wtorek, 24 czerwca 2014

Tożsamość T.

Tęsknota we mnie siedzi
Jak drucik z miedzi
Się żarzy, parzy i parzy

Tęsknota towarzyszy mi od wielu lat. Jest uczuciem, z którym zaznajomiłam się już dawno, to z niej wychodzą moje stany poddepresyjne. Jestem, można powiedzieć, do tęsknoty przyzwyczajona – a jednak ciągle nie potrafię jej zaakceptować. Ponieważ boli. I jest to ból, do którego tylko pozornie można się przyzwyczaić.

Zaczęłam chronicznie tęsknić w wieku dziewięciu lat. Tęskniłam za Tatą, za Miastem Ł, za domem, za życiem, z którego zostałam gwałtowanie wyrwana wraz z rozwodem rodziców.
Tęskniłam oczywiście za przyjaciółmi, szczególnie za tą dwójką tak zwanych najlepszych. Wspólne chwile – zdarzające się w najlepszym wypadku raz na półtora miesiąca – chwytaliśmy zachłannie i wykorzystywaliśmy do oporu. Już nikt nam nie zwróci z nawiązką tych kilku lat.
Później przyszła obsesyjna tęsknota za kolejnymi zawiedzionymi miłościami. Nawet nie wiadomo kiedy mieszała się z nadzieją, dając złudne poczucie, że kiedyś w końcu to tęsknienie się wypełni i zakończy, a zakończenie będzie szczęśliwe i satysfakcjonujące. Nic bardziej mylnego.
Apogeum niecierpliwości spotęgowanej tęsknieniem osiągnęłam przy ostatniej, rozwleczonej na około trzy lata próbie relacji z mężczyzną. Bo ileż, kurwa, można czekać. Tę tęsknotę postanowiłam uśpić. Czasami nie panuję nad wspomnieniami, a wtedy ona podnosi łeb i warczy, przypominając o sobie. Czy może raczej skamle, bo sama jestem świadoma, że nadzieja na tę jedną relację jeszcze gdzieś się we mnie tli.
A teraz przyszła ta najgorsza, wyżerająca od kilku miesięcy duszę. Tak się mówi – depresja, czyli rak duszy. Tyle że wciąż jestem pewna swojego odczucia, że to nie depresja, a stany -pod. Poddepresja i wielka tęsknota. Ciągły brak. Ktoś tutaj był i był, i nagle zniknął, i uporczywie go nie ma. To się tak ładnie znaczeniowo dopełnia: jestem kotem, kotem w pustym mieszkaniu, kotem, któremu kogoś zabrakło. Dla tego kogoś, kogo brakuje, byłam kotkiem.
Receptą na tęsknotę byłoby nie uciekać. Zakończyć po ludzku. Nie rozgrzebywać tego żywego mięsa widelcem. Niestety dwie pierwsze recepty nie zależą tu ode mnie, a od elementów brakujących, za którymi się tęskni. Ten trzeci trochę bardziej może być moim udziałem, ale również nigdy do końca. Tęsknota jest. Jak plama na duszy, która wżarła się tak głęboko, że nie można jej już niczym wywabić. A przynajmniej nikt mnie jeszcze w życiu skutecznie nie przekonał, że można boleśnie nie tęsknić.

Największa tęsknota jest zawarta w dźwiękach, zaraz potem – w zapachach. Jest też tęsknota za miejscami, w których się przebywa, wspominając poprzednie przebywanie.
Zauważam, iż powszechnie postrzega się tęsknotę najczęściej jako wzajemne uczucie dwojga ludzi – rzadziej po prostu jednostki w stosunku do kogoś, a prawie nigdy jako wzajemne tęsknienie więcej niż dwóch powiązanych ze sobą osób. Oraz jako stan przejściowy: tęsknię za tobą, misiu, ale niedługo się zobaczymy, ja też za tobą tęsknię, no to bye, do zobaczenia. Takie tęsknienie symboliczne, nowoczesne. Staram się nie uogólniać, to tylko moje obserwacje.
Głęboko i stale nurtująca kwestia: czy to, że inni mają gorzej, nie daje mi prawa do smutku? Ludziom umierają nagle całe rodziny, dzieci widują swoich rodziców pracujących za granicą tylko na Skypie, a w fizyczym świecie – raz na rok lub dłużej. To dopiero powody do tęsknoty. A ja mam, moglibyście powiedzieć, taką fanaberię (choć to wcale nie fanaberia, a przypadłość) – po prostu przeżywam niektóre rzeczy za głęboko. Dzisiejszy świat mówi: ogarnij się, weź się w garść, będą następne sytuacje, następne osoby. Chociaż umarł ci świat, wiosna przyjdzie i tak, śpiewała kiedyś Kayah - i ja kochałam tę piosenkę, bo uwielbiam Kayah. Kiedyś nawet ciężkich piosenek słuchało się lżej, bo bez życiowej świadomości.
Czy tęsknota to naprawdę taki rzewny, żałosny objaw słabości? Naprawdę muszę zawsze udawać, że dobrze się trzymam i nic mnie nie rusza? Zagłuszać naturalny instynkt, który mówi mi, że czegoś (kogoś) brakuje?
Zawsze tak tłumaczyłam swoją niechęć do fizycznej autoagresji: wystarczająco cierpię psychicznie, by dokładać do tego cierpienie fizyczne, i to na własne życzenie – po co mi to? Rodzajem oczyszczenia są występy, a raczej ten jeden konkretny kawałek, w trakcie którego pozwalam się mojemu scenicznemu ja gryźć w skórę, policzkować własną ręką, drapać i rozmazywać w pewnym momencie czerwoną farbę, która przez pierwsze kilka chwil jest sercem namalowanym na moim ramieniu. Iggy Pop, "Cry for love". Przyszedł do mnie niespodziewanie, w końcu nie jest najbardziej znanym utworem pana Iguany. Jest to jakaś forma terapii, fakt. Ale nie prowadzi do zagojenia rany. Do końca tęsknoty.

Oddzielam tęsknotę od smutku. To uczucia silnie związane, jednak nie tożsame. Tęsknota to nieświadome odliczanie minut po wstaniu z łóżka: po ilu minutach przypomni o sobie dziura w sercu? Zwykle odliczanie nie trwa dłużej niż do porannego prysznica lub mycia zębów.
Wiecie co? Ostatnio jest nieźle. Narzuciłam sobie rygor higieny psychicznej, co oznacza unikanie konkretnej muzyki, miejsc, kręgów zainteresowań. Męczę się przy tym. Błędne koło.

Tak, są różne rodzaje tęsknoty. Tęsknię za moją Sunią, która opuściła ten świat siedem lat temu. Tęsknię za przyjaciółmi z innych miast, bo dają mi dobrą energię, bez której chwilami przysycham jak wyjęta z wody. Tęsknię za Padre, bo czasem jesteśmy oboje tak zapracowani, że nie mamy nawet czasu i natchnienia na zwyczajową dłuższą rozmowę, która zawsze daje mi trochę siły. Tęsknię za mieszkającą w Anglii przyjaciółką, która zna mnie najdłużej ze wszystkich osób poza rodziną i rozumie jak nikt inny. I tęsknię też za kawałkiem życia, który skończył się wcześniej, niż miał. Tęsknota wynika z niedosytów. Być może w tym nowoczesnym reżimie nietęsknienia nie warto się na niej skupiać. Zapomina się czasem, jak bardzo mimowolnym jest uczuciem.
Jest jedno lekarstwo wypełniające dziury w sercu – powiedzenie tym kilku osobom, jak (wciąż/jeszcze/nadal/mimo wszystko/zawsze/nielogicznie) bardzo są dla mnie ważne i/lub jak bardzo je kocham, każdą w trochę inny sposób. Lekarstwo to marne, bardziej suplement. O działaniu odłożonym w czasie. No i czasem całą wieczność czeka się na okazję, by z niego skorzystać.  

PS. Za Nią też tęsknię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz