środa, 20 listopada 2013

Transgender Day of Remembrace 2013. Moje trans* bohaterki i bohaterowie

Stwierdziłyśmy ostatnio z K., że zaginamy skalę Kinseya, jeśli w ogóle można ją w jakiś sposób do nas dostosować. Poliamoryczna relacja, w której strona uważana powszechnie na pierwszy rzut oka za stuprocentową lesbę jest w rzeczywistości idealnie wyważonym biseksem, a strona przyporządkowująca siebie samą z grubsza do kinseyowskiej piątki na pierwszy rzut oka jest mono, i do tego hetero. Zaginamy dokonania Kinseya jeszcze bardziej, jeśli wziąć pod uwagę kwestię zaimków, ale zaimki to chyba temat na osobny tekst.
Takich osób jak my i takich relacji jak nasza jest oczywiście więcej, sporo, całe mnóstwo, i nie zamierzam dłużej Was traktować szczegółami mojego otwarto-skomplikowanego życia osobistego. Zaczęłam jednak felieton takim porównaniem, bo mamy dziś Światowy Dzień Pamięci o Osobach Transpłciowych, czyli Transgender Day of Remembrace. Powiem to po raz któryś: celebrujmy różnorodność, bo ona jest naszą siłą, podstawą świata i narzędziem przetrwania gatunków (tak, tak). Powtarzam to przy każdej okazji w opozycji do czarno-biało-czerwonych poglądów prawej strony sceny społeczno-politycznej, które ostatnimi czasy w Polsce zaczynają niebezpiecznie zyskiwać siłę sprawczą.
Ze wszech stron co bardziej znani działacze LGBT nawołują do solidaryzacji, coming outów, nadrabiania tych straconych lat, kiedy o kulturze nieheteronormatywnej po prostu się nie mówiło. Równocześnie jednak dominuje (?) w środowisku pogląd, że wszystko w swoim czasie i po kolei, panie i panowie przodem do praw i ślubów jednopłciowych, a dopiero potem ewentualnie zacznijmy mówić o osobach trans* - w końcu to tylko 1% społeczeństwa! Dziwi mnie taka fałszywa dbałość o moralne bezpieczeństwo konserwatywnej części ludu. Żeby im się przypadkiem móżdżki nie przegrzały, żeby nie za dużo wrażeń naraz, ojojoj.
Skala uprzedzeń wobec osób spod litery T* również wśród osób niehetero jest ogromna, a wyszukane argumenty kontra chyba tylko ogólną kulturą wypowiedzi wybijają się ponad prostactwo pospolitych ksenofobów w typie Cejrowskiego i Pawłowicz. I jeszcze ta straszna gwiazdka, po co to komu?! Ano po to, żebyśmy nie stali się bezmyślną kalką heteronormy, która całą tęczę ludzkiej osobowości uwielbia sprowadzać do czarnego i białego. "W moim kraju horyzont tak wąski, że na tęczy mieszczą się tylko dwa kolory"... - jakoś tak pisano niedawno na stronach LGBT w związku z podpaleniem tęczy w Warszawie. Tylko, że dumni i otwarci potrafimy jako środowisko być tylko w konfrontacji ze światem zewnętrznym, a wewnątrz pełno w nas wzajemnych uprzedzeń. Może rzeczywiście queerowe idee nie dotarły jeszcze do Polski...
Tym cenniejsza wydaje się idea stworzenia oddolnej inicjatywy osób queer, ruchu radykalnego nie w sensie słuszności jednej jedynej idei, ale w sposobach walki z niewidocznością w przestrzeni publicznej. Zawsze będziemy kulturą alternatywną, a queer będzie domeną podziemia, undergroundu kulturowego – możemy jednak sprawić, by o nas mówiono. A jak powszechnie wiadomo, nieważne jak mówią (przynajmniej nie do końca), ważne zeby mówili. Ważne, żeby zacząć dyskusję. Mądrą dyskusję. Taką, w której wszyscy będziemy z definicji równi: hetero, lesby, pedały, biseksy, transy, kłiry, dżenderkłiry, bidżendery, osoby inter- i aseksualne, monogamiczne i poliamoryczne, cis- i trans*, preferujące vanilla sex i bdsm oraz inne nienormatywne praktyki, wyoutowane i z różnych względów niegotowe na coming out (choć to kontrowersyjna sprawa), młode i stare, chude i grube, pełnosprawne i niepełnosprawne, mogę tak wymieniać w nieskończoność, a wszystko to mieści się w pojęciu queer.

Hipokryzja rozciąga się także na inne obszary tego, co w wyedukowanym językowo zachodnim świecie zwie się queer. Taki choćby feminizm i misandria. Ostatnio trochę przycichłam w tym temacie, co nie znaczy, że nie frapuje mnie on i nie zastanawiam się nad nim dalej. Powtórzę jeszcze raz: nie chcę dominacji żadnej ze stron. Pragnę całkowitej równości. Fifty-fifty. Bez bawienia się w patriarchaty (źle) i matriarchaty (też niedobrze). Śmieszny i tragiczny jest brak świadomości, że dzięki misandrii wiele radykalnych feministek zniża się do poziomu najgłupszych mizoginów. "Jestem feministką, jak każdy rozsądny człowiek" – to z kolei cytat z szanownej Susan Sontag. Ja nadal nie jestem i nie będę, bożeby popierać podstawowe prawa kobiet, prawa człowieka, nie muszę nią być. Bo feminizm to wyraz oddania zespołowi poglądów, z którymi po części zdecydowanie się zgadzam – a po części wręcz przeciwnie. Co do misandrii, wkrada się ona tylnymi drzwiami (czy już używam języka godnego polskich biskupów pierdolących o "ideologii gender"?) poprzez nadinterpretację wielu działań mężczyzn i postawy "kobiety wyzwolonej" (mehh.) Coś mi po prostu w tym usilnym propagowaniu pięknej kobiecości mocno śmierdzi. Odsyłam do felietonu "Cipkoreżim", który znajdziecie w archiwum bloga, bo nadal uważam tezy w nim zawarte za słuszne.

Wrócę jeszcze do dzisiejszego święta, bo zdecydowanie odbiegam od tematu trans*. Standardy obchodzenia się z osobami trans* i queer są dziś tragiczne. Brakuje znajomości fachowego słownictwa, facet w spódnicy nie jest symbolem wyzwolenia, ale powodem do śmiechu, kobieta o ogolonej głowie w najlepszym razie przyciąga krzywe spojrzenia. Opieka medyczna i prawna, polityka, traktowanie w edukacji, pól do popisu dla transfobii jest praktycznie tyle ile dziedzin życia. Ile jeszcze razy wykształćona, aktywna społecznie bardziej niż większość polskich polityków, pomysłowa i pogodna Anna Grodzka ma zostać publicznie obrzucona wyzwiskami przez bezkarnych agresorów? Ile osób musi paść ofiarami fizycznej przemocy na tle transfobii, popełnić samobójstwo pod jej wpływem lub podzielić los zakatowanego Brandona Teeny? Ile jeszcze społęczeństwo będzie zaśmiewać się z żartów o babochłopach i przestrzegać przed osobami, których płeć nie jest pewna – "żeby nie było zawodu w łóżku"? I czyj świat tutaj kręci się wyłącznie wokół seksu, hm?  
A propos Brandona - w sieci do niedawna dostępny był świetny blog "Moje transseksualne bohaterki". Mam wiele takich bohaterek i bohaterów (osób bohaterskich), kolekcjonowanych w prywatnych rankingach i czczonych od wczesnego okresu nastoletniego. Bo osoby takie zawsze jawiły mi się jako odważne, przełamujące granice, żywe dzieła sztuki (to określenie jak najbardziej pozytywne), wzory do naśladowania. Wciąż mogę czerpać z ich dorobku, bez względu czy kiedyś zdecyduję się przejść na druga stronę. 

Znów wraca problem – pozostać w ukryciu i zachować pełnię praw jako osoba cispłciowa i normatywna czy ujawnić się i żyć w zgodzie ze sobą, poświęcając spokój i społeczny szacunek? Od jakiegoś czasu żyję otwarcie (choć też nie w każdym towarzystwie) jako osoba bigenderowa i nie zamierzam chować swojej tożsamości, aby kogoś przypadkiem nie zabolała głowa od myślenia. Tylko tyle i aż tyle, i taka otwartość nie ma nic wspólnego z "obnoszeniem się ze swoją seksualnością". Bo też seksualność to jedno, a tożsamość drugie. Polecam, pozdrawiam, Weronika zwana równorzędnie Filipem.  

Chcemy równości – zacznijmy od swojego bagienka.


PS. Jeśli komuś z Was, drodzy/drogie Osoby czytające, wydaje się że pierdolę w kółko na te same tematy, będę wdzięczny, jeśli dacie mi znać. Jednak jakoś sama nie odnoszę takiego wrażenia. W końcu tęcza ma całkiem sporo kolorów.
PS2. Obiecuję, że następny felieton wyleci nad poziom powyższego. Będę pisać w związku z, bo o niejakiej Lisbeth Salander.

sobota, 9 listopada 2013

Tour de jesień '2013. Migawki

Po pierwsze: było warto. Jak zresztą każdego roku, kiedy wiele osób na moim miejscu miałoby wątpliwości, czy wydać pieniądze, poświęcić czas, zaryzykować przestawienie wielu spraw w codziennym trybie życia i martwić się o noclegi albo transport. Wiele osób, ale nie ja. Koncertów i innych wydarzeń jest w ciągu roku tak wiele, że oczywiście trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby zobaczyć i usłyszeć to, co się chce (lub czego się pragnie/potrzebuje, bo na zwykłym chceniu rzecz się nie kończy). Niemniej jednak jako osobie zaprawionej w koncertowych bojach takie przeciwności mi niestraszne. I tutaj skończmy dyskusję na temat "dlaczego", a zacznijmy na temat "jak było i czemuż tak pięknie".

Ostatnie dni były początkiem dzikiej gonitwy, jaką prawie co roku jest jesienna międzymiastowa trasa koncertowa. W tym roku jednak o tyle wyjątkowa, że poza obowiązkowym nabożeństwem w postaci czekającego mnie (nas) jeszcze we wtorek koncertu Placebo i niedoszłymi koncertami IAMX, które zwykle są żelaznym punktem jesieni, dane mi było zobaczyć w końcu Amandę "Fucking" Palmer, Tegan i Sarę oraz Hurts. Których wprawdzie widziałam już na żywo w marcu tego roku, ale tamten występ jest w moich wspomnieniach prawie niczym wobec tego sprzed dwóch dni.

Moje wywnętrzenia o Tegan i Sarze możecie sobie poczytać na queer.pl oraz rownasie.pl, więc nie będę się powtarzać. Placebo dopiero nadchodzi i zawsze jest przeżyciem tak osobistym, że trudno mi o nim pisać. Chociaż z drugiej strony, Hurts niewątpliwie przeżyłam i przeżywam wciąż tak osobiście, ze bardziej chyba się nie da. No to teraz spróbuję cokolwiek napisać na temat tych szalonych dni.

Chronologicznie rzecz biorąc, należy zacząć od Amandy. Zaraz po przyjeździe do Krakowa po niemal sześciu godzinach gniecenia się w Polskim Busie czekały na mnie: Osoby w liczbie dwóch, naleśniki, bajaderka, wino i koty. A potem już poturlaliśmy się w tym składzie (bez kotów) do klubu, gdzie po spotkaniu z Osobą numer cztery i wysłuchaniu trzech (!) supportów oraz po pewnym miłym – tak, tak, miłym – incydencie z wylanym piwem stanęła przed nami ta pieprzona kłirowa bestia, ten wulkan energii, jakim jest Amanda Palmer.
Notowanie setlisty kawałek po kawałku było praktycznie niemożliwe wobec gonitwy myśli, jaka w ciągu dwóch godzin przetoczyła się przez moją głowę. Po prostu w pewnym momencie światła zgasły, a naszym oczom ukazała się Amanda stojąca na balkonie, trzymająca w ręku ukulele i drąca się a capella – a było to "Creep". I'm a creep, I'm a weirdo. Most of us are weirdos. I tak już przez cały wieczór Palmer wysyłała w naszą stronę sygnały porozumienia. Bo wierzcie mi, na koncerty takich nieprzypadkowych artystów nie chodzą przypadkowi ludzie.
A potem sru, "Do it with a rockstar". Potężny kawał głośnego, punkowo queerowego grania, w którym po raz pierwszy zobaczyliśmy muzyków Grand Theft Orchestra, zwanych roboczo Niedźwiedziem, Garniturkiem i Tym w Różowych Spodniach. I co z tego że w różowych, skoro wyglądał w nich oszałamiająco.
Bohaterka wieczoru przemówiła po trzecim z kolei "Killing type". A potem usiadła do ustrojonego kwiatami pianina i wykonała emocjonalne, mocne, kabaretowe "Missed me" z repertuaru Dresden Dolls. Co do których zapowiedziała, że być moze powrócą (jaramy się mocno).
Jeśli kiedykolwiek martwiłem się, że urodziłam się za późno aby usłyszeć "Smells like teen spirit" mojej ukochanej Nirvany na żywo, to już nie żałuję niczego. To była prawie Nirvana, a w tym przypadku prawie nie robi wielkiej różnicy. Darcie mordy, skakanie w tłumie, Amanda w ramionach widowni. To był grunge, uwierzcie na słowo.
I mój ulubiony ostatnio "Astronaut".
Następnie Palmer zafundowała nam dłuższą przemowę na temat Lou Reeda (tylko nie mówcie, że to teraz po jego śmierci modne, bo wierzę jej na słowo kiedy twierdzi, iż bardzo wpłynął na nią w młodości). No więc było "Look on the wild side", a słynne pampararam, a raczej tutururu z tej piosenki Amandzia kazała zaśpiewać nam, czyli widowni. Głośniej, ciszej, aż do całkowitego upłynnienia dźwięku i osiągniecia efektu turkoczących kół pociągu. Magiczny moment połączenia.
Dopiero wtedy zorientowałam się, że na jej gorsecie widnieje nie kto inny, jak Klaus Nomi, czyli bratnia dusza Kraftwerk i Bowiego, tylko jeszcze dziwniejsza i bardziej queerowa. Idealny mentor, idealna twarz na ubranie.
A potem na scenę wskoczyła Gaba Kulka (wcześniejszy support i chyba już przyjaciółka Amandy), aby wykonać w duecie najbardziej zaskakujący kawałek tego wieczoru. Jak to ujęła Amandzia, "traditional polish folk song", którą okazała się najlepsiejsza wersja "Ona tańczy dla mnie", jaką można sobie wyobrazić. Na poczatku śmiałam się przez jakieś pół minuty i nie mogłam przestać, ale daję znak jakości, zdecydowanie.
Po tych mocnych wrażeniach ze sceny spłynęło na widownię ogromne płótno (och, dlaczego nie tęczowe!), a na płótno wskoczyła gwiazda, by dać się ponieść tłumowi. Po całej sali. Ode mnie, przepływając na tym płótnie nieopodal, dostała buziaka w policzek. I kissed Amanda and I liked it – jakkolwiek liczyłabym raczej na pocałunek w usta, jakim obdarzała wielu fanów na tej trasie (ona to lubi, tak). Cóż, dobre i to.
"All that matters is nightime", powiedziała zaczynając kolejny utwór – wykonane solowo, niemal akustycznie "Bedsong". Wyciskające łzy z oczu. Jednak ten koncert to w większości dla mnie czyste emocje bez wspomnień, wolne od odniesień do mojego własnego życiorysu. Co jest szczególnie cenne, bo gdyby wpakować w te piosenki jeszcze trochę emocji, coś złego mogłoby stać sie z moim sercem.
"Coin operated boy" przyklepało pomysł na mój premierowy dragowy kawałek. Dzięki, Palmer, inspirujesz.
Pod koniec setu na scenie było chyba z dziesięć osób, a zespół bisował dwa razy. Jako ostatnią piosenkę dostaliśmy "Ukulele anthem". Do kompletu z wiadomością, że Nadezhda Tolokonnikova, członkini Pussy Riot, została przetransportowana do kolonii karnej na Syberię. Amanda zaangażowana, Amanda wyzwolona, Amanda walcząca, Amanda queerowa, głośna i kolorowa. Każdą z nich było nam dane poznać tego wieczora.

Niecałą dobę później byłam już w Warszawie. I tej nocy nie potrafię już opisać składnie i sensownie.
Home it's where the heart is.
Przede wszystkim dziękuję K. za to, że była tam ze mną, że była mi oparciem emocjonalnym przez cały koncert i potem, kiedy rozklejaliśmy się jak rasowe bobry. Oraz pozdrawiam Zytę jako jedną z tych przefajnych znajomości nawiązanych w okolicach koncertów.
Nie myślałam, że po Placebo i IAMX zakocham się jeszcze kiedyś muzycznie tak intensywnie. Tymczasem Hurts to niezły kawałek mojej prywatnej historii, głównie z ostatniego roku. Historii opartej na całkiem przypadkowym styku fascynacji i wzajemnych inspiracji.
Rano po koncercie nastąpiła oczywiście ceremonia odsłuchu Exile, podczas której ciężko było nam ruszyć się z miejsca pod wpływem dźwięku. Nie bez powodu Theo Hutchcraft mówi, że interesuje go związek narkotycznego uzależnienia i fetyszu z religią. Identycznie możnaby opisać stan, na który przypadkowo znalazłyśmy nazwę – Theofilia: całkowite, mimowolne oddanie.
Insynuowanie biseksualności swoich idoli to bardzo brzydka sprawa, wiem. Jednak ciężko powstrzymać się od skojarzeń z płynnymi genderowo gwiazdami synthpopu lat 80., kiedy się patrzy na Hurts. Na ich formułę męskiego duetu, eleganckie garnitury, biżuterię, gesty. Na ręce Theo Hutchcrafta. Na cały ten look, który przywołuje skojarzenia z hasłem "Naziści byli źli, ale dobrze się ubierali". A przy okazji tym, którzy mają bardziej plastyczną wyobraźnię, każe wizualizować sobie, jakby to było gdyby Theodore nosił sukienki. Co też zamierzam w najbliższym czasie namalować.
Naprawdę nie myślałam, że "Somebody to die for" może ruszyć mnie bardziej niż "Blind".
Z prywatnych osiągnięć: autografy i zdjęcia to jedno, dziesięciosekundowa wymiana zdań z Theo to drugie. I dzika satysfakcja, że mogłam powiedzieć mu o występach na bazie Wonderful Life. Satysfakcja i przyjemność bycia jednym z tysięcy fanów – a jednak jest w tym coś prawdziwego, szczerego, moja nadzieja na więcej – pewnego dnia.


Lead me in chains
Strip me of shame
Caress me with pain
Cos I'm down on my knees
And I'm begging you please as you say
Don't cry mercy
There's too much pain to come


I could drag you from the ocean
I could pull you from the fire
When you're standing in the shadows
I could open up the sky
I could give you my devotion
Until the end of time
And you will never be forgotten
With me by your side