Co wspólnego mają minione wybory do
Parlamentu Europejskiego, nadchodząca premiera ekranizacji książki
Charlotte Roche "Wilgotne Miejsca" oraz gender i moja
uczelnia? Ano, zaraz objaśnię. Ale po kolei.
Stojąc w tramwaju, albo kiedy
zwyczajnie nudzi mi się w miejscach publicznych, gapię się na
ludzi. Któż tego nie robi – chyba wszyscy mamy na sumieniu takie
małe grzeszki godzące w niepisaną umowę społeczną. Czasami
posuwam się o krok dalej. Chociażby zdarzenie sprzed kilku tygodni:
stojąc na przystanku, podjęłam grę spojrzeń z dość
androgyniczną dziewczyną w skórzanej kurtce, która czekała na
tramwaj w odwrotną stronę. Kilka pojazdów przejechało między
nami, co chwilę traciłam ją z oczu. A jednak wiedziałam, że ona
wie, i że też patrzy. I jeszcze krok dalej, nowe doznanie: stykanie
się rękami, bokami, plecami. Niby to naturalne w tramwajowym
ścisku, a jednak dzisiaj po raz pierwszy świadomie podjęłam tę
grę. Obok mnie stał młody facet, na krzesełku siedziała mała
dziewczynka – nie mogła być chyba nikim innym, jak jego młodszą
siostrą. Nie miałam się czego złapać, chwyciłem więc oparcie
najbliższego fotela. Chłopak nachylał się nad siostrą,
rozmawiając z nią, a moją rękę co chwila muskał jego sweter,
czasami napierał na nią także fragment jego ciała. Nie widziałem
jego twarzy, dopiero kiedy wysiadali, spojrzałam ukradkiem –
typowo nastoletnia uroda, nie więcej niż 16-17 lat. Czy poczułam
niesmak, czy poczułam się dziwnie sama ze sobą? Niespecjalnie.
Trzymajcie się, to był wstęp.
Bohaterka "Wilgotnych miejsc"
nie jest "tradycyjnie" ładna. Prawdę mówiąc, jest
chłopczycą. Jest w niej dużo ze mnie – niby zależy nam na
jakimś stylu, niby dbamy o siebie, ale odrzucamy wszystko to, co
czyni z nas superkobiece, wymalowane, ultramodne manekiny. Autopsja.
Od trzech lat porównuję się półświadomie z dziewczętami z
moich studiów. Kulturoznawczych, dodajmy dla jasności. I oprócz
mnie oraz może trzech-czterech innych nie ma tam w ogóle tak
radykalnie wyglądających i wypowiadających się jak ja. Kaman,
radykalizmem sama bym tego nie nazwała, ale wiem i słyszę, że
wielu współstudiujących właśnie tak to nazywa.
A więc Helen. To kolejna bohaterka, w
której odnajduję samą siebie (tylko wciąż zastanawiam się nad
tą wątpliwą sprawiedliwością, która każe światu obdarzać
takie jak ona przystojnymi facetami, a mnie żadnymi). Urocza
chłopczyca z loczkami, w trampkach i koszulce Bad Religion, jeżdżąca
na desce. Chwilami w stosunku do mnie może nawet bardziej wymarzona
niż realna. Nawet jej matka jest łudząco podobna do mojej matki, z
tym jej stylem wziętym nieco z lat 90. i zasadami wziętymi trochę
z kosmosu, no może poza katolicyzmem, który wyznaje matka Helen
(moja nie). Tylko ojciec, z którym Helen wciąż usiłuję pogodzić
matkę, jakoś mi nie pasuje do obrazka – przypomina raczej faceta,
który w życiu matki zastąpił mojego ojca. Rozwód rodziców to
zresztą taki tematyczny lep, na który łapała mnie ogromna ilość
książek, filmów i innych popkulturowych historii mojego okresu
nastoletniego. Jakby się zastanowić, łapię się na ten lep do
dzisiaj.
Kolejna zaleta filmu: jest pełen
absurdalnego humoru, zupełnie innego niż ten w "Amelii",
do której porównał "Wilgotne miejsca" jeden z
recenzentów (z całym szacunkiem, ale musiał chyba upaść na
głowę). Na przykład wtedy, kiedy Helen przyłapuje ojca na
igraszkach z młodszą kochanką. Siada obok, bez słowa kładzie
gorącą patelnię na kanapie i mówi obojetnym tonem: "jajka ci
się spaliły".
Jedyne podobieństwo do Amelii to chyba
tylko sposób, w jaki bohaterka przedstawia osoby ze swojego
najbliższego otoczenia. "Mój tata. Nie ranił mnie często,
tylko czasami i niechcący." Na przykład przytrzaskując łapę
drzwiami od samochodu.
Dziwactwo mojego osobistego padre
natomiast polega na tym, że regularnie i w najmniej spodziewanych
momentach raczy mnie zadziwiająco podnoszącymi na duchu myślami.
"Wybrałaś inną drogę i za to cię lubię".
No tak, ale najwięcej rozgłosu
"Wiglotnym miejscom" przynosi oczywiście nie rodzinna
psychoanaliza obecna w filmie, a jego warstwa (pozytywnie) seksualna.
Najbardziej erotyczna w filmie jest chyba scena golenia. Ale nie tego
pierwszego, które prowokuje całą serię niefortunnych zdarzeń.
Zobaczycie, o co mi chodzi.
Bo Helen czerpie radość ze swojego
ciała, ale nie w jakiś feministycznie radykalny sposób –
przynajmniej nie w filmie (książka przede mną). I robi to bardzo
naturalnie, czyniąc to wszystko, na co kiedyś podczas pewnej
rozmowy we trójkę dwójka z nas zareagowała niedowierzającym
"naprawdę, nigdy tego nie robiłaś?". Cóż, z drugiej
strony zazdroszczę tym, którzy mają w tej dziedzinie (czerpania
radości) nadal więcej do odkrycia niż ja.
Helen jest trochę zlesbijczona. A
właściwie wygląda na biseksualną, jest jednym z tych
uniwersalnych typów. I szczerze mówiąc, przez cały film czekałam
na moment, w którym między nią a jest najlepszą psiapsiółą
Corinne coś się wydarzy. Ale nie zdradzę zakończenia kilku
prowadzących do finału wątków tej historii, bo popsuję wam całą
frajdę.
A poza tym, mniej więcej od połowy
film wytacza ciężkie psychologiczne działo i nie jest już wcale
tak beztrosko i cudownie inspirowany Amelią. Ale tym bardziej warto
oglądać go dalej. Ogląda się tym ciekawiej, jeśli jesteś osobą
utożsamiającą się z częścią, ale nie wszystkimi poglądami
feministycznymi, oraz jeśli jesteś tylko połowiczną kobietą, jak
ja. Zresztą, kaman, to społeczeństwo zrobiło z normalnych rzeczy
feminizm, jakby to było coś, co w niezwykły sposób powinno
wyrastać ponad normalność i codzienność, a nie być jej częścią.
A Helen mimo całego syfu w życiu
chyba potrafiła czasem być szczęśliwa. To ważna umiejętność
nieco popierdolonych ludzi, takich jak my.
PS. Na kwestię tego, z którymi
dokładnie scenami z filmu się utożsamiam, spuśćmy może (he, he)
zasłonę milczenia.
Tak więc jest Helen bohaterką
wyzwoloną (o, jak ja nie znoszę tego słowa – reaguję na nie
mniej więcej tak samo alergicznie jak na "kultową"). O
płci kulturowej niby kobiecej, ale gdzieś tam jednak złamanej
androgynicznym whatever.
Takich jak ona (i jak ja) jest więcej, niż się powszechnie uważa,
zresztą duża część tej populacji szczególnie się ze swoją
nietypowością nie wychyla. Badaniem i opisywaniem ludzkiej
różnorodności zajmują się przede wszystkim nauki socjologiczne i
kulturoznawcze, którym gender, to słowo-klątwa ostatnich miesięcy,
nie jest obce od kilkudziesięciu lat. A teraz uważajcie. Jak
zapewne część z was wie, kończę w tej chwili licencjackie studia
kulturoznawcze. I fakt, w planie mieliśmy przez ostatnie semestry
trochę genderowych przedmiotów. Jedne prowadzone lepiej, inne
gorzej – na tych lepszych słychać było pojękiwania, że zbyt
wydumane, że zbyt skomplikowane jak na dwudziestoparoletnie,
humanistyczne, otwarte (sic!) umysły. Na tych gorszych zaczęły się
gwałtowne protesty (poniekąd uzasadnione), że prowadzenie wykładów
jest do dupy, że mało konkretnie, i że w ogóle wszyscy już mają
tego genderu dość. Co więcej, mają już dość nawet prób
naprostowania szkód, jakie potłuczone antygenderowe teorie
wyrządziły w ich świadomości. Zajęcia te przypadły na ostatnie
miesiące studiów i zbiegły się ze skumulowaną nagonką na
gender, więc protesty te poniekąd potrafię zrozumieć – a
poniekąd nie. Dziwi zwłaszcza olewcza postawa wykładowców:
obecnie sytuacja na uczelni (będącej, notabene, jedną z
uczestniczek genderowego Erasmusa Gemma) sugeruje istnienie dwóch
grup genderowych wykładowców, z których jedna pierdoli na
wykładach – jeśli już na nie łaskawie przychodzi - jak z lekka
potłuczona, a druga po cichu narzeka, że mamy zamkniętych
światopoglądowo studentów. I byłoby wręcz dziwne, gdyby ta
pierwsza postawa nie znajdowała odzwierciedlenia w stosunku
uczestników zajęć do przedmiotu. Bo faktycznie, jeśli wykład po
raz trzeci się nie odbywa, a kiedy już ma miejsce, prowadząca
czyta ciągiem ze slajdów – można się wściec. I tu przechodzimy
do drugiego istotnego problemu – jak w takim razie zmienić
nastawienie studentów, którzy zdążyli już wynaleźć
sformuowanie "gender alert", są nieświadomie (?) językowo
ksenofobiczni i genderem nazywają wszystko, co choć trochę odstaje
od podziału na czarne i białe? Żarty gdzieś się kończą, a
efekty nieudanej genderowej edukacji będą potem widoczne w śmichach
chichach ze współpracowników, gwiazd popkultury, w kuluarowych
rozmowach na temat wyglądu przechodniów. Takie nam cudowne
pokolenie studentów przez niedopatrzenie rośnie. I to zapewne nie
tylko na mojej uczelni, bo gender ma to do siebie, że wielu gada i
wykłada, ale niewielu rozsądnie.
Tymczasem
na tych (i nie tylko na tych) studiach jesteśmy różni i różniści.
Są babeczki, którym blisko do modelek, wspomniane już wyżej. Są
freaki o bardzo indywidualnych zainteresowaniach, wiedzące to, czego
nie wie na wydziale nikt inny. Są męscy faceci, kobiece kobiety i
garstka tych pośrodku (śmiem twierdzić, że nie tylko ja). I to
się nie zmieni niestety nigdy. Po to jest gender, żeby wytłumaczyć
tę zasadę naturalnej różnorodności. A nie spieprzyć sprawę,
pogłębiając szkodliwe stereotypy i zniechęcając ludzi poprzez
olewanie ich oraz ich zajęciowych potrzeb.
Mniej więcej od
13 roku życia walczyłam o to, by móc wyglądać i zachowywać się
tak jak chciałam tego ja, a nie jak chcieli tego ludzie i systemy
władzy, którzy/e akturat mnie otaczali/ły. Najpierw jako jedyne
ciemne (chodzi tu o ogólną kolorystykę ubrania, nie skóry)
dziecko w pastelowej podstawówce, potem jako jeden z nielicznych
oryginalnych elementów w gimnazjum pełnym plastiku. Gdzieś w
liceum, które było już na szczęście łatwiejsze i przyjemniejsze
do przejścia, doszły do tego wszystkiego kwestie płci i
seksualności właśnie. I w życiu bym nie pomyślał, że na
studiach otoczenie będzie chciało uwstecznić jeśli nie mnie, to
przynajmniej siebie.
Tymczasem
doczekaliśmy dni, w których takie osoby jak ja, jak Helen i jak
ludzie nam podobni, - znam takich całkiem sporo – przedstawiani są
jako zagrożenie dla rozwoju zdrowego społeczeństwa. Brzmi znajomo?
Mnie podśmierduje trochę idolem skrajnej prawicy, a na imię mu
było Adolf.
Tak, zgadliście, w
tym miejscu będzie mała karcąca pogadanka powyborcza. Część z
was wie, jak ważne jest głosowanie, oraz że slogany "pokażmy
politykom, że mamy ich naprawdę w dupie" przynoszą więcej
szkód niż korzyści. Część jednak "nie interesuje się
polityką" i tym oto argumentem usprawiedliwia mamtowdupizm (a
potem zaczyna się polityką interesować, narzekając). Powoli
odkrywam z niemałym przerażeniem, że żyję w świecie absurdu, w
którym pójście na wybory staje się jakimś ultraalternatywnym,
wręcz hipsterskim posunięciem (wśród młodszych), względnie
aktem obywatelskiej odwagi, na którą przecież nie każdego
śmiertelnika stać i nie każdemu się chce (starsi). No a jak to
się ma do wcześniej wspomnianej Helen, Wilgotnych Miejsc i gender
studies? Ano tak, że bez polityki, która ma ręce i nogi oraz
rozsądny kapitał ludzki, a nie jedzie wyłącznie na nienawiści i
byciu anty wobec wszystkiego, za chwilę możemy obudzić się w
społeczeństwie, w którym średnio co trzecia osoba będzie miała
związane ręce z powodu nieprzystawania do jakiejś wymyślonej
normy (do której często do końca nie przystaje sam jej twórca,
vide przypadek wspomnianego Adolfika). Przesadzam? You'll never know.
Na czysty absurd zakrawa fakt, że po piekle II wojny (którą
prywatnie historycznie dosyć się interesuję już od dawna, co może
zauważyliście) znajdują się jeszcze jednostki pieprzące po kolei
o czystości rasowej, dominacji białego heteroseksualnego mężczyzny,
eksterminacji Żydów i Muzułmanów, wreszcie o tym, jakoby Polacy
mieliby w najbliższym czasie przejąć władzę nad światem jako
najbardziej uprzywilejowany naród i pupilkowie Maryi, Matki Bożej;
ostatnio szczególnie modne znów staje się pieprzenie o
przyjemności płynącej z gwałtów (co jest swoistym oksymoronem i
sprzecznością logiczną) i niedoborach inteligencji u kobiet, które
za to miałyby być wyjątkowo przydatne jako roboty do rodzenia
dzieci i obierania ziemniaków na obiad.
Reasumując: w
niedzielę mieliśmy wszyscy szansę na ugranie odrobiny godności na
międzynarodowym poletku, a przede wszystkim – na uratowanie
własnych tyłków przed wielką niewiadomą. Z tej możliwości
skorzystało niewiele ponad 20% społeczeństwa. Do Europarlamentu
dostali się między innymi ci, których poglądy mają się do Unii
niczym piernik do wiatraka. We Francji beztrosko zwyciężają
neonaziole, w kilku innych krajach Europy jest nie lepiej. Już kilka
razy w życiu zabraniali mi (i wam też, założę się) być sobą.
Nie czekajmy, aż zanurzą nas w głębszych oparach absurdu; aż
każda Helen zostanie pozbawiona możliwości antykoncepcji i
edukacji seksualnej, aż starzy grubi faceci w sukienkach wpłyną na
prawo tak, że realnej większości z nas zacznie to przeszkadzać, aż sami i same nie będziemy mogli czerpać z życia tyle, ile potrzebujemy.
Dziś jako wisienkę
na torcie i puentę wkleję wam tu zespół jednego z moich
ulubionych sepleniących brudnych Brytoli, który doskonale wiedział
co śpiewa. Weźcie sobie jego słowa głęboko do serca.
(Macie rację, przechodzę samego siebie w wymyślaniu wydziwionych tytułów. Jak to się mówi, inspiruje mnei życie. I może trochę Gwiezdne Wojny.)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz