Rozkoszując
się, a także podśmiewając w najlepsze z bladego strachu, jaki
padł na ludzkie masy nieznające wcześniej dokonań Judyty Butler i
spółki, powtórzę raz jeszcze: każdy ma gender. A skoro już
dostajemy w łapy (każdy dostaje!) tak niebezpieczną zabawkę, to
musimy liczyć się z faktem, że płeć nasza kulturowa może być
różnie odczytana. Sorry boys, każdemu z was czasem powija się
noga. Zabawnie jest patrzeć, jak męscy mężczyźni zapierają się
rękami i nogami przed uznaniem ich nienormatywnych zachowań. W
odniesieniu do kobiet sprawa ma się zgoła inaczej, i dlatego skupię
się tu na facetach. No bo wiecie, co to za skandal, że baba łazi w
spodniach? Dziś i od wielu lat już żaden.
Nie
mam tu bynajmniej na celu insynuacji, jakoby każdy mężczyzna
wpisujący się w jakiś sposób w estetykę queerową czy kampową
był faktycznie bi- lub homoseksualny. Chodzi o (nie?)świadome
wykorzystanie queerowych kodów znaczeniowych.
Podam
kilka przykładów. Brokatowe kamizelki Dave'a Gahana i
sadomasochistyczna estetyka Martina Gore'a z Depeche Mode, którą
zresztą w jakimś stopniu utrzymuje do dziś (kto nie wierzy, niech
poszuka zdjęć z koncertów DM - kajdanki na nogach, spódnica i
czarny lakier na paznokciach są? Są.) Zespół Hurts – tak bardzo
w stylu elegancko nienormatywnych lat 80., jak to tylko możliwe, i
zresztą jawnie fascynujący się Depeche Mode. I wreszcie Prince,
książę estetycznej przesady, wymarzony stereotypowy gej – a
jednak hetero, jedynie metroseksualny. Przykład rodzonego mego ojca
popindalającego w malinowych dżinsach i błękitnej koszuli (to
tylko jeden z wielu przykładów jego cieszących moje oko outfitów) niezupełnie pasuje
do tej analizy, co nie zmienia faktu, że jestem z niego, ah, bardzo
dumna.
Ci
i inni są też często nieświadomi wpływu, jaki wywierają na
społeczność drag kings; hołdów, jakie są im składane każdego
wieczora przez drag kings na całym świecie. To samo dotyczy
wielkich diw sceny i ekranu, jednak one zwykle są w pełni świadome
atencji, jaką darzy je środowisko gejowskie i akceptują ją, a
często i wspierają. Przy tym wszystkim przekraczający granice płci
biologiczni mężczyźni będący ikonami popkultury często zupełnie
ignorują ładunek znaczeniowy wiążący ich z nieheteroseksualną
częścią publiki. A szkoda.
Myślę
że takie zespoły jak Savages – undergroundowe i na pierwszy rzut
oka przynajmniej "kobiece" (swoją drogą, głupie
rozróżnienie – na zespoły kobiece i męskie), nie potrzebują
outować się dodatkowo jako queerowe, jeśli faktycznie takie są.
To się rozumie samo przez się – fan(k)i to wyczuwają. A ta część
fandomu, która akurat jest z zewnątrz, niequeerowa, przechodzi nad
tą estetyką i charakterem do porządku dziennego. Natomiast co
poniektórzy homofobiczni osobnicy robią urocze wyjątki dla swoich
idoli tylko dlatego, że ci od lat średnio 80. przyzwyczajają ich
do swojego niecodziennego wyglądu i zachowania (znów drążę w
stronę Depeszów, ale to przecież jeden z wielu takich przypadków).
Ciekawi mnie tylko bardzo, co by było, gdyby któryś z panów idoli
się kiedyś sypnął z faktyczną przynależnością do środowiska.
Oh, bardzo mnie to ciekawi. Swoją drogą, samo używanie konturówki,
tuszu do rzęs i brokatu czyni wielu symbolicznych męskich idoli
nieco bardziej queer, jakkolwiek oni sami nie pojmują swojego
image'u w ten sposób. Think about it.
Nie
mam nic przeciwko utożsamianiu mnie z lesbijską otoczką. Lesbijska
otoczka jest fajna, stosunkowo wygodna i dobrze się w niej czuję
jakoś tak since '2008 - to odkrywanie nieheteronormatywnego stylu w
liceum!. No właśnie, nieheteronormatywnego raczej, bo fakt
odnalezienia samej siebie na parkiecie w klubie z definicji
branżowym, w otoczeniu kobiet, na sam widok których robi się
gorąco, jeszcze nie oznaczało, że chcę tam ugrzęznąć i zostać
forever and ever. I mimo sympatii właśnie do (teoretycznie?
typowo?) lesbijskiego wizerunku zawsze podkreślałam, podkreślam i
podkreślać będę uparcie swoją biseksualność z uporem maniaka.
Tego uporu nie posiadają jednak osoby, a szczególnie pary hetero
doskonale bawiące się na parkietach gejklubów. To ciekawe, jak
bardzo friendly można być w gorączce sobotniej nocy, a jak
homo/bi/trans/queerfobicznym już następnego dnia.
Queer
to wolność wyboru. Doskonale świadczą o tym choćby projekty
fotograficzne w rodzaju "The Identity Project"
(http://portraitstothepeople.com/the-identity-project/) czy niedawno
wprowadzona możliwość wybrania kilku opcji identyfikcji płciowej
na Facebooku. Dajcie spokój, nie jesteśmy już w latach 70., kiedy
pozytywne znaczenie określenia "queer" wciąż było
wypracowywane, a wielu ludzi miotało się między "dopuszczalnymi"
określeniami na swoją tożsamość - lesbijka, gej, hetero, trans,
koniec, kropka. Jednak to prawda, że jako nienormatywne środowisko
wciąż jesteśmy w undergroundzie, a szeroka opinia publiczna wpada
w niezdrową ekscytację i pluje prostackim humorem, kiedy tylko
odkryje (zwykle przypadkiem) rąbek naszej kulturowej tajemnicy - tak
jak to było z tematem teorii gender w Polsce. Tymczasem istnieje
nawet zjawisko "queer straights" - osób heteroseksualnych,
które oprócz otwartego wsparcia dla środowiska LGBTQ świadomie
żonglują jego kodami znaczeniowymi.
Zgodnie
z teorią gender, płeć kulturowa to tylko ubranie. Nie będę bawić
się tutaj w demontaż tezy, w którą sama wierzę, jednakowoż
pokuszę się o jej małe podważenie. Czy nie jest bowiem tak, że
naturalne tendencje naszego ciała podświadomie pokazują nam drogę,
jaką mamy podążać? Jest w tym coś z [wiary w] przeznaczenia, a
także coś z rozpaczliwego próbowania, do której szufladki
ukształtowanej przez społeczne wzorce pasuje się najbardziej.
Muskularne kobiety o męskich ruchach często (wbrew tendencji
normatywizującej - nie zawsze) okazują się być
nieheteroseksualne. Doskonałym przykładem jest Erika Linder, która
mimo plastyczności swojej urody (czyli tego, co ja w odniesieniu do
siebie nazywam "dniami męskimi i kobiecymi") w końcu
związała się z kobietą. Deklaracje (jeszcze) nie padły - cóż,
wcale nie muszą. Jednak dostaliśmy wyraźny komunikat: Erika
utożsamia się ze swoim genderem na nieco głębszym poziomie, niż
na początku sądziliśmy.
Zapieranie
się rękami i nogami nic nie da: każdy ma gender, sorry. Widzę,
jak patrzą na mnie mężczyźni - hetero, homo; widzę, jak kobiety
heteroseksualne samym wzrokiem i zachowaniem tworzą często
przepaść między nami, rysują grubą kreskę: my, czyli kobiece
kobiety - ty, czyli kobiecomęskie nie wiadomo co na bazie kobiety
biologicznej. I mają rację, generalnie się z nimi nie utożsamiam.
Nie czuję jednak aż tak silnego parcia, by absolutnie każdą osobę
w każdej sytuacji wyprowadzać z błędu, bo z kolei jestem świadoma
zarówno queerowego, jak i heteronormatywnego wizerunku i ładunku
znaczeniowego swojej osoby. I to jest ok. Dla mnie. Bycie pośrodku
jest ok. Z drugiej jednak strony – na rany boskie, dajmy choć
podstawowe prawa do udziału w życiu społecznym osobom, które
naprawdę potrzebują przejścia na drugą stronę. Nie wymazujmy tej
potrzeby.
W
moim poczuciu akceptacja tożsamości queerowej – czy to będącej
udziałem własnym, czy innych osób – to dopiero pierwszy krok w
rozwoju. Trzeba jeszcze nauczyć się używać inkluzywnego języka.
Ta paląca potrzeba rzuca się w oczy szczególnie w zderzeniu z
publikacjami, których język i treść pretendują do wyrażania
szacunku wobec nienormatywności, co jednak im się nie udaje.
Ostatnio ciśnienie skutecznie podnoszą mi recenzje oscarowego
"Witaj w klubie". (Czytam każdą, bo moja własna, która
była jedną z najpierwszych na temat tej premiery w języku
polskim, była także coś podejrzanie popularna i często linkowana
w internetach). Kto ogarnia, że Jared Leto zagrał tam transkobietę
w zaawansowanym stadium AIDS, ten wie, że media lubią wypowiadać
się o owej bohaterce w każdej możliwej formie i tonie.
Niekonsekwencja i brak umiejętności zwraca uwagę co gorsza także
w treści wielu publikacji i wykładów prowadzonych na uczelniach
wyższych (mówię tu akurat o swoich niezbyt napawających
optymizmem doświadczeniach z Uniwersytetu Łódzkiego, ale założę
się, że na innych uniwersytetach również zdarzają się
wykluczające kwiatki pod płaszczykiem równościowej edukacji).
Jasne, każdy był kiedyś niedoświadczony w temacie, ja także, i
wcale nie jestem perfekcyjnie wykształcona w obecnym momencie –
jednak informacje przekazywane dalej masom ludzkim trzeba sprawdzać
i uaktualniać. Cudownie byłoby, gdyby każda nienormatywna osoba
mogła w pełni się ujawnić, bo żywy przykład zawsze najlepiej
daje do myślenia, jednak nie żyjemy jeszcze w tak pięknym świecie,
a tym bardziej kraju.
Także wiecie - pewnych rzeczy nie unikniemy.
Z
poważaniem, potwór genderqueer. Taki mały i łagodny.
[Erika Linder]
[Hurts]
[Martin Gore]
(a to dopiero początek moich możliwości w tym temacie...)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz