Uwaga, spoilery: kto w ogóle nie ma
pojęcia o czym jest trylogia Millenium i nie oglądał/a też
amerykańskiej "Dziewczyny z tatuażem" (to do tej wersji
się odnoszę, ponieważ moim skromnym zdaniem Szwedzi spieprzyli
sprawę na swoim własnym filmowym boisku), czyta poniższy tekst na
własną odpowiedzialność.
Wczoraj, kiedy już zupełnie nie
wiedziałam co ze sobą zrobić z pewnego życiowego powodu, a
uchlewanie się w trupa raczej nie wchodziło w grę (bo i kac
morderca w poniedziałkowy poranek nie wchodził w grę),
postanowiłem uciec się do metod filmowych. "Dziewczyna z
tatuażem" oglądana po raz pięćdziesiąty trochę mnie
wyciszyła, i choć zadziałała jedynie jako powierzchniowe
znieczulenie, to i dała powód, aby na nowo otworzyć wątek analizy
tej literacko-filmowej historii. A tekst o Dziewczynie leżał
niedokończony chyba od listopada, co było wystarczająco dobrym
powodem, by spróbować go dokończyć. Wiem, że nie wyczerpię
tutaj tematu: trylogia "Millennium" to materiał na osobną
analizę o objętości przynajmniej średnio grubej książki. Ale
spróbować co nieco można.
Od zamieszania związanego z trylogią
Larssona minęło już kilka lat, sam autor niech spoczywa w spokoju
(Larsson zmarł na krótko przed ukazaniem się jej pierwszej
części), natomiast reżyser David Fincher jest leniem i/lub nie ma
kasy na realizację ciągle przekładanych następnych części
amerykańskiej wersji adaptacji. Internet jednak lubi często
przypominać mi o Millennium. A wtedy pierwsze moje skojarzenie to
główna bohaterka sagi.
Z pozoru niewiele łączy mnie z
Lisbeth Salander. Nie jestem aspołeczna, drobna i małomówna. No i
nie mam miliardów dolarów na zagranicznych kontach. Nie jestem
geniuszem komputerowym i jednym z najlepszych hakerów na świecie.
Mój ojciec jest dobry, mądry i spokojny, nigdy nie miałam
najmniejszego powodu, by przed nim uciekać czy się na nim mścić,
bo nigdy też nie chciał zrobić mi najmniejszej krzywdy; nie mam
psychopatycznego brata. Umiem rozmawiać z ludźmi. Nigdy nie byłam
w szpitalu psychiatrycznym, czy to z własnej woli, czy pod
przymusem. No i muszę przyznać, że raczej nie mam w sobie takiej
woli walki, umiejętności przetrwania.
Ale oprócz tych rzeczy jest także
sporo innych, które sprawiają, że czuję szczególną więź z
Lisbeth Salander. Cóż z tego, że jest postacią fikcyjną –
właśnie takie bywają najlepszym materiałem na bohaterki i
bohaterów, swoiste inspiracje. Lisbeth i ja dzielimy wiele cech,
które społeczeństwo wolałoby wymazać ze świadomości.
Bezlitosną szczerość, nonkonformizm, działanie według własnej,
specyficznej moralności.
Jest jeszcze jedna rzecz, która łączy
mnie z Lisbeth. Kiedy już raz na bardzo długi czas zdecydujemy się
komuś zaufać, boleśnie przekonujemy się, jak trudne czy wręcz
niemożliwe okazuje się przebicie przez wcześniej ustalony schemat
i dorównanie trzeciej osobie, która ma społecznie akceptowalne
pierwszeństwo. I możemy czuć tylko bezsilną złość, bo przecież
wiemy, że przy tym nierównym rozkładzie sił żadna walka nie ma
sensu.
Nie chcę wiecznie uciekać, chować
się, ustępować miejsca osobom, które wydają się społecznie
bardziej uprawnione do kochania osób, które ja darzę miłością.
Oprócz klątwy obowiązkowej heteronormatywności nasz krąg
kulturowy ma jeszcze jeden poważny problem – klątwę przymusowej
monogamii. Ale to już zupełnie inna, prywatna i zupełnie
niehollywoodzka historia.
Jest też Miriam Wu i dość
specyficzny, niby luźny, ale jak okazuje się w kluczowych momentach
– głęboki i ważny związek między nią a Salander. Jest wątek
sadomasochistyczny i przewijające się przez całą powieść
przesłanie "jeśli to, co robię w życiu prywatnym i w łóżku,
nie czyni nikomu krzywdy i szkody, to nie wasz zasrany interes".
Złota myśl. Kolejna rzecz, która nas łączy.
Film i książka poruszają jeszcze
jedną intrygującą mnie kulturowo i osobiście kwestię: wzajemną
fascynację młodej dziewczyny i dwa razy starszego od niej faceta.
Ten jeden raz pozwolę sobie na dygresję w kierunku szwedzkiej
adaptacji: Michael Nyqvist w roli Blomkvista to ciepła klucha bez
krztyny seksapilu, a Noomi Rapace jako Lisbeth jest dość
niewiarygodna, zwłaszcza że wygląda na trzydziestolatkę w
przebraniu dwudziestolatki. W ogóle nie czuć między nimi chemii.
Ale rozumiem, że niektórzy z Was uznają że się czepiam i Szwedzi
zrobili to lepiej, szanuję to. Jednak dla mnie to właśnie między
postaciami w wersji amerykańskiej jest tak zwane fragile tension
that keeping them going.
Świat Larssona to świat, w którym
pozbawione wcześniej praw kobiety dopuszczono do głosu; świat, w
którym bronią, a nie są bronione; przejmują inicjatywę w
zdecydowany, ale nie agresywny (a przynajmniej nie nielogicznie
agresywny) sposób. A także świat, w którym figurze pospolitego
macho-chama przeciwstawiona jest postać mężczyzny rozumiejącego.
Bo powiedzmy sobie szczerze, gdyby Larsson stworzył powieść
ultrafeministyczną (a to możliwe, w końcu był Szwedem. Myślę
zbyt prosto?), nie sprzedałby jej nigdzie poza Szwecją. Jego Mikael
Blomkvist to koleś dociekliwy, inteligentny, nawet jeśli nieco
nadszarpnięty przez kryzys wieku średniego. W amerykańskiej wersji
filmowej – Daniel Craig, którego tak jakoś nagle zaczęłam
lubić, no ciekawe dlaczego. Craig, alias Blomkvist, stara się
zrozumieć Lisbeth. Nie czyni gwałtownych ruchów, jest przede
wszystkim przyjacielem i sojusznikiem, nie chce robić nic za wszelką
cenę, przejąć kontroli nad sytuacją. Uczy się od Lisbeth. A jest
się czego uczyć. Pamiętacie ten moment w filmie, kiedy Mikael mówi
"chcę, byś pomogła mi złapać mordercę kobiet"? Błysk
w oczach Lisbeth mówi wszystko. To tutaj zawiązuje się cienka nić
porozumienia, pogłębiana z czasem.
(W tym miejscu wyraziłabym obszernie
zachwyt intymnymi scenami między dwójką głównych bohaterów, ale
powiecie, że skupiam się nie na tym, co trzeba. To może powiem
tylko: podobały mi się. Bardzo.)
Mam wśród kobiecych ikon swoje wzory.
Sinead O'Connor jest chyba jedyną w swoim rodzaju kobietą w
popkulturze, którą zna tak wielu jej odbiorców i odbiorczyń –
jedyną tak wyrazistą, radykalną babką z łysą czaszką. I
pierwszą kobietą, którą zafascynowałam się jako mała
[genderowo jeszcze] dziewczynka. Oglądając filmową wersję
pierwszej części trylogii pomyślałam znów: oto bohaterka dla
mnie. Intensywna w przekazie, kontrowersyjna, intrygująca w
wyglądzie. No i zdecydowanie niegłupia. Mój pech, bo z
dotychczasowych doświadczeń wyraźnie mi wychodzi, że to raczej
fotograficzna pamięć i zmysł matematyczny, a nie talent malarski i
zdolności humanistyczne zapewniają przetrwanie. To, co jest w
Lisbeth imponujące, to też – a może przede wszystkim – jej
niesamowita odporność fizyczna i psychiczna. Zdarza się, że kiedy
z różnych powodów boli mnie fizycznie, kiedy wydaje się, że już
nie dam rady, półświadomie mówię sobie: mięczaku, Salander
dałaby radę. Trenuję w sobie odporność na ból mięśni, na
zadraśnięcia. Może się przydać w przyszłości.
W samym Millennium oprócz Salander
jest jeszcze kilka postaci, które odzwierciedlają moje życiowe
normy i zasady postępowania. Cóż, może dlatego, że rzecz dzieje
się w dosyć liberalnej Szwecji; ale nie tylko. Kilku bohaterów
uosabia życiowe zasady, do których dążę – choćby Mikael
Blomkvist i Erika Berger ze swoim wolnym, poliamorycznym podejściem
do związku. Za każdym razem czytając, że "Erika odkryła u
swojego męża-artysty wyraźne skłonności biseksualne",
odczuwałem coś na kształt cienia ekscytacji. Z prostej przyczyny:
w polskiej literaturze rzadko kiedy zdarza się wprowadzić do akcji
powieści Innego tak naturalnie, bez sensacji.
No i kwestia kluczowa, można
powiedzieć, główny motyw trylogii: przemoc wobec kobiet. Przemoc w
ogóle. Społeczne przyzwolenie na przemoc, polityka radzenia sobie z
nią, dziedziczenie patologii, bezsilność i działanie na odwal się
służb, które z definicji mają pomagać. Zawsze twierdzę, że
najważniejsze to wywlec drażliwy temat na światło dzienne,
pokazać go światu. Można to zrobić lepiej, można gorzej. Nie
czytałem zbyt wielu negatywnych opinii o książkowym cyklu
Millenium, choć takie zapewne istnieją. Być może jest się do
czego przyczepić, ale ja nie bardzo wiem, do czego. Weźmy poprawkę
na tę okoliczność, że powieść to powieść. Osobiście dawno
nie obcowałem z czymś tak uderzająco przemawiającym do wyobraźni.
Na pewno o czymś tutaj zapomniałam;
musiałabym chyba przeczytać rzeczoną trylogię ponownie, robiąc
szczegółowe notatki – czytanie jej po raz pierwszy było zbyt
pochłaniające, by się jakimiś notatkami przejmować. A i z takich
notatek powstałaby chyba osobna książka, na którą obecnie nie
mam w życiu ani czasu, ani potrzeby. Ale powyższy tekst jako tako
mnie satysfakcjonuje. I myślę, że warto o nim podyskutować, jeśli
wola w narodzie.
Dziękuję za uwagę.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz