środa, 5 października 2016

Moim przyjaciołom konserwatystom

(Tytuł to gorzka parafraza tytułu cyklu "Moim przyjaciołom Żydom", gdyby ktoś jeszcze się nie zorientował. Gorzka parafraza, bo sens serii kolaży Władysława Strzemińskiego o tej nazwie zasadzał się żałobie po Holokauście, na cierpieniu i współczuciu. W konserwatystach nie ma cienia współczucia dla ofiar przemocy wobec kobiet i osób o żeńskich narządach płciowych. Ja natomiast nie mam przyjaciół-konserwatystów. Ale znajomych - owszem.)

"W piekle jest specjalne miejsce dla kobiet, które nie wspierają innych kobiet" – słyszałyście/liście to kiedyś? Wcale nie chodzi o to samo piekło, do którego zapewne poszła Maria Czubaszek, bo w niebie obowiązuje zakaz palenia. Moją czarę goryczy w tej sprawie przelały wczoraj słowa osoby o skrajnie innych od moich poglądach, deklarującej się jako zagorzała katoliczka, i wszędzie rozsiewającej pyłki dobrej chrystusowej nowiny i bożej miłości oraz tradycji polskorodzinnobogoojczyźnianokatolickiej. Pytacie pewnie, po co podnoszę sobie ciśnienie, zachowując takie (dawno już wygasłe w świecie realnym) znajomości na Facebooku?  Otóż nie uważam, że odgradzanie się murem i zamykanie w lewaczej krainie szczęśliwości i marzeń o równych prawach było rozsądnym wyjściem. Toleruję więc te głosy z innego świata z zawodową ciekawością kulturoznawcy. Ale kiedy widzę z uporem maniaka powtarzane frazesy o dzieciach nienarodzonych, stawiające kobiety usuwające ciąże na pozycji samego diabła z rogami i kopytami i/lub rozpasanych samolubnych dziwek, kiedy patrzę na dane porównujące rzekome liczby "abortowanych dzieci z zespołem Downa" (według tych danych - dużo) do ogólnej liczby legalnych aborcji, robi mi się słabo z wściekłości. Kto mieczem wojuje, od miecza ginie - a jednak mam ochotę życzyć autorkom takich postów samotnego wychowywania gromadki ciężko upośledzonych dzieci. Hamuję się jednak przed tym życzeniem bo wiem, że nie czyni mnie ono lepszym człowiekiem od tych, którzy chcą skazać polskie kobiety na śmierć, cierpienie i przerażającą niewiedzę, wynikającą z zaostrzenia wiadomej ustawy.

Wiadomo prawie na 100%, że nie przekonamy siebie nawzajem – ani tak zwani prolajferzy nie wmówią setkom tysięcy kobiet i ich sprzymierzeńców swoich racji, ani my nie przebijemy się przez gruby kokon (czy nie powinnam napisać "kaftan"?) przekonań, w które uparcie wierzą. Różnica między nimi a nami polega na tym, że my nie zmuszamy nikogo do swoich racji. To jeden z największych paradoksów prawicy – mając większość, chce forsować ustawy, w myśl których większość będzie miała jeszcze większą większość, przewagę nad słabszymi, gorzej ustawionymi w życiu i nieumiejącymi się bronić – i chodzi tu o życie jak najbardziej narodzone. Przy najmniejszej próbie oporu, dotknięci do żywego zwolennicy "racji mojszej" zasłaniają się frazesami o rzekomym braku tolerancji wobec ich – tak strasznie uciskanych w tym momencie – przekonań i praw. Praw, które na co dzień forsują większością w parlamencie. Praw, z którymi wchodzą do naszych żyć, domów i pod nasze kołdry.
Kończy mi się cierpliwość do kulturalnych dyskusji ze "znajomymi o odmiennych poglądach", bo są rzeczy, które nie są kwestią poglądów, ale praw człowieka, i mój podobno cywilizowany kraj ma zasrany obowiązek mi je zapewnić. Jasne, możemy kręcić się wokół własnego ogona i kulturalnie nie zgadzać się w kwestiach światopoglądowych, ale to do niczego nas nie zaprowadzi. Mam dosyć. W swoim ateizmie najbliżej mi do buddyzmu, ale nie wpierdalam się z jego naukami na siłę w życia innych ludzi. Nie będę dłużej udawać, że wasze głoszenie "dobrej nowiny" mnie nie rusza. W cywilizowanym świecie istnieje coś takiego jak prawo do prywatności. W tym momencie moje własne państwo – kraj pochodzenia, urodzenia, zamieszkania, kraj, w którym w sumie przez większość życia było mi dobrze – wkracza z butami w tę prywatność i właściwie molestuje mnie seksualnie.
Tzw. prolajferzy (których rozsądniej byłoby nazwać antylajferami) zasłaniają się banerami z Hitlerem i hasłami o mordowaniu dzieci – przywłaszczając sobie w obrzydliwy sposób historię i odwracając w tym kontekście kota ogonem. Tak wielu pięknych chłopców prawicy, po zwinięciu transparentu z demonem III Rzeszy, pójdzie napaść w imię tzw. miłości do ojczyzny dokładnie tych samych ludzi, których chciał wymordować Hitler – tych o ciemniejszej skórze, tych trzymających za rękę osoby tej samej płci. Także tych niepełnosprawnych intelektualnie i fizycznie, bo oni też zawadzali we wprowadzeniu w życie planu powstania wielkiego aryjskiego narodu niemieckiego w latach 40. XX wieku. Tylko te obrzydliwe lewaki ośmielają się wciąż bronić słabszych, przeszkadzając w realizacji planu tworzenia Wielkiej Polski.
Nie chodzi o mordowanie z zimną krwią zarodków, z których rozwinęłyby się uśmiechnięte dzieciaczki z zespołem Downa. Nie wierzę, że wciąż trzeba to powtarzać. Chodzi o dzieci tak zniekształcone i chore, że nie będą w stanie funkcjonować samodzielnie, cierpiące i powodujące cierpienie swoje i rodziców. A zresztą, o dzieci z zespołem Downa też – bo i one w końcu zostaną bez rodziców (człowiek starzeje się i umiera, taka kolej rzeczy). Zapraszam Was, szanowne kobiety prawicy, żebyście zorganizowały opiekę, zapewniły byt i wsparcie psychologiczne, a wreszcie tak elementarną rzecz jak miłość setkom, a może i tysiącom takich dzieci. Naprawdę czekam na taki gest z Waszej strony.

Halo, czy jest ktoś na sali? Ach, zapomniałam, już dawno porzuciłyście lekturę i poszłyście zajmować się swoimi zdrowymi dziećmi w swoich dostatecznie majętnych domach. Ewentualnie złapałyście za transparent ze zdjęciem martwego płodu pochodzącym z podziemia aborcyjnego, bo trzeba przecież pogonić tych wstrętnych lewaków i lewaczki, które regularnie fundują sobie ryzyko wykrwawienia się na śmierć, stosując drogą aborcję wykonaną w podziemiu jako metodę antykoncepcyjną. To przecież takie oczywiste i logiczne. 

[grafiki - Pogotowie Graficzne]




wtorek, 14 czerwca 2016

Żałoba. I co dalej?

Niedzielne wczesne popołudnie, uczestnicy i uczestniczki Parady Równości dopiero trzeźwieją po rozlicznych afterach, budzą się późno, robią kawę, oglądają zdjęcia z wczoraj, wchodzą na Facebooka. Ja także, nie inaczej. I od razu trafiam na kilka linków, umieszczanych w tamtym momencie jeszcze wyłącznie przez znajome osoby lub strony spoza Polski. "Orlando? To chyba ta powieść Virginii Woolf?" - to była moja pierwsza, spontaniczna i nieprzemyślana reakcja.

Milczenie = śmierć, więc proszę mi tu nie pierdolić 
o prowokowaniu przemocy poprzez pokojową ekspresję płci i oriemtacji


Jeśli mnie znacie, wiecie być może, że etap radosnego, młodzieńczego, pełnego zapału aktywizmu na rzecz interesów grupy LGBTQ mam już dawno za sobą. Działam na tym polu oficjalnie od prawie pięciu lat, nieoficjalnie jeszcze dłużej. Dostrzegam coaz więcej wad i słabych punktów polskiego ruchu na rzecz osób nieheteroseksualnych i transpłciowych – niektóre z tych wad to wykwit ostatnich lat i miesięcy, niektóre istniały już znacznie wcześniej.
Myślałam, że oddalam się od środowiska, że czas największego aktywizmu mam za sobą. Zmieniło się moje położenie życiowe i potrzeby, priorytetowe postulaty. Kiedy zaczynałam – jeszcze nieoficjalnie, bez przynależności do stowarzyszenia, bez kontaktów – byłam wciąż nastolatkiem, wchodzącym w świat klubów, marszów, parad, zafascynowanym powierzchownie rozumianymi "gwiazdami" sceny LG (bo B, T i Q jak zwykle znajdowało się na uboczu, i ta sytuacja akurat się w Polsce specjalnie nie zmienia). Przeżywałam pierwszy związek z dziewczyną, coming out, miałam pomysły, energię, wewnętrzny mobilizujący i produktywny sprzeciw i wkurw. Nigdy nie identyfikowałam się z lesbijskością jako taką, zawsze stojąc pośrodku, ale liceum i pierwsze lata po nim były czasem, kiedy świat lesbijek był mi szczególnie bliski – nawet, jeśli stałam i stoję w nim tylko jedną nogą. Po kilku latach od tamtego czasu mam nie tylko doświadczenie w działaniu, ale i jasno sprecyzowane potrzeby. Lekcją, którą ruch LGBTQ w Polsce wciąż ma do odrobienia, jest fakt, że każdy członek tej społeczności jest inny, natomiast wszyscy powinni zostać wysłuchani.
Tak więc owszem, myślałam, że coraz mniej mnie łączy ze środowiskiem działaczy i innych osób LGBTQ. Mnie, osobę biseksualną, niemonogamiczną, niebinarną płciowo, sceptycznie nastawioną do instytucji małżeństwa, niepragnącą posiadania dzieci. W sytuacjach takich, jak tragedia w Orlando, boleśnie przypominam sobie, że wciąż jestem częścią tej grupy. Dlaczego? Bo mi zależy. Bo mam bezsilną świadomość hipokryzji i ignorancji, która sprawia, że prezydent naszego kraju wyraża w elegancki, oficjalny sposób współczucie wobec ofiar, chociaż jego (i nie tylko jego) partia na co dzień napędza spiralę nienawiści i ignorancji wobec osób niełapiących się w schemat białego, heteroseksualnego Polaka-katolika. "Islamiści nienawidzą gejów", tłumaczą teraz zaistniałą sytuację katolicy nienawidzący gejów. Paradzie Równości natomiast nie patronuje prezydent stolicy (a to standard na wielu paradach w innych państwach), a wizyty Hanny Gronkiewicz-Waltz pod ambasadą USA doczekaliśmy się dopiero dzisiaj, dzień po oficjalnym złożeniu kwiatów i zniczy w tym miejscu. Last but not least – media unikają słów "klub gejowski" jak ognia, zastępując je słowami "klub nocny". Unika ich też potępiając zamach papież Franciszek, tak bardzo lubiany przez wiele osób z sercem po lewej stronie. Popularny w mediach społecznościowych hashtag "Pray for Orlando" to obłudna etykietka, tanie wzruszenie; my, osoby queer, nie będziemy się "modlić", bo to religijny fanatyzm, z którego wynikają uprzedzenia wobec inności, doprowadza do takich tragedii.



Każdy dzień przynosi teraz nowe wiadomości w tej sprawie – okazuje się na przykład, że sprawca masakry w Orlando, poza tym, że owszem, był wyznawcą Islamu, nie był "świeżym" imigrantem do USA, a jedynie synem imigrantów; ponadto bijał żonę i wprost nienawidził gejów, o czym raczył poinformować świat jego ojciec. Możliwe też, że największą rolę odegrała tu zinternalizowana homofobia (bifobia?), bo Omar Mateen był widywany wcześniej w klubie Pulse oraz posiadał konta na portalach randkowych dla mężczyzn. Polska społeczność LGBTQ w tej sytuacji wytrwale dokłada swoje trzy grosze do internetowego festiwalu islamofobii, natomiast wczoraj na spotkaniu pod Ambasadą USA w Warszawie pojawiło się może ze sto osób. Parada w sobotę na 35 tysięcy – stypa w poniedziałek na setkę ludzi. Plus dyskusja w Krytyce Politycznej dzień przed Paradą na temat tzw. clicktywizmu i nastawienia, w myśl którego "lajki na fejsie" są równoznaczne z czynnym aktywizmem – dyskusja na dziesięć osób, znających się działaczy (pozdrawiam Was serdecznie!). Jak można cokolwiek zmienić w ten sposób? Sama obecność na Paradzie, utożsamianej raczej z zabawą niż polityką, nie wystarczy – tymczasem na marszach KODu potrafi się pojawić trzy razy więcej starszych, zapracowanych, mających rodziny, dzieci i obowiązki osób. Może czas wziąć przykład?
Nie jesteśmy super, wyjątkowi, niesamowici i godni podziwu tylko z powodu naszej orientacji. I owszem, jest wśród nas sporo przegiętych ciot, których tak bardzo nie lubią ogłoszeniodawcy z portali randkowych, wytrwale szukający dla siebie "normalnych gejów". I cóż z tego? Po raz kolejny powtarzam – argument o prowokacji jako usprawiedliwieniu dla przemocy jest pusty jak wydmuszka. Duża część społeczności zachowuje się tymczasem, jak gdyby bycie muzułmaninem automatycznie wykluczało orientację inną niż heteroseksualna i posiadanie bardziej otwartego umysłu. Ponadto, ofiary z Orlando to ofiary homo- i transfobii – bo bifobia to nasz syf i problem wewnętrzny. Jesteśmy koszmarnie zdezintegrowani jako środowisko. A tymczasem gówno byśmy mieli, a nie widoczność, gdyby nie pierwszy akt dumy i wyzwolenia - zamieszki w Stonewall – wywołane w dużej części przez kolorowe transkobiety, a nie białych gejów z klasy średniej.

Z drugiej strony - w czasach mediów społecznościowych żałoba to nowy rodzaj show. Celnie udokumentował mechanizm działania takiej pokazowej żałoby, rozpędzającej się do poziomu narodowej histerii, artysta Artur Żmijewski (ten drugi Żmijewski) w swoim filmie "Katastrofa" o katastrofie smoleńskiej. Można unikać zatem dokładania się do zbiorowej żałoby w internecie i całkowicie to rozumiem, więcej – to też nie dla mnie. Mimo to, jakoś nie potrafię zrozumieć całkowitego olewactwa, braku uczucia wspólnoty z własną społecznością w tych strasznych dniach i coraz bardziej niespokojnych czasach. Przychodząc wczoraj pod ambasadę, witając się z tyloma milczącymi, otwarcie zszokowanymi i zrozpaczonymi znajomymi, przez jedną słodko złudną minutę miałam uczucie, że naprawdę jako społeczność stanowimy coś na kształt rodziny. A potem policzyłam zgromadzonych, co momentalnie rozwiało moje złudzenia.

Dziś poznaję nieheteroseksualnych nastolatków, którzy – sporo młodsi ode mnie, bo to ten wiek, kiedy cztery, sześć czy osiem lat robi jeszcze różnicę – są zupełnie inni niż ja. I przede wszystkim, żyją w innych czasach. Z każdym rokiem osoby nieheteroseksualne uzyskują bowiem większą widoczność, ale dyskusja o naszych prawach zdaje się rozwijać wprost proporcjonalnie do poziomu nienawiści. W ostatnich miesiącach zresztą tę dyskusję można by porównać do ogromnego gara z dżemem truskawkowym, wstawionego na maksymalny płomień, chociaż w przepisie stało jak byk, że należy gotować na wolnym ogniu. Nakrywasz taki garnek pokrywką, a tam w środku coraz bardziej wszystko wrze i bulgocze, i nieuchronnie musi się z wierzchu wylać coś czerwonego, choć jest prowizorycznie przykryte, a pod spodem przypalić.

Co teraz? Najgorsze co może zrobić społeczeństwo, w tym społeczność LGBTQ, to uznać, że tragedia dotyczy tylko osób nieheteroseksualnych, gdzieś tam, na Florydzie. Bo problem jako żywo mamy tutaj, w Polsce, coraz większy z każdą burdą wywołaną przez narodowców i dopuszczaniem do głosu w telewizji posłów ze skrajnej prawicy. Widoczność grup wykluczonych to szansa na przyzwyczajenie ludzi do naszej nieuniknionej obecności. Widoczność skrajnych opcji to tylko znak, że pozwalamy na dyskusję opartą na zastraszaniu. Czyli właściwie żadną dyskusję, a burdę. A sprowokować to może jeden trzylatek drugiego trzylatka, dając mu po głowie grabkami w piaskownicy. Tyle w temacie.

Na koniec kolejny coming out: ja też jestem taką trochę emocjonalną (pół)ciotką, w dodatku nieprzytomnie zakochaną w latach 80. A więc zgodnie z najpłytszymi stereotypami, kiedy jest mi smutno, zjeżdżam w lekką patetyczność i słucham smutnych piosenek. Takich jak ta. I ta druga, dla odmiany.




poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Ruletka, performens i blizny

(to jest jedna z nielicznych dobrych polskich wokalistek, słuchajcie Julki Marcell)

Zacznę lekkim sentymentem. Kiedy byłam małą dziewczynką (ponieważ owszem, były czasy kiedy myślałam o sobie jako o stuprocentowej dziewczynce i nie wstydzę się tego; nie ma to też żadnego wpływu na moja obecną identyfikację) kilkakrotnie zdarzyło mi się zadać owo mityczne pytanie – jak zareagowałaś, mamo, na wieść o tym, że będziesz miała dziecko? Nie "skąd się wzięłam", ale właśnie "jak zareagowałaś na wieść, że twoje życie wywróci się z moją pomocą o 180 stopni?".
Odpowiedź, o ile pamiętam, bywała zawsze taka sama – "nie planowałam dziecka, ale bardzo się ucieszyłam". Jestem jej wdzięczna. Nie, nie za to, że łaskawie postanowiła mnie urodzić. Bardziej za to, że wraz z urodzeniem poniosła wszystkie fizyczne i psychiczne konsekwencje bycia matką – od nieprzespanych nocy, przez przerwy w pracy z powodu moich chorób, do rozważań, za co kupić urodzinowe czy gwiazdkowe prezenty.
Powinnam też oczywiście być widzięczna tacie – nie za skądinąd przyjemną robotę, którą wykonuje się, by sprowadzić dziecko na świat. Tak po prostu się stało i tyle. Gdyby nie pewne uwarunkowania biologiczne, ułożenie planet, przeznaczenie i/lub zawodna antykoncepcja (nie jestem w stanie stwierdzić, który z tych czynników w zamierzchłych początkach roku 1992 miał największe znaczenie), po prostu nie byłoby mowy o czymś, co finalnie urodziło się jako ja. Co za tym idzie, istniał.abym lub nie jako zupełnie inny człowiek, z innym życiorysem, twarzorysem i doświadczeniami. Nie ma sensu zastanawiać się i być wdzięcznym za życie, którego mogłoby nie być, bo – co zupełnie logiczne – w innym przypadku w ogóle by go nie było. Takie czysto filozoficzne rozważania. Co zaś się tyczy Taty, mogę być i jestem mu wdzięczna za wzięcie odpowiedzialności, opiekę, miłość i bycie zawsze obecnym ojcem. Ja miałam to szczęście – wiele dzieci go nie ma.

Mogę zastanawiać się co by było, gdybym sam.a zaszła w ciążę i zdecydowała się urodzić. Takie gdybanie nieźle przygotowuje człowieka na ewentualne życiowe niespodzianki, zwłaszcza w kraju takim jak Polska. Jedno wiem na pewno – fakt wejścia w tak intymny i z definicji przypisany kobiecości proces, jakim jest ciąża i poród, zniszczyłby mnie wewnętrznie i wpędził w głęboką dysforię płciową. Myślę, że osoby mające zaburzenia percepcji własnych kończyn doświadczają podobnego uczucia. Coś rosłoby bowiem wewnątrz mnie, i nawet będąc owocem miłości do potencjalnie ważnej osoby wywoływałoby uczucia, których nigdy czuć nie chcę. Ba, uczucia – przestańmy udawać, że tylko o uczucia tutaj chodzi.

Najdurniejszy argument, jaki dane mi było usłyszeć o tak zwanych obrońców życia (choć na zdrowy rozum wiadomo, że nie bronią oni życia, a jedynie własnych obwarowanych murem poglądów), to "nie chcesz dzieci – przestań uprawiać seks". Coś jak "nie chcesz zmoknąć – nie wychodź z domu, kiedy jest pochmurno". Przesiedź całe życie w zamknięciu, nie realizuj swoich pragnień, w końcu popadnij w obłęd. Inny durny argument – "najgłośniej krzyczą pro-choice'owe feministki-lesbijki". Gruba nieprawda. Ostatnio najwięcej silnych głosów pochodzi od matek, które z miłością i oddaniem wychowały już jedno, dwoje, troje dzieci. I nie chcą rodzić więcej. Bo zwyczajnie nie stać ich, by zapewnić temu kolejnemu dziecku godziwą egzystencję.

Nie zostałam nigdy w życiu zgwałcona, napastowana, molestowana – ani w dzieciństwie, ani w dorosłości. No, chyba żeby liczyć te niewybredne odzywki, które "zdarzają się przecież każdej", albo dwie sytuacje, w których dotykał mnie ktoś, komu nie dałam do tego upoważnienia. Raz zostałam złapana na ulicy za tyłek, drugi raz pijany znajomy posuwał się w tańcu zbyt daleko za granicę definicji naszej znajomości. Obie sytuacje zbyłam gwałtowną odmową, ucieczką, sytuacja nie zrobiła się poważna. Miałem szczęście. To jednak nie sprawia, że nie mogę się wypowiadać na temat prawa do aborcji. Zapobiegać, nie leczyć – to hasło, które od zawsze przyświecało rozsądnym przedstawicielom nauk medycznych. Cieszę się więc, że nigdy nie musiałam stawiać się w sytuacji osoby skrzywdzonej na tle seksualnym, i jednocześnie pragnę czerpać wiedzę i naukę, wzamian dając swoje wsparcie ze świadomością, że w życiu trzeba być przygotowanym na wszystko.

Kolejny argument wzięty z odwłoku – "dzieci z gwałtu to też dzieci". Oczywiście, przecież nie kosmici. Szanuję decyzję każdej kobiety, która z różnych powodów zdecydowała się urodzić dziecko, które nigdy nie pozna swojego ojca – przynajmniej nie w roli ojca (ale zdarza się, ze gwałciciel będzie bezkarnie funkcjonował gdzieś obok długie lata jako "przyjaciel" rodziny czy nawet – w ekstremalnych, ale niestety wcale nie takich rzadkich przypadkach – wewnątrz niej). Najzdrowiej byłoby jednak, gdyby to kobieta sama mogła zdecydować, kiedy zdecyduje się na potomstwo. Rysuje się tu podstawowa różnica między ruchem pro-choice a tak (fałszywie) zwanym pro-life: pierwszy nie zmusza osób noszących ciążę do jakiejkolwiek decyzji, a jedynie wspiera i pomaga w jej spełnieniu, niezależnie od tego, czy osoba zdecyduje się usunąć, czy urodzić. 



Osobiście wychowuję i chcę mieć jedynie kota. Wkładam w utrzymanie i odpowiednią kondycję psychofizyczną tej drobnej istoty wiele serca i zaangażowania.

Od tematu ustawy antyaborcyjnej, tak żywo poruszającego ostatnio opinię publiczną i dzielącego nawet dobrych przyjaciół (do jasnej cholery, mogę dużo zrozumieć, ale poparcia dla tej ustawy nie zrozumiem) można swobodnie przepłynąć do sportu narodowego, jakim stało się ostatnio dla Polaków chodzenie we wszelkiej maści marszach. I did it before it was cool, możnaby powiedzieć, ale nie w tym rzecz. Wkurwia mnie dzielenie osób walczących o zachowanie demokracji w Polsce na grupy (żeby nie powiedzieć - sorty) lepsze i gorsze, zwłaszcza, że takie dzielenie uprawiają często działacze w zakulisowych, ale też całkiem jawnych konwersacjach. Dlatego tak dobrze było zobaczyć na VI Łódzkim Marszu Równości tak różnorodny, liczny (grubo ponad 400 osób!) tłum, ludzi, którym zależy na spokojnym życiu w demokratycznym państwie, choć pochodzą z różnych ugrupowań, inicjatyw i środowisk. Rozumowanie, w myśl którego marsze to domena radykalnej prawicy i młodzieżowej, rozpasanej lewicy, szkodzi i dezintegruje grupy, które nie są może bez rys na wizerunku (vide wystąpienie reprezentanta łódzkiego koła partii Razem przed sobotnim marszem równości), ale cele mają podobne, jeśli nie takie same. A wspólnego działania, porozumienia, dyskusji, a nawet serdeczności w kontaktach potrzeba nam teraz szczególnie, bo mamy w Polsce wspólne problemy. Wiele wspólnych problemów i podwójnych, potrójnych, poczwórnych wykluczeń. Patrząc na łódzkie marsze doskonale widzę, że mit o lansiarskiej lewicy dzierżącej tę nieszczęsną sojową latte to (w przypadku Łodzi na pewno) jeden wielki bullshit.
Nie pojmuję także, skąd bierze się – mimo nawoływań i tłumaczeń, co oznacza wspólny interes polityczno-społeczny – rozumowanie, w myśl którego "marsze są dla aktywistów", ewentualnie "gejów z piórami w dupach" (konia z rzędem temu, kto mi pokaże pióra w dupie na marszu równości! Wydaje mi się, że wielu czeka na to legendarne pierze z napięciem graniczącym z ekscytacją).

Wreszcie – zaczynam być dobra w łódzkich planach maksimum, oblatywaniu kilku imprez lub znajomych czy rodziny w jeden dzień i błyskawicznym zaleczaniu kaca, aby jakoś prezentować się na herbacie u babci. Po drodze (lub po prostu w marszu, na którym nie nadąża człowiek z witaniem osób, z którymi łączy go cała gama relacji – praca aktualna lub dawniejsza, minione szkolenia, bycie znajomym znajomego, sentymenty czy nawet niemal rodzinne koligacje) miewam niespodziewane spotkania z dawno niewidzianymi ludźmi, które przeważnie grzeją mnie od środka. Są relacje, których elementy zostają na zawsze wewnątrz, choć z czasem przestają boleć tak jak na początku, zabliźniają się, zrastają z ciałem. Są jak blizny, które po jakimś czasie zaczyna się lubić. Myślę sobie wtedy – popieprzone masz życie, ale czasami gdzieś tam u góry kulka ruletki wpada do odpowiedniej szczeliny i w czysto losowy sposób następują rzeczy, które pozwalają ci nie zwariować. A wierzcie mi na słowo, że ostatnio znów bywa niewesoło.

Wydarzenia ostatniego weekendu zbiegły się w czasie z moją pracą nad prezentacją o jednej z najważniejszych dla mnie artystek performatywnych, artystek w ogóle, swoistej matki chrzestnej mojego podejścia do ciała w sztuce performatywnej (choć nigdy nie byłam i nie będę tak silna i radykalna jak ona. Zacznijmy od tego, że ostatnio nie jestem performerem w ogóle, ale powrócę. Wszystko po kolei). Po raz kolejny oglądałem https://www.youtube.com/watch?v=OS0Tg0IjCp4 dziś Marinę Abramović, która wyżyna ze mnie emocje niczym z wilgotnej gąbki, choć przecież "Artist is present" to tylko film dokumentujący jej retrospektywną wystawę w MoMA. Wystawę przypominającą prace, z których wiele było wyrazem związku, niemal symbiozy z Ulayem, drugim wielkim performerem. Czy jest fair przerywać zaplanowaną strukturę (jakkolwiek nie byłby to w przypadku performansu oksymoron), przychodząc, aby w ramach sztuki popatrzeć w milczeniu na osobę, z którą łączył cię najbardziej intensywny i produktywny związek w życiu? Ze wszystkich ludzi na Ziemi, Ulay jako jedyny ma prawo zaburzyć tę graniczącą z aktorstwem strukturę, wywołując - wyrywając – emocje z Mariny. Kiedy Marina płacze na widok Ulaya, widz płacze razem z nią – pod warunkiem, że podziela doświadczenie ponownego przyzwolenia na pewną bliskość po długim czasie pustki.

I taki to właśnie miał być tekst. O prawie wyboru, zgromadzeniach we wspólnym interesie i o tym, jak wszystko w życiu syntetycznie łączy się w myśl pokrętnej logiki. Jak w pewnym utworze, który wrócił do mnie nagle i nie chce odejść.

Diorama – Synthesize me