Stwierdziłyśmy ostatnio z K., że
zaginamy skalę Kinseya, jeśli w ogóle można ją w jakiś sposób
do nas dostosować. Poliamoryczna relacja, w której strona uważana
powszechnie na pierwszy rzut oka za stuprocentową lesbę jest w
rzeczywistości idealnie wyważonym biseksem, a strona
przyporządkowująca siebie samą z grubsza do kinseyowskiej piątki
na pierwszy rzut oka jest mono, i do tego hetero. Zaginamy dokonania
Kinseya jeszcze bardziej, jeśli wziąć pod uwagę kwestię zaimków,
ale zaimki to chyba temat na osobny tekst.
Takich osób jak my i takich relacji
jak nasza jest oczywiście więcej, sporo, całe mnóstwo, i nie
zamierzam dłużej Was traktować szczegółami mojego
otwarto-skomplikowanego życia osobistego. Zaczęłam jednak felieton
takim porównaniem, bo mamy dziś Światowy Dzień Pamięci o Osobach
Transpłciowych, czyli Transgender Day of Remembrace. Powiem to po
raz któryś: celebrujmy różnorodność, bo ona jest naszą siłą,
podstawą świata i narzędziem przetrwania gatunków (tak, tak).
Powtarzam to przy każdej okazji w opozycji do
czarno-biało-czerwonych poglądów prawej strony sceny
społeczno-politycznej, które ostatnimi czasy w Polsce zaczynają
niebezpiecznie zyskiwać siłę sprawczą.
Ze wszech stron co bardziej znani
działacze LGBT nawołują do solidaryzacji, coming outów,
nadrabiania tych straconych lat, kiedy o kulturze
nieheteronormatywnej po prostu się nie mówiło. Równocześnie
jednak dominuje (?) w środowisku pogląd, że wszystko w swoim
czasie i po kolei, panie i panowie przodem do praw i ślubów
jednopłciowych, a dopiero potem ewentualnie zacznijmy mówić o
osobach trans* - w końcu to tylko 1% społeczeństwa! Dziwi mnie
taka fałszywa dbałość o moralne bezpieczeństwo konserwatywnej
części ludu. Żeby im się przypadkiem móżdżki nie przegrzały,
żeby nie za dużo wrażeń naraz, ojojoj.
Skala uprzedzeń wobec osób spod
litery T* również wśród osób niehetero jest ogromna, a wyszukane
argumenty kontra chyba tylko ogólną kulturą wypowiedzi wybijają
się ponad prostactwo pospolitych ksenofobów w typie Cejrowskiego i
Pawłowicz. I jeszcze ta straszna gwiazdka, po co to komu?! Ano po
to, żebyśmy nie stali się bezmyślną kalką heteronormy, która
całą tęczę ludzkiej osobowości uwielbia sprowadzać do czarnego
i białego. "W moim kraju horyzont tak wąski, że na tęczy
mieszczą się tylko dwa kolory"... - jakoś tak pisano niedawno
na stronach LGBT w związku z podpaleniem tęczy w Warszawie. Tylko,
że dumni i otwarci potrafimy jako środowisko być tylko w
konfrontacji ze światem zewnętrznym, a wewnątrz pełno w nas
wzajemnych uprzedzeń. Może rzeczywiście queerowe idee nie dotarły
jeszcze do Polski...
Tym cenniejsza wydaje się idea
stworzenia oddolnej inicjatywy osób queer, ruchu radykalnego nie w
sensie słuszności jednej jedynej idei, ale w sposobach walki z
niewidocznością w przestrzeni publicznej. Zawsze będziemy kulturą
alternatywną, a queer będzie domeną podziemia, undergroundu
kulturowego – możemy jednak sprawić, by o nas mówiono. A jak
powszechnie wiadomo, nieważne jak mówią (przynajmniej nie do
końca), ważne zeby mówili. Ważne, żeby zacząć dyskusję. Mądrą
dyskusję. Taką, w której wszyscy będziemy z definicji równi:
hetero, lesby, pedały, biseksy, transy, kłiry, dżenderkłiry,
bidżendery, osoby inter- i aseksualne, monogamiczne i poliamoryczne,
cis- i trans*, preferujące vanilla sex i bdsm oraz inne
nienormatywne praktyki, wyoutowane i z różnych względów niegotowe
na coming out (choć to kontrowersyjna sprawa), młode i stare, chude
i grube, pełnosprawne i niepełnosprawne, mogę tak wymieniać w
nieskończoność, a wszystko to mieści się w pojęciu queer.
Hipokryzja rozciąga się także na
inne obszary tego, co w wyedukowanym językowo zachodnim świecie
zwie się queer. Taki choćby feminizm i misandria. Ostatnio trochę
przycichłam w tym temacie, co nie znaczy, że nie frapuje mnie on i
nie zastanawiam się nad nim dalej. Powtórzę jeszcze raz: nie chcę
dominacji żadnej ze stron. Pragnę całkowitej równości.
Fifty-fifty. Bez bawienia się w patriarchaty (źle) i matriarchaty
(też niedobrze). Śmieszny i tragiczny jest brak świadomości, że
dzięki misandrii wiele radykalnych feministek zniża się do poziomu
najgłupszych mizoginów. "Jestem feministką, jak każdy
rozsądny człowiek" – to z kolei cytat z szanownej Susan
Sontag. Ja nadal nie jestem i nie będę, bożeby popierać
podstawowe prawa kobiet, prawa człowieka, nie muszę nią być. Bo
feminizm to wyraz oddania zespołowi poglądów, z którymi po części
zdecydowanie się zgadzam – a po części wręcz przeciwnie. Co do
misandrii, wkrada się ona tylnymi drzwiami (czy już używam języka
godnego polskich biskupów pierdolących o "ideologii gender"?)
poprzez nadinterpretację wielu działań mężczyzn i postawy
"kobiety wyzwolonej" (mehh.) Coś mi po prostu w tym
usilnym propagowaniu pięknej kobiecości mocno śmierdzi. Odsyłam
do felietonu "Cipkoreżim", który znajdziecie w archiwum
bloga, bo nadal uważam tezy w nim zawarte za słuszne.
Wrócę jeszcze do dzisiejszego święta,
bo zdecydowanie odbiegam od tematu trans*. Standardy obchodzenia się
z osobami trans* i queer są dziś tragiczne. Brakuje znajomości
fachowego słownictwa, facet w spódnicy nie jest symbolem
wyzwolenia, ale powodem do śmiechu, kobieta o ogolonej głowie w
najlepszym razie przyciąga krzywe spojrzenia. Opieka medyczna i
prawna, polityka, traktowanie w edukacji, pól do popisu dla
transfobii jest praktycznie tyle ile dziedzin życia. Ile jeszcze
razy wykształćona, aktywna społecznie bardziej niż większość
polskich polityków, pomysłowa i pogodna Anna Grodzka ma zostać
publicznie obrzucona wyzwiskami przez bezkarnych agresorów? Ile osób
musi paść ofiarami fizycznej przemocy na tle transfobii, popełnić
samobójstwo pod jej wpływem lub podzielić los zakatowanego
Brandona Teeny? Ile jeszcze społęczeństwo będzie zaśmiewać się
z żartów o babochłopach i przestrzegać przed osobami, których
płeć nie jest pewna – "żeby nie było zawodu w łóżku"?
I czyj świat tutaj kręci się wyłącznie wokół seksu, hm?
A propos Brandona - w sieci do niedawna dostępny był świetny blog "Moje transseksualne bohaterki". Mam wiele takich bohaterek i bohaterów (osób bohaterskich), kolekcjonowanych w prywatnych rankingach i czczonych od wczesnego okresu nastoletniego. Bo osoby takie zawsze jawiły mi się jako odważne, przełamujące granice, żywe dzieła sztuki (to określenie jak najbardziej pozytywne), wzory do naśladowania. Wciąż mogę czerpać z ich dorobku, bez względu czy kiedyś zdecyduję się przejść na druga stronę.
A tymczasem: http://www.policymic.com/articles/72699/16-beautiful-portraits-of-humans-who-happen-to-be-trans
Znów wraca problem – pozostać w
ukryciu i zachować pełnię praw jako osoba cispłciowa i normatywna
czy ujawnić się i żyć w zgodzie ze sobą, poświęcając spokój
i społeczny szacunek? Od jakiegoś czasu żyję otwarcie (choć też
nie w każdym towarzystwie) jako osoba bigenderowa i nie zamierzam
chować swojej tożsamości, aby kogoś przypadkiem nie zabolała
głowa od myślenia. Tylko tyle i aż tyle, i taka otwartość nie ma
nic wspólnego z "obnoszeniem się ze swoją seksualnością".
Bo też seksualność to jedno, a tożsamość drugie. Polecam,
pozdrawiam, Weronika zwana równorzędnie Filipem.
Chcemy równości – zacznijmy od
swojego bagienka.
PS. Jeśli komuś z Was, drodzy/drogie
Osoby czytające, wydaje się że pierdolę w kółko na te same
tematy, będę wdzięczny, jeśli dacie mi znać. Jednak jakoś sama
nie odnoszę takiego wrażenia. W końcu tęcza ma całkiem sporo
kolorów.
PS2. Obiecuję, że następny felieton
wyleci nad poziom powyższego. Będę pisać w związku z, bo o
niejakiej Lisbeth Salander.
