wtorek, 27 maja 2014

Osobisty kawałek mięsa, atak klonów i siedzenie na bombie

Co wspólnego mają minione wybory do Parlamentu Europejskiego, nadchodząca premiera ekranizacji książki Charlotte Roche "Wilgotne Miejsca" oraz gender i moja uczelnia? Ano, zaraz objaśnię. Ale po kolei.

Stojąc w tramwaju, albo kiedy zwyczajnie nudzi mi się w miejscach publicznych, gapię się na ludzi. Któż tego nie robi – chyba wszyscy mamy na sumieniu takie małe grzeszki godzące w niepisaną umowę społeczną. Czasami posuwam się o krok dalej. Chociażby zdarzenie sprzed kilku tygodni: stojąc na przystanku, podjęłam grę spojrzeń z dość androgyniczną dziewczyną w skórzanej kurtce, która czekała na tramwaj w odwrotną stronę. Kilka pojazdów przejechało między nami, co chwilę traciłam ją z oczu. A jednak wiedziałam, że ona wie, i że też patrzy. I jeszcze krok dalej, nowe doznanie: stykanie się rękami, bokami, plecami. Niby to naturalne w tramwajowym ścisku, a jednak dzisiaj po raz pierwszy świadomie podjęłam tę grę. Obok mnie stał młody facet, na krzesełku siedziała mała dziewczynka – nie mogła być chyba nikim innym, jak jego młodszą siostrą. Nie miałam się czego złapać, chwyciłem więc oparcie najbliższego fotela. Chłopak nachylał się nad siostrą, rozmawiając z nią, a moją rękę co chwila muskał jego sweter, czasami napierał na nią także fragment jego ciała. Nie widziałem jego twarzy, dopiero kiedy wysiadali, spojrzałam ukradkiem – typowo nastoletnia uroda, nie więcej niż 16-17 lat. Czy poczułam niesmak, czy poczułam się dziwnie sama ze sobą? Niespecjalnie.

Trzymajcie się, to był wstęp.
Bohaterka "Wilgotnych miejsc" nie jest "tradycyjnie" ładna. Prawdę mówiąc, jest chłopczycą. Jest w niej dużo ze mnie – niby zależy nam na jakimś stylu, niby dbamy o siebie, ale odrzucamy wszystko to, co czyni z nas superkobiece, wymalowane, ultramodne manekiny. Autopsja. Od trzech lat porównuję się półświadomie z dziewczętami z moich studiów. Kulturoznawczych, dodajmy dla jasności. I oprócz mnie oraz może trzech-czterech innych nie ma tam w ogóle tak radykalnie wyglądających i wypowiadających się jak ja. Kaman, radykalizmem sama bym tego nie nazwała, ale wiem i słyszę, że wielu współstudiujących właśnie tak to nazywa.
A więc Helen. To kolejna bohaterka, w której odnajduję samą siebie (tylko wciąż zastanawiam się nad tą wątpliwą sprawiedliwością, która każe światu obdarzać takie jak ona przystojnymi facetami, a mnie żadnymi). Urocza chłopczyca z loczkami, w trampkach i koszulce Bad Religion, jeżdżąca na desce. Chwilami w stosunku do mnie może nawet bardziej wymarzona niż realna. Nawet jej matka jest łudząco podobna do mojej matki, z tym jej stylem wziętym nieco z lat 90. i zasadami wziętymi trochę z kosmosu, no może poza katolicyzmem, który wyznaje matka Helen (moja nie). Tylko ojciec, z którym Helen wciąż usiłuję pogodzić matkę, jakoś mi nie pasuje do obrazka – przypomina raczej faceta, który w życiu matki zastąpił mojego ojca. Rozwód rodziców to zresztą taki tematyczny lep, na który łapała mnie ogromna ilość książek, filmów i innych popkulturowych historii mojego okresu nastoletniego. Jakby się zastanowić, łapię się na ten lep do dzisiaj.
Kolejna zaleta filmu: jest pełen absurdalnego humoru, zupełnie innego niż ten w "Amelii", do której porównał "Wilgotne miejsca" jeden z recenzentów (z całym szacunkiem, ale musiał chyba upaść na głowę). Na przykład wtedy, kiedy Helen przyłapuje ojca na igraszkach z młodszą kochanką. Siada obok, bez słowa kładzie gorącą patelnię na kanapie i mówi obojetnym tonem: "jajka ci się spaliły".
Jedyne podobieństwo do Amelii to chyba tylko sposób, w jaki bohaterka przedstawia osoby ze swojego najbliższego otoczenia. "Mój tata. Nie ranił mnie często, tylko czasami i niechcący." Na przykład przytrzaskując łapę drzwiami od samochodu.
Dziwactwo mojego osobistego padre natomiast polega na tym, że regularnie i w najmniej spodziewanych momentach raczy mnie zadziwiająco podnoszącymi na duchu myślami. "Wybrałaś inną drogę i za to cię lubię".

No tak, ale najwięcej rozgłosu "Wiglotnym miejscom" przynosi oczywiście nie rodzinna psychoanaliza obecna w filmie, a jego warstwa (pozytywnie) seksualna. Najbardziej erotyczna w filmie jest chyba scena golenia. Ale nie tego pierwszego, które prowokuje całą serię niefortunnych zdarzeń. Zobaczycie, o co mi chodzi.
Bo Helen czerpie radość ze swojego ciała, ale nie w jakiś feministycznie radykalny sposób – przynajmniej nie w filmie (książka przede mną). I robi to bardzo naturalnie, czyniąc to wszystko, na co kiedyś podczas pewnej rozmowy we trójkę dwójka z nas zareagowała niedowierzającym "naprawdę, nigdy tego nie robiłaś?". Cóż, z drugiej strony zazdroszczę tym, którzy mają w tej dziedzinie (czerpania radości) nadal więcej do odkrycia niż ja.
Helen jest trochę zlesbijczona. A właściwie wygląda na biseksualną, jest jednym z tych uniwersalnych typów. I szczerze mówiąc, przez cały film czekałam na moment, w którym między nią a jest najlepszą psiapsiółą Corinne coś się wydarzy. Ale nie zdradzę zakończenia kilku prowadzących do finału wątków tej historii, bo popsuję wam całą frajdę.
A poza tym, mniej więcej od połowy film wytacza ciężkie psychologiczne działo i nie jest już wcale tak beztrosko i cudownie inspirowany Amelią. Ale tym bardziej warto oglądać go dalej. Ogląda się tym ciekawiej, jeśli jesteś osobą utożsamiającą się z częścią, ale nie wszystkimi poglądami feministycznymi, oraz jeśli jesteś tylko połowiczną kobietą, jak ja. Zresztą, kaman, to społeczeństwo zrobiło z normalnych rzeczy feminizm, jakby to było coś, co w niezwykły sposób powinno wyrastać ponad normalność i codzienność, a nie być jej częścią.
A Helen mimo całego syfu w życiu chyba potrafiła czasem być szczęśliwa. To ważna umiejętność nieco popierdolonych ludzi, takich jak my.

PS. Na kwestię tego, z którymi dokładnie scenami z filmu się utożsamiam, spuśćmy może (he, he) zasłonę milczenia.

Tak więc jest Helen bohaterką wyzwoloną (o, jak ja nie znoszę tego słowa – reaguję na nie mniej więcej tak samo alergicznie jak na "kultową"). O płci kulturowej niby kobiecej, ale gdzieś tam jednak złamanej androgynicznym whatever. Takich jak ona (i jak ja) jest więcej, niż się powszechnie uważa, zresztą duża część tej populacji szczególnie się ze swoją nietypowością nie wychyla. Badaniem i opisywaniem ludzkiej różnorodności zajmują się przede wszystkim nauki socjologiczne i kulturoznawcze, którym gender, to słowo-klątwa ostatnich miesięcy, nie jest obce od kilkudziesięciu lat. A teraz uważajcie. Jak zapewne część z was wie, kończę w tej chwili licencjackie studia kulturoznawcze. I fakt, w planie mieliśmy przez ostatnie semestry trochę genderowych przedmiotów. Jedne prowadzone lepiej, inne gorzej – na tych lepszych słychać było pojękiwania, że zbyt wydumane, że zbyt skomplikowane jak na dwudziestoparoletnie, humanistyczne, otwarte (sic!) umysły. Na tych gorszych zaczęły się gwałtowne protesty (poniekąd uzasadnione), że prowadzenie wykładów jest do dupy, że mało konkretnie, i że w ogóle wszyscy już mają tego genderu dość. Co więcej, mają już dość nawet prób naprostowania szkód, jakie potłuczone antygenderowe teorie wyrządziły w ich świadomości. Zajęcia te przypadły na ostatnie miesiące studiów i zbiegły się ze skumulowaną nagonką na gender, więc protesty te poniekąd potrafię zrozumieć – a poniekąd nie. Dziwi zwłaszcza olewcza postawa wykładowców: obecnie sytuacja na uczelni (będącej, notabene, jedną z uczestniczek genderowego Erasmusa Gemma) sugeruje istnienie dwóch grup genderowych wykładowców, z których jedna pierdoli na wykładach – jeśli już na nie łaskawie przychodzi - jak z lekka potłuczona, a druga po cichu narzeka, że mamy zamkniętych światopoglądowo studentów. I byłoby wręcz dziwne, gdyby ta pierwsza postawa nie znajdowała odzwierciedlenia w stosunku uczestników zajęć do przedmiotu. Bo faktycznie, jeśli wykład po raz trzeci się nie odbywa, a kiedy już ma miejsce, prowadząca czyta ciągiem ze slajdów – można się wściec. I tu przechodzimy do drugiego istotnego problemu – jak w takim razie zmienić nastawienie studentów, którzy zdążyli już wynaleźć sformuowanie "gender alert", są nieświadomie (?) językowo ksenofobiczni i genderem nazywają wszystko, co choć trochę odstaje od podziału na czarne i białe? Żarty gdzieś się kończą, a efekty nieudanej genderowej edukacji będą potem widoczne w śmichach chichach ze współpracowników, gwiazd popkultury, w kuluarowych rozmowach na temat wyglądu przechodniów. Takie nam cudowne pokolenie studentów przez niedopatrzenie rośnie. I to zapewne nie tylko na mojej uczelni, bo gender ma to do siebie, że wielu gada i wykłada, ale niewielu rozsądnie.
Tymczasem na tych (i nie tylko na tych) studiach jesteśmy różni i różniści. Są babeczki, którym blisko do modelek, wspomniane już wyżej. Są freaki o bardzo indywidualnych zainteresowaniach, wiedzące to, czego nie wie na wydziale nikt inny. Są męscy faceci, kobiece kobiety i garstka tych pośrodku (śmiem twierdzić, że nie tylko ja). I to się nie zmieni niestety nigdy. Po to jest gender, żeby wytłumaczyć tę zasadę naturalnej różnorodności. A nie spieprzyć sprawę, pogłębiając szkodliwe stereotypy i zniechęcając ludzi poprzez olewanie ich oraz ich zajęciowych potrzeb.
Mniej więcej od 13 roku życia walczyłam o to, by móc wyglądać i zachowywać się tak jak chciałam tego ja, a nie jak chcieli tego ludzie i systemy władzy, którzy/e akturat mnie otaczali/ły. Najpierw jako jedyne ciemne (chodzi tu o ogólną kolorystykę ubrania, nie skóry) dziecko w pastelowej podstawówce, potem jako jeden z nielicznych oryginalnych elementów w gimnazjum pełnym plastiku. Gdzieś w liceum, które było już na szczęście łatwiejsze i przyjemniejsze do przejścia, doszły do tego wszystkiego kwestie płci i seksualności właśnie. I w życiu bym nie pomyślał, że na studiach otoczenie będzie chciało uwstecznić jeśli nie mnie, to przynajmniej siebie.
Tymczasem doczekaliśmy dni, w których takie osoby jak ja, jak Helen i jak ludzie nam podobni, - znam takich całkiem sporo – przedstawiani są jako zagrożenie dla rozwoju zdrowego społeczeństwa. Brzmi znajomo? Mnie podśmierduje trochę idolem skrajnej prawicy, a na imię mu było Adolf.

Tak, zgadliście, w tym miejscu będzie mała karcąca pogadanka powyborcza. Część z was wie, jak ważne jest głosowanie, oraz że slogany "pokażmy politykom, że mamy ich naprawdę w dupie" przynoszą więcej szkód niż korzyści. Część jednak "nie interesuje się polityką" i tym oto argumentem usprawiedliwia mamtowdupizm (a potem zaczyna się polityką interesować, narzekając). Powoli odkrywam z niemałym przerażeniem, że żyję w świecie absurdu, w którym pójście na wybory staje się jakimś ultraalternatywnym, wręcz hipsterskim posunięciem (wśród młodszych), względnie aktem obywatelskiej odwagi, na którą przecież nie każdego śmiertelnika stać i nie każdemu się chce (starsi). No a jak to się ma do wcześniej wspomnianej Helen, Wilgotnych Miejsc i gender studies? Ano tak, że bez polityki, która ma ręce i nogi oraz rozsądny kapitał ludzki, a nie jedzie wyłącznie na nienawiści i byciu anty wobec wszystkiego, za chwilę możemy obudzić się w społeczeństwie, w którym średnio co trzecia osoba będzie miała związane ręce z powodu nieprzystawania do jakiejś wymyślonej normy (do której często do końca nie przystaje sam jej twórca, vide przypadek wspomnianego Adolfika). Przesadzam? You'll never know. Na czysty absurd zakrawa fakt, że po piekle II wojny (którą prywatnie historycznie dosyć się interesuję już od dawna, co może zauważyliście) znajdują się jeszcze jednostki pieprzące po kolei o czystości rasowej, dominacji białego heteroseksualnego mężczyzny, eksterminacji Żydów i Muzułmanów, wreszcie o tym, jakoby Polacy mieliby w najbliższym czasie przejąć władzę nad światem jako najbardziej uprzywilejowany naród i pupilkowie Maryi, Matki Bożej; ostatnio szczególnie modne znów staje się pieprzenie o przyjemności płynącej z gwałtów (co jest swoistym oksymoronem i sprzecznością logiczną) i niedoborach inteligencji u kobiet, które za to miałyby być wyjątkowo przydatne jako roboty do rodzenia dzieci i obierania ziemniaków na obiad.
Reasumując: w niedzielę mieliśmy wszyscy szansę na ugranie odrobiny godności na międzynarodowym poletku, a przede wszystkim – na uratowanie własnych tyłków przed wielką niewiadomą. Z tej możliwości skorzystało niewiele ponad 20% społeczeństwa. Do Europarlamentu dostali się między innymi ci, których poglądy mają się do Unii niczym piernik do wiatraka. We Francji beztrosko zwyciężają neonaziole, w kilku innych krajach Europy jest nie lepiej. Już kilka razy w życiu zabraniali mi (i wam też, założę się) być sobą. Nie czekajmy, aż zanurzą nas w głębszych oparach absurdu; aż każda Helen zostanie pozbawiona możliwości antykoncepcji i edukacji seksualnej, aż starzy grubi faceci w sukienkach wpłyną na prawo tak, że realnej większości z nas zacznie to przeszkadzać, aż sami i same nie będziemy mogli czerpać z życia tyle, ile potrzebujemy.  
Dziś jako wisienkę na torcie i puentę wkleję wam tu zespół jednego z moich ulubionych sepleniących brudnych Brytoli, który doskonale wiedział co śpiewa. Weźcie sobie jego słowa głęboko do serca.


(Macie rację, przechodzę samego siebie w wymyślaniu wydziwionych tytułów. Jak to się mówi, inspiruje mnei życie. I może trochę Gwiezdne Wojny.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz