukę w liceum, był wizualnym odzwierciedleniem obrzydzenia społeczeństwa do osób nienormatywnych. Skończyłam, przyklepałam międzynarodowym certyfikatem – wypadałoby pójść dalej. Po trzech latach intensywnego malowania wpadłam jednak w dół i niemoc twórczą, która trwała jakieś półtora roku. Aż pewnego dnia znów wzięłam farby i machnęłam w przeciągu kilku miesięcy sporą serię portretów. Nie znasz dnia ani godziny, gdy możliwość tworzenia w końcu cię dopadnie – ciągła pieprzona huśtawka.

Jest w tych wszystkich malarskich górach i dołach jeden ciekawy aspekt. Iluż to wielkich malarzy mogło tworzyć tylko z ukochanymi u boku, a w samotności lub po ich śmierci popadało w kryzys twórczy? Ze mną bywało raz właśnie tak, raz wręcz odwrotnie.
Z. rzuciła mi, kiedy się rozstawałyśmy: "Wierzę w ciebie. Maluj tego transa na krześle elektrycznym, do cholery". Była to lekka nadinterpretacja moich tendencji twórczych i wtedy mnie wkurwiła, ale dziś mogę chyba powiedzieć, że jestem Z. wdzięczna za takie postawienie sprawy.
Od kilku lat regularnie powracają do mnie pomysły związane z paletą ciepłych barw, z którymi kojarzy mi się F. Trudno mi natomiast ubrać wspomnienie o nim w konkretne kształty, po prostu potrzebuję kolejnego spotkania, które nastąpi zapewne w najmniej spodziewanym czasie i miejscu. F. jest nieprzewidywalny i – mimo wszystko – wywołuje mój kreatywny pierwiastek.
Przy K. byłam w szale twórczym. Malowałam pod jej wpływem, przez nią, dla niej, w związku z Nami. Źle się skończyło, ale było pięknie.
Jedno jest pewne – nie maluję pod wpływem byle kogo. Muszę To czuć.

Próbowałem tworzyć mapy myśli, spisywać pomysły, próbować nowych materiałów, mieszać techniki. Wewnętrzna blokada jednak wciąż nie odpuszcza. W lipcu, uziemiona w domu matki z dwoma kotami pod jej nieobecność, zmusiłam się do kilku obrazów, a raczej prób malarskich. Nie było najgorzej, ale w każdej coś mi nie pasowało. Zasadniczy problem polega na moim dążeniu do jebanej perfekcji, stąd wiele pomysłów wydaje się nieodpowiednich, niedopasowanych do chwili.

Jednak satysfakcja, kiedy w końcu biorę pędzel, jest nie do przecenienia. Spod mojej ręki wchodzą plamy przecięte przez ostre linie. Zlewają się kolory, wszystko płynie. A ja znów jestem z siebie dumna. Czasami.

[Obrazek jako wisienka na torcie miał być, ale nie będzie. To za wiele.]


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz