(Dedykuję AF, której nie widziałam
stanowczo zbyt dawno, a która wciąż pisze inspirująco, pomimo
tego że w niektórych kwestiach diametralnie się różnimy.)
Dziś o tym, co u mnie słychać, ale
tak w szerszym ujęciu. Tak, możecie już skasować tę kartę w
przeglądarce, na starcie, nie przymuszam.
Trzymam się kurczowo od lat i bardzo
staram się nie puszczać. Nie puszczać gałęzi zbudowanej z siły
i odporności, przekonań, że są ludzie którzy mają gorzej.
Nie chcę korzystać z "pomocy"
psychoterapeuty. Z drugiej strony nie chcę słuchać, że jestem
silna, że ze wszystkim sobie poradzę. Wszelkie wzmianki o leczeniu
czegokolwiek, o poradach u kogokolwiek sprawiają, że czuję się
jeszcze gorzej. Miło byłoby, gdyby otoczenie uszanowało moją
wolną wolę i prawo do próby poradzenia sobie samemu. Absurdalne:
nie interesują się tobą latami, a kiedy jest widocznie źle,
prześcigają się w radach.
Opisuję się jako osobę o
specyficznej moralności i systemie wartości. Kto zna mnie
osobiście, wie w czym rzecz. Czasami miewam reakcje, których nikt
po cywilizowanym człowieku by się nie spodziewał. A raczej –
czasami wyrażam głośno uczucia, które nie odpowiadają
standardom.
Stany poddepresyjne miewam od około 9
roku życia, mając lat 13 doszłam do wniosku, że samobójstwo to
właściwie najlepszy sposób na zakończenie życia, natomiast około
miesiąc temu zdecydowałam wreszcie, że najlepszym podkładem
muzycznym ostatnich minut życia będzie płyta "Lust for life"
Iggiego Popa. Uważam podjęcie tych decyzji za swego rodzaju sukces.
Pewien smutny pan z pewnej
manchesterskiej grupy muzycznej, którego do dziś (niestety) noszą
na tiszertach (niestety) z H&Mu nastolatki, prawie 33 lata temu
też wybrał Iggiego Popa. "The Idiot" Iggiego Popa, bo
"Lust for life" miało powstać dopiero kilka miesięcy
później. Pan Iguana żyje w zdrowiu i szczęściu do dziś i niech
żyje, natomiast jego płyty są widać dobre na okoliczność
zakończenia żywota.
Spokojnie, nie w najbliższej
przyszłości. Zresztą o moich cudownie kontrowersyjnych poglądach
na śmierć, życie i umieranie popełniłam już kiedyś felieton.
Pod owym felietonem zebrała się nawet dość znaczna ilość
bóldupnych komentarzy. Muszę wszystkie takie felietonowe klasyki
zebrać i gdzieś wrzucić, bo szkoda żeby sie kurzyły, ale to
pewnie prędko nie nastąpi. Nevermind.
Pisanie zawsze działało na mnie
trochę terapeutycznie.
Wiem, to niegodziwe, nieodpowiednie i
nie na miejscu stawiać się w jednym rzędzie z Ianem Curtisem,
cierpiącym nie tylko na depresję, ale i na epilepsję, oraz mającym
takie problemy życiowe, o których mnie się nawet nie śniło.
Depresję wielu zainteresowanych
tematem nazywa czarnym psem. Mój mentalny pies jest raczej szary,
niedoprowadzony do ostateczności, ma "łagodniejszą" (?)
formę. Bycie pośrodku jest typowe dla całego mojego życia.
Wymyślasz – mówią ci, którzy się
dowiadują. Przesadzasz – mówią ci, którzy uważają, że
wiedzą. A ja zastanawiam się, jak bezczelnym trzeba być, żeby
wyrokować o samopoczuciu drugiej osoby, stwierdzając "nie
ryczy, rozmawia normalnie, to chyba wszystko ok". Nie ryczy
teraz. Rozmawia normalnie, bo tak ją w domu nauczono. Do tej z domu
wyniesionej filozofii dodałam jeszcze to, że nie wolno bogu ducha
winnych ludzi wokół, kasjerki w sklepie, człowieka pytającego o
godzinę obarczać swoim chujowym nastrojem. Simple as that.
I to dawanie rad, które mają chyba
sprawić, że jedyna osoba która poczuje się lepiej, to ta, która
rady daje. Poradnik domowy domorosłych pseudoterapeutów.
Nikt mnie nigdy nie zdiagnozował, nie
było nawet próby diagnozy, mimo kilku nieśmiałych propozycji
matki, że "może faktycznie przydałoby ci się pójść do
psychologa". Za to w domu aż za dużo nasłuchałam się
psychoterapeutycznych teorii i historii. Psychologowie i terapeuci są
ponoć fatalnymi rodzicami – potwierdzam. Jednak nie zebraliśmy
się tutaj by rozpamiętywać wychowawcze porażki mojej matki, a
przynajmniej nie tylko po to.
Wiem jedno: nie chcę leczenia
farmakologicznego, zresztą przypuszczam, że moje stany
poddepresyjne nie są na tyle silne, by istniała konieczność
faszerowania się medykamentami. Nie chcę, bo ostatnia rzecz którą
byłbym w stanie znieść, to spłaszczenie uczuć i wypranie z
emocji. Głupie i nierozsądne? Może i głupie i nierozsądne. Nie,
to nie tak że nie mam siły wstać rano z łóżka – to prawda,
zdarzało się, choćby kilka dni temu rano, ale grawitacja jest
zwyczajnie silniejsza kiedy śpi się mało, a poprzedniego wieczora
miesza wódę z piwem, bynajmniej nie z chęci zakopania wewnętrznego
doła, tylko z prozaicznego powodu imprezy. Natomiast w tych naprawdę
strasznych momentach schemat wygląda tak: pogrążam się w
problemie, ryczę cały wieczór, zapadam w sen z wyczerpania, a
pierwszą myślą nowego dnia jest: stało się, o matko, stało się,
boli. Chodzę entuzjastyczna jak śmierć przez tydzień, dwa, trzy –
zależy od skali problemu, o ile konkretny problem istnieje
(zazwyczaj istnieje). W końcu przestaję płakać, ale ból
pozostaje – ten wewnętrzny, jakby ktoś wbił mi tępy kołek w
serce. Zbieram się w sobie, wstaję rano, pracuję nad codziennymi
zadaniami. Ale źródło bólu się nie uspokaja.
Zdecydowanie praca trzyma mnie przy
życiu, a zawalanie obowiązków jest gorsze niż perspektywa wstania
z łóżka w ogóle.
Nie interesuje mnie medyczna otoczka
depresji, psychiatryczna wiedza, opowieści z ośrodków leczenia
zaburzeń – tych ostatnich zresztą zdążyłam się nasłuchać w
miłych okolicznościach, których wspomnienia zamykam teraz w
małej szufladce wewnątrz siebie, szufladce, która uparcie nie chce
się domknąć i do której nie mam kłódki. No właśnie. Doskonale
zdaję sobie sprawę ze swojego problemu, będącego być może
kluczem do depresyjnego usposobienia: uzależniam swoje szczęście
od innych ludzi. Od ich obecności. Ten problem jednak nie bierze się
z powietrza, a z historii żywota mego, i tu nie ma się co dziwić.
Tak właśnie dzieje się, kiedy całe życie biegniesz za czymś, co
ciągle się wymyka; kiedy relacje z ważnymi ludźmi zaczynają się
i nie mają wyraźnego końca, bądź kończą się, choć nie
wiadomo, czy i kiedy tak naprawdę się zaczęły. Kiedy w pewnym
momencie orientujesz się, że ludzie układają sobie życia,
wchodzą w związki, miewają już nawet coś na kształt życia
rodzinnego, a przede wszystkim domowego. To boli, nawet jeśli moje
własne plany na życie i potrzeby nie obejmują, broń boże, ślubu
ani dzieci.
W chwilach kryzysu powraca postrzeganie
siebie jako zgniecionej kulki papieru, powraca patrzenie na siebie
przez pryzmat okrutnych, wciąż istniejących kompleksów.
Istniejących pomimo moich codziennych deklaracji o akceptacji
naturalności, akceptacji siebie, swoich wad. Bo akceptuję. Dopóki
coś się nie posypie.
Upadnie jeden element – wali się
cała układanka.
W jakiś sposób pasuje mi tu cytat z
angielskiego opowiadania odkrytego ostatnio na jednym z rozlicznych
śledzonych blogów. It’s not even that your sexuality is fluid,
it’s your stupidity which is fluid. To
tak w kwestii akceptacji, gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości.
Przecież tego nie widać, mówią
niektórzy. No jasne, gdyby wszystko było tak widać, to naprawdę
osoby z depresją lub stanami poddepresyjnymi nie miałyby życia, a
miasta i miasteczka dość znacząco by się wyludniły, zapełniłyby
się za to miejsca leczenia depresji, bo na różne jej formy w
różnych momentach życia cierpią miliony osób.
Z P. zawsze rozmawia mi się tak samo
świetnie, mimo że widujemy się średnio raz na rok. Widząc mnie
kiedyś po takim długim czasie, P. nagle przerwała rozmowę, mówiąc
mi, że wyglądam na szczęśliwą, że zupełnie inaczej się mnie
słucha, że jest we mnie więcej energii. To prawda, mimo wszystko
jestem szczęśliwsza mieszkając w mieście, w którym chcę
mieszkać, robiąc przynajmniej część tego, co chcę w życiu
robić. Poczułam się lepiej wraz z przeprowadzką z powrotem do
Łodzi. Ale żałośnie beznadziejny brak bliskich mi osób to stan
niezależny od miasta, a tęsknota towarzyszy mi właśnie niczym
szary pies od ponad dziesięciu lat.
Taplam się w żałobnym cierpieniu,
marynuję swoje kompleksy - zarzuty, zarzuty, zarzuty i domysły.
Tylko matka ośmiela się co jakiś czas wygłaszać swoje
psychosądy, zwykle kosmicznie odbiegające od rzeczywistości.
Smutek i wesołość, siła i niemoc,
męskość i kobiecość. Jestem zlepkiem sprzeczności. Im dłużej
patrzę w lustro, tym bardziej jestem wściekła i chce mi się
rzygać. I wszystkie gadki o kochaniu siebie, które tak hołubię,
znów idą w odstawkę. (Moja mamuśka powiedziałaby: projektujesz
sobie. Och, jak ona mnie dobrze nie zna.)
Czy to lubię? Taa, kurwa, uwielbiam,
przecież to takie fajne uczucie, mieć jakby kamień przywiązany do
serca. Faktycznie, jakiś czas temu było modne (o ile w ogóle można
użyć takiego słowa, ja na przykład go nie znoszę) marynować się
w melancholii, w programowej tzw. Emodepresji, nosić czarne ciuchy,
ciąć się po rękach i tym podobne. Ale nie, to mnie nie dotyczy i
nigdy nie dotyczyło, pewnie dlatego że ból psychiczny zaczął mi
towarzyszyć trochę wcześniej, zanim mój wiek nastoletni zbiegł
się z emomodą. A ten fizyczny nigdy nie wydawał się rozwiązaniem
(co trochę podkopuje teoretycznie trafne wobec mnie określenie
"twarda dupa, miękkie serce"). Tak więc ładnych parę
lat temu wyszłam już z wieku, w którym zwraca się na siebie uwagę
cierpieniem na pokaz. A to, co właśnie czytasz? Nie chcesz, nie
czytaj, zapomnij. Nikomu nie wciskam własnych mózgorzygów.
I te wiosennoletnie wieczory, kiedy
jest tak potwornie smutno, że to aż boli. Kiedy jedynymi znajomymi
twarzami, które chcesz i możesz zobaczyć, są twarze
(pop)kulturowych mentorów. Wpisujesz nazwiska w wyszukiwarkę,
wyskakują zdjęcia. Przez lata tak się oswoiłam z tymi twarzami,
że są dla mnie jak przyjaciele, jak rodzina. Tak bliskie są mi
postacie tych ludzi, charaktery, wypowiedzi, dorobek życiowy.
Mam kota, który jest niczym dziecko z
poprzedniego małżeństwa: sprawia radość, ale i przypomina
dotkliwie o osobie, która odeszła. (Wciąż nad "odeszła"
stawiam znak zapytania, nie bez powodu; wymiar odejścia jest tu
ponadto bliski wymiarowi nagłej śmierci. Bliski, ale nie tożsamy,
właśnie z powodu niedokończenia pewnych spraw.) Powinnam się
cieszyć z kota, z tej małej, mruczącej, oddanej istoty. Powinienem
cieszyć się z każdego małego sukcesu. W ogóle cieszyć każdym
dniem. Ale własne życie zdążyło już przyzwyczaić mnie do tego,
że nie można ufać radości. Nie lubię nadmiernych optymistów i
jestem wobec nich w naturalny sposób podejrzliwy. Ojciec twierdzi,
że sam ma depresyjne usposobienie, więc pewnie mam to po nim.
Faktycznie, dostrzegam tu pewien schemat, pewne wzory zachowań –
tak, jakbyśmy oboje trzymali się dzielnie, nie dopuszczając do
siebie myśli, że w środku siedzi coś złego, co wypadałoby
wyleczyć.
Na temat stanów poddepresyjnych,
dołów-jak-chuje i wszechogarniającego poczucia beznadziei można
pisać i pisze się epopeje oraz encyklopedie. Wątpię więc, by mój
osobisty głos mógł być w jakikolwiek sposób znaczący – ale
przynajmniej jest szczery. Żebyście się dłużej nie zastanawiali,
co tu się właściwie dzieje, jeśli już was to obchodzi.
I wróciłam do Mansona. Nie słucha
się Mięsona na wesoło.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz