czwartek, 1 maja 2014

Szary pies, czyli bardziej skomplikowana rzecz

(Dedykuję AF, której nie widziałam stanowczo zbyt dawno, a która wciąż pisze inspirująco, pomimo tego że w niektórych kwestiach diametralnie się różnimy.)

Dziś o tym, co u mnie słychać, ale tak w szerszym ujęciu. Tak, możecie już skasować tę kartę w przeglądarce, na starcie, nie przymuszam.
Trzymam się kurczowo od lat i bardzo staram się nie puszczać. Nie puszczać gałęzi zbudowanej z siły i odporności, przekonań, że są ludzie którzy mają gorzej.
Nie chcę korzystać z "pomocy" psychoterapeuty. Z drugiej strony nie chcę słuchać, że jestem silna, że ze wszystkim sobie poradzę. Wszelkie wzmianki o leczeniu czegokolwiek, o poradach u kogokolwiek sprawiają, że czuję się jeszcze gorzej. Miło byłoby, gdyby otoczenie uszanowało moją wolną wolę i prawo do próby poradzenia sobie samemu. Absurdalne: nie interesują się tobą latami, a kiedy jest widocznie źle, prześcigają się w radach.

Opisuję się jako osobę o specyficznej moralności i systemie wartości. Kto zna mnie osobiście, wie w czym rzecz. Czasami miewam reakcje, których nikt po cywilizowanym człowieku by się nie spodziewał. A raczej – czasami wyrażam głośno uczucia, które nie odpowiadają standardom.

Stany poddepresyjne miewam od około 9 roku życia, mając lat 13 doszłam do wniosku, że samobójstwo to właściwie najlepszy sposób na zakończenie życia, natomiast około miesiąc temu zdecydowałam wreszcie, że najlepszym podkładem muzycznym ostatnich minut życia będzie płyta "Lust for life" Iggiego Popa. Uważam podjęcie tych decyzji za swego rodzaju sukces.
Pewien smutny pan z pewnej manchesterskiej grupy muzycznej, którego do dziś (niestety) noszą na tiszertach (niestety) z H&Mu nastolatki, prawie 33 lata temu też wybrał Iggiego Popa. "The Idiot" Iggiego Popa, bo "Lust for life" miało powstać dopiero kilka miesięcy później. Pan Iguana żyje w zdrowiu i szczęściu do dziś i niech żyje, natomiast jego płyty są widać dobre na okoliczność zakończenia żywota.
Spokojnie, nie w najbliższej przyszłości. Zresztą o moich cudownie kontrowersyjnych poglądach na śmierć, życie i umieranie popełniłam już kiedyś felieton. Pod owym felietonem zebrała się nawet dość znaczna ilość bóldupnych komentarzy. Muszę wszystkie takie felietonowe klasyki zebrać i gdzieś wrzucić, bo szkoda żeby sie kurzyły, ale to pewnie prędko nie nastąpi. Nevermind.

Pisanie zawsze działało na mnie trochę terapeutycznie.

Wiem, to niegodziwe, nieodpowiednie i nie na miejscu stawiać się w jednym rzędzie z Ianem Curtisem, cierpiącym nie tylko na depresję, ale i na epilepsję, oraz mającym takie problemy życiowe, o których mnie się nawet nie śniło.
Depresję wielu zainteresowanych tematem nazywa czarnym psem. Mój mentalny pies jest raczej szary, niedoprowadzony do ostateczności, ma "łagodniejszą" (?) formę. Bycie pośrodku jest typowe dla całego mojego życia.
Wymyślasz – mówią ci, którzy się dowiadują. Przesadzasz – mówią ci, którzy uważają, że wiedzą. A ja zastanawiam się, jak bezczelnym trzeba być, żeby wyrokować o samopoczuciu drugiej osoby, stwierdzając "nie ryczy, rozmawia normalnie, to chyba wszystko ok". Nie ryczy teraz. Rozmawia normalnie, bo tak ją w domu nauczono. Do tej z domu wyniesionej filozofii dodałam jeszcze to, że nie wolno bogu ducha winnych ludzi wokół, kasjerki w sklepie, człowieka pytającego o godzinę obarczać swoim chujowym nastrojem. Simple as that.
I to dawanie rad, które mają chyba sprawić, że jedyna osoba która poczuje się lepiej, to ta, która rady daje. Poradnik domowy domorosłych pseudoterapeutów.
Nikt mnie nigdy nie zdiagnozował, nie było nawet próby diagnozy, mimo kilku nieśmiałych propozycji matki, że "może faktycznie przydałoby ci się pójść do psychologa". Za to w domu aż za dużo nasłuchałam się psychoterapeutycznych teorii i historii. Psychologowie i terapeuci są ponoć fatalnymi rodzicami – potwierdzam. Jednak nie zebraliśmy się tutaj by rozpamiętywać wychowawcze porażki mojej matki, a przynajmniej nie tylko po to.
Wiem jedno: nie chcę leczenia farmakologicznego, zresztą przypuszczam, że moje stany poddepresyjne nie są na tyle silne, by istniała konieczność faszerowania się medykamentami. Nie chcę, bo ostatnia rzecz którą byłbym w stanie znieść, to spłaszczenie uczuć i wypranie z emocji. Głupie i nierozsądne? Może i głupie i nierozsądne. Nie, to nie tak że nie mam siły wstać rano z łóżka – to prawda, zdarzało się, choćby kilka dni temu rano, ale grawitacja jest zwyczajnie silniejsza kiedy śpi się mało, a poprzedniego wieczora miesza wódę z piwem, bynajmniej nie z chęci zakopania wewnętrznego doła, tylko z prozaicznego powodu imprezy. Natomiast w tych naprawdę strasznych momentach schemat wygląda tak: pogrążam się w problemie, ryczę cały wieczór, zapadam w sen z wyczerpania, a pierwszą myślą nowego dnia jest: stało się, o matko, stało się, boli. Chodzę entuzjastyczna jak śmierć przez tydzień, dwa, trzy – zależy od skali problemu, o ile konkretny problem istnieje (zazwyczaj istnieje). W końcu przestaję płakać, ale ból pozostaje – ten wewnętrzny, jakby ktoś wbił mi tępy kołek w serce. Zbieram się w sobie, wstaję rano, pracuję nad codziennymi zadaniami. Ale źródło bólu się nie uspokaja.
Zdecydowanie praca trzyma mnie przy życiu, a zawalanie obowiązków jest gorsze niż perspektywa wstania z łóżka w ogóle.
Nie interesuje mnie medyczna otoczka depresji, psychiatryczna wiedza, opowieści z ośrodków leczenia zaburzeń – tych ostatnich zresztą zdążyłam się nasłuchać w miłych okolicznościach, których wspomnienia zamykam teraz w małej szufladce wewnątrz siebie, szufladce, która uparcie nie chce się domknąć i do której nie mam kłódki. No właśnie. Doskonale zdaję sobie sprawę ze swojego problemu, będącego być może kluczem do depresyjnego usposobienia: uzależniam swoje szczęście od innych ludzi. Od ich obecności. Ten problem jednak nie bierze się z powietrza, a z historii żywota mego, i tu nie ma się co dziwić. Tak właśnie dzieje się, kiedy całe życie biegniesz za czymś, co ciągle się wymyka; kiedy relacje z ważnymi ludźmi zaczynają się i nie mają wyraźnego końca, bądź kończą się, choć nie wiadomo, czy i kiedy tak naprawdę się zaczęły. Kiedy w pewnym momencie orientujesz się, że ludzie układają sobie życia, wchodzą w związki, miewają już nawet coś na kształt życia rodzinnego, a przede wszystkim domowego. To boli, nawet jeśli moje własne plany na życie i potrzeby nie obejmują, broń boże, ślubu ani dzieci.
W chwilach kryzysu powraca postrzeganie siebie jako zgniecionej kulki papieru, powraca patrzenie na siebie przez pryzmat okrutnych, wciąż istniejących kompleksów. Istniejących pomimo moich codziennych deklaracji o akceptacji naturalności, akceptacji siebie, swoich wad. Bo akceptuję. Dopóki coś się nie posypie.
Upadnie jeden element – wali się cała układanka.

W jakiś sposób pasuje mi tu cytat z angielskiego opowiadania odkrytego ostatnio na jednym z rozlicznych śledzonych blogów. It’s not even that your sexuality is fluid, it’s your stupidity which is fluid. To tak w kwestii akceptacji, gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości.

Przecież tego nie widać, mówią niektórzy. No jasne, gdyby wszystko było tak widać, to naprawdę osoby z depresją lub stanami poddepresyjnymi nie miałyby życia, a miasta i miasteczka dość znacząco by się wyludniły, zapełniłyby się za to miejsca leczenia depresji, bo na różne jej formy w różnych momentach życia cierpią miliony osób.

Z P. zawsze rozmawia mi się tak samo świetnie, mimo że widujemy się średnio raz na rok. Widząc mnie kiedyś po takim długim czasie, P. nagle przerwała rozmowę, mówiąc mi, że wyglądam na szczęśliwą, że zupełnie inaczej się mnie słucha, że jest we mnie więcej energii. To prawda, mimo wszystko jestem szczęśliwsza mieszkając w mieście, w którym chcę mieszkać, robiąc przynajmniej część tego, co chcę w życiu robić. Poczułam się lepiej wraz z przeprowadzką z powrotem do Łodzi. Ale żałośnie beznadziejny brak bliskich mi osób to stan niezależny od miasta, a tęsknota towarzyszy mi właśnie niczym szary pies od ponad dziesięciu lat.

Taplam się w żałobnym cierpieniu, marynuję swoje kompleksy - zarzuty, zarzuty, zarzuty i domysły. Tylko matka ośmiela się co jakiś czas wygłaszać swoje psychosądy, zwykle kosmicznie odbiegające od rzeczywistości.

Smutek i wesołość, siła i niemoc, męskość i kobiecość. Jestem zlepkiem sprzeczności. Im dłużej patrzę w lustro, tym bardziej jestem wściekła i chce mi się rzygać. I wszystkie gadki o kochaniu siebie, które tak hołubię, znów idą w odstawkę. (Moja mamuśka powiedziałaby: projektujesz sobie. Och, jak ona mnie dobrze nie zna.)

Czy to lubię? Taa, kurwa, uwielbiam, przecież to takie fajne uczucie, mieć jakby kamień przywiązany do serca. Faktycznie, jakiś czas temu było modne (o ile w ogóle można użyć takiego słowa, ja na przykład go nie znoszę) marynować się w melancholii, w programowej tzw. Emodepresji, nosić czarne ciuchy, ciąć się po rękach i tym podobne. Ale nie, to mnie nie dotyczy i nigdy nie dotyczyło, pewnie dlatego że ból psychiczny zaczął mi towarzyszyć trochę wcześniej, zanim mój wiek nastoletni zbiegł się z emomodą. A ten fizyczny nigdy nie wydawał się rozwiązaniem (co trochę podkopuje teoretycznie trafne wobec mnie określenie "twarda dupa, miękkie serce"). Tak więc ładnych parę lat temu wyszłam już z wieku, w którym zwraca się na siebie uwagę cierpieniem na pokaz. A to, co właśnie czytasz? Nie chcesz, nie czytaj, zapomnij. Nikomu nie wciskam własnych mózgorzygów.

I te wiosennoletnie wieczory, kiedy jest tak potwornie smutno, że to aż boli. Kiedy jedynymi znajomymi twarzami, które chcesz i możesz zobaczyć, są twarze (pop)kulturowych mentorów. Wpisujesz nazwiska w wyszukiwarkę, wyskakują zdjęcia. Przez lata tak się oswoiłam z tymi twarzami, że są dla mnie jak przyjaciele, jak rodzina. Tak bliskie są mi postacie tych ludzi, charaktery, wypowiedzi, dorobek życiowy.

Mam kota, który jest niczym dziecko z poprzedniego małżeństwa: sprawia radość, ale i przypomina dotkliwie o osobie, która odeszła. (Wciąż nad "odeszła" stawiam znak zapytania, nie bez powodu; wymiar odejścia jest tu ponadto bliski wymiarowi nagłej śmierci. Bliski, ale nie tożsamy, właśnie z powodu niedokończenia pewnych spraw.) Powinnam się cieszyć z kota, z tej małej, mruczącej, oddanej istoty. Powinienem cieszyć się z każdego małego sukcesu. W ogóle cieszyć każdym dniem. Ale własne życie zdążyło już przyzwyczaić mnie do tego, że nie można ufać radości. Nie lubię nadmiernych optymistów i jestem wobec nich w naturalny sposób podejrzliwy. Ojciec twierdzi, że sam ma depresyjne usposobienie, więc pewnie mam to po nim. Faktycznie, dostrzegam tu pewien schemat, pewne wzory zachowań – tak, jakbyśmy oboje trzymali się dzielnie, nie dopuszczając do siebie myśli, że w środku siedzi coś złego, co wypadałoby wyleczyć.

Na temat stanów poddepresyjnych, dołów-jak-chuje i wszechogarniającego poczucia beznadziei można pisać i pisze się epopeje oraz encyklopedie. Wątpię więc, by mój osobisty głos mógł być w jakikolwiek sposób znaczący – ale przynajmniej jest szczery. Żebyście się dłużej nie zastanawiali, co tu się właściwie dzieje, jeśli już was to obchodzi.

I wróciłam do Mansona. Nie słucha się Mięsona na wesoło.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz