Nie jestem ze specjalnie jeżdżącej
rodziny. Nie było wśród nas – i z jednej, i z drugiej strony –
imigrantów z innych niż Polska krajów, wielkich podróżników
(chyba, że zaliczymy tu kolejarskie tradycje pradziadka i prawuja),
multikulturowych małżeństw; moja historia jest biała i nudna.
Krąży gdzieś między Łodzią a Warszawą, zarówno od strony
matki, jak i ojca; gdzieś zahacza o Łowicz, gdzieś o inne wiochy
położone w centrum Polski na płaskim terenie.
Co nie znaczy, że tutaj nie
podróżowano. Podróżowano mniej, bo mniejsze były możliwości.
Jestem w rodzinie chyba pierwszym pokoleniem, które może jeździć
po świecie bez pozwoleń, koneksji i zbytnich starań. Dziś podróże
są łatwiejsze, a ludzkie masy mieszają się w naturalny sposób.
Podróżowałam od początku – pół życia w pociągach,
autobusach, z plecakami, na dworcach. Od poczatku na kempingach,
które nawet w latach 90. nie były szczytem luksusu, zwłaszcza
jeśli miało się na stanie współmałżonka, dziecko, psa i namiot
typu trójkątnego. Ale nikt z nas nie narzekał – i myślę, że
osobom wychowanym w Polsce lat 90. nie trzeba tłumaczyć, dlaczego.
To na pewno mniej, niż podróżują
niektórzy. Można nabawić się kompleksów, kiedy słyszysz, jak
inni kupują tanie bilety byle gdzie i jadą w nieznane, często
sami. Te artykuły w Wysokich Obcasach "rzuciła pracę w korpo
i pojechała stopem przez pół Ameryki" – za każdym razem,
gdy widzę taki tytuł, czuję szarpniecie zazdrości, przypływ
podziwu, ale i realizmu. Ja nie mam czego rzucać, a po dwóch dniach
samotnej podróży popełniłbym samobójstwo z samotności.
A jednak podróże dały mi kilka
wspomnień, których nie zamieniłbym na nic innego, i które
dowodzą, że wcale nie mam na tym polu takich małych osiągnięć.
Nigdy nie zapomnę jazdy zatłoczonym po brzego pociągiem do
Jarocina (miałam jakieś 16 lat), noszenia potwornie ciężkiego
turystycznego plecaka na wyjeździe do Szwecji (9 lat) czy pierwsza w
pełni samodzielna podróż samolotem (23 lata, i mam powody do dumy,
bo odnalazłam się na lotnisku, zorganizowałem, a po czterech
dniach i dwóch godzinach w powrotnym samolocie powróciłam cały i
zdrowy). Nie wożono mnie na smażenie się w, dajmy na to, egipskim
słońcu, w hotelu na drugim końcu świata. I szybko złapałam
bakcyla polegającego na tym, że po prostu muszę pojechać gdzieś
za granicę raz na pół roku (najczęściej chodzi o Berlin). Jedni
nazywają to brakiem dorosłości i życiem bez przygotowania do
samodzielności. Ja zaczynam mieć te opinie w dupie, bo od dawna
balansuję na krawędzi tego, co powinnam i tego, co bym chciał.a.
To jest jednak niezły mindfuck, jeśli
w ciągu dwóch dni jesteś na przykład w trzech miastach. Takie na
przykład tournee: w piątek występ na imprezie w Warszawie, w
sobotę koncert w Łodzi, w niedzielę wyjazd na Dolny Śląsk.
Zdarzało się. Ciężko nadążam nad tą zmianą otoczenia
zwłaszcza, jeśli podróżuję skandalicznie niewyspana, co zdarza
się często. A co dopiero muszą czuć muzycy w trasie? Osobiście
jestem gotowa wybaczyć im wszystkie potknięcia związane z
krzyczeniem ze sceny nazwy niewłaściwego miasta. Jestem gotów
wybaczyć nawet Stevenowi Forrestowi – dzieciakowi, który grał w
Placebo na bębnach przez dwie płyty, a potem się zwinął (czego
już tak łatwo wybaczyć mu nie mogę) – że na pewnym uroczym
filmie z okolic roku 2009, zapytany przez kolegów z zespołu "Steve,
gdzie dziś jesteśmy?" potrafił odpowiedzieć tylko
"eeeeee....". Tak, czasami miewam chwile zawieszenia i
zastanawiam się, czy wsiadłam do dobrego pociągu, a potem, na
jakim ja właściwie dworcu jestem. Naprawdę. Dobrze, że nienawidzę
latać i ogarniczam podróże samolotem do minimum, bo gdyby doszedł
do tego jet lag...
Jest tylko jedno ale. Dawno temu już
uznałam, że przydałaby sie druga osoba do podróżowania. I
przerobiwszy jedną taką osobę, a potem kilkoro innych
potencjalnych partnerów, stwierdzam, że łatwo nie jest. Bo
pomarzyć można, ale życie weryfikuje, czy drugi człowiek ma
przysłowiowe jaja, by z tobą podróżować. Bo podróżowanie to
jest, wbrew temu co można na czystą logikę przypuszczać, czynność
bardzo intymna. Pamiętacie tę scenę z wielkim korkiem w centrum
Londynu i przyczepą kempingową w Bridget Jones? No właśnie. A to
była tylko krótkodystansowa podróż.
Natomiast z każdą osobą uciekającą
do Anglii czuję boleśnie, że mała część mojego dotychczasowego
życia się kończy. Wiem, ze kompleks niepodróżowania jest mocno
wyolbrzymiony. Poza tym, po pierwszym szoku każde miejsce staje się
– dobrą lub złą - rutyną. Tą dobrą jest dla mnie Berlin,
chociaż wiadomo, że najbardziej kochamy to, co jest dla nas
niecodziennym świętem. Złą chyba stałoby się każde szare
robotnicze angielskie miasteczko wypełnione po brzegi polskimi
robotnikami, nawet gdyby w tym tłumie sporą część stanowili moi
znajomi.
"Warszawa jest naturalnym etapem w
podróży za granicę" – do takiego wniosku doszliśmy
ostatnio na imprezie pożegnalnej dla kolejnej osoby, która właśnie
wyjechała do lepszego świata, etap warszawski decydując się
jednak pominąć. Czy mogę mieć do siebie pretensje, że stawiam
małe kroki, nie rzucam się na głęboką wodę i dzikie ambicje,
nadal korzystam z pomocy rodziców?
Dzwoni przyszywana ciotka. Gada ze mną,
idąc Manhattanem, kupując coś do jedzenia – przez telefon
słyszę, jak mówi po angielsku do sprzedawcy. U niej jest czwarta
po południu, u mnie dwudziesta druga. Magia telefonu, magia
internetu. A jednak nie da się żyć ze sobą przez Skype'a, nie da
się prowadzić związków, rodziny. Wiem, tysiące imigantów
zarobkowych powiedziałoby co innego. Ale gdyby dano nam możliwość
wyboru rewolucyjnego, wymarzonego wynalazku, wielu z nas wybrałoby
teleportację. Nie wszyscy, ale wielu z nas na pewno. Te odległości
to zresztą moja nawracająca przypadłość, jeśli chodzi o
wspomniane związki – od dawna wiem, że potencjalni/e
soulmates istnieją, ale w
odległościach liczonych długimi godzinami.
Spotkałam w pociągu dziewczynę.
Nawet się sobie nie przedstawiliśmy, ale gadaliśmy całą drogę.
Głównie o sztuce: zabawne, że na cały pociąg właśnie ona
dosiadła się do mnie, by pogadać o miejscach, w których
przecinają się nasze życiorysy, życia zupełnie obcych sobie
ludzi. Na odchodne rzuciła co prawda raczej wyjęte z kontekstu
zdanie, że chciałaby wychowywać dzieci i mieć bogatego męża, a
te durne feministki wszystko jej popsuły, ale jakoś nie przestałam
jej lubić mniej.
A ten szok, który przeżyło dwoje
moich polskich przyjaciół, kiedy wpadli na siebie wychodząc zza
rogu w Barcelonie? Jak mawiano w "Notting Hill":
surrealistyczne, acz miłe. Więc żyjemy sobie, zajmując zupełnie
osobne, wyznaczone miejsca w kosmosie, ale przypadek sprawia, że w
danej minucie, w danym miejscu w końcu musimy się spotkać. Nie da
się zaplanować życia, a takie wycinki z podróży to chyba jedna z
najprzyjemniejszych życiowych przyjemności.
Czuję, że nie należę mentalnie do
tego pokolenia, do tego miasta, nie jestem z tych, których
eskapistycznym ideałem jest Warszawa, nie dążę, by tam zostać.
Nie fetyszyzuję stolicy, śmieszą mnie i irytują piosenki w rodzju
"Następnej stacji" Taco Hemingwaya czy "Mokotowa"
Lily Hates Roses. Choć ta ostatnia wywołuje jednocześnie pewną
nostalgię. Z Warszawą już związana jest spora część mojej
osobistej historii. Czy naiwnym jest mieć nadzieję, że znajdę tu
choć trochę odpoczynku, choć trochę szczęścia?
Za czasów moich rodziców wiele rzeczy
rozwiązywało się łatwiej, bo bezrefleksyjnie – po prostu nie
było wielu możliwości. Kończyłeś szkołę, szłaś na studia,
brało się ślub z jednym z pierwszych partnerów, często na tych
studiach poznanym, bo po prostu niewiele osób myślało inaczej. Nie
ośmielano się realistycznie myśleć o studiach za granicą, o
jakimś innym, odważniejszym życiu. Owszem, więzy rodzinne i
przyjacielskie wiodły czasem przez ocean – tak, jak dzisiaj wiodą
często przez morze, do Anglii, i to jest chyba naczelna cecha
wspólna dzisiejszych i ówczesnych podróży.
Rodzice J., moi rodzice – nazwijmy
ich M i G, zresztą zgodnie z prawdą – nie wychodzili zbytnio poza
tę normę. Uczelnia w rodzinnym mieście, ślub, jedno dziecko (choć
dopiero po pięciu latach, co do dziś mnie dziwi od strony
normatywnej, ale realistycznie patrząc – ileż pięknych rzeczy
można razem robić przez pięć lat, tylko we dwójkę!). Jak się
okazało, norma nie daje szczęścia, nawet jeśli ma się już tę
upragnioną małą stabilizację. To prawda, która dopada w końcu
chyba każde nowe pokolenie: są sytuacje, w których nie można
zadowolić się wyznaczonym przydziałem szczęścia, choćby było
ono wzorowo szczęśliwe.
Niestety, potrzebuję w życiu pewnej
regularności, co zmusza mnie do myślenia o ewentualnych kandydatach
do wspólnej podróży. Nawet w okazyjnym seksie musi być, poza
elementem zaskoczenia, jakaś pewność, inaczej człowiek robi się
zwariowany i obsesyjny.
Zastanawiam się, czy to źle, zachować
pod twardą powłoką jakiś czuły punkt, małą szufladkę na
normatywne dziecięce marzenia o miłości i normalnym życiu.
Na pewno nie byłbym szczęśliwy w takim stricte normatywnym
schemacie, ale gdyby tak tylko zapożyczyć pewne jego elementy...
przecież i w niemonogamii można odnaleźć stałość.
Zwłaszcza, że
wśród tych wszystkich podróży i tak najcenniejsze wspomnienia
wciąż odnoszą się do rodzinnego miasta. Do miejsc, których już
nie ma (naprawdę, był taki klub- speluna właściwie – któy już
zburzono, stawiając na jego miejscu parking).
Biegnąc przez ciąg
niesamowicie intensywnych zdarzeń mam wrażenie, że wszystko się
łączy, i nie mogę oddzielać życia osobistego od refleksji na
temat kondycji świata, który chwieje się i ociera o mnie, włazi
do mojego życia. Są rzeczy, przed którymi uciec możesz tylko na
Księżyc, czyli w praktyce – w ogóle.
Mieszkam w
Warszawie u kobiety, która jest pół-Kurdyjką. Zapisałam się tu
do lekarza, który przyjechał dwadzieścia lat temu z Iranu i
został. Wśród moich znajomych jest kilkoro takich
pół-cudzoziemców, nie-Polaków z pochodzenia, którzy jednak
Polakami są i się czują. Zresztą wszyscy nosimy chińskie ciuchy
i buty, korzystamy z azjatyckiej elektroniki, żremy tego kebaba czy
falafla – i polscy nacjonaliści oraz prawilne ksenofobiczne dresy
są jedną z grup, która podtrzymuje wysoki utarg miejsc należących
do tych wszystkich Innych i Obcych. Zachodzi tu pewien zabawny
paradoks (naziole niedostrzegający, czy też nie chcący dostrzegać
tego, że dokarmiają biznes osób, które nie pochodzą z Polski),
ale i przykra konstatacja: wydaje mi się, że w myśl zasady "klient
nasz (wasz?) pan", to dokarmianie jest wyrazem wyższości:
pracujcie dla nas, bo bez nas nie istniejecie. Owszem, takie prawa
rozhulanego wolnego rynku i ciężko to zmienić (chyba, że świadomą
konsumpcją, która nie mieści się w obwarowanych biało-czerwonym
murem mózgach fanatyków rasowej czystości). Ale to nie znaczy, że
możemy robić sobie z osób pracujących w usługach czy produkcji
podnóżek. Również dlatego, że nigdy nie wiadomo, kiedy to nam
przyjdzie stać się takim podnóżkiem. A w dzisiejszych,
niestabilnych nie tylko politycznie, ale i gospodarczo czasach jest
to wielce prawdopodobne. I niezrozumienie tego faktu jest rzeczą,
która coraz bardziej pogrąża nas i cofa w stosunku do reszty
Europy. Osobną sprawą jest brak logiki w jednoczesnym myśleniu o
uchodźcach jako o tych, którzy jadą po ten osławiony "nasz
socjal" i o tych, którym nie chce się pracować. Przy czym
paraliżuje mnie strach przed tym, że ocieramy się powoli o
powtórkę z czasów przedwojennych – palenie kukły Żyda na
wrocławskim rynku, jawnie rasistowskie poglądy ludzi, którzy
dotychczas w towarzystwie uchodzili za ogarniętych i przyzwoitych.
Tak głęboka nienawiść do inności wyrażana przez osoby, które
znam osobiście, mrozi mi krew w żyłach. Działa tu bowiem zasada
"jeśli jesteś w stanie zabić kota, kiedyś będziesz w stanie
zabić i człowieka". Jeśli odmawiasz ludzkich praw uchodźcom,
Żydom i osobom nieheteroseksualnym, dlaczego uśmiechasz się
uprzejmie do mnie, znajomej osoby biseksualnej o poglądach
lewicowych? Niezbadane są normy i logika nienawiści.
Tak, kryzys
uchodźczy to problem, o którym mogę napisać cały osobny
felieton, a jednocześnie miotam się w poczuciu winy, że nie
zrobiłam niemal nic – poza wieloma dyskusjami, udziałem w
demonstracji i publicznym wyrażaniu poparcia dla przyjmowania ludzi
w potrzebie – ale jednak w praktyce nic, by uchodźcom
pomóc. To kompleks wielu działaczy, że robiąc wiele, robią wciąż
za mało. To również temat na długi tekst.
Najbardziej boję
się, że nie starczy mi w życiu czasu na wiele rzeczy. Że ten dom,
do którego chcę powrócić, bez odpowiednich ludzi już nigdy nie
będzie Mój. Że nie zdążę powiedzieć rzeczy, których nie
potrafię ubrać w słowa, osobom, które zasługują by je usłyszeć.
Że ta moja sztuka już na zawsze pozostanie tylko w głowie.
Mamy niewiele
czasu. Ja też. Dlatego irytuję się każdym zmarnowanym dniem,
każdą straconą okazją na bliskość, na nowe doznanie, na
przyjemność, przygodę, eksperyment. Patrząc wstecz na ostatnie
lata swojego życia, zastanawiam się, gdzie zatraciłam pasję,
wiarę w jutro, wiarę w powodzenie moich marzeń, w uczucia, w
relacje, spontaniczność, hedonizm. Chcę je odnaleźć. Chyba
potrzebuję wyjść do lasu. Pooddychać. Mimo że moje życie
wypełnione jest po brzegi, czuję że stoję w miejscu. Kiedy już
mam wolne, nie odpoczywam naprawdę. Nie zaznaję spokoju. Mieliście
tak kiedyś? Na to właśnie połowicznym lekiem są podróże,
zmiana miejsca, widok dawno niewidzianych lub zupełnie nowych
twarzy. Ale to tylko doraźna pomoc.
Wiele z tego, co
zostało tutaj napisane, miało na celu skomentowanie kryzysu, który
napędzamy tu w Polsce sami, skupiając się na maluczkich sprawach,
kręcąc wokół własnej nienawiści. Kochamy gloryfikować tę
nienawiść, wychwalać bezsensowne cierpienie, kręcić się uparcie
wciąż wokół starych, nieaktualnych problemów, zamiast trzeźwo
spojrzeć na te nowe.
Zostawiam Was z
dwoma wierszami, które należą do moich ulubionych i ostatnio wciąż
mam je w głowie, oraz piosenką, do której teledysk wyraża więcej
niż tysiąc słów, operując przy tym w gruncie rzeczy oszczędnymi
środkami. Weźcie je sobie do oczu, uszu i serca.
Kiedy
przyszli – Martin Niemöller,
1892-1984
(niemiecki pastor luterański; wiersz napisany w obozie w Dachau w 1942 r.)
(niemiecki pastor luterański; wiersz napisany w obozie w Dachau w 1942 r.)
Kiedy
przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież
Żydem.
Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.
Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.
***
Szymborska
– Jeszcze
W
zaplombowanych wagonach
jadą krajem imiona,
a dokąd tak jechać będą,
a czy kiedy wysiędą,
nie pytajcie, nie powiem, nie wiem.
Imię Natan bije pięścią w ścianę,
imię Izaak śpiewa obłąkane,
imię Sara wody woła dla imienia
Aaron, które umiera z pragnienia.
Nie skacz w biegu, imię Dawida.
Tyś jest imię skazujące na klęskę,
nie dawane nikomu, bez domu,
do noszenia w tym kraju zbyt ciężkie.
Syn niech imię słowiańskie ma,
bo tu liczą włosy na głowie,
bo tu dzielą dobro od zła
wedle imion i kroju powiek.
Nie skacz w biegu. Syn będzie Lech.
Nie skacz w biegu. Jeszcze nie pora.
Nie skacz. Noc się rozlega jak śmiech
i przedrzeźnia kół stukanie na torach.
Chmura z ludźmi nad krajem szła,
z dużej chmury mały deszcz, jedna łza,
mały deszcz, jedna łza, suchy czas.
Tory wiodą w czarny las.
Tak to, tak, stuka koło. Las bez polan.
Tak to, tak. Lasem jedzie transport wołań.
Tak to, tak. Obudzona w nocy słyszę
tak to, tak, łomotanie ciszy w ciszę.
jadą krajem imiona,
a dokąd tak jechać będą,
a czy kiedy wysiędą,
nie pytajcie, nie powiem, nie wiem.
Imię Natan bije pięścią w ścianę,
imię Izaak śpiewa obłąkane,
imię Sara wody woła dla imienia
Aaron, które umiera z pragnienia.
Nie skacz w biegu, imię Dawida.
Tyś jest imię skazujące na klęskę,
nie dawane nikomu, bez domu,
do noszenia w tym kraju zbyt ciężkie.
Syn niech imię słowiańskie ma,
bo tu liczą włosy na głowie,
bo tu dzielą dobro od zła
wedle imion i kroju powiek.
Nie skacz w biegu. Syn będzie Lech.
Nie skacz w biegu. Jeszcze nie pora.
Nie skacz. Noc się rozlega jak śmiech
i przedrzeźnia kół stukanie na torach.
Chmura z ludźmi nad krajem szła,
z dużej chmury mały deszcz, jedna łza,
mały deszcz, jedna łza, suchy czas.
Tory wiodą w czarny las.
Tak to, tak, stuka koło. Las bez polan.
Tak to, tak. Lasem jedzie transport wołań.
Tak to, tak. Obudzona w nocy słyszę
tak to, tak, łomotanie ciszy w ciszę.
M.I.A. - Borders

