piątek, 14 marca 2014

Nieświadomość queer

Rozkoszując się, a także podśmiewając w najlepsze z bladego strachu, jaki padł na ludzkie masy nieznające wcześniej dokonań Judyty Butler i spółki, powtórzę raz jeszcze: każdy ma gender. A skoro już dostajemy w łapy (każdy dostaje!) tak niebezpieczną zabawkę, to musimy liczyć się z faktem, że płeć nasza kulturowa może być różnie odczytana. Sorry boys, każdemu z was czasem powija się noga. Zabawnie jest patrzeć, jak męscy mężczyźni zapierają się rękami i nogami przed uznaniem ich nienormatywnych zachowań. W odniesieniu do kobiet sprawa ma się zgoła inaczej, i dlatego skupię się tu na facetach. No bo wiecie, co to za skandal, że baba łazi w spodniach? Dziś i od wielu lat już żaden.
Nie mam tu bynajmniej na celu insynuacji, jakoby każdy mężczyzna wpisujący się w jakiś sposób w estetykę queerową czy kampową był faktycznie bi- lub homoseksualny. Chodzi o (nie?)świadome wykorzystanie queerowych kodów znaczeniowych.
Podam kilka przykładów. Brokatowe kamizelki Dave'a Gahana i sadomasochistyczna estetyka Martina Gore'a z Depeche Mode, którą zresztą w jakimś stopniu utrzymuje do dziś (kto nie wierzy, niech poszuka zdjęć z koncertów DM - kajdanki na nogach, spódnica i czarny lakier na paznokciach są? Są.) Zespół Hurts – tak bardzo w stylu elegancko nienormatywnych lat 80., jak to tylko możliwe, i zresztą jawnie fascynujący się Depeche Mode. I wreszcie Prince, książę estetycznej przesady, wymarzony stereotypowy gej – a jednak hetero, jedynie metroseksualny. Przykład rodzonego mego ojca popindalającego w malinowych dżinsach i błękitnej koszuli (to tylko jeden z wielu przykładów jego cieszących moje oko outfitów) niezupełnie pasuje do tej analizy, co nie zmienia faktu, że jestem z niego, ah, bardzo dumna.
Ci i inni są też często nieświadomi wpływu, jaki wywierają na społeczność drag kings; hołdów, jakie są im składane każdego wieczora przez drag kings na całym świecie. To samo dotyczy wielkich diw sceny i ekranu, jednak one zwykle są w pełni świadome atencji, jaką darzy je środowisko gejowskie i akceptują ją, a często i wspierają. Przy tym wszystkim przekraczający granice płci biologiczni mężczyźni będący ikonami popkultury często zupełnie ignorują ładunek znaczeniowy wiążący ich z nieheteroseksualną częścią publiki. A szkoda.

Myślę że takie zespoły jak Savages – undergroundowe i na pierwszy rzut oka przynajmniej "kobiece" (swoją drogą, głupie rozróżnienie – na zespoły kobiece i męskie), nie potrzebują outować się dodatkowo jako queerowe, jeśli faktycznie takie są. To się rozumie samo przez się – fan(k)i to wyczuwają. A ta część fandomu, która akurat jest z zewnątrz, niequeerowa, przechodzi nad tą estetyką i charakterem do porządku dziennego. Natomiast co poniektórzy homofobiczni osobnicy robią urocze wyjątki dla swoich idoli tylko dlatego, że ci od lat średnio 80. przyzwyczajają ich do swojego niecodziennego wyglądu i zachowania (znów drążę w stronę Depeszów, ale to przecież jeden z wielu takich przypadków). Ciekawi mnie tylko bardzo, co by było, gdyby któryś z panów idoli się kiedyś sypnął z faktyczną przynależnością do środowiska. Oh, bardzo mnie to ciekawi. Swoją drogą, samo używanie konturówki, tuszu do rzęs i brokatu czyni wielu symbolicznych męskich idoli nieco bardziej queer, jakkolwiek oni sami nie pojmują swojego image'u w ten sposób. Think about it.

Nie mam nic przeciwko utożsamianiu mnie z lesbijską otoczką. Lesbijska otoczka jest fajna, stosunkowo wygodna i dobrze się w niej czuję jakoś tak since '2008 - to odkrywanie nieheteronormatywnego stylu w liceum!. No właśnie, nieheteronormatywnego raczej, bo fakt odnalezienia samej siebie na parkiecie w klubie z definicji branżowym, w otoczeniu kobiet, na sam widok których robi się gorąco, jeszcze nie oznaczało, że chcę tam ugrzęznąć i zostać forever and ever. I mimo sympatii właśnie do (teoretycznie? typowo?) lesbijskiego wizerunku zawsze podkreślałam, podkreślam i podkreślać będę uparcie swoją biseksualność z uporem maniaka. Tego uporu nie posiadają jednak osoby, a szczególnie pary hetero doskonale bawiące się na parkietach gejklubów. To ciekawe, jak bardzo friendly można być w gorączce sobotniej nocy, a jak homo/bi/trans/queerfobicznym już następnego dnia.

Queer to wolność wyboru. Doskonale świadczą o tym choćby projekty fotograficzne w rodzaju "The Identity Project" (http://portraitstothepeople.com/the-identity-project/) czy niedawno wprowadzona możliwość wybrania kilku opcji identyfikcji płciowej na Facebooku. Dajcie spokój, nie jesteśmy już w latach 70., kiedy pozytywne znaczenie określenia "queer" wciąż było wypracowywane, a wielu ludzi miotało się między "dopuszczalnymi" określeniami na swoją tożsamość - lesbijka, gej, hetero, trans, koniec, kropka. Jednak to prawda, że jako nienormatywne środowisko wciąż jesteśmy w undergroundzie, a szeroka opinia publiczna wpada w niezdrową ekscytację i pluje prostackim humorem, kiedy tylko odkryje (zwykle przypadkiem) rąbek naszej kulturowej tajemnicy - tak jak to było z tematem teorii gender w Polsce. Tymczasem istnieje nawet zjawisko "queer straights" - osób heteroseksualnych, które oprócz otwartego wsparcia dla środowiska LGBTQ świadomie żonglują jego kodami znaczeniowymi.

Zgodnie z teorią gender, płeć kulturowa to tylko ubranie. Nie będę bawić się tutaj w demontaż tezy, w którą sama wierzę, jednakowoż pokuszę się o jej małe podważenie. Czy nie jest bowiem tak, że naturalne tendencje naszego ciała podświadomie pokazują nam drogę, jaką mamy podążać? Jest w tym coś z [wiary w] przeznaczenia, a także coś z rozpaczliwego próbowania, do której szufladki ukształtowanej przez społeczne wzorce pasuje się najbardziej. Muskularne kobiety o męskich ruchach często (wbrew tendencji normatywizującej - nie zawsze) okazują się być nieheteroseksualne. Doskonałym przykładem jest Erika Linder, która mimo plastyczności swojej urody (czyli tego, co ja w odniesieniu do siebie nazywam "dniami męskimi i kobiecymi") w końcu związała się z kobietą. Deklaracje (jeszcze) nie padły - cóż, wcale nie muszą. Jednak dostaliśmy wyraźny komunikat: Erika utożsamia się ze swoim genderem na nieco głębszym poziomie, niż na początku sądziliśmy.

Zapieranie się rękami i nogami nic nie da: każdy ma gender, sorry. Widzę, jak patrzą na mnie mężczyźni - hetero, homo; widzę, jak kobiety heteroseksualne samym wzrokiem i zachowaniem tworzą często przepaść między nami, rysują grubą kreskę: my, czyli kobiece kobiety - ty, czyli kobiecomęskie nie wiadomo co na bazie kobiety biologicznej. I mają rację, generalnie się z nimi nie utożsamiam. Nie czuję jednak aż tak silnego parcia, by absolutnie każdą osobę w każdej sytuacji wyprowadzać z błędu, bo z kolei jestem świadoma zarówno queerowego, jak i heteronormatywnego wizerunku i ładunku znaczeniowego swojej osoby. I to jest ok. Dla mnie. Bycie pośrodku jest ok. Z drugiej jednak strony – na rany boskie, dajmy choć podstawowe prawa do udziału w życiu społecznym osobom, które naprawdę potrzebują przejścia na drugą stronę. Nie wymazujmy tej potrzeby.

 W moim poczuciu akceptacja tożsamości queerowej – czy to będącej udziałem własnym, czy innych osób – to dopiero pierwszy krok w rozwoju. Trzeba jeszcze nauczyć się używać inkluzywnego języka. Ta paląca potrzeba rzuca się w oczy szczególnie w zderzeniu z publikacjami, których język i treść pretendują do wyrażania szacunku wobec nienormatywności, co jednak im się nie udaje. Ostatnio ciśnienie skutecznie podnoszą mi recenzje oscarowego "Witaj w klubie". (Czytam każdą, bo moja własna, która była jedną z najpierwszych na temat tej premiery w języku polskim, była także coś podejrzanie popularna i często linkowana w internetach). Kto ogarnia, że Jared Leto zagrał tam transkobietę w zaawansowanym stadium AIDS, ten wie, że media lubią wypowiadać się o owej bohaterce w każdej możliwej formie i tonie. Niekonsekwencja i brak umiejętności zwraca uwagę co gorsza także w treści wielu publikacji i wykładów prowadzonych na uczelniach wyższych (mówię tu akurat o swoich niezbyt napawających optymizmem doświadczeniach z Uniwersytetu Łódzkiego, ale założę się, że na innych uniwersytetach również zdarzają się wykluczające kwiatki pod płaszczykiem równościowej edukacji). Jasne, każdy był kiedyś niedoświadczony w temacie, ja także, i wcale nie jestem perfekcyjnie wykształcona w obecnym momencie – jednak informacje przekazywane dalej masom ludzkim trzeba sprawdzać i uaktualniać. Cudownie byłoby, gdyby każda nienormatywna osoba mogła w pełni się ujawnić, bo żywy przykład zawsze najlepiej daje do myślenia, jednak nie żyjemy jeszcze w tak pięknym świecie, a tym bardziej kraju. 


Także wiecie - pewnych rzeczy nie unikniemy.
Z poważaniem, potwór genderqueer. Taki mały i łagodny. 

[Erika Linder]



[Hurts]



[Martin Gore]



(a to dopiero początek moich możliwości w tym temacie...)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz