(To all english, german & italian –
speaking people: I'm deeply sorry that I didn't manage to translate
this text to english language. I'm sure it could be useful and
pleasant for You. Maybe next time, when I'll have more time. I write
and traslate some texts in english from time to time, so keep in
touch. xoxo )
Najpierw słowo wyjaśnienia. Doskonale
wiem, że felieton, który teraz czytacie, powinien zostać
opublikowany przynajmniej kilka dni wcześniej. Dokładnie tydzień
wstecz od chwili, kiedy to piszę, trwała jednak słuszna impreza
kończąca dziewięciodniowy wyjazd warsztatowy warszawskiego
Bez!miaru, berlińskiego Sonntags Clubu i bolońskiego Il Cassero.
Tydzień, a jakby całą wieczność wstecz, choć zarazem tak
niedawno. Jednak po zderzeniu z zupełnie niekolorową polską
rzeczywistością kilka dni trzeba było sobie zarezerwować na
dochodzenie do siebie, które było – wierzcie mi – trudniejsze
niż dochodzenie do siebie po którejkolwiek z wyjazdowych imprez.
Bodies that matter. Trzy narodowości,
trzy kraje, trzy grupy ludzi, ponad dwadzieścia kompletnie różnych
osobowości, w tym różnych tożsamości i orientacji.
Nie chodzi o obiecywanie sobie za
wszelką cenę, że będziemy się kontaktować (choć następna
wymiana jest możliwa). Chodzi o zachowanie w pamięci momentów, w
których byliśmy razem. Momentów, z których mimo tęsknoty –
różnych rodzajów tęsknoty, bo różne są relacje między nami –
czerpie się coś w rodzaju energii.
Bodies That Matter było szalenie
intensywnym wyjazdem. Pozbyłam się oczekiwania na coś konkretnego,
wciągając się bez reszty w chwile, które całkiem szczerze mogę
nazwać wyjątkowymi. To miał być warsztatowy wyjazd za granicę,
takie pracowakacje. Wiadomo było, że będą imprezy, nowi ludzie.
Ale nigdy nie spodziewałbym się takiego kosmicznego flow, jakie
krążyło między nami przez te dziewięć dni.
Jak zwykle po takich długich i
intensywnych pracowakacjach – a był to najbardziej angażujący
tego typu wyjazd w moim życiu – natłok myśli, uczuć, emocji i
refleksji jest trudny do ogarnięcia. Wspomnienia, mimo tego że
dobrze zakodowane, wydają się uciekać wraz z minutami i godzinami
oddalającymi w czasie pobyt w Berlinie. Gdzieś w środku mam
niewygodną mieszankę tęsknoty, niedosytu i smutku, nawet pomimo
niezmierzonej satysfakcji z wyjazdu.
Przykry dysonans – podczas gdy my
rozwijałyśmy i rozwijaliśmy swoją wiedzę, zastanawiając się
również usilnie po raz sto tysięczny pięćset osiemdziesiąty
trzeci co zrobić, żebyśmy nie byli z prawami człowieka w naszej
ojczyźnie na poziomie epoki średniowiecza, cebulowa ojczyzna
przypominała o sobie regularnie. Granice absurdu jak wiadomo są
równoznaczne z granicami Polski. Tak więc pod naszą nieobecność
ofiarę w służbie wielkiej polsce
narodowoprawicowobiałoczerwononeofaszystowskoultrakatolickiej
poniosły warszawska tęcza oraz bogu ducha winny kot pewnej
queerowej performerki, przy czym ta pierwsza (tęcza) oberwała
ogniem, a ten drugi (kot) kamieniem. O manewrach rosyjsko-ukraińskich
nawet nie wspominam, choć uświadamiają one kolejny dysonans –
jesteśmy bowiem, jako Polska, terenem przejściowym między
kosmopolitycznym europejskim Zachodem a putinowskim (i nie tylko)
Wschodem, który agresywnie stara się zatrzymać mentalnie w
miejscu, obejmując tym mentalnym zapóźnieniem coraz większe
obszary. Smutne i przerażające. Przy powrocie z Berlina do Warszawy
wyraźnie rzucają się też w oczy kontrasty, jakie stwarza polska
rzeczywistość: wysokie biurowce i drogie samochody zderzone z dużym
zagęszczeniem bezdomnych w centrum, skrajne różnice w zarobkach.
Plus widoczne na pierwszy rzut oka różnice w swobodzie wyrażania
siebie i lokalnym kolorycie: stolica Niemiec to przestrzeń, w której
ilość krzywych spojrzeń w stronę "inaczej" (cokolwiek
to oznacza) ubranych, wykolczykowanych, wytatuowanych, ekspresyjnych
ludzi ogranicza się do minimum. Cieszy widok starszych osób –
przeważnie zadbanych, uśmiechniętych, mające swoje pasje i sprawy
inne niż wysiadywanie od szóstej rano w kolejce do lekarza. Może
ta rozwinięta opieka socjalna – nie na zasadzie utrzymywania, ale
wspomagania – to wcale nie taka zła sprawa, hm?
Jasne, nic nowego, wiemy o tym wszyscy.
Ale po wycieczce do (nie do końca przecież idealnego) Berlina chce
się z tej naszej polskiej – nawet wielkomiejskiej –
rzeczywistości spierdolić byle dalej. A konkretnie 60 kilometrów
od granicy polsko-niemieckiej, nach Berlin.
Unia Europejska to instytucja, którą
większość ceni, zaś niektórzy się jej sprzeciwiają, a potem i
tak ciągną profity z jej zasobów, skwapliwie korzystając z
rozmaitych projektów, dotacji, form rozwoju i wsparcia. My,
działacze pozarządówek, Unię kochamy otwarcie. Kiedy więc
ostatecznie została przypieczętowana decyzja: jedziemy do Berlina,
nastawiłam się na półtora tygodnia ciężkiej pracy i
rozwijającej edukacji. Rozwijająco było na pewno – nie tylko za
sprawą warsztatowego zderzenia perspektyw trzech krajów (Niemiec,
Polski i Włoch), ale przede wszystkim za sprawą ogromnej
różnorodności cechującej uczestników projektu. Z Berlina
wyjeżdżałam z poczuciem poszerzenia wiedzy specjalistycznej z
zakresu genderowo-queerowego (może nieco mniejszego niż się
spodziewałam, but still). Czy mogło być lepiej lub ambitniej?
Owszem, zawsze może być, pytanie tylko, ile większość z nas
wyciągnęłaby dla siebie z warsztatów, gdybyśmy nagle zaczęli
rozprawiać o gender performativity wyłącznie
z akademickiej perspektywy Judith Butler, nie posługując się jakże
cennymi przykładami życiowymi i wizualnymi. Przede wszystkim
dlatego, że aby operować językiem angielskim w takich dyskusjach,
trzeba po prostu na codzień pracować naukowo po angielsku z teorią
gender i queer, co nikomu w naszym (czyt. uczestników szkolenia)
przedziale wiekowym raczej się nie zdarza. Ale niektórzy/re z nas
czynią już starania, by zdarzało nam się pracować chociaż od
czasu do czasu – Bodies That Matter było jednym z kroków w tę
stronę.
Ciężka praca?
Ciężka chyba tylko ze względu na schemat energizer – warsztaty –
obiad – warsztaty – wyjście do miasta (w ramach warsztatów bądź
nie) – impreza – kilka godzin snu – poranek na kacu –
warsztaty. Organizatorzy Bodies That Matter oraz poszczególnych
zajęć dołożyli starań, żebyśmy wynieśli z nich jak najwięcej,
nie padając pod koniec dnia ze zmęczenia na twarz, za co należą
im się wyrazy uznania i podziękowania. A uczestnictwo w nocnym
życiu Berlina także ma nieocenioną rolę w poszerzaniu spojrzenia
na świat i kompetencji, niestety znów głównie na zasadzie
zauważania rażących różnic na korzyść Niemiec.
No właśnie, poranne energizery. Nie
docenia się ich roli wstając od dawno skończonego śniadania,
jednak wciąż z kacem obijającym się po głowie. Siła przychodzi
dopiero po półgodzinnych gonitwach po parku. Mimo nadziei, jogi nie
uświdczyliśmy ani razu. Może nadrobimy na następnej edycji
projektu.
Muszę w tym miejscu szczerze przyznać,
że nie wszystkie warsztaty sprawiały wrażenie dopracowanych,
natomiast inne ze względu na tematykę mogłyby przybrać inną
formułę. Więcej spodziewałem się po warsztacie na temat
transgenderowości. Warsztat z dziedziny STDs (chorób przenoszonych
drogą płciową) pozostawił uczucie niedosytu wiedzy i
niezamknięcia tematu w satysfakcjonujący sposób – ale czymże
jest zaledwie kilka godzin warsztatu przy tak rozległej tematyce?
Niektóre ćwiczenia warsztatowe sprawiały także wrażenie niezbyt
odkrywczych i użytecznych, ponieważ maglowały tematy nadające się
bardziej na warsztaty o tolerancji (kto jeszcze nie znosi tego słowa,
ręka w górę!) dla liceum, niż dla ludzi siedzących w temacie
głębiej, i to już od kilku lat. Jednak nawet takie ćwiczenia jak
who am I?, polegające na
opisywaniu cech tworzących osobowość danego uczestnika, z
perspektywy czasu wydają się mieć swoją uzasadnioną funkcję w
całokształcie szkolenia. Bodies That Matter miało w końcu
rozwinąć naszą świadomość różnorodności i wywołać
refleksje również na temat samych siebie. Ta funkcja szkolenia
została spełniona w stu procentach, przynajmniej w moim przypadku.
Temat własnej
tożsamości jest czymś, co mniej lub bardziej świadomie maglujemy
w sobie przez całe życie, zwłaszcza będąc osobami
heteronormatywnymi. Z satysfakcją odbierałam więc możliwość
tłumaczenia grupie, czym jest tożsamość bigenderowa, rozwijania –
nawet minimalnego - wiedzy uczestników na temat biseksualności,
możliwości licznych dyskusji na trans*-tematy, obserwowania i
wysłuchiwania reakcji na nasz warsztat związany z performatywnością
płci i dragiem.
Chwilami,
owszem, można było poczuć się jak na szkolnej wycieczce dla
dorosłych, mam tu jednak na myśli same dobre rzeczy. Dobrze było
wybrać się na nocny spacer po Berlinie (pomniki pamięci Holocaustu
oraz osób LGBT zamordowanych podczas II wojny w nocy sprawiają
bardzo specyficzne wrażenie). Miło było jeszcze raz odwiedzić
Schwules Museum, jako że będąc tam w grudniu 2013 po raz pierwszy
nie poświęciłam mu wystarczająco dużo uwagi. No i LesbiSchwules
Parkfest – dość uderzające wrażenie festynu w środku parku, z
piwem i średniej jakości muzyką. Takie Dni Pierdółkowa Małego,
z tą różnicą, że w miejskim parku w centrum Berlina zebrało się
kilka tysięcy osób LGBTQ. Zero policji (nie licząc stoiska z
ulotkami Bundespolizei), zero rozróby. W Polsce festiwalowy teren w
miejskim parku płonąłby w tej sytuacji niczym Londyn w 1666 roku.
Czyniąc taką refleksję (przypominam, 60 km od polskiej granicy!)
można było tylko wewnętrznie zapłakać rzewnymi cebulowymi łzami.
A
właśnie, słowo o organizacjach. Odnoszę czasami wrażenie, że
inkluzywność polskich mediów, a nawet organizacji z kręgu LG(BTQ)
jest jedną wielką pokazówą. Na zasadzie: "jesteśmy gejami,
trzymamy tu władzę, musimy współpracować z lesbijkami i idzie
nam całkiem dobrze, osoby trans są biedne i uciskane więc nie
należy odbierać ich jako poważnego partnera w dyskusji (choć
wszyscy czerpiemy wizerunkowe profity z Anny Grodzkiej w rządzie), a
o osobach biseksualnych lepiej nie mówmy, wszyscy wiemy, że to
tylko fanaberia". Ostre słowa? Cóż, moja opinia wynika
wyłącznie z kilkuletnich wnikliwych obserwacji i autopsji. Niemcy
wprawdzie mówili, że wcale nie jest tak różowo, że mimo
istnienia niemieckojęzycznej struktury bine.net, sieci spotkań dla
osób biseksualnych, a nawet BiBerlin Campu (czyli większego
wydarzenia stwarzającego biseksualną przestrzeń
dyskusyjno-aktywistyczną) i u nich istnieje duża skala wymazywania
biseksualnych tożsamości z dyskursu publicznego i dyskursu
wewnątrzśrodowiskowego. Ale struktury JUŻ istnieją, ludzie już
się organizują. Dobre, prawda?
Do
Berlina warto wracać, a jeśli jeszcze nie byliście – warto
pojechać na kilka dni. Poczuć atmosferę wielokulturowego miasta,
które – niechętnie przyznaję się do tego sam przed sobą, ale
to fakt – pociąga mnie i zachęca bardziej niż Londyn, którego
po wielu latach marzeń też udało mi się liznąć w czerwcu.
Zresztą Berlin nie bez powodu nazywany jest queerową stolicą
Europy. Tylko ten język...
Słowem zakończenia – korzystajcie,
do cholery, z wyjazdów szkoleniowych, projektów, warsztatów w
kraju i poza nim, jednodniowych i wielodniowych szans na podniesienie
kompetencji. Chodzą słuchy, że kurek z unijną kasą ma niedługo
zostać zakręcony. Głównie dlatego, że kończy się plan
budżetowy rozpisany bodajże do 2015 roku, ale nie drżyjmy,
rozpiszą nowy. Tyle że nie wiadomo, jak duża kasa zostanie w tej
nowej puli przekazana na rozwój inicjatyw społecznych, jakie będą
wymagania i jak wiele z tej kasy dotrze różnymi drogami do Polski.
Ale korzystajcie. Odkrywajcie rzeczy, w których jesteście dobrzy,
na których wam zależy, i idźcie w to. Osobiście jestem (na razie)
niechętna zwykłym Erasmusom, gdzie spotykają się ludzie, których
na dobrą sprawę nie łączy trwalej żaden wspólny interes. Ale
Erasmus+ taki jak Bodies That Matter – fantastyczna rzecz. Nawet
jeśli póki co niewiele osób w Polsce pojmuje, czo to ten cały
kłir (poza tym, że jest to coś jeszcze straszniejszego niż
gjender). A, właśnie – w Berlinie puściły moje polskie hamulce
bycia "za bardzo butch", innym razem "zbyt femme",
a czasem "za mało trans*". Cytując fragment z kartki,
jaką otrzymałem w ramach feedbacku na koniec warsztatów, "jestem
najlepszym połączeniem butch lesby i przegiętego pedała".
Feels so good.
Migrujcie czasowo lub na stałe, edukujcie i głoście
słowo queerowe. Howgh.
PS. A ulotkę o biseksualności capniętą z LesbiSchwules Parkfest zamierzam przetłumaczyć na polski i być może nawet rozprowadzać. Oczekujcie.
/najlepsze pracowakacje życia. / fot. A. Budek
/jestem biziemniakię/I'm a bipotato
/right one is bi and left one is trans, learn it
