(Tytuł to gorzka
parafraza tytułu cyklu "Moim przyjaciołom Żydom", gdyby
ktoś jeszcze się nie zorientował. Gorzka parafraza, bo sens serii kolaży Władysława Strzemińskiego o tej nazwie zasadzał się żałobie po Holokauście, na cierpieniu i współczuciu. W konserwatystach nie ma cienia współczucia dla ofiar przemocy wobec kobiet i osób o żeńskich narządach płciowych. Ja natomiast nie mam przyjaciół-konserwatystów. Ale znajomych - owszem.)
"W piekle jest specjalne miejsce
dla kobiet, które nie wspierają innych kobiet" –
słyszałyście/liście to kiedyś? Wcale nie chodzi o to samo
piekło, do którego zapewne poszła Maria Czubaszek, bo w niebie
obowiązuje zakaz palenia. Moją czarę goryczy w tej sprawie przelały wczoraj słowa osoby o skrajnie innych od moich poglądach, deklarującej się jako zagorzała katoliczka, i wszędzie rozsiewającej pyłki dobrej chrystusowej nowiny i bożej miłości oraz tradycji polskorodzinnobogoojczyźnianokatolickiej. Pytacie pewnie, po co podnoszę sobie ciśnienie, zachowując takie (dawno już wygasłe w świecie realnym) znajomości na Facebooku? Otóż nie uważam, że odgradzanie się murem i zamykanie w lewaczej krainie szczęśliwości i marzeń o równych prawach było rozsądnym wyjściem. Toleruję więc te głosy z innego świata z zawodową ciekawością kulturoznawcy. Ale kiedy widzę z uporem maniaka powtarzane frazesy o dzieciach nienarodzonych, stawiające kobiety usuwające ciąże na pozycji samego diabła z rogami i kopytami i/lub rozpasanych samolubnych dziwek, kiedy patrzę na dane porównujące rzekome liczby "abortowanych dzieci z zespołem Downa" (według tych danych - dużo) do ogólnej liczby legalnych aborcji, robi mi się słabo z wściekłości. Kto mieczem wojuje, od miecza ginie - a jednak mam ochotę życzyć autorkom takich postów samotnego wychowywania gromadki ciężko upośledzonych dzieci. Hamuję się jednak przed tym życzeniem bo wiem, że nie czyni mnie ono lepszym człowiekiem od tych, którzy chcą skazać polskie kobiety na śmierć, cierpienie i przerażającą niewiedzę, wynikającą z zaostrzenia wiadomej ustawy.
Wiadomo prawie na 100%, że nie
przekonamy siebie nawzajem – ani tak zwani prolajferzy nie wmówią
setkom tysięcy kobiet i ich sprzymierzeńców swoich racji, ani my
nie przebijemy się przez gruby kokon (czy nie powinnam napisać
"kaftan"?) przekonań, w które uparcie wierzą. Różnica
między nimi a nami polega na tym, że my nie zmuszamy nikogo do
swoich racji. To jeden z największych paradoksów prawicy – mając
większość, chce forsować ustawy, w myśl których większość
będzie miała jeszcze większą większość, przewagę nad
słabszymi, gorzej ustawionymi w życiu i nieumiejącymi się bronić
– i chodzi tu o życie jak najbardziej narodzone. Przy najmniejszej
próbie oporu, dotknięci do żywego zwolennicy "racji mojszej"
zasłaniają się frazesami o rzekomym braku tolerancji wobec ich –
tak strasznie uciskanych w tym momencie – przekonań i praw. Praw,
które na co dzień forsują większością w parlamencie. Praw, z
którymi wchodzą do naszych żyć, domów i pod nasze kołdry.
Kończy mi się cierpliwość do
kulturalnych dyskusji ze "znajomymi o odmiennych poglądach",
bo są rzeczy, które nie są kwestią poglądów, ale praw
człowieka, i mój podobno cywilizowany kraj ma zasrany obowiązek mi
je zapewnić. Jasne, możemy kręcić się wokół własnego ogona i
kulturalnie nie zgadzać się w kwestiach światopoglądowych, ale to
do niczego nas nie zaprowadzi. Mam dosyć. W swoim ateizmie
najbliżej mi do buddyzmu, ale nie wpierdalam się z jego naukami na
siłę w życia innych ludzi. Nie będę dłużej udawać, że wasze
głoszenie "dobrej nowiny" mnie nie rusza. W cywilizowanym
świecie istnieje coś takiego jak prawo do prywatności. W tym
momencie moje własne państwo – kraj pochodzenia, urodzenia,
zamieszkania, kraj, w którym w sumie przez większość życia było
mi dobrze – wkracza z butami w tę prywatność i właściwie molestuje mnie seksualnie.
Tzw. prolajferzy (których rozsądniej
byłoby nazwać antylajferami) zasłaniają się banerami z Hitlerem
i hasłami o mordowaniu dzieci – przywłaszczając sobie w
obrzydliwy sposób historię i odwracając w tym kontekście kota
ogonem. Tak wielu pięknych chłopców prawicy, po zwinięciu
transparentu z demonem III Rzeszy, pójdzie napaść w imię tzw.
miłości do ojczyzny dokładnie tych samych ludzi, których chciał
wymordować Hitler – tych o ciemniejszej skórze, tych trzymających
za rękę osoby tej samej płci. Także tych niepełnosprawnych
intelektualnie i fizycznie, bo oni też zawadzali we wprowadzeniu w
życie planu powstania wielkiego aryjskiego narodu niemieckiego w latach 40. XX
wieku. Tylko te obrzydliwe lewaki ośmielają się wciąż
bronić słabszych, przeszkadzając w realizacji planu tworzenia Wielkiej
Polski.
Nie chodzi o mordowanie z zimną krwią
zarodków, z których rozwinęłyby się uśmiechnięte dzieciaczki z
zespołem Downa. Nie wierzę, że wciąż trzeba to powtarzać.
Chodzi o dzieci tak zniekształcone i chore, że nie będą w
stanie funkcjonować samodzielnie, cierpiące i powodujące
cierpienie swoje i rodziców. A zresztą, o dzieci z zespołem Downa
też – bo i one w końcu zostaną bez rodziców (człowiek starzeje
się i umiera, taka kolej rzeczy). Zapraszam Was, szanowne kobiety
prawicy, żebyście zorganizowały opiekę, zapewniły byt i wsparcie
psychologiczne, a wreszcie tak elementarną rzecz jak miłość
setkom, a może i tysiącom takich dzieci. Naprawdę czekam na taki
gest z Waszej strony.
Halo, czy jest ktoś na sali? Ach,
zapomniałam, już dawno porzuciłyście lekturę i poszłyście
zajmować się swoimi zdrowymi dziećmi w swoich dostatecznie
majętnych domach. Ewentualnie złapałyście za transparent ze
zdjęciem martwego płodu pochodzącym z podziemia aborcyjnego, bo
trzeba przecież pogonić tych wstrętnych lewaków i lewaczki, które
regularnie fundują sobie ryzyko wykrwawienia się na śmierć,
stosując drogą aborcję wykonaną w podziemiu jako metodę antykoncepcyjną. To przecież takie oczywiste i logiczne.
Niedzielne wczesne popołudnie,
uczestnicy i uczestniczki Parady Równości dopiero trzeźwieją po
rozlicznych afterach, budzą się późno, robią kawę, oglądają
zdjęcia z wczoraj, wchodzą na Facebooka. Ja także, nie inaczej. I
od razu trafiam na kilka linków, umieszczanych w tamtym momencie
jeszcze wyłącznie przez znajome osoby lub strony spoza Polski.
"Orlando? To chyba ta powieść Virginii Woolf?" - to była
moja pierwsza, spontaniczna i nieprzemyślana reakcja.
Milczenie = śmierć, więc proszę mi tu nie pierdolić
o prowokowaniu przemocy poprzez pokojową ekspresję płci i oriemtacji
Jeśli mnie znacie, wiecie być może,
że etap radosnego, młodzieńczego, pełnego zapału aktywizmu na
rzecz interesów grupy LGBTQ mam już dawno za sobą. Działam na tym
polu oficjalnie od prawie pięciu lat, nieoficjalnie jeszcze dłużej.
Dostrzegam coaz więcej wad i słabych punktów polskiego ruchu na
rzecz osób nieheteroseksualnych i transpłciowych – niektóre z
tych wad to wykwit ostatnich lat i miesięcy, niektóre istniały już
znacznie wcześniej.
Myślałam, że oddalam się od
środowiska, że czas największego aktywizmu mam za sobą. Zmieniło
się moje położenie życiowe i potrzeby, priorytetowe postulaty.
Kiedy zaczynałam – jeszcze nieoficjalnie, bez przynależności do
stowarzyszenia, bez kontaktów – byłam wciąż nastolatkiem,
wchodzącym w świat klubów, marszów, parad, zafascynowanym
powierzchownie rozumianymi "gwiazdami" sceny LG (bo B, T i
Q jak zwykle znajdowało się na uboczu, i ta sytuacja akurat się w
Polsce specjalnie nie zmienia). Przeżywałam pierwszy związek z
dziewczyną, coming out, miałam pomysły, energię, wewnętrzny
mobilizujący i produktywny sprzeciw i wkurw. Nigdy nie
identyfikowałam się z lesbijskością jako taką, zawsze stojąc
pośrodku, ale liceum i pierwsze lata po nim były czasem, kiedy
świat lesbijek był mi szczególnie bliski – nawet, jeśli stałam
i stoję w nim tylko jedną nogą. Po kilku latach od tamtego czasu
mam nie tylko doświadczenie w działaniu, ale i jasno sprecyzowane
potrzeby. Lekcją, którą ruch LGBTQ w Polsce wciąż ma do
odrobienia, jest fakt, że każdy członek tej społeczności jest
inny, natomiast wszyscy powinni zostać wysłuchani.
Tak więc owszem, myślałam, że coraz
mniej mnie łączy ze środowiskiem działaczy i innych osób LGBTQ.
Mnie, osobę biseksualną, niemonogamiczną, niebinarną płciowo,
sceptycznie nastawioną do instytucji małżeństwa, niepragnącą
posiadania dzieci. W sytuacjach takich, jak tragedia w Orlando,
boleśnie przypominam sobie, że wciąż jestem częścią tej grupy.
Dlaczego? Bo mi zależy. Bo mam bezsilną świadomość hipokryzji i
ignorancji, która sprawia, że prezydent naszego kraju wyraża w
elegancki, oficjalny sposób współczucie wobec ofiar, chociaż jego
(i nie tylko jego) partia na co dzień napędza spiralę nienawiści
i ignorancji wobec osób niełapiących się w schemat białego,
heteroseksualnego Polaka-katolika. "Islamiści nienawidzą
gejów", tłumaczą teraz zaistniałą sytuację katolicy
nienawidzący gejów. Paradzie Równości natomiast nie patronuje
prezydent stolicy (a to standard na wielu paradach w innych
państwach), a wizyty Hanny Gronkiewicz-Waltz pod ambasadą USA
doczekaliśmy się dopiero dzisiaj, dzień po oficjalnym złożeniu
kwiatów i zniczy w tym miejscu. Last but not least – media unikają
słów "klub gejowski" jak ognia, zastępując je słowami
"klub nocny". Unika ich też potępiając zamach papież
Franciszek, tak bardzo lubiany przez wiele osób z sercem po lewej
stronie. Popularny w mediach społecznościowych hashtag "Pray
for Orlando" to obłudna etykietka, tanie wzruszenie; my, osoby
queer, nie będziemy się "modlić", bo to religijny
fanatyzm, z którego wynikają uprzedzenia wobec inności, doprowadza
do takich tragedii.
Każdy dzień przynosi teraz nowe
wiadomości w tej sprawie – okazuje się na przykład, że sprawca
masakry w Orlando, poza tym, że owszem, był wyznawcą Islamu, nie
był "świeżym" imigrantem do USA, a jedynie synem
imigrantów; ponadto bijał żonę i wprost nienawidził gejów, o
czym raczył poinformować świat jego ojciec. Możliwe też, że
największą rolę odegrała tu zinternalizowana homofobia
(bifobia?), bo Omar Mateen był widywany wcześniej w klubie Pulse
oraz posiadał konta na portalach randkowych dla mężczyzn. Polska
społeczność LGBTQ w tej sytuacji wytrwale dokłada swoje trzy
grosze do internetowego festiwalu islamofobii, natomiast wczoraj na
spotkaniu pod Ambasadą USA w Warszawie pojawiło się może ze sto
osób. Parada w sobotę na 35 tysięcy – stypa w poniedziałek na
setkę ludzi. Plus dyskusja w Krytyce Politycznej dzień przed Paradą
na temat tzw. clicktywizmu i nastawienia, w myśl którego "lajki
na fejsie" są równoznaczne z czynnym aktywizmem – dyskusja
na dziesięć osób, znających się działaczy (pozdrawiam Was
serdecznie!). Jak można cokolwiek zmienić w ten sposób? Sama
obecność na Paradzie, utożsamianej raczej z zabawą niż polityką,
nie wystarczy – tymczasem na marszach KODu potrafi się pojawić
trzy razy więcej starszych, zapracowanych, mających rodziny, dzieci
i obowiązki osób. Może czas wziąć przykład?
Nie jesteśmy super, wyjątkowi,
niesamowici i godni podziwu tylko z powodu naszej orientacji. I
owszem, jest wśród nas sporo przegiętych ciot, których tak bardzo
nie lubią ogłoszeniodawcy z portali randkowych, wytrwale szukający
dla siebie "normalnych gejów". I cóż z tego? Po raz
kolejny powtarzam – argument o prowokacji jako usprawiedliwieniu
dla przemocy jest pusty jak wydmuszka. Duża część społeczności
zachowuje się tymczasem, jak gdyby bycie muzułmaninem automatycznie
wykluczało orientację inną niż heteroseksualna i posiadanie
bardziej otwartego umysłu. Ponadto, ofiary z Orlando to ofiary homo-
i transfobii – bo bifobia to nasz syf i problem wewnętrzny.
Jesteśmy koszmarnie zdezintegrowani jako środowisko. A tymczasem
gówno byśmy mieli, a nie widoczność, gdyby nie pierwszy akt dumy
i wyzwolenia - zamieszki w Stonewall – wywołane w dużej części
przez kolorowe transkobiety, a nie białych gejów z klasy średniej.
Z drugiej strony - w czasach mediów
społecznościowych żałoba to nowy rodzaj show. Celnie
udokumentował mechanizm działania takiej pokazowej żałoby,
rozpędzającej się do poziomu narodowej histerii, artysta Artur
Żmijewski (ten drugi Żmijewski) w swoim filmie "Katastrofa"
o katastrofie smoleńskiej. Można unikać zatem dokładania się do
zbiorowej żałoby w internecie i całkowicie to rozumiem, więcej –
to też nie dla mnie. Mimo to, jakoś nie potrafię zrozumieć
całkowitego olewactwa, braku uczucia wspólnoty z własną
społecznością w tych strasznych dniach i coraz bardziej
niespokojnych czasach. Przychodząc wczoraj pod ambasadę, witając
się z tyloma milczącymi, otwarcie zszokowanymi i zrozpaczonymi
znajomymi, przez jedną słodko złudną minutę miałam uczucie, że
naprawdę jako społeczność stanowimy coś na kształt rodziny. A
potem policzyłam zgromadzonych, co momentalnie rozwiało moje
złudzenia.
Dziś poznaję nieheteroseksualnych
nastolatków, którzy – sporo młodsi ode mnie, bo to ten wiek,
kiedy cztery, sześć czy osiem lat robi jeszcze różnicę – są
zupełnie inni niż ja. I przede wszystkim, żyją w innych czasach.
Z każdym rokiem osoby nieheteroseksualne uzyskują bowiem większą
widoczność, ale dyskusja o naszych prawach zdaje się rozwijać
wprost proporcjonalnie do poziomu nienawiści. W ostatnich miesiącach
zresztą tę dyskusję można by porównać do ogromnego gara z
dżemem truskawkowym, wstawionego na maksymalny płomień, chociaż w
przepisie stało jak byk, że należy gotować na wolnym ogniu.
Nakrywasz taki garnek pokrywką, a tam w środku coraz bardziej
wszystko wrze i bulgocze, i nieuchronnie musi się z wierzchu wylać
coś czerwonego, choć jest prowizorycznie przykryte, a pod spodem
przypalić.
Co teraz? Najgorsze co może zrobić
społeczeństwo, w tym społeczność LGBTQ, to uznać, że tragedia
dotyczy tylko osób nieheteroseksualnych, gdzieś tam, na Florydzie.
Bo problem jako żywo mamy tutaj, w Polsce, coraz większy z każdą
burdą wywołaną przez narodowców i dopuszczaniem do głosu w
telewizji posłów ze skrajnej prawicy. Widoczność grup
wykluczonych to szansa na przyzwyczajenie ludzi do naszej
nieuniknionej obecności. Widoczność skrajnych opcji to tylko znak,
że pozwalamy na dyskusję opartą na zastraszaniu. Czyli właściwie
żadną dyskusję, a burdę. A sprowokować to może jeden trzylatek
drugiego trzylatka, dając mu po głowie grabkami w piaskownicy. Tyle
w temacie.
Na koniec kolejny coming out: ja też
jestem taką trochę emocjonalną (pół)ciotką, w dodatku nieprzytomnie
zakochaną w latach 80. A więc zgodnie z najpłytszymi stereotypami,
kiedy jest mi smutno, zjeżdżam w lekką patetyczność i słucham
smutnych piosenek. Takich jak ta. I ta druga, dla odmiany.
(to jest jedna z nielicznych dobrych polskich wokalistek, słuchajcie Julki Marcell)
Zacznę lekkim sentymentem. Kiedy byłam małą dziewczynką
(ponieważ owszem, były czasy kiedy myślałam o sobie jako o
stuprocentowej dziewczynce i nie wstydzę się tego; nie ma to też
żadnego wpływu na moja obecną identyfikację) kilkakrotnie
zdarzyło mi się zadać owo mityczne pytanie – jak zareagowałaś,
mamo, na wieść o tym, że będziesz miała dziecko? Nie "skąd
się wzięłam", ale właśnie "jak zareagowałaś na
wieść, że twoje życie wywróci się z moją pomocą o 180
stopni?".
Odpowiedź, o ile pamiętam, bywała
zawsze taka sama – "nie planowałam dziecka, ale bardzo się
ucieszyłam". Jestem jej wdzięczna. Nie, nie za to, że
łaskawie postanowiła mnie urodzić. Bardziej za to, że wraz z
urodzeniem poniosła wszystkie fizyczne i psychiczne konsekwencje
bycia matką – od nieprzespanych nocy, przez przerwy w pracy z
powodu moich chorób, do rozważań, za co kupić urodzinowe czy
gwiazdkowe prezenty.
Powinnam też oczywiście być
widzięczna tacie – nie za skądinąd przyjemną robotę, którą
wykonuje się, by sprowadzić dziecko na świat. Tak po prostu się
stało i tyle. Gdyby nie pewne uwarunkowania biologiczne, ułożenie
planet, przeznaczenie i/lub zawodna antykoncepcja (nie jestem w
stanie stwierdzić, który z tych czynników w zamierzchłych
początkach roku 1992 miał największe znaczenie), po prostu nie byłoby mowy o czymś, co finalnie urodziło się jako ja. Co za tym idzie, istniał.abym lub nie jako zupełnie inny
człowiek, z innym życiorysem, twarzorysem i doświadczeniami. Nie
ma sensu zastanawiać się i być wdzięcznym za życie, którego
mogłoby nie być, bo – co zupełnie logiczne – w innym przypadku
w ogóle by go nie było. Takie czysto filozoficzne rozważania. Co
zaś się tyczy Taty, mogę być i jestem mu wdzięczna za wzięcie
odpowiedzialności, opiekę, miłość i bycie zawsze obecnym ojcem.
Ja miałam to szczęście – wiele dzieci go nie ma.
Mogę zastanawiać się co by było,
gdybym sam.a zaszła w ciążę i zdecydowała się urodzić. Takie
gdybanie nieźle przygotowuje człowieka na ewentualne życiowe
niespodzianki, zwłaszcza w kraju takim jak Polska. Jedno wiem na
pewno – fakt wejścia w tak intymny i z definicji przypisany
kobiecości proces, jakim jest ciąża i poród, zniszczyłby mnie
wewnętrznie i wpędził w głęboką dysforię płciową. Myślę,
że osoby mające zaburzenia percepcji własnych kończyn
doświadczają podobnego uczucia. Coś rosłoby bowiem wewnątrz
mnie, i nawet będąc owocem miłości do potencjalnie ważnej osoby
wywoływałoby uczucia, których nigdy czuć nie chcę. Ba, uczucia –
przestańmy udawać, że tylko o uczucia tutaj chodzi.
Najdurniejszy argument, jaki dane mi
było usłyszeć o tak zwanych obrońców życia (choć na zdrowy
rozum wiadomo, że nie bronią oni życia, a jedynie własnych
obwarowanych murem poglądów), to "nie chcesz dzieci –
przestań uprawiać seks". Coś jak "nie chcesz zmoknąć –
nie wychodź z domu, kiedy jest pochmurno". Przesiedź całe
życie w zamknięciu, nie realizuj swoich pragnień, w końcu
popadnij w obłęd. Inny durny argument – "najgłośniej
krzyczą pro-choice'owe feministki-lesbijki". Gruba nieprawda.
Ostatnio najwięcej silnych głosów pochodzi od matek, które z
miłością i oddaniem wychowały już jedno, dwoje, troje dzieci. I
nie chcą rodzić więcej. Bo zwyczajnie nie stać ich, by zapewnić
temu kolejnemu dziecku godziwą egzystencję.
Nie zostałam nigdy w życiu zgwałcona,
napastowana, molestowana – ani w dzieciństwie, ani w dorosłości.
No, chyba żeby liczyć te niewybredne odzywki, które "zdarzają
się przecież każdej", albo dwie sytuacje, w których dotykał
mnie ktoś, komu nie dałam do tego upoważnienia. Raz zostałam
złapana na ulicy za tyłek, drugi raz pijany znajomy posuwał się w
tańcu zbyt daleko za granicę definicji naszej znajomości. Obie
sytuacje zbyłam gwałtowną odmową, ucieczką, sytuacja nie zrobiła
się poważna. Miałem szczęście. To jednak nie sprawia, że nie
mogę się wypowiadać na temat prawa do aborcji. Zapobiegać, nie
leczyć – to hasło, które od zawsze przyświecało rozsądnym
przedstawicielom nauk medycznych. Cieszę się więc, że nigdy nie
musiałam stawiać się w sytuacji osoby skrzywdzonej na tle
seksualnym, i jednocześnie pragnę czerpać wiedzę i naukę,
wzamian dając swoje wsparcie ze świadomością, że w życiu trzeba
być przygotowanym na wszystko.
Kolejny argument wzięty z odwłoku –
"dzieci z gwałtu to też dzieci". Oczywiście, przecież
nie kosmici. Szanuję decyzję każdej kobiety, która z różnych
powodów zdecydowała się urodzić dziecko, które nigdy nie pozna
swojego ojca – przynajmniej nie w roli ojca (ale zdarza się, ze
gwałciciel będzie bezkarnie funkcjonował gdzieś obok długie lata
jako "przyjaciel" rodziny czy nawet – w ekstremalnych,
ale niestety wcale nie takich rzadkich przypadkach – wewnątrz
niej). Najzdrowiej byłoby jednak, gdyby to kobieta sama mogła
zdecydować, kiedy zdecyduje się na potomstwo. Rysuje się tu
podstawowa różnica między ruchem pro-choice a tak (fałszywie)
zwanym pro-life: pierwszy nie zmusza osób noszących ciążę do
jakiejkolwiek decyzji, a jedynie wspiera i pomaga w jej spełnieniu,
niezależnie od tego, czy osoba zdecyduje się usunąć, czy urodzić.
Osobiście wychowuję i chcę mieć
jedynie kota. Wkładam w utrzymanie i odpowiednią kondycję
psychofizyczną tej drobnej istoty wiele serca i zaangażowania.
Od tematu ustawy antyaborcyjnej, tak
żywo poruszającego ostatnio opinię publiczną i dzielącego nawet
dobrych przyjaciół (do jasnej cholery, mogę dużo zrozumieć, ale
poparcia dla tej ustawy nie zrozumiem) można swobodnie przepłynąć
do sportu narodowego, jakim stało się ostatnio dla Polaków
chodzenie we wszelkiej maści marszach. I did it before it was cool,
możnaby powiedzieć, ale nie w tym rzecz. Wkurwia mnie dzielenie
osób walczących o zachowanie demokracji w Polsce na grupy (żeby
nie powiedzieć - sorty) lepsze i gorsze, zwłaszcza, że takie
dzielenie uprawiają często działacze w zakulisowych, ale też
całkiem jawnych konwersacjach. Dlatego tak dobrze było zobaczyć na
VI Łódzkim Marszu Równości tak różnorodny, liczny (grubo ponad
400 osób!) tłum, ludzi, którym zależy na spokojnym życiu w
demokratycznym państwie, choć pochodzą z różnych ugrupowań,
inicjatyw i środowisk. Rozumowanie, w myśl którego marsze to
domena radykalnej prawicy i młodzieżowej, rozpasanej lewicy,
szkodzi i dezintegruje grupy, które nie są może bez rys na
wizerunku (vide wystąpienie reprezentanta łódzkiego koła partii
Razem przed sobotnim marszem równości), ale cele mają podobne,
jeśli nie takie same. A wspólnego działania, porozumienia,
dyskusji, a nawet serdeczności w kontaktach potrzeba nam teraz
szczególnie, bo mamy w Polsce wspólne problemy. Wiele wspólnych
problemów i podwójnych, potrójnych, poczwórnych wykluczeń.
Patrząc na łódzkie marsze doskonale widzę, że mit o lansiarskiej
lewicy dzierżącej tę nieszczęsną sojową latte to (w przypadku
Łodzi na pewno) jeden wielki bullshit.
Nie pojmuję także, skąd bierze się
– mimo nawoływań i tłumaczeń, co oznacza wspólny interes
polityczno-społeczny – rozumowanie, w myśl którego "marsze
są dla aktywistów", ewentualnie "gejów z piórami w
dupach" (konia z rzędem temu, kto mi pokaże pióra w dupie na
marszu równości! Wydaje mi się, że wielu czeka
na to legendarne pierze z napięciem graniczącym z ekscytacją).
Wreszcie – zaczynam być dobra w
łódzkich planach maksimum, oblatywaniu kilku imprez lub znajomych
czy rodziny w jeden dzień i błyskawicznym zaleczaniu kaca, aby
jakoś prezentować się na herbacie u babci. Po drodze (lub po
prostu w marszu, na którym nie nadąża człowiek z witaniem osób,
z którymi łączy go cała gama relacji – praca aktualna lub
dawniejsza, minione szkolenia, bycie znajomym znajomego, sentymenty
czy nawet niemal rodzinne koligacje) miewam niespodziewane spotkania
z dawno niewidzianymi ludźmi, które przeważnie grzeją mnie od
środka. Są relacje, których elementy zostają na zawsze wewnątrz,
choć z czasem przestają boleć tak jak na początku, zabliźniają
się, zrastają z ciałem. Są jak blizny, które po jakimś czasie
zaczyna się lubić. Myślę sobie wtedy – popieprzone masz życie,
ale czasami gdzieś tam u góry kulka ruletki wpada do odpowiedniej
szczeliny i w czysto losowy sposób następują rzeczy, które
pozwalają ci nie zwariować. A wierzcie mi na słowo, że ostatnio
znów bywa niewesoło.
Wydarzenia ostatniego weekendu zbiegły
się w czasie z moją pracą nad prezentacją o jednej z
najważniejszych dla mnie artystek performatywnych, artystek w ogóle,
swoistej matki chrzestnej mojego podejścia do ciała w sztuce
performatywnej (choć nigdy nie byłam i nie będę tak silna i
radykalna jak ona. Zacznijmy od tego, że ostatnio nie jestem
performerem w ogóle, ale
powrócę. Wszystko po kolei). Po raz kolejny oglądałem
https://www.youtube.com/watch?v=OS0Tg0IjCp4
dziś Marinę Abramović, która wyżyna ze mnie emocje niczym z
wilgotnej gąbki, choć przecież "Artist is present" to
tylko film dokumentujący jej
retrospektywną wystawę w MoMA. Wystawę przypominającą prace, z
których wiele było wyrazem związku, niemal symbiozy z Ulayem,
drugim wielkim performerem. Czy jest fair przerywać zaplanowaną
strukturę (jakkolwiek nie byłby to w przypadku performansu
oksymoron), przychodząc, aby w ramach sztuki popatrzeć w milczeniu
na osobę, z którą łączył cię najbardziej intensywny i
produktywny związek w życiu? Ze wszystkich ludzi na Ziemi, Ulay
jako jedyny ma prawo zaburzyć tę graniczącą z aktorstwem
strukturę, wywołując - wyrywając – emocje z Mariny. Kiedy
Marina płacze na widok Ulaya, widz płacze razem z nią – pod
warunkiem, że podziela doświadczenie ponownego przyzwolenia na
pewną bliskość po długim czasie pustki.
I taki to właśnie miał być tekst. O
prawie wyboru, zgromadzeniach we wspólnym interesie i o tym, jak
wszystko w życiu syntetycznie łączy się w myśl pokrętnej
logiki. Jak w pewnym utworze, który wrócił do mnie nagle i nie
chce odejść.
W ostatnich niepewnych i przepełnionych
zawirowaniami społeczno-politycznymi miesiącach wielokrotnie
chciałam zabrać głos w formie szerszej niż pojedynczy wpis na
Facebooku. Co więcej, mam wrażenie (i nadzieję), że kilkoro z Was
po cichu na to liczyło. Tym bardziej, że ostatnie problemy i
zdarzenia nie zdezaktualizowały się, a jedynie połączyły w dość
spójną całość, czego zaraz dowiodę.
Nie jestem ze specjalnie jeżdżącej
rodziny. Nie było wśród nas – i z jednej, i z drugiej strony –
imigrantów z innych niż Polska krajów, wielkich podróżników
(chyba, że zaliczymy tu kolejarskie tradycje pradziadka i prawuja),
multikulturowych małżeństw; moja historia jest biała i nudna.
Krąży gdzieś między Łodzią a Warszawą, zarówno od strony
matki, jak i ojca; gdzieś zahacza o Łowicz, gdzieś o inne wiochy
położone w centrum Polski na płaskim terenie.
Co nie znaczy, że tutaj nie
podróżowano. Podróżowano mniej, bo mniejsze były możliwości.
Jestem w rodzinie chyba pierwszym pokoleniem, które może jeździć
po świecie bez pozwoleń, koneksji i zbytnich starań. Dziś podróże
są łatwiejsze, a ludzkie masy mieszają się w naturalny sposób.
Podróżowałam od początku – pół życia w pociągach,
autobusach, z plecakami, na dworcach. Od poczatku na kempingach,
które nawet w latach 90. nie były szczytem luksusu, zwłaszcza
jeśli miało się na stanie współmałżonka, dziecko, psa i namiot
typu trójkątnego. Ale nikt z nas nie narzekał – i myślę, że
osobom wychowanym w Polsce lat 90. nie trzeba tłumaczyć, dlaczego.
To na pewno mniej, niż podróżują
niektórzy. Można nabawić się kompleksów, kiedy słyszysz, jak
inni kupują tanie bilety byle gdzie i jadą w nieznane, często
sami. Te artykuły w Wysokich Obcasach "rzuciła pracę w korpo
i pojechała stopem przez pół Ameryki" – za każdym razem,
gdy widzę taki tytuł, czuję szarpniecie zazdrości, przypływ
podziwu, ale i realizmu. Ja nie mam czego rzucać, a po dwóch dniach
samotnej podróży popełniłbym samobójstwo z samotności.
A jednak podróże dały mi kilka
wspomnień, których nie zamieniłbym na nic innego, i które
dowodzą, że wcale nie mam na tym polu takich małych osiągnięć.
Nigdy nie zapomnę jazdy zatłoczonym po brzego pociągiem do
Jarocina (miałam jakieś 16 lat), noszenia potwornie ciężkiego
turystycznego plecaka na wyjeździe do Szwecji (9 lat) czy pierwsza w
pełni samodzielna podróż samolotem (23 lata, i mam powody do dumy,
bo odnalazłam się na lotnisku, zorganizowałem, a po czterech
dniach i dwóch godzinach w powrotnym samolocie powróciłam cały i
zdrowy). Nie wożono mnie na smażenie się w, dajmy na to, egipskim
słońcu, w hotelu na drugim końcu świata. I szybko złapałam
bakcyla polegającego na tym, że po prostu muszę pojechać gdzieś
za granicę raz na pół roku (najczęściej chodzi o Berlin). Jedni
nazywają to brakiem dorosłości i życiem bez przygotowania do
samodzielności. Ja zaczynam mieć te opinie w dupie, bo od dawna
balansuję na krawędzi tego, co powinnam i tego, co bym chciał.a.
To jest jednak niezły mindfuck, jeśli
w ciągu dwóch dni jesteś na przykład w trzech miastach. Takie na
przykład tournee: w piątek występ na imprezie w Warszawie, w
sobotę koncert w Łodzi, w niedzielę wyjazd na Dolny Śląsk.
Zdarzało się. Ciężko nadążam nad tą zmianą otoczenia
zwłaszcza, jeśli podróżuję skandalicznie niewyspana, co zdarza
się często. A co dopiero muszą czuć muzycy w trasie? Osobiście
jestem gotowa wybaczyć im wszystkie potknięcia związane z
krzyczeniem ze sceny nazwy niewłaściwego miasta. Jestem gotów
wybaczyć nawet Stevenowi Forrestowi – dzieciakowi, który grał w
Placebo na bębnach przez dwie płyty, a potem się zwinął (czego
już tak łatwo wybaczyć mu nie mogę) – że na pewnym uroczym
filmie z okolic roku 2009, zapytany przez kolegów z zespołu "Steve,
gdzie dziś jesteśmy?" potrafił odpowiedzieć tylko
"eeeeee....". Tak, czasami miewam chwile zawieszenia i
zastanawiam się, czy wsiadłam do dobrego pociągu, a potem, na
jakim ja właściwie dworcu jestem. Naprawdę. Dobrze, że nienawidzę
latać i ogarniczam podróże samolotem do minimum, bo gdyby doszedł
do tego jet lag...
Jest tylko jedno ale. Dawno temu już
uznałam, że przydałaby sie druga osoba do podróżowania. I
przerobiwszy jedną taką osobę, a potem kilkoro innych
potencjalnych partnerów, stwierdzam, że łatwo nie jest. Bo
pomarzyć można, ale życie weryfikuje, czy drugi człowiek ma
przysłowiowe jaja, by z tobą podróżować. Bo podróżowanie to
jest, wbrew temu co można na czystą logikę przypuszczać, czynność
bardzo intymna. Pamiętacie tę scenę z wielkim korkiem w centrum
Londynu i przyczepą kempingową w Bridget Jones? No właśnie. A to
była tylko krótkodystansowa podróż.
Natomiast z każdą osobą uciekającą
do Anglii czuję boleśnie, że mała część mojego dotychczasowego
życia się kończy. Wiem, ze kompleks niepodróżowania jest mocno
wyolbrzymiony. Poza tym, po pierwszym szoku każde miejsce staje się
– dobrą lub złą - rutyną. Tą dobrą jest dla mnie Berlin,
chociaż wiadomo, że najbardziej kochamy to, co jest dla nas
niecodziennym świętem. Złą chyba stałoby się każde szare
robotnicze angielskie miasteczko wypełnione po brzegi polskimi
robotnikami, nawet gdyby w tym tłumie sporą część stanowili moi
znajomi.
"Warszawa jest naturalnym etapem w
podróży za granicę" – do takiego wniosku doszliśmy
ostatnio na imprezie pożegnalnej dla kolejnej osoby, która właśnie
wyjechała do lepszego świata, etap warszawski decydując się
jednak pominąć. Czy mogę mieć do siebie pretensje, że stawiam
małe kroki, nie rzucam się na głęboką wodę i dzikie ambicje,
nadal korzystam z pomocy rodziców?
Dzwoni przyszywana ciotka. Gada ze mną,
idąc Manhattanem, kupując coś do jedzenia – przez telefon
słyszę, jak mówi po angielsku do sprzedawcy. U niej jest czwarta
po południu, u mnie dwudziesta druga. Magia telefonu, magia
internetu. A jednak nie da się żyć ze sobą przez Skype'a, nie da
się prowadzić związków, rodziny. Wiem, tysiące imigantów
zarobkowych powiedziałoby co innego. Ale gdyby dano nam możliwość
wyboru rewolucyjnego, wymarzonego wynalazku, wielu z nas wybrałoby
teleportację. Nie wszyscy, ale wielu z nas na pewno. Te odległości
to zresztą moja nawracająca przypadłość, jeśli chodzi o
wspomniane związki – od dawna wiem, żepotencjalni/e
soulmates istnieją, ale w
odległościach liczonych długimi godzinami.
Spotkałam w pociągu dziewczynę.
Nawet się sobie nie przedstawiliśmy, ale gadaliśmy całą drogę.
Głównie o sztuce: zabawne, że na cały pociąg właśnie ona
dosiadła się do mnie, by pogadać o miejscach, w których
przecinają się nasze życiorysy, życia zupełnie obcych sobie
ludzi. Na odchodne rzuciła co prawda raczej wyjęte z kontekstu
zdanie, że chciałaby wychowywać dzieci i mieć bogatego męża, a
te durne feministki wszystko jej popsuły, ale jakoś nie przestałam
jej lubić mniej.
A ten szok, który przeżyło dwoje
moich polskich przyjaciół, kiedy wpadli na siebie wychodząc zza
rogu w Barcelonie? Jak mawiano w "Notting Hill":
surrealistyczne, acz miłe. Więc żyjemy sobie, zajmując zupełnie
osobne, wyznaczone miejsca w kosmosie, ale przypadek sprawia, że w
danej minucie, w danym miejscu w końcu musimy się spotkać. Nie da
się zaplanować życia, a takie wycinki z podróży to chyba jedna z
najprzyjemniejszych życiowych przyjemności.
Czuję, że nie należę mentalnie do
tego pokolenia, do tego miasta, nie jestem z tych, których
eskapistycznym ideałem jest Warszawa, nie dążę, by tam zostać.
Nie fetyszyzuję stolicy, śmieszą mnie i irytują piosenki w rodzju
"Następnej stacji" Taco Hemingwaya czy "Mokotowa"
Lily Hates Roses. Choć ta ostatnia wywołuje jednocześnie pewną
nostalgię. Z Warszawą już związana jest spora część mojej
osobistej historii. Czy naiwnym jest mieć nadzieję, że znajdę tu
choć trochę odpoczynku, choć trochę szczęścia?
Za czasów moich rodziców wiele rzeczy
rozwiązywało się łatwiej, bo bezrefleksyjnie – po prostu nie
było wielu możliwości. Kończyłeś szkołę, szłaś na studia,
brało się ślub z jednym z pierwszych partnerów, często na tych
studiach poznanym, bo po prostu niewiele osób myślało inaczej. Nie
ośmielano się realistycznie myśleć o studiach za granicą, o
jakimś innym, odważniejszym życiu. Owszem, więzy rodzinne i
przyjacielskie wiodły czasem przez ocean – tak, jak dzisiaj wiodą
często przez morze, do Anglii, i to jest chyba naczelna cecha
wspólna dzisiejszych i ówczesnych podróży.
Rodzice J., moi rodzice – nazwijmy
ich M i G, zresztą zgodnie z prawdą – nie wychodzili zbytnio poza
tę normę. Uczelnia w rodzinnym mieście, ślub, jedno dziecko (choć
dopiero po pięciu latach, co do dziś mnie dziwi od strony
normatywnej, ale realistycznie patrząc – ileż pięknych rzeczy
można razem robić przez pięć lat, tylko we dwójkę!). Jak się
okazało, norma nie daje szczęścia, nawet jeśli ma się już tę
upragnioną małą stabilizację. To prawda, która dopada w końcu
chyba każde nowe pokolenie: są sytuacje, w których nie można
zadowolić się wyznaczonym przydziałem szczęścia, choćby było
ono wzorowo szczęśliwe.
Niestety, potrzebuję w życiu pewnej
regularności, co zmusza mnie do myślenia o ewentualnych kandydatach
do wspólnej podróży. Nawet w okazyjnym seksie musi być, poza
elementem zaskoczenia, jakaś pewność, inaczej człowiek robi się
zwariowany i obsesyjny.
Zastanawiam się, czy to źle, zachować
pod twardą powłoką jakiś czuły punkt, małą szufladkę na
normatywne dziecięce marzenia o miłości i normalnym życiu.
Na pewno nie byłbym szczęśliwy w takim stricte normatywnym
schemacie, ale gdyby tak tylko zapożyczyć pewne jego elementy...
przecież i w niemonogamii można odnaleźć stałość.
Zwłaszcza, że
wśród tych wszystkich podróży i tak najcenniejsze wspomnienia
wciąż odnoszą się do rodzinnego miasta. Do miejsc, których już
nie ma (naprawdę, był taki klub- speluna właściwie – któy już
zburzono, stawiając na jego miejscu parking).
Biegnąc przez ciąg
niesamowicie intensywnych zdarzeń mam wrażenie, że wszystko się
łączy, i nie mogę oddzielać życia osobistego od refleksji na
temat kondycji świata, który chwieje się i ociera o mnie, włazi
do mojego życia. Są rzeczy, przed którymi uciec możesz tylko na
Księżyc, czyli w praktyce – w ogóle.
Mieszkam w
Warszawie u kobiety, która jest pół-Kurdyjką. Zapisałam się tu
do lekarza, który przyjechał dwadzieścia lat temu z Iranu i
został. Wśród moich znajomych jest kilkoro takich
pół-cudzoziemców, nie-Polaków z pochodzenia, którzy jednak
Polakami są i się czują. Zresztą wszyscy nosimy chińskie ciuchy
i buty, korzystamy z azjatyckiej elektroniki, żremy tego kebaba czy
falafla – i polscy nacjonaliści oraz prawilne ksenofobiczne dresy
są jedną z grup, która podtrzymuje wysoki utarg miejsc należących
do tych wszystkich Innych i Obcych. Zachodzi tu pewien zabawny
paradoks (naziole niedostrzegający, czy też nie chcący dostrzegać
tego, że dokarmiają biznes osób, które nie pochodzą z Polski),
ale i przykra konstatacja: wydaje mi się, że w myśl zasady "klient
nasz (wasz?) pan", to dokarmianie jest wyrazem wyższości:
pracujcie dla nas, bo bez nas nie istniejecie. Owszem, takie prawa
rozhulanego wolnego rynku i ciężko to zmienić (chyba, że świadomą
konsumpcją, która nie mieści się w obwarowanych biało-czerwonym
murem mózgach fanatyków rasowej czystości). Ale to nie znaczy, że
możemy robić sobie z osób pracujących w usługach czy produkcji
podnóżek. Również dlatego, że nigdy nie wiadomo, kiedy to nam
przyjdzie stać się takim podnóżkiem. A w dzisiejszych,
niestabilnych nie tylko politycznie, ale i gospodarczo czasach jest
to wielce prawdopodobne. I niezrozumienie tego faktu jest rzeczą,
która coraz bardziej pogrąża nas i cofa w stosunku do reszty
Europy. Osobną sprawą jest brak logiki w jednoczesnym myśleniu o
uchodźcach jako o tych, którzy jadą po ten osławiony "nasz
socjal" i o tych, którym nie chce się pracować. Przy czym
paraliżuje mnie strach przed tym, że ocieramy się powoli o
powtórkę z czasów przedwojennych – palenie kukły Żyda na
wrocławskim rynku, jawnie rasistowskie poglądy ludzi, którzy
dotychczas w towarzystwie uchodzili za ogarniętych i przyzwoitych.
Tak głęboka nienawiść do inności wyrażana przez osoby, które
znam osobiście, mrozi mi krew w żyłach. Działa tu bowiem zasada
"jeśli jesteś w stanie zabić kota, kiedyś będziesz w stanie
zabić i człowieka". Jeśli odmawiasz ludzkich praw uchodźcom,
Żydom i osobom nieheteroseksualnym, dlaczego uśmiechasz się
uprzejmie do mnie, znajomej osoby biseksualnej o poglądach
lewicowych? Niezbadane są normy i logika nienawiści.
Tak, kryzys
uchodźczy to problem, o którym mogę napisać cały osobny
felieton, a jednocześnie miotam się w poczuciu winy, że nie
zrobiłam niemal nic – poza wieloma dyskusjami, udziałem w
demonstracji i publicznym wyrażaniu poparcia dla przyjmowania ludzi
w potrzebie – ale jednak w praktyce nic, by uchodźcom
pomóc. To kompleks wielu działaczy, że robiąc wiele, robią wciąż
za mało. To również temat na długi tekst.
Najbardziej boję
się, że nie starczy mi w życiu czasu na wiele rzeczy. Że ten dom,
do którego chcę powrócić, bez odpowiednich ludzi już nigdy nie
będzie Mój. Że nie zdążę powiedzieć rzeczy, których nie
potrafię ubrać w słowa, osobom, które zasługują by je usłyszeć.
Że ta moja sztuka już na zawsze pozostanie tylko w głowie.
Mamy niewiele
czasu. Ja też. Dlatego irytuję się każdym zmarnowanym dniem,
każdą straconą okazją na bliskość, na nowe doznanie, na
przyjemność, przygodę, eksperyment. Patrząc wstecz na ostatnie
lata swojego życia, zastanawiam się, gdzie zatraciłam pasję,
wiarę w jutro, wiarę w powodzenie moich marzeń, w uczucia, w
relacje, spontaniczność, hedonizm. Chcę je odnaleźć. Chyba
potrzebuję wyjść do lasu. Pooddychać. Mimo że moje życie
wypełnione jest po brzegi, czuję że stoję w miejscu. Kiedy już
mam wolne, nie odpoczywam naprawdę. Nie zaznaję spokoju. Mieliście
tak kiedyś? Na to właśnie połowicznym lekiem są podróże,
zmiana miejsca, widok dawno niewidzianych lub zupełnie nowych
twarzy. Ale to tylko doraźna pomoc.
Wiele z tego, co
zostało tutaj napisane, miało na celu skomentowanie kryzysu, który
napędzamy tu w Polsce sami, skupiając się na maluczkich sprawach,
kręcąc wokół własnej nienawiści. Kochamy gloryfikować tę
nienawiść, wychwalać bezsensowne cierpienie, kręcić się uparcie
wciąż wokół starych, nieaktualnych problemów, zamiast trzeźwo
spojrzeć na te nowe.
Zostawiam Was z
dwoma wierszami, które należą do moich ulubionych i ostatnio wciąż
mam je w głowie, oraz piosenką, do której teledysk wyraża więcej
niż tysiąc słów, operując przy tym w gruncie rzeczy oszczędnymi
środkami. Weźcie je sobie do oczu, uszu i serca.
Kiedy
przyszli – Martin Niemöller,
1892-1984 (niemiecki
pastor luterański; wiersz napisany w obozie w Dachau w 1942 r.)
Kiedy
przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież
Żydem. Kiedy
przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież
komunistą. Kiedy
przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem
przecież socjaldemokratą. Kiedy
przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież
związkowcem. Kiedy
przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.
***
Szymborska
– Jeszcze
W
zaplombowanych wagonach jadą krajem imiona, a dokąd tak
jechać będą, a czy kiedy wysiędą, nie pytajcie, nie
powiem, nie wiem.
Imię Natan bije pięścią w ścianę, imię
Izaak śpiewa obłąkane, imię Sara wody woła dla imienia Aaron,
które umiera z pragnienia.
Nie skacz w biegu, imię
Dawida. Tyś jest imię skazujące na klęskę, nie dawane
nikomu, bez domu, do noszenia w tym kraju zbyt ciężkie.
Syn
niech imię słowiańskie ma, bo tu liczą włosy na głowie, bo
tu dzielą dobro od zła wedle imion i kroju powiek.
Nie
skacz w biegu. Syn będzie Lech. Nie skacz w biegu. Jeszcze nie
pora. Nie skacz. Noc się rozlega jak śmiech i przedrzeźnia
kół stukanie na torach.
Chmura z ludźmi nad krajem szła, z
dużej chmury mały deszcz, jedna łza, mały deszcz, jedna łza,
suchy czas. Tory wiodą w czarny las.
Tak to, tak, stuka
koło. Las bez polan. Tak to, tak. Lasem jedzie transport
wołań. Tak to, tak. Obudzona w nocy słyszę tak to, tak,
łomotanie ciszy w ciszę.
Latem dzieją się rzeczy magiczne.
Ludzie poznają ludzi, ciepłe powietrze uderza nam do głów, i niby
deklarujemy, że stoimy mocno na ziemi w swoich poukładanych,
zapracowanych życiach – ale latem tak jakby mniej. Jednym z
nieodłącznych elementów letniego krajobrazu są festiwale; to
zauważają już nawet te media, które poza funkcją informacyjną
starają się być opiniotwórcze i kulturowo analityczne. Przeważnie
wychodzi z tego dziennikarska ciapaja pod hasłem "wejdźmy do
zoo i zobaczmy, jak bawią się młodzi". Moje doświadczenie
uczy jednak, że festiwale (wybierane z rozmysłem tematycznym, a nie
na zasadzie jeżdżenia na wszystko, co modne) to rozrywka bez granic
wiekowych, a przede wszystkim przepyszna okazja do obserwacji
kulturoznawczych i socjologicznych.
Moja prywatna historia letnich
festiwali zaczyna się w roku 2006, od wyprawy na Openera, która
była spontanicznym pomysłem taty. Bez namiotu (bo pole to dodatkowy
koszt), śpiąc w samochodzie, przeklinając ceny żarcia, upał i
słabo oznakowany dojazd do Babich Dołów, przeżyliśmy jeden z
tych wielu weekendów, kiedy więzi międzyludzkie jakoś
niepostrzeżenie się zacieśniają. To tam po raz pierwszy widziałam
koncert Placebo, to tam zdobyłam pierwsze sznyty w openerowej szkole
przetrwania (kiedy inni narzekali na warunki przy następnych
edycjach festiwalu, ja byłam już psychicznie przygotowana na ten
hardkor).
Przerobiłem do tej pory Opener (cztery
razy), Jarocin (trzy), Off Festiwal (trzy), Coke (jeden), Slot (dwa)
i Castle Party – i piszę ten tekst, wróciwszy właśnie ze
swojego drugiego razu na CP. Całkiem niezły to wynik w moim
prywatnym rankingu, jednak nijak ma się to osób, które jeżdżą
na wszystko co popadnie. Oczywiście, miło byłoby mieć pieniądze
na spędzenie całego lata na festiwalach. A jednak przyjemności, w
tym kultura, zażywane zbyt często mogą ulec spowszednieniu. Jasne,
każdy koncert jest inny, a festiwalowa atmosfera i entuzjazm
niepowtarzalne. Ale moja metoda na festiwale niezmiennie od lat
obejmuje punkty:
a) zacznij czytać i słuchać ogłoszeń
festiwalowych już zimą
b) podskakuj z radości na krześle,
kiedy w radiu usłyszysz nazwę ulubionego wykonawcy lub najnowszego
ekscytującego odkrycia muzycznego
c) przelicz kasę raz, drugi i
następny; zacznij planować wydatki na lato i tylko się
przedwcześnie nie załamuj, że wydasz takie miliony
d) koniecznie: zaplanuj towarzystwo.
Bez towarzystwa nie ma festiwalu. I owszem, wiele wydarzeń
kulturalnych zaliczyłam już w życiu sam bądź w przypadkowym
towarzystwie, ale wtedy wspomnienia są jakby... trochę
wybrakowane.
To tylko moja metoda. Jednakowoż
sprawdza się dobrze.
Przez ostatnie kilka dni na Castle
Party po głowie chodził mi festiwalowy felieton, w sam raz na sezon
ogórkowy. No to macie. Y'know, doceniam ten klimat, to poczucie
wspólnoty i o dziwo pokojową atmosferę: przez kilka dni Bolków,
mała, zabita dechami mieścinka na Dolnym Śląsku jawi się jako
bańka mydlana, w której tubylcy akceptują każde dziwactwo,
podczas gdy na codzień na terenie reszty Polski panuje generalny
brak tolerancji (nie oszukujmy się), a nastoletnie dresy krzyczą za
takimi jak my na ulicy "szataaaaaaaaan". Co w zasadzie
powinniśmy odbierać jako komplement, ale bywają takie chwile, ze
nerwy puszczają.
CP to specyficzny festiwal dla
stosunkowo kameralnej, specyficznej publiczności – to jest w miarę
oczywiste. Jednak "gotyk" to tylko hasło wywoławcze,
biorąc pod uwagę, jak wielu różnych wykonawców do tej pory
gościł. Czuję, że nie mam prawa wypowiadać się szeroko na ten
temat, jeśli bardziej chłonę go przez doświadczenie niż
przesłuchiwanie wszystkiego co popadnie, a nie mam tak dużej wiedzy
o scenie dark independent, jak mieć bym chciał. Jednak spontaniczne
refleksje są zazwyczaj trafne. Lubię widok miasteczka zdominowanego
przez czerń, uwielbiam oglądać stroje, pozytywnie zaskakuje spokój
tubylców i tolerancja władz miasta dla pokaźnego spożycia
alkoholu w przestrzeni publicznej (no bo gdzie, do cholery? Nawet,
gdyby publiczność CP obsiadła komplet miejsc w każdym bolkowskim
lokalu, nie starczyłoby dla wszystkich miejsca). Ta parada dziwaków
daje mi poczucie wspólnoty: nie pasuję tu idealnie, ale jednak
bardzo dobrze. I owszem, posiadam bogate doświadczenie w słuchaniu
ryków "szataaaaaan" za moimi plecami na ulicy. Ludzi w
jakiś pokrętny, półświadomy sposób łączy tu fakt, że
subkultura gotycka nie jest w Polsce aż tak duża; łączy nas także
wspólna niedola zimnych pryszniców w syfiastej kempingowej
łazience. Choć z drugiej strony boleśnie dzieli mentalna
zaściankowość osób, które przyjeżdżają tu wykorzystać
seksualnie pijane nieznajome dziewczyny czy obecność nazioli, którzy pomylili
ideologię nienawiści rasowej z festiwalem mocniejszej muzyki. A i w
tym roku takie beznadziejne przypadki się zdarzyły. Cóż, zdarzają
się wszędzie, na każdym festiwalu, i wszędzie jest to tak samo załamująco-wkurwiające.
Brak pieniędzy na karnet sprzyja natomiast kombinowaniu: jeśli za noc płacisz około 10 złotych, możesz pozwolić sobie na sentymentalną wycieczkę w lata 90 i przełknięcie dyskomfortu braku koncertów, bo i tak słyszysz wiele z pobliskiej knajpy, darmowych całonocnych afterów po koncertach i na samym polu namiotowym. Na kempingu, który postawiony został prawdopodobnie jeszcze wcześniej, przypominasz sobie cienie i blaski życia pod namiotem w upale i ulewie, wspominasz wypady pod namiot z rodzicami w dzieciństwie i generalnie uświadamiasz sobie swój wiek z całą realistyczną grozą. Picie w końcu się nudzi, szukasz rozrywki i przypadkiem odkrywasz niezgorsze okoliczności otaczającej przyrody - oczywiście pod warunkiem, że jest co odkrywać (bez urazy, na kilku festiwalach jest, na innych nie ma. Na CP jest wyjątkowo dużo, bo mówimy o miasteczku wśród gór, lasów i zamków). I tak sobie myślę, że to jest chyba najcenniejsze - to i muzyka, a nie procentowe stężenie lansu w wydychanym powietrzu.
Tak, latem dzieją się rzeczy
magiczne. I choćby lato miało trwać tylko przez te kilka dni,
kiedy jedziesz na urlop i/lub festiwal, to niech trwa do ostatniej
kropli, w stu procentach. Zwłaszcza, gdy codzienność cię dobija,
a obowiązki przytłaczają.
Lato to małe przyjemności –
zasypianie w ramionach fajnego mężczyzny może okazać się miłą
niespodzianką, którą nieoczekiwanie dostaje się w gratisie jadąc
na festiwal. To ładuje baterie; nie od dzisiaj wiadomo, że
przytulanie czyni cuda. Tylko tyle i aż tyle, że pragnęłoby się
rzucić wszystko i ogłosić wakacje czasem konsensualnej,
przemyślanej niemonogamii - jeśli już każdy miesiąc nie może być taki, niech będzie takie chociaż lato. Bez ograniczeń, zobowiązań i konwenansów, sama
przyjemność. Bo kiedy tak nieoczekiwanie budzisz się bladym świtem
w objęciach po prostu szalenie sympatycznego człowieka, to napawa
dobra energią. Serio. I zdarza mi się od czasu do czasu właśnie latem, i jest zwyczajnie pozytywnie zaskakujące.
Na koniec taki życiowy banał: pisząc ten
felieton, dowiedziałam się, że zmarła przedwczoraj działaczka
LGBTQ z Zielonej Góry, Katarzyna Bienias. Kasi osobiście nigdy nie
poznałam, choć raz mailowałyśmy w sprawie koncertu Tegan i Sary –
zresztą, pięknego koncertu. Jeden z wielu przypadków, które
uświadamiają, że życie jest za krótkie, by przejmować się
regułami, konwenansami i ograniczeniami obyczajowymi. Bo kiedy żyć na własnych warunkach, jeśli nie teraz, w swoim najlepszym czasie?
I jakoś tak bardzo smutno również dlatego, że (wyjątkowo) jedyny tegoroczny festiwal właśnie mi się skończył.
PS. Wiecie co, pisanie niemal do
kieszeni z zerową dyskusją pod postami zaczyna działać mi na
nerwy. Tak samo, jak działają mi pewne blogerki, które piszą o
wszystkim i o niczym, byle napisać posta – nie zamierzam iść w
ich ślady, niemniej jednak wiem, że ich blogi mają mnóstwo
odsłon. Dlatego ogłaszam publicznie: królestwo dla tej/tego, kto
powie mi, jak sprawić, by to cholerstwo miało większy zasięg. Bo
wiecie, ja jestem jak Donna Tartt
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,17878441,Donna_Tartt__Dandyska_w_rozmiarze_XS_z_Pulitzerem.html
– piszę rzadko, ale na temat.
Tylko
nie każ mi wybierać tylko nie każ, nie każ mi, nie każ
walczyć, nie każ ginąć Nie chciej Polsko mojej krwi Sorry
Polsko, sorry Polsko, sorry Polsko, nie każ mi
Tak jak zapewne większość z Was, ja
też mam ostatnio po uszy tematów politycznych. I jak na pewno
kilkoro z Was, doświadczam równocześnie kryzysu, ale tego
szczególnego rodzaju: kryzysu aktywistycznego, który obecnie jest
na etapie "mienia wyrzutów sumienia, jeśli się czegoś nie
zrobiło dla sprawy, dla które uprzednio robiło się wszystko".
Już od dłuższego czasu zauważam, że
moje sądy, poglądy i interesy rozmijają się z poglądami osób
należących do grup problemowych, do których i ja należę. Nie
czarujmy się, nie jesteśmy identyczni. Ale gdy ci, którzy
dotychczas byli normatywni do bólu, zaczynają mi zarzucać, że
jestem mało wywrotowa, to nóż mi się w kieszeni otwiera. Ten brak
wywrotowości nagle zaczął oznaczać anarchię (ten zły i
nieprzemyślany rodzaj anarchii) kwitnącą w samym środku
demokracji. Czyli zwyczajne niechodzenie na wybory bądź rysowanie
na karcie do głosowania pizdryków unieważniających głos (o
marnowaniu papieru się już w tej sytuacji nie wypowiem) – a to
wszystko wśród myślących ludzi lewicy. Robert Biedroń
wypowiedział na początku swojej słupskiej prezydentury mniej
więcej takie słowa (bodajże w wywiadzie dla "Magazynu
Świątecznego" Gazety Wyborczej): "jestem pierwszym, który zdejmie krzyże w urzędach, ale ostatnim, który pozwoli na obrażanie obywateli z powodu ich religii". I
ja uważam, że taki balans jest niezbędny – też wolałbym żyć
w całkowicie świeckim kraju, ale że to nigdy nie nastąpi, to
zamiast hejtować wszelkie przejawy religijności otoczenia, skupiam
się na mniej lub bardziej udanym dialogu z grupami wyznaniowymi
innymi od mojej (ateistycznej, acz aspirującej i czerpiącej pewne
nauki z buddyzmu). Przytaczam ten przykład, bo idealnie obrazuje,
czym jest kompromis beznadziejny, ale logiczny.
Nigdy nie myślałam, że będę głośno
popierać urzędującego prezydenta Polski – bo wąs to nie wygląd,
to stan umysłu, a jeśli były wąsacz jest w dodatku byłym
myśliwym, to już w ogóle nie ma o czym mówić. Tymczasem za drugą
wyborczą opcją, czyli bezwąsym Dudą stoi wielu – wąsatych
umysłowo – oszołomów, w rękach których ten jeszcze do niedawna
relatywnie mało znany szerokim masom doktorek prawa będzie tylko
wykonawcą wizji swoich poprzedników. Ja wiem, że Lech Kaczyński
urósł w ciągu ostatnich pięciu lat od swojej śmierci do rangi
wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego – tym bardziej nie czarujmy
się, że ponowne rządy jego ludzi przyniosą nam jakąś świeżość.
Powrót do średniowiecza – owszem, ale nie świeżość. I metryka
obu ewentualnych prezydentów, według której Duda jest młodszy, a
Komor starszy, nie ma tu nic do rzeczy, choć bywa wymieniana jako
cenna karta przetargowa w tym sporze. Oczywiście, są jeszcze istotne względy gospodarcze i socjalne, ale jak bez spokoju w materii obyczajowej budować te praktyczne aspekty życia społecznego?
(Przepraszam, jeśli jakikolwiek
właściciel wąsa poczuł się urażony porównaniem do polskich
polityków. Mam nadzieję, że wiecie, iż w tej całej historii wąs
to ni mniej, ni więcej uosobienie bohatera negatywnego i pewnego
stanu świadomości. Poza tym, miewaliśmy i Boyów-Żeleńskich, i
Hitlerów, i obaj nosili wąsy. Natomiast Boy był zacną
przysłowiową lewacką kurwą na 100 %, a Hitler sami wiecie kim).
Czy kiedykolwiek od czasu pierwszych
wyborów po upadku komunizmu w Polsce ludzie głosowali na coś
innego niż mniejsze zło? Mniej lub bardziej, ale od ładnych
kilkunastu lat zawsze głosuje się przeciwko czemuś.
Jeśli szukacie kogoś, kto zakrzyknie
(na wzór tych, którzy manifestując publicznie na głównej ulicy
miasta sprawili, że spóźniłam się wczoraj na zajęcia), że "nie
ma lepszego od Bronka Komorowskiego" – zdecydowanie źle
trafiliście. Ale żeby w spokoju móc budować podstawy społecznej,
racjonalnej lewicy, której budowanie większość z was miała
ostatnio głęboko w d., trzeba zapewnić sobie święty spokój i
zero zmian od strony rządu – tych na gorsze.
Dobrze sprawę ujął tutaj Jacek
Poniedziałek – aktor, jeden z pierwszych wyoutowanych znanych
polskich
gejów, nie taki znowu normatywny gej, bo grywał różne role i
miewał różne wizerunki.
"W
tym przypadku nie ma co się boczyć na PO i na złość mamie
odmrażać sobie uszy".
Wiem, że jest sporo
takich (i nawet sporo takich znam), którzy i które na złość
te przysłowiowe uszy sobie odmrożą, bo "nikt nie odpowiada
ich poglądom, więc nie zagłosują w ogóle". A potem przez
pięć lat będą wściekli, że nie mogą nie tylko przepchać
odpowiednich przepisów i ustaw w Sejmie (co i tak pewnie szybko nie
nastąpi), ale też nie będą mogli robić połowy z tych rzeczy,
które robią teraz, bo na nowo ruszy lawina pisowskich podsłuchów,
pomówień, kłamstw smoleńskich i oskarżeń o język
homopropagandy. No bo nie
ruszy?"Czasy
się zmieniły, metody się zmieniły, ludzie ci sami, ludzie tacy
sami", jak śpiewają
chłopaki z grającego smakowite elektro polskiego bandu Alles. I
Unia może sobie zabraniać zabraniania, ale Duda i tak wykona choćby
próbę zablokowania najbliższego marszu, parady, ustawy o związkach
partnerskich i zawodowych, inicjatyw sekularyzacyjnych itp.
Nie podpisze także kolejnych ewentualnych dokumentów pokrewnych
Konwencji Antyprzemocowej, za to będzie bardzo chciał zaostrzyć
ustawę antyaborcyjną i karać za in vitro. Choć miejmy nadzieję,
że to się jednak nie stanie.
W
wyborach moralnych i prezydenckich, a także i tych codziennych,
powinniśmy brać przykłzd z przysiegi Hipokratesa: po pierwsze nie
szkodzić. Jasne, to, że (generalnie) lajfstajlowa dziennikarzyna
Korwin-Piotrowska rozkazuje i zabrania, na kogo głosować, a na kogo
nie, może budzić sprzeciw. Mnie też się nie podoba, że kobieta,
która z polityką ma wspólnego tyle, ile skojarzeń może
ewentualnie budzić jej pierwsze nazwisko (ale nic więcej), próbuje
dyktować nam, jak grzeczni i nieprzegięci mają być geje w Polsce
(bo cała reszta akronimu LGBTQ* przecież nie istnieje, nie
wymagajmy za wiele), żeby się przypodobać władzy. Jestem ostatnią
osobą, której spodobałoby się, że owa dziennikarzyna widzi tych
gejów jako roszczeniowe, mięczakowate, niezdecydowane ciotki, i w
dodatku jest zniesmaczona, że ludzie niehetero okazują sobie
uczucia. Ale gównoburza, która przetoczyła się w ciągu ostatnich
dni przez internet po tekście Korwin-Piotrowskiej – że niby
rozkazuje nam ona, na kogo mamy głosować – jest ewidentnym
dowodem na to, że skupiamy się na szczegółach, zamiast na realnej
dyskusji i mobilizacji.
Dlaczego
tak bardzo, jak w hejtowaniu osób, które niby mają podobne poglądy
polityczne jak my, ale głosują na kogo innego, nie zjednoczymy się
w sprawach, w których jest mnóśtwo do zrobienia? Dlaczego, zamiast
narzekać na brak lewicy w Polsce, nie weźmiemy przykładu z państw,
w któych realizacja lewicowych postulatów choć częściowo się
udaje? Nie będzie lewicy bez integracji problemowej, a za to z
wykluczaniem grup, które wydają się mniej atrakcyjne w kontekście
PR-u. I choć na razie odnoszę się do nowopowstałej lewicowej
partii Razem (miedzy innymi dlatego, że jak wiadomo, mamy w
granicach polski statystyczne polityczne średniowiecze, a Zieloni
zbierają w wyborach ułamek głosów) z ostrożnym optymizmem, to
jednak jest to jakaś nadzieja. Lepsza skonsolidowana grupa
dyskutujących początkujących polityków, niż działacze, którzy
po latach walki o demokrację nagle nie idą na wybory lub bazgrzą
po kartach wyborczych.
Zawsze
myślałam, że głosowanie na prawicę to domena babć
indoktrynowanych przez niezdrową radiomaryjną propagandę. Zawsze,
to znaczy przez tę część życia, kiedy potrafiłam już
autonomicznie myśleć, ale nie miałem jeszcze prawa do głosowania.
Bo kiedy nagle uprawnienia wyborcze zaczęły obowiązywać, to
nadeszły takie czasy, że prawica – od centrum do skraju –
porwała także ludzi młodych, którzy nagle zamienili się w
stetryczałych, martyrologizujących dziadów. Nagle ubzdurali sobie, ochoczo wspomagani przez starszych, że są uciskaną większością i uderza w nich poprawność polityczna (przepraszam, CO?). A może taka frakcja
istniała zawsze, tylko poziom absurdu w polityce rośnie, stawiając
ją w blasku reflektorów. I przed brunatną siłą faszyzującego
młodzieżówkowego pierdololo uchowaj nas Panie. Boże, Jahwe,
Buddo, Allahu, jakikolwiek Panie. Albo po prostu dobra kosmiczna
energio.
PS. Ale
żeby nie było tak ponuro: cieszy mnie – i nawet nie myślałam,
że będzie mnie tak cieszyć – gdy słyszę od znajomych, że
ciągną całą rodzinę na wybory, albo że angażują się w
kampanię mniejszego zła przeciw większemu złu. Bo jasne, też mam
marzenia i ideały. Ale skoro ostatnie kilka(naście) lat spędziliśmy
na oddolnym budowaniu podstaw, żeby wprowadzić je w życie, to
skupmy się teraz na tym, żeby przynajmniej nie musieć schodzić do
podziemia. Bo czasy PISu i Giertycha pamiętam aż za dobrze. I życzę
wszystkim, żeby pozostały tylko wspomnieniem, zamiast fundowania
sobie powtórki z rozrywki.
PS2. Tekst pisany mocno na emocjach, w
nocy i na 24 godziny przed nastaniem ciszy wyborczej, ale to chyba
czuć.
Witam po dłuższej przerwie i
zapraszam na program – łapcie, bo nie wiadomo kiedy możliwość
prokrastynacji i rozciągniętego w czasie pisania sprzęgnie się z
moją weną następnym razem.
Ruszająca właśnie kampania bliskiego
mi poglądowo i personalnie stowarzyszenia Miłość Nie Wyklucza
jest kolejnym przedsięwzięciem na rzecz równości, które budzi
moje sprzeczne uczucia. Kampania nazywa się "Małżeństwa dla
wszystkich". I chociaż wielu z nas wie, że oznacza to tak
naprawdę dodanie opcji małżeństw osób nieheteroseksualnych, w
oczach opinii publicznej tak przedstawiona reklama sprawy skutkuje
całkowitym zaniknięciem – poprzednio przecież priorytetowej –
kwestii związków partnerskich. A wszystko to pojawia się w mediach
równolegle z echami akcji Episkopatu Polski, reklamowanej banerami
"Konkubinat to grzech – nie cudzołóż". Na wersję
plakatu z doklejoną reklamą kampanii "Małżeństwa dla
wszystkich" nie trzeba było czekać długo. Ja wiem, kluczem
jakiejkolwiek skuteczności obyczajowych postulatów lewicy jest w
dzisiejszych czasach dystans do siebie, but still – nie mogę
przejść obojętnie wobec faktu, że od teraz wszyscy ludzie,
których życie z założenia było dotychczas performatywną
manifestacją sprzeciwu wobec dominującego porządku (który nie
dawał im szansy na widoczność w społeczeństwie), nagle chcą się
z tym porządkiem zbratać i rozsiewać wizję, jakobyśmy żyli w
najbardziej tolerancyjnym i otwartym społeczeństwie ever. Nie
mówiąc już o wypięciu się na rzesze sojuszników hetero, którzy
dotąd ramię w ramię z niehetero popierali związki partnerskie i
chcieli ich dla siebie jako par, którym instytucja ślubu
zwyczajnie nie odpowiada. W obecnej kampanii nie ma już dla nich
miejsca.
wizualna identyfikacja kampanii Małżeństwa dla Wszystkich
(copyright: Stowarzyszenie Miłość Nie Wyklucza)
Nauczyliśmy się w Polsce kulić
ogon pod siebie i udawać, że aby wypracować porozumienie z rządem,
musimy myśleć jak rząd. W konsekwencji rewolucją staje się
przekopiowanie heteronormatywnego stylu życia, jego dosłowne
skserowanie. Tak, jakbyśmy WSZYSCY chcieli i chciały w życiu
wyłącznie obrączki na palcu, domu i dzieci. To się nazywa
ocieplanie wizerunku. A ocieplanie wizerunku niesie za sobą
całkowite wymazanie nie tylko nienormatywnie myślących osób
hetero, ale też części społeczności LGBTQ. Bo nie, nie wszyscy
pragniemy tego samego. Nie wszyscy jesteśmy tacy sami.
Nie zrozumcie mnie źle: jak
najbardziej wspieram ideę zrównania szans do zawierania związków
małżeńskich dla par różno- i jednopłciowych (wzdrygam się na
określenie "hetero- i homoseksualnych, bo ileż jest osób bi-
czy panseksualnych w takich związkach? Mnóstwo), jestem jednak za
wyborem, a nie promowaniem jednej opcji – i w dodatku zmienianiem
strategii na półmetku walki o związki partnerskie. Owszem, może i
jest trochę queerowej rebelii w chceniu wszystkiego naraz, a nie
dopraszaniu się po kolei, latami tego, co bardziej cywilizowane
kraje mają już w standardzie. Jednak wciąż nie kupuję polityki,
której przekaz wielu państwowych decydentów może odebrać
następująco: nie możemy się zdecydować, więc troszkę was
oszukaliśmy; nie zadowolimy się palcem, chcemy od razu całą rękę.
(wszelkie skojarzenia z tym ostatnim sformuowaniem są, podkreślam,
przypadkowe!)
W takich sytuacjach często przypominam
sobie scenę z jednego z ostatnich odcinków amerykańskiej wersji
serialu Queer as Folk. Michael, wyoutowany i zamężny gej, zostaje
poproszony o wygłoszenie orędzia mającego przekonać słuchaczy,
że geje są takimi samymi ludźmi jak osoby hetero. I mimo, że sam
reprezentuje wizerunek ustatkowanego (notabene, po wielu latach
chłopięcej hulanki) monogamicznego geja z klasy średniej, to
jednak szybko odchodzi od wyznaczonego tekstu przemówienia, dodając
od siebie: słuchajcie, to nieprawda. Choćbyśmy nie wiadomo jak się
starali, nie jesteśmy jak osoby hetero. Nie jesteśmy gorsi. Ale
jesteśmy inni.
Dzisiejszy świat powoduje także
rozdarcie między czernią a bielą – wymusza konieczność
zastanawiania się osób bi, czy bardziej pasują do hetero czy do
homo; mimowolne myślenie osób niebinarnych płciowo, czy mają
prawo (a co istotniejsze, sens) być gdzieś poza określeniami
mężczyzna-kobieta-trans. Trans bez gwiazdki, czyli jedyne słuszne
trans, z genderową dysforią i pragnieniem operacyjnej korekty płci.
W tej rzeczywistości problemy z pewnością siebie mogą dopaść
każdego, nawet najbardziej wygadaną zimną sucz.
Nie byłabym sobą,
gdybym przy tej okazji nie podzieliła się kolejnymi wieściami z
frontu działań na rzecz widoczności orientacji innych niż homo i
hetero, w tym mojej własnej. Oraz, przyznaję bez bicia, nie
powtórzyła jak zdarta płyta kilku – jak widać wciąż
niedostatecznie znanych - faktów.
Biszkopty przejęłam kilka
miesięcy temu, dokładnie w wieczór po zeszłorocznej Paradzie
Równości. Strona miała wtedy ponad dwieście lajków mniej. Dziś
Biszkopty wciąż są niszową, jednoosobową inicjatywą, skromnym
fanpejdżem. Ale mam kilka planów, nie tylko planów na stronę, ale
tych dotyczących ogólnej widoczności. Nawiązuję już kontakt z
osobami zza granicy, działającymi w inicjatywach na rzecz
biseksualności – nie mając na to kompletnie czasu i nie wiedząc,
co się stanie, ale próbować zawsze warto. Czy mamy w Polsce
jakąkolwiek szeroko znaną, żyjącą osobę publiczną, otwarcie
przyznającą się do biseksualnej orientacji? Nawet wśród
działaczy LGBT ciężko o tych, którzy aktywnie walczyliby o swoją
bi-sprawę. Chlubny wyjątek stanowi członkini partii Zielonych,
Joanna Erbel. Z braku ekspertów, materiału do spotkań
edukacyjnych, a także potrzeby głośnego rozmawiania o sprawach
związanych z byciem bi, po prostu się o tym nie mówi.
Biszkopty potęgują mój syndrom chęci
zrobienia rewolucyjnego przewrotu w stronę widoczności, równości,
różnorodności, inkluzywności. Akceptacji wewnątrz i na zewnątrz
środowiska LGBT. Istotne jest nawet działanie jednostkowe, oddolne,
uświadamiające najbliższe otoczenie, że istniejemy. Z tego punktu
widzenia moje, za przeproszeniem, obnoszenie się z byciem bi można
traktować jako przejaw spełniania pewnej misji.
Marzę o dniu, kiedy będzie nas wiele
– tych widocznych, ujawnionych, aktywnych. Biseksualność zawsze
była ważną częścią mojej osobowości – obok określania się
jako queer i trans*gender, ponieważ te określenia absolutnie się
nie wykluczają - ale teraz jest także ważnym elementem mojego
aktywizmu.
Cieszę się, że coraz więcej zaczyna
się ostatnio mówić o bi. Bi wymazywanym, zakłamywanym,
przeinaczanym.
Ponieważ wciąż na polskich marszach
i paradach równości biflagi można policzyć na palcach jednej
ręki.
Ponieważ wciąż kobieta, która
deklaruje się jako bi, jest przez wielu uważana za ciekawską
heteryczkę, zaś otwarcie biseksualny mężczyzna – za
niewyoutowanego geja. Sam kilkakrotnie się na to złapałem.
To miłe i budzące nadzieję, że
ostatnio prowadzę coraz więcej ciekawych, wartościowych rozmów o
biseksualności i z samymi osobami bi. Rozmów, które nie polegają
tylko na powtarzaniu trafiających w pustkę argumentów.
Jesteśmy w doborowym towarzystwie,
choć znane osoby bi często są wpychane do jednego worka z gejami i
lesbijkami. Trzeba powtarzać z uporem maniaka, że romantyczny
potencjał mają dla nas zarówno mężczyźni, jak i kobiety, a
opinia publiczna i tak wie swoje. Jednakże mamy na świecie całkiem
znamienitą reprezentację, która pełni tak samo ważną rolę, jak
w przypadku wspierania osób homoseksualnych czy trans*. Ciekawe i
pozytywne jest to, że obecnie słyszę o ludziach, którzy mają
świadomość orientacji już w wieku kilku lat. Mają łatwiej.
Każde pokolenie, każdy rocznik jest o kilka kroków bliżej celu
bezkompromisowej widoczności. I nie tworzę tu laurki, bo jak
wiadomo, biseksualna rzeczywistość to nie fiołki, obłoczki i
ciasteczka.
Bycie osobą biseksualną jest bardzo
mocną i uguntowaną, ważną częścią mnie – prawdopodobnie w
podobny sposób, w jaki ważne jest identyfikowanie się jako gej czy
lesbijka dla osób homoseksualnych.
Ileż to razy próbowałam wmówić
sobie, że może warto już odpuścić, przyznać się przed samą
sobą, zastanowić, czy naprawdę uczciwe jest mówienie o sobie jako
o biseksualistce, skoro mężczyzn, którymi interesowałam się z
wzajemnością, można policzyć na palcach jednej ręki. No tak, ale
tych, którzy mojego zainteresowania nie odwzajemniali, była już
jednak spora (i stale rosnąca) grupa.
Ponadto nic nie równa się w moim
osobistym rankingu temu skokowi endorfin następującemu w chwili
zbliżenia do mężczyzny, którego uważam za atrakcyjnego. A skok
endorfin następujący w chwili kiedy wiesz, że za moment zbliżysz
się w ten najbardziej intymny z możliwych sposobów do drugiej
kobiety jest innym uczuciem. Nie gorszym, ale innym. Elementarne
rzeczy, jak widać wciąż warte powtarzania.
Po co wychodzić z szafy jako biszkopt,
skoro mogę spokojnie funkcjonować jako osoba heteroseksualna, a
także – trochę mniej spokojnie, ale przynajmniej normatywnie –
jako lesbijka? Otóż nie, dziękuję. Identyfikacja, jak sama nazwa
wskazuje, to zbiór cech, na podstawie których jednostka określa
swój charakter, swoje miejsce w świecie. Mylne odbieranie tej
identyfikacji przez otoczenie uruchamia efekt domina, który wpływa
na wiele sfer życia: funkcjonowanie w grupie, odbiór przez media,
potencjalne cenzurowanie niektórych informacji.
To jakaś forma zazdrości o normę:
nawet jeśli doskonale znamy swoją wartość, zastanawiamy się, czy
nie lepiej maksymalnie upodobnić się do tych, którzy są normalni
(sic!), cisgenderowi, heteroseksualni i heteronormatywni, a więc
mają w wielu sprawach łatwiej. Z tego upodabniania wynika sporo
pomyłek, które trudno już w pewnym momencie zrzucić na karb
wczesnonastoletniego docierania własnej tożsamości: randki na siłę
z płcią przeciwną, kiedy jest się homo, bądź też randki z
osobami, które niezbyt nas interesują, tylko po to, aby – będąc
bi – wyrobić normę i udowodnić sobie, że w danym
momencie życia z mężczyzną czy kobietą też potrafisz się
umówić. Świat wymusza na wielu jednostkach kompleks niższości
wynikający z porównania "oni, standardowi, widoczni – my,
niestandardowi, z konieczności zawsze trochę ukryci". I
nieważne, jak dużą akceptację deklaruje otoczenie, zawsze pewne
wyobcowanie odczuwa się na normatywnych uroczystościach rodzinnych,
kiedy rodzeństwo i kuzyni w twoim wieku przyprowadzają swoje
heteroseksualne drugie połówki. A także w grupie osób w tym samym
wieku, ze studiów czy innego towarzystwa. Zawsze sam/a, niehetero, a
może masz kilku partnerów, z których każdy mieszka w innym
mieście? Pomijając nawet fakt, że nie zawsze możesz swobodnie
wyjawić całą prawdę – zawsze trochę odstajesz. Są osoby,
które łatwo godzą się ze statusem jedynego singla w towarzystwie,
natomiast dla kogoś, kto zawsze miał tak pokręcone życie osobiste
jak ja, odstawanie na tym polu rodzi niespodziewane kompleksy. A
wydawałoby się, że człowiek taki silny.
Poza tym proszę mnie nie wciskać w
kobiecość. Nie wnioskować, że skoro wreszcie zapuściłam włosy
i umawiam się z mężczyznami, to – tfu – stałam się
stuprocentową kobietą, co utożsamia się w pewnych kręgach z
dorosłością. To tylko jeden z elementów tożsamości, w dodatku
taki element, który posiada też wielu mężczyzn, choćby nie
wiadomo jak się zapierali. Guess what, właśnie te długie włosy
tworzą pewnego rodzaju kamuflarz, dają więcej opcji, większą
genderową swobodę. Jestem wrażliwa na problemy kobiet. Wspieram
walkę z mizoginią i popieram wiele feministycznych postulatów.
Jednak wciskanie mnie na siłę w kobiecość pojmuję jako przemoc.
Chciałbym – POTRZEBUJĘ – aby więcej zaczęto mówić o osobach
genderqueerowych, które nie mają nic przeciwko płci wpisanej w
dowodzie, ale nie mają też ochoty się z nią obnosić, wiązać w
kółka wzajemnej adoracji i oczestniczyć w feministycznych sabatach
czarownic bądź zamkniętych samczych spędach.
Życie było kiedyś prostsze –
zostałam wychowana bez usilnie wtłaczanych genderowych wzorców,
mogłam nosić sukienki i spodnie, bawić się z dziewczynkami i
chłopcami, łazić po drzewach i przebierać swoje lalki Barbie. Nie
raz już zresztą dziękowałam publicznie za ten dar dorastania w
latach 90., kiedy polskie przedszkola i podstawówki nie były
jeszcze przeżarte irracjonalnym lękiem przed potworem genderem.
Nie wymawiaj imienia potwora swego na
daremno – dziś gender jest przyprawą każdego durnego żartu,
wypełniaczem każdej ciszy, w której zabrakło argumentu.
Jestem dziewczyną, która nosi
garnitury i chłopakiem, który ubiera się w sukienki. A nasze
społeczeństwo – także społeczność LGBTQ, o zgrozo – jest
tragicznie niedoinformowane i zamknięte, jeśli chodzi o sprawy
trans*. I coraz boleśniej to słyszę, widzę, odczuwam. Z każdą
sytuacją, gdy osoby wokół mnie rzucają żartami o transach (nawet
w towarzystwie "młodych, wykształconych i z dużych ośrodków
miejskich" nie jest to rzadkie zjawisko), widzę, jak bardzo
przesunięta jest granica świadomości tego, co krzywdzące i
niestosowne. Nauczyliśmy się jako społeczeństwo, że z niektórych
rzeczy po prostu można żartować, można być opornym na edukację,
bo istnieje na to powszechne przyzwolenie. Podobnie zresztą jak przyzwolenie na
żarty o Żydach, ale to temat na osobny felieton.
Ostatnio zauważyłem – nie oszukujmy
się, duża część tego felietonu to wynik mojej osobistej
perspektywy, a nie tylko obserwacji otoczenia - że w kryzysowych
chwilach, w załamaniach emocji, ale też w zwyczajnych mniej
pogodnych dniach bardziej uwydatnia się moja męska strona.
Bardziej, co nie znaczy, że nie towarzyszy ona chwilom szczęśliwym
– w przeciwnym razie rozważałabym, czy faktycznie od strony
identyfikacji płciowej wszystko ze mną w porządku. Ale nie
rozważam, ja to wiem, i mogę to przyznać sam.a przed sobą. A może
ta kryzysowa męskość to tylko przejaw queerowej natury, która już
wiele rzeczy w moim życiu odwróciła wbrew obowiązującym kodom
genderowym?
Ciało wydaje się czasem buntować
przeciwko podstawowym informacjom zawartym w DNA. Włosy, mięśnie,
głos wydają się słuchać poleceń tej części mózgu, która
czuje coś innego niż jest zapisane w dowodzie. To jeszcze jeden
dowód na fakt, iż bycie pomiędzy płciami jest naturalną
predyspozycją, sugestią umysłu, której słucha organizm, i na
odwrót. Pomimo licznych naukowych dyskusji na ten temat, poza
suchymi badaniami pozostają też żywi ludzie, będący dowodami tej
różnorodności. A co z tymi, którzy cierpią w odwrotny sposób,
jako mało wiarygodni/-e w swojej biologicznej, całkowicie
akceptowanej wewnętrznie płci? Modelka Rain Dove – jeden z wielu
przykładów - zawsze z dumą podkreśla, że jest i czuje się
kobietą, mimo że ze swojej skrajnej androgynii uczyniła narzędzie
pracy.
Chciałbym umieć wybierać, łatwo się
ograniczać. Zarówno w sferze osobistej, jak i artystycznej –
tylko jedna dziedzina, w której byłabym wyuczona i najlepsza,
niczym muzyk od dzieciństwa kształcony do gry na skrzypcach czy
fortepianie. Ale przyjmuję z całym dobrodziejstwem inwentarza
świat, który nie jest czarno-biały i nie daje gotowych rozwiązań.
Panie pilocie, wchodzimy w przestrzeń
widoczności.
PS. Polecam genderową lekturę, pisaną
na poły biograficznie, która otworzyła mnie na nowe horyzonty
myślenia o płci – amerykańską klasykę gatunku, oczywiście
niewydaną po polsku (jednak w razie wielkiego pragnienia piszcie –
mogę udostępnić skany): "Transgender Warriors"
zmarłej_go niedawno Leslie Feinberg_a.