środa, 5 października 2016

Moim przyjaciołom konserwatystom

(Tytuł to gorzka parafraza tytułu cyklu "Moim przyjaciołom Żydom", gdyby ktoś jeszcze się nie zorientował. Gorzka parafraza, bo sens serii kolaży Władysława Strzemińskiego o tej nazwie zasadzał się żałobie po Holokauście, na cierpieniu i współczuciu. W konserwatystach nie ma cienia współczucia dla ofiar przemocy wobec kobiet i osób o żeńskich narządach płciowych. Ja natomiast nie mam przyjaciół-konserwatystów. Ale znajomych - owszem.)

"W piekle jest specjalne miejsce dla kobiet, które nie wspierają innych kobiet" – słyszałyście/liście to kiedyś? Wcale nie chodzi o to samo piekło, do którego zapewne poszła Maria Czubaszek, bo w niebie obowiązuje zakaz palenia. Moją czarę goryczy w tej sprawie przelały wczoraj słowa osoby o skrajnie innych od moich poglądach, deklarującej się jako zagorzała katoliczka, i wszędzie rozsiewającej pyłki dobrej chrystusowej nowiny i bożej miłości oraz tradycji polskorodzinnobogoojczyźnianokatolickiej. Pytacie pewnie, po co podnoszę sobie ciśnienie, zachowując takie (dawno już wygasłe w świecie realnym) znajomości na Facebooku?  Otóż nie uważam, że odgradzanie się murem i zamykanie w lewaczej krainie szczęśliwości i marzeń o równych prawach było rozsądnym wyjściem. Toleruję więc te głosy z innego świata z zawodową ciekawością kulturoznawcy. Ale kiedy widzę z uporem maniaka powtarzane frazesy o dzieciach nienarodzonych, stawiające kobiety usuwające ciąże na pozycji samego diabła z rogami i kopytami i/lub rozpasanych samolubnych dziwek, kiedy patrzę na dane porównujące rzekome liczby "abortowanych dzieci z zespołem Downa" (według tych danych - dużo) do ogólnej liczby legalnych aborcji, robi mi się słabo z wściekłości. Kto mieczem wojuje, od miecza ginie - a jednak mam ochotę życzyć autorkom takich postów samotnego wychowywania gromadki ciężko upośledzonych dzieci. Hamuję się jednak przed tym życzeniem bo wiem, że nie czyni mnie ono lepszym człowiekiem od tych, którzy chcą skazać polskie kobiety na śmierć, cierpienie i przerażającą niewiedzę, wynikającą z zaostrzenia wiadomej ustawy.

Wiadomo prawie na 100%, że nie przekonamy siebie nawzajem – ani tak zwani prolajferzy nie wmówią setkom tysięcy kobiet i ich sprzymierzeńców swoich racji, ani my nie przebijemy się przez gruby kokon (czy nie powinnam napisać "kaftan"?) przekonań, w które uparcie wierzą. Różnica między nimi a nami polega na tym, że my nie zmuszamy nikogo do swoich racji. To jeden z największych paradoksów prawicy – mając większość, chce forsować ustawy, w myśl których większość będzie miała jeszcze większą większość, przewagę nad słabszymi, gorzej ustawionymi w życiu i nieumiejącymi się bronić – i chodzi tu o życie jak najbardziej narodzone. Przy najmniejszej próbie oporu, dotknięci do żywego zwolennicy "racji mojszej" zasłaniają się frazesami o rzekomym braku tolerancji wobec ich – tak strasznie uciskanych w tym momencie – przekonań i praw. Praw, które na co dzień forsują większością w parlamencie. Praw, z którymi wchodzą do naszych żyć, domów i pod nasze kołdry.
Kończy mi się cierpliwość do kulturalnych dyskusji ze "znajomymi o odmiennych poglądach", bo są rzeczy, które nie są kwestią poglądów, ale praw człowieka, i mój podobno cywilizowany kraj ma zasrany obowiązek mi je zapewnić. Jasne, możemy kręcić się wokół własnego ogona i kulturalnie nie zgadzać się w kwestiach światopoglądowych, ale to do niczego nas nie zaprowadzi. Mam dosyć. W swoim ateizmie najbliżej mi do buddyzmu, ale nie wpierdalam się z jego naukami na siłę w życia innych ludzi. Nie będę dłużej udawać, że wasze głoszenie "dobrej nowiny" mnie nie rusza. W cywilizowanym świecie istnieje coś takiego jak prawo do prywatności. W tym momencie moje własne państwo – kraj pochodzenia, urodzenia, zamieszkania, kraj, w którym w sumie przez większość życia było mi dobrze – wkracza z butami w tę prywatność i właściwie molestuje mnie seksualnie.
Tzw. prolajferzy (których rozsądniej byłoby nazwać antylajferami) zasłaniają się banerami z Hitlerem i hasłami o mordowaniu dzieci – przywłaszczając sobie w obrzydliwy sposób historię i odwracając w tym kontekście kota ogonem. Tak wielu pięknych chłopców prawicy, po zwinięciu transparentu z demonem III Rzeszy, pójdzie napaść w imię tzw. miłości do ojczyzny dokładnie tych samych ludzi, których chciał wymordować Hitler – tych o ciemniejszej skórze, tych trzymających za rękę osoby tej samej płci. Także tych niepełnosprawnych intelektualnie i fizycznie, bo oni też zawadzali we wprowadzeniu w życie planu powstania wielkiego aryjskiego narodu niemieckiego w latach 40. XX wieku. Tylko te obrzydliwe lewaki ośmielają się wciąż bronić słabszych, przeszkadzając w realizacji planu tworzenia Wielkiej Polski.
Nie chodzi o mordowanie z zimną krwią zarodków, z których rozwinęłyby się uśmiechnięte dzieciaczki z zespołem Downa. Nie wierzę, że wciąż trzeba to powtarzać. Chodzi o dzieci tak zniekształcone i chore, że nie będą w stanie funkcjonować samodzielnie, cierpiące i powodujące cierpienie swoje i rodziców. A zresztą, o dzieci z zespołem Downa też – bo i one w końcu zostaną bez rodziców (człowiek starzeje się i umiera, taka kolej rzeczy). Zapraszam Was, szanowne kobiety prawicy, żebyście zorganizowały opiekę, zapewniły byt i wsparcie psychologiczne, a wreszcie tak elementarną rzecz jak miłość setkom, a może i tysiącom takich dzieci. Naprawdę czekam na taki gest z Waszej strony.

Halo, czy jest ktoś na sali? Ach, zapomniałam, już dawno porzuciłyście lekturę i poszłyście zajmować się swoimi zdrowymi dziećmi w swoich dostatecznie majętnych domach. Ewentualnie złapałyście za transparent ze zdjęciem martwego płodu pochodzącym z podziemia aborcyjnego, bo trzeba przecież pogonić tych wstrętnych lewaków i lewaczki, które regularnie fundują sobie ryzyko wykrwawienia się na śmierć, stosując drogą aborcję wykonaną w podziemiu jako metodę antykoncepcyjną. To przecież takie oczywiste i logiczne. 

[grafiki - Pogotowie Graficzne]




wtorek, 14 czerwca 2016

Żałoba. I co dalej?

Niedzielne wczesne popołudnie, uczestnicy i uczestniczki Parady Równości dopiero trzeźwieją po rozlicznych afterach, budzą się późno, robią kawę, oglądają zdjęcia z wczoraj, wchodzą na Facebooka. Ja także, nie inaczej. I od razu trafiam na kilka linków, umieszczanych w tamtym momencie jeszcze wyłącznie przez znajome osoby lub strony spoza Polski. "Orlando? To chyba ta powieść Virginii Woolf?" - to była moja pierwsza, spontaniczna i nieprzemyślana reakcja.

Milczenie = śmierć, więc proszę mi tu nie pierdolić 
o prowokowaniu przemocy poprzez pokojową ekspresję płci i oriemtacji


Jeśli mnie znacie, wiecie być może, że etap radosnego, młodzieńczego, pełnego zapału aktywizmu na rzecz interesów grupy LGBTQ mam już dawno za sobą. Działam na tym polu oficjalnie od prawie pięciu lat, nieoficjalnie jeszcze dłużej. Dostrzegam coaz więcej wad i słabych punktów polskiego ruchu na rzecz osób nieheteroseksualnych i transpłciowych – niektóre z tych wad to wykwit ostatnich lat i miesięcy, niektóre istniały już znacznie wcześniej.
Myślałam, że oddalam się od środowiska, że czas największego aktywizmu mam za sobą. Zmieniło się moje położenie życiowe i potrzeby, priorytetowe postulaty. Kiedy zaczynałam – jeszcze nieoficjalnie, bez przynależności do stowarzyszenia, bez kontaktów – byłam wciąż nastolatkiem, wchodzącym w świat klubów, marszów, parad, zafascynowanym powierzchownie rozumianymi "gwiazdami" sceny LG (bo B, T i Q jak zwykle znajdowało się na uboczu, i ta sytuacja akurat się w Polsce specjalnie nie zmienia). Przeżywałam pierwszy związek z dziewczyną, coming out, miałam pomysły, energię, wewnętrzny mobilizujący i produktywny sprzeciw i wkurw. Nigdy nie identyfikowałam się z lesbijskością jako taką, zawsze stojąc pośrodku, ale liceum i pierwsze lata po nim były czasem, kiedy świat lesbijek był mi szczególnie bliski – nawet, jeśli stałam i stoję w nim tylko jedną nogą. Po kilku latach od tamtego czasu mam nie tylko doświadczenie w działaniu, ale i jasno sprecyzowane potrzeby. Lekcją, którą ruch LGBTQ w Polsce wciąż ma do odrobienia, jest fakt, że każdy członek tej społeczności jest inny, natomiast wszyscy powinni zostać wysłuchani.
Tak więc owszem, myślałam, że coraz mniej mnie łączy ze środowiskiem działaczy i innych osób LGBTQ. Mnie, osobę biseksualną, niemonogamiczną, niebinarną płciowo, sceptycznie nastawioną do instytucji małżeństwa, niepragnącą posiadania dzieci. W sytuacjach takich, jak tragedia w Orlando, boleśnie przypominam sobie, że wciąż jestem częścią tej grupy. Dlaczego? Bo mi zależy. Bo mam bezsilną świadomość hipokryzji i ignorancji, która sprawia, że prezydent naszego kraju wyraża w elegancki, oficjalny sposób współczucie wobec ofiar, chociaż jego (i nie tylko jego) partia na co dzień napędza spiralę nienawiści i ignorancji wobec osób niełapiących się w schemat białego, heteroseksualnego Polaka-katolika. "Islamiści nienawidzą gejów", tłumaczą teraz zaistniałą sytuację katolicy nienawidzący gejów. Paradzie Równości natomiast nie patronuje prezydent stolicy (a to standard na wielu paradach w innych państwach), a wizyty Hanny Gronkiewicz-Waltz pod ambasadą USA doczekaliśmy się dopiero dzisiaj, dzień po oficjalnym złożeniu kwiatów i zniczy w tym miejscu. Last but not least – media unikają słów "klub gejowski" jak ognia, zastępując je słowami "klub nocny". Unika ich też potępiając zamach papież Franciszek, tak bardzo lubiany przez wiele osób z sercem po lewej stronie. Popularny w mediach społecznościowych hashtag "Pray for Orlando" to obłudna etykietka, tanie wzruszenie; my, osoby queer, nie będziemy się "modlić", bo to religijny fanatyzm, z którego wynikają uprzedzenia wobec inności, doprowadza do takich tragedii.



Każdy dzień przynosi teraz nowe wiadomości w tej sprawie – okazuje się na przykład, że sprawca masakry w Orlando, poza tym, że owszem, był wyznawcą Islamu, nie był "świeżym" imigrantem do USA, a jedynie synem imigrantów; ponadto bijał żonę i wprost nienawidził gejów, o czym raczył poinformować świat jego ojciec. Możliwe też, że największą rolę odegrała tu zinternalizowana homofobia (bifobia?), bo Omar Mateen był widywany wcześniej w klubie Pulse oraz posiadał konta na portalach randkowych dla mężczyzn. Polska społeczność LGBTQ w tej sytuacji wytrwale dokłada swoje trzy grosze do internetowego festiwalu islamofobii, natomiast wczoraj na spotkaniu pod Ambasadą USA w Warszawie pojawiło się może ze sto osób. Parada w sobotę na 35 tysięcy – stypa w poniedziałek na setkę ludzi. Plus dyskusja w Krytyce Politycznej dzień przed Paradą na temat tzw. clicktywizmu i nastawienia, w myśl którego "lajki na fejsie" są równoznaczne z czynnym aktywizmem – dyskusja na dziesięć osób, znających się działaczy (pozdrawiam Was serdecznie!). Jak można cokolwiek zmienić w ten sposób? Sama obecność na Paradzie, utożsamianej raczej z zabawą niż polityką, nie wystarczy – tymczasem na marszach KODu potrafi się pojawić trzy razy więcej starszych, zapracowanych, mających rodziny, dzieci i obowiązki osób. Może czas wziąć przykład?
Nie jesteśmy super, wyjątkowi, niesamowici i godni podziwu tylko z powodu naszej orientacji. I owszem, jest wśród nas sporo przegiętych ciot, których tak bardzo nie lubią ogłoszeniodawcy z portali randkowych, wytrwale szukający dla siebie "normalnych gejów". I cóż z tego? Po raz kolejny powtarzam – argument o prowokacji jako usprawiedliwieniu dla przemocy jest pusty jak wydmuszka. Duża część społeczności zachowuje się tymczasem, jak gdyby bycie muzułmaninem automatycznie wykluczało orientację inną niż heteroseksualna i posiadanie bardziej otwartego umysłu. Ponadto, ofiary z Orlando to ofiary homo- i transfobii – bo bifobia to nasz syf i problem wewnętrzny. Jesteśmy koszmarnie zdezintegrowani jako środowisko. A tymczasem gówno byśmy mieli, a nie widoczność, gdyby nie pierwszy akt dumy i wyzwolenia - zamieszki w Stonewall – wywołane w dużej części przez kolorowe transkobiety, a nie białych gejów z klasy średniej.

Z drugiej strony - w czasach mediów społecznościowych żałoba to nowy rodzaj show. Celnie udokumentował mechanizm działania takiej pokazowej żałoby, rozpędzającej się do poziomu narodowej histerii, artysta Artur Żmijewski (ten drugi Żmijewski) w swoim filmie "Katastrofa" o katastrofie smoleńskiej. Można unikać zatem dokładania się do zbiorowej żałoby w internecie i całkowicie to rozumiem, więcej – to też nie dla mnie. Mimo to, jakoś nie potrafię zrozumieć całkowitego olewactwa, braku uczucia wspólnoty z własną społecznością w tych strasznych dniach i coraz bardziej niespokojnych czasach. Przychodząc wczoraj pod ambasadę, witając się z tyloma milczącymi, otwarcie zszokowanymi i zrozpaczonymi znajomymi, przez jedną słodko złudną minutę miałam uczucie, że naprawdę jako społeczność stanowimy coś na kształt rodziny. A potem policzyłam zgromadzonych, co momentalnie rozwiało moje złudzenia.

Dziś poznaję nieheteroseksualnych nastolatków, którzy – sporo młodsi ode mnie, bo to ten wiek, kiedy cztery, sześć czy osiem lat robi jeszcze różnicę – są zupełnie inni niż ja. I przede wszystkim, żyją w innych czasach. Z każdym rokiem osoby nieheteroseksualne uzyskują bowiem większą widoczność, ale dyskusja o naszych prawach zdaje się rozwijać wprost proporcjonalnie do poziomu nienawiści. W ostatnich miesiącach zresztą tę dyskusję można by porównać do ogromnego gara z dżemem truskawkowym, wstawionego na maksymalny płomień, chociaż w przepisie stało jak byk, że należy gotować na wolnym ogniu. Nakrywasz taki garnek pokrywką, a tam w środku coraz bardziej wszystko wrze i bulgocze, i nieuchronnie musi się z wierzchu wylać coś czerwonego, choć jest prowizorycznie przykryte, a pod spodem przypalić.

Co teraz? Najgorsze co może zrobić społeczeństwo, w tym społeczność LGBTQ, to uznać, że tragedia dotyczy tylko osób nieheteroseksualnych, gdzieś tam, na Florydzie. Bo problem jako żywo mamy tutaj, w Polsce, coraz większy z każdą burdą wywołaną przez narodowców i dopuszczaniem do głosu w telewizji posłów ze skrajnej prawicy. Widoczność grup wykluczonych to szansa na przyzwyczajenie ludzi do naszej nieuniknionej obecności. Widoczność skrajnych opcji to tylko znak, że pozwalamy na dyskusję opartą na zastraszaniu. Czyli właściwie żadną dyskusję, a burdę. A sprowokować to może jeden trzylatek drugiego trzylatka, dając mu po głowie grabkami w piaskownicy. Tyle w temacie.

Na koniec kolejny coming out: ja też jestem taką trochę emocjonalną (pół)ciotką, w dodatku nieprzytomnie zakochaną w latach 80. A więc zgodnie z najpłytszymi stereotypami, kiedy jest mi smutno, zjeżdżam w lekką patetyczność i słucham smutnych piosenek. Takich jak ta. I ta druga, dla odmiany.




poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Ruletka, performens i blizny

(to jest jedna z nielicznych dobrych polskich wokalistek, słuchajcie Julki Marcell)

Zacznę lekkim sentymentem. Kiedy byłam małą dziewczynką (ponieważ owszem, były czasy kiedy myślałam o sobie jako o stuprocentowej dziewczynce i nie wstydzę się tego; nie ma to też żadnego wpływu na moja obecną identyfikację) kilkakrotnie zdarzyło mi się zadać owo mityczne pytanie – jak zareagowałaś, mamo, na wieść o tym, że będziesz miała dziecko? Nie "skąd się wzięłam", ale właśnie "jak zareagowałaś na wieść, że twoje życie wywróci się z moją pomocą o 180 stopni?".
Odpowiedź, o ile pamiętam, bywała zawsze taka sama – "nie planowałam dziecka, ale bardzo się ucieszyłam". Jestem jej wdzięczna. Nie, nie za to, że łaskawie postanowiła mnie urodzić. Bardziej za to, że wraz z urodzeniem poniosła wszystkie fizyczne i psychiczne konsekwencje bycia matką – od nieprzespanych nocy, przez przerwy w pracy z powodu moich chorób, do rozważań, za co kupić urodzinowe czy gwiazdkowe prezenty.
Powinnam też oczywiście być widzięczna tacie – nie za skądinąd przyjemną robotę, którą wykonuje się, by sprowadzić dziecko na świat. Tak po prostu się stało i tyle. Gdyby nie pewne uwarunkowania biologiczne, ułożenie planet, przeznaczenie i/lub zawodna antykoncepcja (nie jestem w stanie stwierdzić, który z tych czynników w zamierzchłych początkach roku 1992 miał największe znaczenie), po prostu nie byłoby mowy o czymś, co finalnie urodziło się jako ja. Co za tym idzie, istniał.abym lub nie jako zupełnie inny człowiek, z innym życiorysem, twarzorysem i doświadczeniami. Nie ma sensu zastanawiać się i być wdzięcznym za życie, którego mogłoby nie być, bo – co zupełnie logiczne – w innym przypadku w ogóle by go nie było. Takie czysto filozoficzne rozważania. Co zaś się tyczy Taty, mogę być i jestem mu wdzięczna za wzięcie odpowiedzialności, opiekę, miłość i bycie zawsze obecnym ojcem. Ja miałam to szczęście – wiele dzieci go nie ma.

Mogę zastanawiać się co by było, gdybym sam.a zaszła w ciążę i zdecydowała się urodzić. Takie gdybanie nieźle przygotowuje człowieka na ewentualne życiowe niespodzianki, zwłaszcza w kraju takim jak Polska. Jedno wiem na pewno – fakt wejścia w tak intymny i z definicji przypisany kobiecości proces, jakim jest ciąża i poród, zniszczyłby mnie wewnętrznie i wpędził w głęboką dysforię płciową. Myślę, że osoby mające zaburzenia percepcji własnych kończyn doświadczają podobnego uczucia. Coś rosłoby bowiem wewnątrz mnie, i nawet będąc owocem miłości do potencjalnie ważnej osoby wywoływałoby uczucia, których nigdy czuć nie chcę. Ba, uczucia – przestańmy udawać, że tylko o uczucia tutaj chodzi.

Najdurniejszy argument, jaki dane mi było usłyszeć o tak zwanych obrońców życia (choć na zdrowy rozum wiadomo, że nie bronią oni życia, a jedynie własnych obwarowanych murem poglądów), to "nie chcesz dzieci – przestań uprawiać seks". Coś jak "nie chcesz zmoknąć – nie wychodź z domu, kiedy jest pochmurno". Przesiedź całe życie w zamknięciu, nie realizuj swoich pragnień, w końcu popadnij w obłęd. Inny durny argument – "najgłośniej krzyczą pro-choice'owe feministki-lesbijki". Gruba nieprawda. Ostatnio najwięcej silnych głosów pochodzi od matek, które z miłością i oddaniem wychowały już jedno, dwoje, troje dzieci. I nie chcą rodzić więcej. Bo zwyczajnie nie stać ich, by zapewnić temu kolejnemu dziecku godziwą egzystencję.

Nie zostałam nigdy w życiu zgwałcona, napastowana, molestowana – ani w dzieciństwie, ani w dorosłości. No, chyba żeby liczyć te niewybredne odzywki, które "zdarzają się przecież każdej", albo dwie sytuacje, w których dotykał mnie ktoś, komu nie dałam do tego upoważnienia. Raz zostałam złapana na ulicy za tyłek, drugi raz pijany znajomy posuwał się w tańcu zbyt daleko za granicę definicji naszej znajomości. Obie sytuacje zbyłam gwałtowną odmową, ucieczką, sytuacja nie zrobiła się poważna. Miałem szczęście. To jednak nie sprawia, że nie mogę się wypowiadać na temat prawa do aborcji. Zapobiegać, nie leczyć – to hasło, które od zawsze przyświecało rozsądnym przedstawicielom nauk medycznych. Cieszę się więc, że nigdy nie musiałam stawiać się w sytuacji osoby skrzywdzonej na tle seksualnym, i jednocześnie pragnę czerpać wiedzę i naukę, wzamian dając swoje wsparcie ze świadomością, że w życiu trzeba być przygotowanym na wszystko.

Kolejny argument wzięty z odwłoku – "dzieci z gwałtu to też dzieci". Oczywiście, przecież nie kosmici. Szanuję decyzję każdej kobiety, która z różnych powodów zdecydowała się urodzić dziecko, które nigdy nie pozna swojego ojca – przynajmniej nie w roli ojca (ale zdarza się, ze gwałciciel będzie bezkarnie funkcjonował gdzieś obok długie lata jako "przyjaciel" rodziny czy nawet – w ekstremalnych, ale niestety wcale nie takich rzadkich przypadkach – wewnątrz niej). Najzdrowiej byłoby jednak, gdyby to kobieta sama mogła zdecydować, kiedy zdecyduje się na potomstwo. Rysuje się tu podstawowa różnica między ruchem pro-choice a tak (fałszywie) zwanym pro-life: pierwszy nie zmusza osób noszących ciążę do jakiejkolwiek decyzji, a jedynie wspiera i pomaga w jej spełnieniu, niezależnie od tego, czy osoba zdecyduje się usunąć, czy urodzić. 



Osobiście wychowuję i chcę mieć jedynie kota. Wkładam w utrzymanie i odpowiednią kondycję psychofizyczną tej drobnej istoty wiele serca i zaangażowania.

Od tematu ustawy antyaborcyjnej, tak żywo poruszającego ostatnio opinię publiczną i dzielącego nawet dobrych przyjaciół (do jasnej cholery, mogę dużo zrozumieć, ale poparcia dla tej ustawy nie zrozumiem) można swobodnie przepłynąć do sportu narodowego, jakim stało się ostatnio dla Polaków chodzenie we wszelkiej maści marszach. I did it before it was cool, możnaby powiedzieć, ale nie w tym rzecz. Wkurwia mnie dzielenie osób walczących o zachowanie demokracji w Polsce na grupy (żeby nie powiedzieć - sorty) lepsze i gorsze, zwłaszcza, że takie dzielenie uprawiają często działacze w zakulisowych, ale też całkiem jawnych konwersacjach. Dlatego tak dobrze było zobaczyć na VI Łódzkim Marszu Równości tak różnorodny, liczny (grubo ponad 400 osób!) tłum, ludzi, którym zależy na spokojnym życiu w demokratycznym państwie, choć pochodzą z różnych ugrupowań, inicjatyw i środowisk. Rozumowanie, w myśl którego marsze to domena radykalnej prawicy i młodzieżowej, rozpasanej lewicy, szkodzi i dezintegruje grupy, które nie są może bez rys na wizerunku (vide wystąpienie reprezentanta łódzkiego koła partii Razem przed sobotnim marszem równości), ale cele mają podobne, jeśli nie takie same. A wspólnego działania, porozumienia, dyskusji, a nawet serdeczności w kontaktach potrzeba nam teraz szczególnie, bo mamy w Polsce wspólne problemy. Wiele wspólnych problemów i podwójnych, potrójnych, poczwórnych wykluczeń. Patrząc na łódzkie marsze doskonale widzę, że mit o lansiarskiej lewicy dzierżącej tę nieszczęsną sojową latte to (w przypadku Łodzi na pewno) jeden wielki bullshit.
Nie pojmuję także, skąd bierze się – mimo nawoływań i tłumaczeń, co oznacza wspólny interes polityczno-społeczny – rozumowanie, w myśl którego "marsze są dla aktywistów", ewentualnie "gejów z piórami w dupach" (konia z rzędem temu, kto mi pokaże pióra w dupie na marszu równości! Wydaje mi się, że wielu czeka na to legendarne pierze z napięciem graniczącym z ekscytacją).

Wreszcie – zaczynam być dobra w łódzkich planach maksimum, oblatywaniu kilku imprez lub znajomych czy rodziny w jeden dzień i błyskawicznym zaleczaniu kaca, aby jakoś prezentować się na herbacie u babci. Po drodze (lub po prostu w marszu, na którym nie nadąża człowiek z witaniem osób, z którymi łączy go cała gama relacji – praca aktualna lub dawniejsza, minione szkolenia, bycie znajomym znajomego, sentymenty czy nawet niemal rodzinne koligacje) miewam niespodziewane spotkania z dawno niewidzianymi ludźmi, które przeważnie grzeją mnie od środka. Są relacje, których elementy zostają na zawsze wewnątrz, choć z czasem przestają boleć tak jak na początku, zabliźniają się, zrastają z ciałem. Są jak blizny, które po jakimś czasie zaczyna się lubić. Myślę sobie wtedy – popieprzone masz życie, ale czasami gdzieś tam u góry kulka ruletki wpada do odpowiedniej szczeliny i w czysto losowy sposób następują rzeczy, które pozwalają ci nie zwariować. A wierzcie mi na słowo, że ostatnio znów bywa niewesoło.

Wydarzenia ostatniego weekendu zbiegły się w czasie z moją pracą nad prezentacją o jednej z najważniejszych dla mnie artystek performatywnych, artystek w ogóle, swoistej matki chrzestnej mojego podejścia do ciała w sztuce performatywnej (choć nigdy nie byłam i nie będę tak silna i radykalna jak ona. Zacznijmy od tego, że ostatnio nie jestem performerem w ogóle, ale powrócę. Wszystko po kolei). Po raz kolejny oglądałem https://www.youtube.com/watch?v=OS0Tg0IjCp4 dziś Marinę Abramović, która wyżyna ze mnie emocje niczym z wilgotnej gąbki, choć przecież "Artist is present" to tylko film dokumentujący jej retrospektywną wystawę w MoMA. Wystawę przypominającą prace, z których wiele było wyrazem związku, niemal symbiozy z Ulayem, drugim wielkim performerem. Czy jest fair przerywać zaplanowaną strukturę (jakkolwiek nie byłby to w przypadku performansu oksymoron), przychodząc, aby w ramach sztuki popatrzeć w milczeniu na osobę, z którą łączył cię najbardziej intensywny i produktywny związek w życiu? Ze wszystkich ludzi na Ziemi, Ulay jako jedyny ma prawo zaburzyć tę graniczącą z aktorstwem strukturę, wywołując - wyrywając – emocje z Mariny. Kiedy Marina płacze na widok Ulaya, widz płacze razem z nią – pod warunkiem, że podziela doświadczenie ponownego przyzwolenia na pewną bliskość po długim czasie pustki.

I taki to właśnie miał być tekst. O prawie wyboru, zgromadzeniach we wspólnym interesie i o tym, jak wszystko w życiu syntetycznie łączy się w myśl pokrętnej logiki. Jak w pewnym utworze, który wrócił do mnie nagle i nie chce odejść.

Diorama – Synthesize me



piątek, 27 listopada 2015

Samotny pasażer / samotna pasażerka

W ostatnich niepewnych i przepełnionych zawirowaniami społeczno-politycznymi miesiącach wielokrotnie chciałam zabrać głos w formie szerszej niż pojedynczy wpis na Facebooku. Co więcej, mam wrażenie (i nadzieję), że kilkoro z Was po cichu na to liczyło. Tym bardziej, że ostatnie problemy i zdarzenia nie zdezaktualizowały się, a jedynie połączyły w dość spójną całość, czego zaraz dowiodę.

Nie jestem ze specjalnie jeżdżącej rodziny. Nie było wśród nas – i z jednej, i z drugiej strony – imigrantów z innych niż Polska krajów, wielkich podróżników (chyba, że zaliczymy tu kolejarskie tradycje pradziadka i prawuja), multikulturowych małżeństw; moja historia jest biała i nudna. Krąży gdzieś między Łodzią a Warszawą, zarówno od strony matki, jak i ojca; gdzieś zahacza o Łowicz, gdzieś o inne wiochy położone w centrum Polski na płaskim terenie.
Co nie znaczy, że tutaj nie podróżowano. Podróżowano mniej, bo mniejsze były możliwości. Jestem w rodzinie chyba pierwszym pokoleniem, które może jeździć po świecie bez pozwoleń, koneksji i zbytnich starań. Dziś podróże są łatwiejsze, a ludzkie masy mieszają się w naturalny sposób. Podróżowałam od początku – pół życia w pociągach, autobusach, z plecakami, na dworcach. Od poczatku na kempingach, które nawet w latach 90. nie były szczytem luksusu, zwłaszcza jeśli miało się na stanie współmałżonka, dziecko, psa i namiot typu trójkątnego. Ale nikt z nas nie narzekał – i myślę, że osobom wychowanym w Polsce lat 90. nie trzeba tłumaczyć, dlaczego.
To na pewno mniej, niż podróżują niektórzy. Można nabawić się kompleksów, kiedy słyszysz, jak inni kupują tanie bilety byle gdzie i jadą w nieznane, często sami. Te artykuły w Wysokich Obcasach "rzuciła pracę w korpo i pojechała stopem przez pół Ameryki" – za każdym razem, gdy widzę taki tytuł, czuję szarpniecie zazdrości, przypływ podziwu, ale i realizmu. Ja nie mam czego rzucać, a po dwóch dniach samotnej podróży popełniłbym samobójstwo z samotności.

A jednak podróże dały mi kilka wspomnień, których nie zamieniłbym na nic innego, i które dowodzą, że wcale nie mam na tym polu takich małych osiągnięć. Nigdy nie zapomnę jazdy zatłoczonym po brzego pociągiem do Jarocina (miałam jakieś 16 lat), noszenia potwornie ciężkiego turystycznego plecaka na wyjeździe do Szwecji (9 lat) czy pierwsza w pełni samodzielna podróż samolotem (23 lata, i mam powody do dumy, bo odnalazłam się na lotnisku, zorganizowałem, a po czterech dniach i dwóch godzinach w powrotnym samolocie powróciłam cały i zdrowy). Nie wożono mnie na smażenie się w, dajmy na to, egipskim słońcu, w hotelu na drugim końcu świata. I szybko złapałam bakcyla polegającego na tym, że po prostu muszę pojechać gdzieś za granicę raz na pół roku (najczęściej chodzi o Berlin). Jedni nazywają to brakiem dorosłości i życiem bez przygotowania do samodzielności. Ja zaczynam mieć te opinie w dupie, bo od dawna balansuję na krawędzi tego, co powinnam i tego, co bym chciał.a.

To jest jednak niezły mindfuck, jeśli w ciągu dwóch dni jesteś na przykład w trzech miastach. Takie na przykład tournee: w piątek występ na imprezie w Warszawie, w sobotę koncert w Łodzi, w niedzielę wyjazd na Dolny Śląsk. Zdarzało się. Ciężko nadążam nad tą zmianą otoczenia zwłaszcza, jeśli podróżuję skandalicznie niewyspana, co zdarza się często. A co dopiero muszą czuć muzycy w trasie? Osobiście jestem gotowa wybaczyć im wszystkie potknięcia związane z krzyczeniem ze sceny nazwy niewłaściwego miasta. Jestem gotów wybaczyć nawet Stevenowi Forrestowi – dzieciakowi, który grał w Placebo na bębnach przez dwie płyty, a potem się zwinął (czego już tak łatwo wybaczyć mu nie mogę) – że na pewnym uroczym filmie z okolic roku 2009, zapytany przez kolegów z zespołu "Steve, gdzie dziś jesteśmy?" potrafił odpowiedzieć tylko "eeeeee....". Tak, czasami miewam chwile zawieszenia i zastanawiam się, czy wsiadłam do dobrego pociągu, a potem, na jakim ja właściwie dworcu jestem. Naprawdę. Dobrze, że nienawidzę latać i ogarniczam podróże samolotem do minimum, bo gdyby doszedł do tego jet lag...

Jest tylko jedno ale. Dawno temu już uznałam, że przydałaby sie druga osoba do podróżowania. I przerobiwszy jedną taką osobę, a potem kilkoro innych potencjalnych partnerów, stwierdzam, że łatwo nie jest. Bo pomarzyć można, ale życie weryfikuje, czy drugi człowiek ma przysłowiowe jaja, by z tobą podróżować. Bo podróżowanie to jest, wbrew temu co można na czystą logikę przypuszczać, czynność bardzo intymna. Pamiętacie tę scenę z wielkim korkiem w centrum Londynu i przyczepą kempingową w Bridget Jones? No właśnie. A to była tylko krótkodystansowa podróż.

Natomiast z każdą osobą uciekającą do Anglii czuję boleśnie, że mała część mojego dotychczasowego życia się kończy. Wiem, ze kompleks niepodróżowania jest mocno wyolbrzymiony. Poza tym, po pierwszym szoku każde miejsce staje się – dobrą lub złą - rutyną. Tą dobrą jest dla mnie Berlin, chociaż wiadomo, że najbardziej kochamy to, co jest dla nas niecodziennym świętem. Złą chyba stałoby się każde szare robotnicze angielskie miasteczko wypełnione po brzegi polskimi robotnikami, nawet gdyby w tym tłumie sporą część stanowili moi znajomi.
"Warszawa jest naturalnym etapem w podróży za granicę" – do takiego wniosku doszliśmy ostatnio na imprezie pożegnalnej dla kolejnej osoby, która właśnie wyjechała do lepszego świata, etap warszawski decydując się jednak pominąć. Czy mogę mieć do siebie pretensje, że stawiam małe kroki, nie rzucam się na głęboką wodę i dzikie ambicje, nadal korzystam z pomocy rodziców?

Dzwoni przyszywana ciotka. Gada ze mną, idąc Manhattanem, kupując coś do jedzenia – przez telefon słyszę, jak mówi po angielsku do sprzedawcy. U niej jest czwarta po południu, u mnie dwudziesta druga. Magia telefonu, magia internetu. A jednak nie da się żyć ze sobą przez Skype'a, nie da się prowadzić związków, rodziny. Wiem, tysiące imigantów zarobkowych powiedziałoby co innego. Ale gdyby dano nam możliwość wyboru rewolucyjnego, wymarzonego wynalazku, wielu z nas wybrałoby teleportację. Nie wszyscy, ale wielu z nas na pewno. Te odległości to zresztą moja nawracająca przypadłość, jeśli chodzi o wspomniane związki – od dawna wiem, że potencjalni/e soulmates istnieją, ale w odległościach liczonych długimi godzinami.

Spotkałam w pociągu dziewczynę. Nawet się sobie nie przedstawiliśmy, ale gadaliśmy całą drogę. Głównie o sztuce: zabawne, że na cały pociąg właśnie ona dosiadła się do mnie, by pogadać o miejscach, w których przecinają się nasze życiorysy, życia zupełnie obcych sobie ludzi. Na odchodne rzuciła co prawda raczej wyjęte z kontekstu zdanie, że chciałaby wychowywać dzieci i mieć bogatego męża, a te durne feministki wszystko jej popsuły, ale jakoś nie przestałam jej lubić mniej.
A ten szok, który przeżyło dwoje moich polskich przyjaciół, kiedy wpadli na siebie wychodząc zza rogu w Barcelonie? Jak mawiano w "Notting Hill": surrealistyczne, acz miłe. Więc żyjemy sobie, zajmując zupełnie osobne, wyznaczone miejsca w kosmosie, ale przypadek sprawia, że w danej minucie, w danym miejscu w końcu musimy się spotkać. Nie da się zaplanować życia, a takie wycinki z podróży to chyba jedna z najprzyjemniejszych życiowych przyjemności.

Czuję, że nie należę mentalnie do tego pokolenia, do tego miasta, nie jestem z tych, których eskapistycznym ideałem jest Warszawa, nie dążę, by tam zostać. Nie fetyszyzuję stolicy, śmieszą mnie i irytują piosenki w rodzju "Następnej stacji" Taco Hemingwaya czy "Mokotowa" Lily Hates Roses. Choć ta ostatnia wywołuje jednocześnie pewną nostalgię. Z Warszawą już związana jest spora część mojej osobistej historii. Czy naiwnym jest mieć nadzieję, że znajdę tu choć trochę odpoczynku, choć trochę szczęścia?

Za czasów moich rodziców wiele rzeczy rozwiązywało się łatwiej, bo bezrefleksyjnie – po prostu nie było wielu możliwości. Kończyłeś szkołę, szłaś na studia, brało się ślub z jednym z pierwszych partnerów, często na tych studiach poznanym, bo po prostu niewiele osób myślało inaczej. Nie ośmielano się realistycznie myśleć o studiach za granicą, o jakimś innym, odważniejszym życiu. Owszem, więzy rodzinne i przyjacielskie wiodły czasem przez ocean – tak, jak dzisiaj wiodą często przez morze, do Anglii, i to jest chyba naczelna cecha wspólna dzisiejszych i ówczesnych podróży.
Rodzice J., moi rodzice – nazwijmy ich M i G, zresztą zgodnie z prawdą – nie wychodzili zbytnio poza tę normę. Uczelnia w rodzinnym mieście, ślub, jedno dziecko (choć dopiero po pięciu latach, co do dziś mnie dziwi od strony normatywnej, ale realistycznie patrząc – ileż pięknych rzeczy można razem robić przez pięć lat, tylko we dwójkę!). Jak się okazało, norma nie daje szczęścia, nawet jeśli ma się już tę upragnioną małą stabilizację. To prawda, która dopada w końcu chyba każde nowe pokolenie: są sytuacje, w których nie można zadowolić się wyznaczonym przydziałem szczęścia, choćby było ono wzorowo szczęśliwe.

Niestety, potrzebuję w życiu pewnej regularności, co zmusza mnie do myślenia o ewentualnych kandydatach do wspólnej podróży. Nawet w okazyjnym seksie musi być, poza elementem zaskoczenia, jakaś pewność, inaczej człowiek robi się zwariowany i obsesyjny.
Zastanawiam się, czy to źle, zachować pod twardą powłoką jakiś czuły punkt, małą szufladkę na normatywne dziecięce marzenia o miłości i normalnym życiu. Na pewno nie byłbym szczęśliwy w takim stricte normatywnym schemacie, ale gdyby tak tylko zapożyczyć pewne jego elementy... przecież i w niemonogamii można odnaleźć stałość.
Zwłaszcza, że wśród tych wszystkich podróży i tak najcenniejsze wspomnienia wciąż odnoszą się do rodzinnego miasta. Do miejsc, których już nie ma (naprawdę, był taki klub- speluna właściwie – któy już zburzono, stawiając na jego miejscu parking).
Biegnąc przez ciąg niesamowicie intensywnych zdarzeń mam wrażenie, że wszystko się łączy, i nie mogę oddzielać życia osobistego od refleksji na temat kondycji świata, który chwieje się i ociera o mnie, włazi do mojego życia. Są rzeczy, przed którymi uciec możesz tylko na Księżyc, czyli w praktyce – w ogóle.

Mieszkam w Warszawie u kobiety, która jest pół-Kurdyjką. Zapisałam się tu do lekarza, który przyjechał dwadzieścia lat temu z Iranu i został. Wśród moich znajomych jest kilkoro takich pół-cudzoziemców, nie-Polaków z pochodzenia, którzy jednak Polakami są i się czują. Zresztą wszyscy nosimy chińskie ciuchy i buty, korzystamy z azjatyckiej elektroniki, żremy tego kebaba czy falafla – i polscy nacjonaliści oraz prawilne ksenofobiczne dresy są jedną z grup, która podtrzymuje wysoki utarg miejsc należących do tych wszystkich Innych i Obcych. Zachodzi tu pewien zabawny paradoks (naziole niedostrzegający, czy też nie chcący dostrzegać tego, że dokarmiają biznes osób, które nie pochodzą z Polski), ale i przykra konstatacja: wydaje mi się, że w myśl zasady "klient nasz (wasz?) pan", to dokarmianie jest wyrazem wyższości: pracujcie dla nas, bo bez nas nie istniejecie. Owszem, takie prawa rozhulanego wolnego rynku i ciężko to zmienić (chyba, że świadomą konsumpcją, która nie mieści się w obwarowanych biało-czerwonym murem mózgach fanatyków rasowej czystości). Ale to nie znaczy, że możemy robić sobie z osób pracujących w usługach czy produkcji podnóżek. Również dlatego, że nigdy nie wiadomo, kiedy to nam przyjdzie stać się takim podnóżkiem. A w dzisiejszych, niestabilnych nie tylko politycznie, ale i gospodarczo czasach jest to wielce prawdopodobne. I niezrozumienie tego faktu jest rzeczą, która coraz bardziej pogrąża nas i cofa w stosunku do reszty Europy. Osobną sprawą jest brak logiki w jednoczesnym myśleniu o uchodźcach jako o tych, którzy jadą po ten osławiony "nasz socjal" i o tych, którym nie chce się pracować. Przy czym paraliżuje mnie strach przed tym, że ocieramy się powoli o powtórkę z czasów przedwojennych – palenie kukły Żyda na wrocławskim rynku, jawnie rasistowskie poglądy ludzi, którzy dotychczas w towarzystwie uchodzili za ogarniętych i przyzwoitych. Tak głęboka nienawiść do inności wyrażana przez osoby, które znam osobiście, mrozi mi krew w żyłach. Działa tu bowiem zasada "jeśli jesteś w stanie zabić kota, kiedyś będziesz w stanie zabić i człowieka". Jeśli odmawiasz ludzkich praw uchodźcom, Żydom i osobom nieheteroseksualnym, dlaczego uśmiechasz się uprzejmie do mnie, znajomej osoby biseksualnej o poglądach lewicowych? Niezbadane są normy i logika nienawiści.
Tak, kryzys uchodźczy to problem, o którym mogę napisać cały osobny felieton, a jednocześnie miotam się w poczuciu winy, że nie zrobiłam niemal nic – poza wieloma dyskusjami, udziałem w demonstracji i publicznym wyrażaniu poparcia dla przyjmowania ludzi w potrzebie – ale jednak w praktyce nic, by uchodźcom pomóc. To kompleks wielu działaczy, że robiąc wiele, robią wciąż za mało. To również temat na długi tekst.

Najbardziej boję się, że nie starczy mi w życiu czasu na wiele rzeczy. Że ten dom, do którego chcę powrócić, bez odpowiednich ludzi już nigdy nie będzie Mój. Że nie zdążę powiedzieć rzeczy, których nie potrafię ubrać w słowa, osobom, które zasługują by je usłyszeć. Że ta moja sztuka już na zawsze pozostanie tylko w głowie.
Mamy niewiele czasu. Ja też. Dlatego irytuję się każdym zmarnowanym dniem, każdą straconą okazją na bliskość, na nowe doznanie, na przyjemność, przygodę, eksperyment. Patrząc wstecz na ostatnie lata swojego życia, zastanawiam się, gdzie zatraciłam pasję, wiarę w jutro, wiarę w powodzenie moich marzeń, w uczucia, w relacje, spontaniczność, hedonizm. Chcę je odnaleźć. Chyba potrzebuję wyjść do lasu. Pooddychać. Mimo że moje życie wypełnione jest po brzegi, czuję że stoję w miejscu. Kiedy już mam wolne, nie odpoczywam naprawdę. Nie zaznaję spokoju. Mieliście tak kiedyś? Na to właśnie połowicznym lekiem są podróże, zmiana miejsca, widok dawno niewidzianych lub zupełnie nowych twarzy. Ale to tylko doraźna pomoc.

Wiele z tego, co zostało tutaj napisane, miało na celu skomentowanie kryzysu, który napędzamy tu w Polsce sami, skupiając się na maluczkich sprawach, kręcąc wokół własnej nienawiści. Kochamy gloryfikować tę nienawiść, wychwalać bezsensowne cierpienie, kręcić się uparcie wciąż wokół starych, nieaktualnych problemów, zamiast trzeźwo spojrzeć na te nowe.

Zostawiam Was z dwoma wierszami, które należą do moich ulubionych i ostatnio wciąż mam je w głowie, oraz piosenką, do której teledysk wyraża więcej niż tysiąc słów, operując przy tym w gruncie rzeczy oszczędnymi środkami. Weźcie je sobie do oczu, uszu i serca.

Kiedy przyszli – Martin Niemöller, 1892-1984
(niemiecki pastor luterański; wiersz napisany w obozie w Dachau w 1942 r.)

Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem.
Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.

***

Szymborska – Jeszcze

W zaplombowanych wagonach
jadą krajem imiona,
a dokąd tak jechać będą,
a czy kiedy wysiędą,
nie pytajcie, nie powiem, nie wiem.

Imię Natan bije pięścią w ścianę,
imię Izaak śpiewa obłąkane,
imię Sara wody woła dla imienia
Aaron, które umiera z pragnienia.

Nie skacz w biegu, imię Dawida.
Tyś jest imię skazujące na klęskę,
nie dawane nikomu, bez domu,
do noszenia w tym kraju zbyt ciężkie.

Syn niech imię słowiańskie ma,
bo tu liczą włosy na głowie,
bo tu dzielą dobro od zła
wedle imion i kroju powiek.

Nie skacz w biegu. Syn będzie Lech.
Nie skacz w biegu. Jeszcze nie pora.
Nie skacz. Noc się rozlega jak śmiech
i przedrzeźnia kół stukanie na torach.

Chmura z ludźmi nad krajem szła,
z dużej chmury mały deszcz, jedna łza,
mały deszcz, jedna łza, suchy czas.
Tory wiodą w czarny las.

Tak to, tak, stuka koło. Las bez polan.
Tak to, tak. Lasem jedzie transport wołań.
Tak to, tak. Obudzona w nocy słyszę
tak to, tak, łomotanie ciszy w ciszę.

M.I.A. - Borders

wtorek, 21 lipca 2015

weekend w czarnej dziurze. festiwaLove

Latem dzieją się rzeczy magiczne. Ludzie poznają ludzi, ciepłe powietrze uderza nam do głów, i niby deklarujemy, że stoimy mocno na ziemi w swoich poukładanych, zapracowanych życiach – ale latem tak jakby mniej. Jednym z nieodłącznych elementów letniego krajobrazu są festiwale; to zauważają już nawet te media, które poza funkcją informacyjną starają się być opiniotwórcze i kulturowo analityczne. Przeważnie wychodzi z tego dziennikarska ciapaja pod hasłem "wejdźmy do zoo i zobaczmy, jak bawią się młodzi". Moje doświadczenie uczy jednak, że festiwale (wybierane z rozmysłem tematycznym, a nie na zasadzie jeżdżenia na wszystko, co modne) to rozrywka bez granic wiekowych, a przede wszystkim przepyszna okazja do obserwacji kulturoznawczych i socjologicznych.

Moja prywatna historia letnich festiwali zaczyna się w roku 2006, od wyprawy na Openera, która była spontanicznym pomysłem taty. Bez namiotu (bo pole to dodatkowy koszt), śpiąc w samochodzie, przeklinając ceny żarcia, upał i słabo oznakowany dojazd do Babich Dołów, przeżyliśmy jeden z tych wielu weekendów, kiedy więzi międzyludzkie jakoś niepostrzeżenie się zacieśniają. To tam po raz pierwszy widziałam koncert Placebo, to tam zdobyłam pierwsze sznyty w openerowej szkole przetrwania (kiedy inni narzekali na warunki przy następnych edycjach festiwalu, ja byłam już psychicznie przygotowana na ten hardkor).

Przerobiłem do tej pory Opener (cztery razy), Jarocin (trzy), Off Festiwal (trzy), Coke (jeden), Slot (dwa) i Castle Party – i piszę ten tekst, wróciwszy właśnie ze swojego drugiego razu na CP. Całkiem niezły to wynik w moim prywatnym rankingu, jednak nijak ma się to osób, które jeżdżą na wszystko co popadnie. Oczywiście, miło byłoby mieć pieniądze na spędzenie całego lata na festiwalach. A jednak przyjemności, w tym kultura, zażywane zbyt często mogą ulec spowszednieniu. Jasne, każdy koncert jest inny, a festiwalowa atmosfera i entuzjazm niepowtarzalne. Ale moja metoda na festiwale niezmiennie od lat obejmuje punkty:
a) zacznij czytać i słuchać ogłoszeń festiwalowych już zimą
b) podskakuj z radości na krześle, kiedy w radiu usłyszysz nazwę ulubionego wykonawcy lub najnowszego ekscytującego odkrycia muzycznego
c) przelicz kasę raz, drugi i następny; zacznij planować wydatki na lato i tylko się przedwcześnie nie załamuj, że wydasz takie miliony
d) koniecznie: zaplanuj towarzystwo. Bez towarzystwa nie ma festiwalu. I owszem, wiele wydarzeń kulturalnych zaliczyłam już w życiu sam bądź w przypadkowym towarzystwie, ale wtedy wspomnienia są jakby... trochę wybrakowane.
To tylko moja metoda. Jednakowoż sprawdza się dobrze.

Przez ostatnie kilka dni na Castle Party po głowie chodził mi festiwalowy felieton, w sam raz na sezon ogórkowy. No to macie. Y'know, doceniam ten klimat, to poczucie wspólnoty i o dziwo pokojową atmosferę: przez kilka dni Bolków, mała, zabita dechami mieścinka na Dolnym Śląsku jawi się jako bańka mydlana, w której tubylcy akceptują każde dziwactwo, podczas gdy na codzień na terenie reszty Polski panuje generalny brak tolerancji (nie oszukujmy się), a nastoletnie dresy krzyczą za takimi jak my na ulicy "szataaaaaaaaan". Co w zasadzie powinniśmy odbierać jako komplement, ale bywają takie chwile, ze nerwy puszczają.
CP to specyficzny festiwal dla stosunkowo kameralnej, specyficznej publiczności – to jest w miarę oczywiste. Jednak "gotyk" to tylko hasło wywoławcze, biorąc pod uwagę, jak wielu różnych wykonawców do tej pory gościł. Czuję, że nie mam prawa wypowiadać się szeroko na ten temat, jeśli bardziej chłonę go przez doświadczenie niż przesłuchiwanie wszystkiego co popadnie, a nie mam tak dużej wiedzy o scenie dark independent, jak mieć bym chciał. Jednak spontaniczne refleksje są zazwyczaj trafne. Lubię widok miasteczka zdominowanego przez czerń, uwielbiam oglądać stroje, pozytywnie zaskakuje spokój tubylców i tolerancja władz miasta dla pokaźnego spożycia alkoholu w przestrzeni publicznej (no bo gdzie, do cholery? Nawet, gdyby publiczność CP obsiadła komplet miejsc w każdym bolkowskim lokalu, nie starczyłoby dla wszystkich miejsca). Ta parada dziwaków daje mi poczucie wspólnoty: nie pasuję tu idealnie, ale jednak bardzo dobrze. I owszem, posiadam bogate doświadczenie w słuchaniu ryków "szataaaaaan" za moimi plecami na ulicy. Ludzi w jakiś pokrętny, półświadomy sposób łączy tu fakt, że subkultura gotycka nie jest w Polsce aż tak duża; łączy nas także wspólna niedola zimnych pryszniców w syfiastej kempingowej łazience. Choć z drugiej strony boleśnie dzieli mentalna zaściankowość osób, które przyjeżdżają tu wykorzystać seksualnie pijane nieznajome dziewczyny czy obecność nazioli, którzy pomylili ideologię nienawiści rasowej z festiwalem mocniejszej muzyki. A i w tym roku takie beznadziejne przypadki się zdarzyły. Cóż, zdarzają się wszędzie, na każdym festiwalu, i wszędzie jest to tak samo załamująco-wkurwiające.

Brak pieniędzy na karnet sprzyja natomiast kombinowaniu: jeśli za noc płacisz około 10 złotych, możesz pozwolić sobie na sentymentalną wycieczkę w lata 90 i przełknięcie dyskomfortu braku koncertów, bo i tak słyszysz wiele z pobliskiej knajpy, darmowych całonocnych afterów po koncertach i na samym polu namiotowym. Na kempingu, który postawiony został prawdopodobnie jeszcze wcześniej, przypominasz sobie cienie i blaski życia pod namiotem w upale i ulewie, wspominasz wypady pod namiot z rodzicami w dzieciństwie i generalnie uświadamiasz sobie swój wiek z całą realistyczną grozą. Picie w końcu się nudzi, szukasz rozrywki i przypadkiem odkrywasz niezgorsze okoliczności otaczającej przyrody - oczywiście pod warunkiem, że jest co odkrywać (bez urazy, na kilku festiwalach jest, na innych nie ma. Na CP jest wyjątkowo dużo, bo mówimy o miasteczku wśród gór, lasów i zamków). I tak sobie myślę, że to jest chyba najcenniejsze - to i muzyka, a nie procentowe stężenie lansu w wydychanym powietrzu. 

Tak, latem dzieją się rzeczy magiczne. I choćby lato miało trwać tylko przez te kilka dni, kiedy jedziesz na urlop i/lub festiwal, to niech trwa do ostatniej kropli, w stu procentach. Zwłaszcza, gdy codzienność cię dobija, a obowiązki przytłaczają.
Lato to małe przyjemności – zasypianie w ramionach fajnego mężczyzny może okazać się miłą niespodzianką, którą nieoczekiwanie dostaje się w gratisie jadąc na festiwal. To ładuje baterie; nie od dzisiaj wiadomo, że przytulanie czyni cuda. Tylko tyle i aż tyle, że pragnęłoby się rzucić wszystko i ogłosić wakacje czasem konsensualnej, przemyślanej niemonogamii - jeśli już każdy miesiąc nie może być taki, niech będzie takie chociaż lato. Bez ograniczeń, zobowiązań i konwenansów, sama przyjemność. Bo kiedy tak nieoczekiwanie budzisz się bladym świtem w objęciach po prostu szalenie sympatycznego człowieka, to napawa dobra energią. Serio. I zdarza mi się od czasu do czasu właśnie latem, i jest zwyczajnie pozytywnie zaskakujące. 

Na koniec taki życiowy banał: pisząc ten felieton, dowiedziałam się, że zmarła przedwczoraj działaczka LGBTQ z Zielonej Góry, Katarzyna Bienias. Kasi osobiście nigdy nie poznałam, choć raz mailowałyśmy w sprawie koncertu Tegan i Sary – zresztą, pięknego koncertu. Jeden z wielu przypadków, które uświadamiają, że życie jest za krótkie, by przejmować się regułami, konwenansami i ograniczeniami obyczajowymi. Bo kiedy żyć na własnych warunkach, jeśli nie teraz, w swoim najlepszym czasie?

I jakoś tak bardzo smutno również dlatego, że (wyjątkowo) jedyny tegoroczny festiwal właśnie mi się skończył.

PS. Wiecie co, pisanie niemal do kieszeni z zerową dyskusją pod postami zaczyna działać mi na nerwy. Tak samo, jak działają mi pewne blogerki, które piszą o wszystkim i o niczym, byle napisać posta – nie zamierzam iść w ich ślady, niemniej jednak wiem, że ich blogi mają mnóstwo odsłon. Dlatego ogłaszam publicznie: królestwo dla tej/tego, kto powie mi, jak sprawić, by to cholerstwo miało większy zasięg. Bo wiecie, ja jestem jak Donna Tartt http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,17878441,Donna_Tartt__Dandyska_w_rozmiarze_XS_z_Pulitzerem.html – piszę rzadko, ale na temat.

czwartek, 21 maja 2015

Wystarczająco przerażająco, czyli lewakoqueeroweganoateoantysystemowiec na wyborach

Chodzę na wybory
nie jeżdżę na gapę
Tylko nie każ mi wybierać
tylko nie każ, nie każ mi,
nie każ walczyć, nie każ ginąć
Nie chciej Polsko mojej krwi
Sorry Polsko,
sorry Polsko,
sorry Polsko, nie każ mi

Tak jak zapewne większość z Was, ja też mam ostatnio po uszy tematów politycznych. I jak na pewno kilkoro z Was, doświadczam równocześnie kryzysu, ale tego szczególnego rodzaju: kryzysu aktywistycznego, który obecnie jest na etapie "mienia wyrzutów sumienia, jeśli się czegoś nie zrobiło dla sprawy, dla które uprzednio robiło się wszystko".

Już od dłuższego czasu zauważam, że moje sądy, poglądy i interesy rozmijają się z poglądami osób należących do grup problemowych, do których i ja należę. Nie czarujmy się, nie jesteśmy identyczni. Ale gdy ci, którzy dotychczas byli normatywni do bólu, zaczynają mi zarzucać, że jestem mało wywrotowa, to nóż mi się w kieszeni otwiera. Ten brak wywrotowości nagle zaczął oznaczać anarchię (ten zły i nieprzemyślany rodzaj anarchii) kwitnącą w samym środku demokracji. Czyli zwyczajne niechodzenie na wybory bądź rysowanie na karcie do głosowania pizdryków unieważniających głos (o marnowaniu papieru się już w tej sytuacji nie wypowiem) – a to wszystko wśród myślących ludzi lewicy. Robert Biedroń wypowiedział na początku swojej słupskiej prezydentury mniej więcej takie słowa (bodajże w wywiadzie dla "Magazynu Świątecznego" Gazety Wyborczej): "jestem pierwszym, który zdejmie krzyże w urzędach, ale ostatnim, który pozwoli na obrażanie obywateli z powodu ich religii". I ja uważam, że taki balans jest niezbędny – też wolałbym żyć w całkowicie świeckim kraju, ale że to nigdy nie nastąpi, to zamiast hejtować wszelkie przejawy religijności otoczenia, skupiam się na mniej lub bardziej udanym dialogu z grupami wyznaniowymi innymi od mojej (ateistycznej, acz aspirującej i czerpiącej pewne nauki z buddyzmu). Przytaczam ten przykład, bo idealnie obrazuje, czym jest kompromis beznadziejny, ale logiczny.

Nigdy nie myślałam, że będę głośno popierać urzędującego prezydenta Polski – bo wąs to nie wygląd, to stan umysłu, a jeśli były wąsacz jest w dodatku byłym myśliwym, to już w ogóle nie ma o czym mówić. Tymczasem za drugą wyborczą opcją, czyli bezwąsym Dudą stoi wielu – wąsatych umysłowo – oszołomów, w rękach których ten jeszcze do niedawna relatywnie mało znany szerokim masom doktorek prawa będzie tylko wykonawcą wizji swoich poprzedników. Ja wiem, że Lech Kaczyński urósł w ciągu ostatnich pięciu lat od swojej śmierci do rangi wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego – tym bardziej nie czarujmy się, że ponowne rządy jego ludzi przyniosą nam jakąś świeżość. Powrót do średniowiecza – owszem, ale nie świeżość. I metryka obu ewentualnych prezydentów, według której Duda jest młodszy, a Komor starszy, nie ma tu nic do rzeczy, choć bywa wymieniana jako cenna karta przetargowa w tym sporze. Oczywiście, są jeszcze istotne względy gospodarcze i socjalne, ale jak bez spokoju w materii obyczajowej budować te praktyczne aspekty życia społecznego?
(Przepraszam, jeśli jakikolwiek właściciel wąsa poczuł się urażony porównaniem do polskich polityków. Mam nadzieję, że wiecie, iż w tej całej historii wąs to ni mniej, ni więcej uosobienie bohatera negatywnego i pewnego stanu świadomości. Poza tym, miewaliśmy i Boyów-Żeleńskich, i Hitlerów, i obaj nosili wąsy. Natomiast Boy był zacną przysłowiową lewacką kurwą na 100 %, a Hitler sami wiecie kim).

Czy kiedykolwiek od czasu pierwszych wyborów po upadku komunizmu w Polsce ludzie głosowali na coś innego niż mniejsze zło? Mniej lub bardziej, ale od ładnych kilkunastu lat zawsze głosuje się przeciwko czemuś.
Jeśli szukacie kogoś, kto zakrzyknie (na wzór tych, którzy manifestując publicznie na głównej ulicy miasta sprawili, że spóźniłam się wczoraj na zajęcia), że "nie ma lepszego od Bronka Komorowskiego" – zdecydowanie źle trafiliście. Ale żeby w spokoju móc budować podstawy społecznej, racjonalnej lewicy, której budowanie większość z was miała ostatnio głęboko w d., trzeba zapewnić sobie święty spokój i zero zmian od strony rządu – tych na gorsze.

Dobrze sprawę ujął tutaj Jacek Poniedziałek – aktor, jeden z pierwszych wyoutowanych znanych polskich gejów, nie taki znowu normatywny gej, bo grywał różne role i miewał różne wizerunki.
"W tym przypadku nie ma co się boczyć na PO i na złość mamie odmrażać sobie uszy". Wiem, że jest sporo takich (i nawet sporo takich znam), którzy i które na złość te przysłowiowe uszy sobie odmrożą, bo "nikt nie odpowiada ich poglądom, więc nie zagłosują w ogóle". A potem przez pięć lat będą wściekli, że nie mogą nie tylko przepchać odpowiednich przepisów i ustaw w Sejmie (co i tak pewnie szybko nie nastąpi), ale też nie będą mogli robić połowy z tych rzeczy, które robią teraz, bo na nowo ruszy lawina pisowskich podsłuchów, pomówień, kłamstw smoleńskich i oskarżeń o język homopropagandy. No bo nie ruszy? "Czasy się zmieniły, metody się zmieniły, ludzie ci sami, ludzie tacy sami", jak śpiewają chłopaki z grającego smakowite elektro polskiego bandu Alles. I Unia może sobie zabraniać zabraniania, ale Duda i tak wykona choćby próbę zablokowania najbliższego marszu, parady, ustawy o związkach partnerskich i zawodowych, inicjatyw sekularyzacyjnych itp. Nie podpisze także kolejnych ewentualnych dokumentów pokrewnych Konwencji Antyprzemocowej, za to będzie bardzo chciał zaostrzyć ustawę antyaborcyjną i karać za in vitro. Choć miejmy nadzieję, że to się jednak nie stanie.

W wyborach moralnych i prezydenckich, a także i tych codziennych, powinniśmy brać przykłzd z przysiegi Hipokratesa: po pierwsze nie szkodzić. Jasne, to, że (generalnie) lajfstajlowa dziennikarzyna Korwin-Piotrowska rozkazuje i zabrania, na kogo głosować, a na kogo nie, może budzić sprzeciw. Mnie też się nie podoba, że kobieta, która z polityką ma wspólnego tyle, ile skojarzeń może ewentualnie budzić jej pierwsze nazwisko (ale nic więcej), próbuje dyktować nam, jak grzeczni i nieprzegięci mają być geje w Polsce (bo cała reszta akronimu LGBTQ* przecież nie istnieje, nie wymagajmy za wiele), żeby się przypodobać władzy. Jestem ostatnią osobą, której spodobałoby się, że owa dziennikarzyna widzi tych gejów jako roszczeniowe, mięczakowate, niezdecydowane ciotki, i w dodatku jest zniesmaczona, że ludzie niehetero okazują sobie uczucia. Ale gównoburza, która przetoczyła się w ciągu ostatnich dni przez internet po tekście Korwin-Piotrowskiej – że niby rozkazuje nam ona, na kogo mamy głosować – jest ewidentnym dowodem na to, że skupiamy się na szczegółach, zamiast na realnej dyskusji i mobilizacji.
Dlaczego tak bardzo, jak w hejtowaniu osób, które niby mają podobne poglądy polityczne jak my, ale głosują na kogo innego, nie zjednoczymy się w sprawach, w których jest mnóśtwo do zrobienia? Dlaczego, zamiast narzekać na brak lewicy w Polsce, nie weźmiemy przykładu z państw, w któych realizacja lewicowych postulatów choć częściowo się udaje? Nie będzie lewicy bez integracji problemowej, a za to z wykluczaniem grup, które wydają się mniej atrakcyjne w kontekście PR-u. I choć na razie odnoszę się do nowopowstałej lewicowej partii Razem (miedzy innymi dlatego, że jak wiadomo, mamy w granicach polski statystyczne polityczne średniowiecze, a Zieloni zbierają w wyborach ułamek głosów) z ostrożnym optymizmem, to jednak jest to jakaś nadzieja. Lepsza skonsolidowana grupa dyskutujących początkujących polityków, niż działacze, którzy po latach walki o demokrację nagle nie idą na wybory lub bazgrzą po kartach wyborczych.

Zawsze myślałam, że głosowanie na prawicę to domena babć indoktrynowanych przez niezdrową radiomaryjną propagandę. Zawsze, to znaczy przez tę część życia, kiedy potrafiłam już autonomicznie myśleć, ale nie miałem jeszcze prawa do głosowania. Bo kiedy nagle uprawnienia wyborcze zaczęły obowiązywać, to nadeszły takie czasy, że prawica – od centrum do skraju – porwała także ludzi młodych, którzy nagle zamienili się w stetryczałych, martyrologizujących dziadów. Nagle ubzdurali sobie, ochoczo wspomagani przez starszych, że są uciskaną większością i uderza w nich poprawność polityczna (przepraszam, CO?). A może taka frakcja istniała zawsze, tylko poziom absurdu w polityce rośnie, stawiając ją w blasku reflektorów. I przed brunatną siłą faszyzującego młodzieżówkowego pierdololo uchowaj nas Panie. Boże, Jahwe, Buddo, Allahu, jakikolwiek Panie. Albo po prostu dobra kosmiczna energio.

PS. Ale żeby nie było tak ponuro: cieszy mnie – i nawet nie myślałam, że będzie mnie tak cieszyć – gdy słyszę od znajomych, że ciągną całą rodzinę na wybory, albo że angażują się w kampanię mniejszego zła przeciw większemu złu. Bo jasne, też mam marzenia i ideały. Ale skoro ostatnie kilka(naście) lat spędziliśmy na oddolnym budowaniu podstaw, żeby wprowadzić je w życie, to skupmy się teraz na tym, żeby przynajmniej nie musieć schodzić do podziemia. Bo czasy PISu i Giertycha pamiętam aż za dobrze. I życzę wszystkim, żeby pozostały tylko wspomnieniem, zamiast fundowania sobie powtórki z rozrywki.

PS2. Tekst pisany mocno na emocjach, w nocy i na 24 godziny przed nastaniem ciszy wyborczej, ale to chyba czuć.  

środa, 4 marca 2015

Dysforia, euforia i polityka. Jak obchodzić się z potworami dżenderami

Witam po dłuższej przerwie i zapraszam na program – łapcie, bo nie wiadomo kiedy możliwość prokrastynacji i rozciągniętego w czasie pisania sprzęgnie się z moją weną następnym razem.

Ruszająca właśnie kampania bliskiego mi poglądowo i personalnie stowarzyszenia Miłość Nie Wyklucza jest kolejnym przedsięwzięciem na rzecz równości, które budzi moje sprzeczne uczucia. Kampania nazywa się "Małżeństwa dla wszystkich". I chociaż wielu z nas wie, że oznacza to tak naprawdę dodanie opcji małżeństw osób nieheteroseksualnych, w oczach opinii publicznej tak przedstawiona reklama sprawy  skutkuje całkowitym zaniknięciem – poprzednio przecież priorytetowej – kwestii związków partnerskich. A wszystko to pojawia się w mediach równolegle z echami akcji Episkopatu Polski, reklamowanej banerami "Konkubinat to grzech – nie cudzołóż". Na wersję plakatu z doklejoną reklamą kampanii "Małżeństwa dla wszystkich" nie trzeba było czekać długo. Ja wiem, kluczem jakiejkolwiek skuteczności obyczajowych postulatów lewicy jest w dzisiejszych czasach dystans do siebie, but still – nie mogę przejść obojętnie wobec faktu, że od teraz wszyscy ludzie, których życie z założenia było dotychczas performatywną manifestacją sprzeciwu wobec dominującego porządku (który nie dawał im szansy na widoczność w społeczeństwie), nagle chcą się z tym porządkiem zbratać i rozsiewać wizję, jakobyśmy żyli w najbardziej tolerancyjnym i otwartym społeczeństwie ever. Nie mówiąc już o wypięciu się na rzesze sojuszników hetero, którzy dotąd ramię w ramię z niehetero popierali związki partnerskie i chcieli ich dla siebie jako par, którym instytucja ślubu zwyczajnie nie odpowiada. W obecnej kampanii nie ma już dla nich miejsca.
wizualna identyfikacja kampanii Małżeństwa dla Wszystkich 
(copyright: Stowarzyszenie Miłość Nie Wyklucza)


Nauczyliśmy się w Polsce kulić ogon pod siebie i udawać, że aby wypracować porozumienie z rządem, musimy myśleć jak rząd. W konsekwencji rewolucją staje się przekopiowanie heteronormatywnego stylu życia, jego dosłowne skserowanie. Tak, jakbyśmy WSZYSCY chcieli i chciały w życiu wyłącznie obrączki na palcu, domu i dzieci. To się nazywa ocieplanie wizerunku. A ocieplanie wizerunku niesie za sobą całkowite wymazanie nie tylko nienormatywnie myślących osób hetero, ale też części społeczności LGBTQ. Bo nie, nie wszyscy pragniemy tego samego. Nie wszyscy jesteśmy tacy sami.
Nie zrozumcie mnie źle: jak najbardziej wspieram ideę zrównania szans do zawierania związków małżeńskich dla par różno- i jednopłciowych (wzdrygam się na określenie "hetero- i homoseksualnych, bo ileż jest osób bi- czy panseksualnych w takich związkach? Mnóstwo), jestem jednak za wyborem, a nie promowaniem jednej opcji – i w dodatku zmienianiem strategii na półmetku walki o związki partnerskie. Owszem, może i jest trochę queerowej rebelii w chceniu wszystkiego naraz, a nie dopraszaniu się po kolei, latami tego, co bardziej cywilizowane kraje mają już w standardzie. Jednak wciąż nie kupuję polityki, której przekaz wielu państwowych decydentów może odebrać następująco: nie możemy się zdecydować, więc troszkę was oszukaliśmy; nie zadowolimy się palcem, chcemy od razu całą rękę. (wszelkie skojarzenia z tym ostatnim sformuowaniem są, podkreślam, przypadkowe!)

W takich sytuacjach często przypominam sobie scenę z jednego z ostatnich odcinków amerykańskiej wersji serialu Queer as Folk. Michael, wyoutowany i zamężny gej, zostaje poproszony o wygłoszenie orędzia mającego przekonać słuchaczy, że geje są takimi samymi ludźmi jak osoby hetero. I mimo, że sam reprezentuje wizerunek ustatkowanego (notabene, po wielu latach chłopięcej hulanki) monogamicznego geja z klasy średniej, to jednak szybko odchodzi od wyznaczonego tekstu przemówienia, dodając od siebie: słuchajcie, to nieprawda. Choćbyśmy nie wiadomo jak się starali, nie jesteśmy jak osoby hetero. Nie jesteśmy gorsi. Ale jesteśmy inni.

Dzisiejszy świat powoduje także rozdarcie między czernią a bielą – wymusza konieczność zastanawiania się osób bi, czy bardziej pasują do hetero czy do homo; mimowolne myślenie osób niebinarnych płciowo, czy mają prawo (a co istotniejsze, sens) być gdzieś poza określeniami mężczyzna-kobieta-trans. Trans bez gwiazdki, czyli jedyne słuszne trans, z genderową dysforią i pragnieniem operacyjnej korekty płci. W tej rzeczywistości problemy z pewnością siebie mogą dopaść każdego, nawet najbardziej wygadaną zimną sucz.

Nie byłabym sobą, gdybym przy tej okazji nie podzieliła się kolejnymi wieściami z frontu działań na rzecz widoczności orientacji innych niż homo i hetero, w tym mojej własnej. Oraz, przyznaję bez bicia, nie powtórzyła jak zdarta płyta kilku – jak widać wciąż niedostatecznie znanych - faktów.
Biszkopty przejęłam kilka miesięcy temu, dokładnie w wieczór po zeszłorocznej Paradzie Równości. Strona miała wtedy ponad dwieście lajków mniej. Dziś Biszkopty wciąż są niszową, jednoosobową inicjatywą, skromnym fanpejdżem. Ale mam kilka planów, nie tylko planów na stronę, ale tych dotyczących ogólnej widoczności. Nawiązuję już kontakt z osobami zza granicy, działającymi w inicjatywach na rzecz biseksualności – nie mając na to kompletnie czasu i nie wiedząc, co się stanie, ale próbować zawsze warto. Czy mamy w Polsce jakąkolwiek szeroko znaną, żyjącą osobę publiczną, otwarcie przyznającą się do biseksualnej orientacji? Nawet wśród działaczy LGBT ciężko o tych, którzy aktywnie walczyliby o swoją bi-sprawę. Chlubny wyjątek stanowi członkini partii Zielonych, Joanna Erbel. Z braku ekspertów, materiału do spotkań edukacyjnych, a także potrzeby głośnego rozmawiania o sprawach związanych z byciem bi, po prostu się o tym nie mówi.
Biszkopty potęgują mój syndrom chęci zrobienia rewolucyjnego przewrotu w stronę widoczności, równości, różnorodności, inkluzywności. Akceptacji wewnątrz i na zewnątrz środowiska LGBT. Istotne jest nawet działanie jednostkowe, oddolne, uświadamiające najbliższe otoczenie, że istniejemy. Z tego punktu widzenia moje, za przeproszeniem, obnoszenie się z byciem bi można traktować jako przejaw spełniania pewnej misji.
Marzę o dniu, kiedy będzie nas wiele – tych widocznych, ujawnionych, aktywnych. Biseksualność zawsze była ważną częścią mojej osobowości – obok określania się jako queer i trans*gender, ponieważ te określenia absolutnie się nie wykluczają - ale teraz jest także ważnym elementem mojego aktywizmu.
Cieszę się, że coraz więcej zaczyna się ostatnio mówić o bi. Bi wymazywanym, zakłamywanym, przeinaczanym.
Ponieważ wciąż na polskich marszach i paradach równości biflagi można policzyć na palcach jednej ręki.
Ponieważ wciąż kobieta, która deklaruje się jako bi, jest przez wielu uważana za ciekawską heteryczkę, zaś otwarcie biseksualny mężczyzna – za niewyoutowanego geja. Sam kilkakrotnie się na to złapałem.
To miłe i budzące nadzieję, że ostatnio prowadzę coraz więcej ciekawych, wartościowych rozmów o biseksualności i z samymi osobami bi. Rozmów, które nie polegają tylko na powtarzaniu trafiających w pustkę argumentów.
Jesteśmy w doborowym towarzystwie, choć znane osoby bi często są wpychane do jednego worka z gejami i lesbijkami. Trzeba powtarzać z uporem maniaka, że romantyczny potencjał mają dla nas zarówno mężczyźni, jak i kobiety, a opinia publiczna i tak wie swoje. Jednakże mamy na świecie całkiem znamienitą reprezentację, która pełni tak samo ważną rolę, jak w przypadku wspierania osób homoseksualnych czy trans*. Ciekawe i pozytywne jest to, że obecnie słyszę o ludziach, którzy mają świadomość orientacji już w wieku kilku lat. Mają łatwiej. Każde pokolenie, każdy rocznik jest o kilka kroków bliżej celu bezkompromisowej widoczności. I nie tworzę tu laurki, bo jak wiadomo, biseksualna rzeczywistość to nie fiołki, obłoczki i ciasteczka.

Bycie osobą biseksualną jest bardzo mocną i uguntowaną, ważną częścią mnie – prawdopodobnie w podobny sposób, w jaki ważne jest identyfikowanie się jako gej czy lesbijka dla osób homoseksualnych.
Ileż to razy próbowałam wmówić sobie, że może warto już odpuścić, przyznać się przed samą sobą, zastanowić, czy naprawdę uczciwe jest mówienie o sobie jako o biseksualistce, skoro mężczyzn, którymi interesowałam się z wzajemnością, można policzyć na palcach jednej ręki. No tak, ale tych, którzy mojego zainteresowania nie odwzajemniali, była już jednak spora (i stale rosnąca) grupa.
Ponadto nic nie równa się w moim osobistym rankingu temu skokowi endorfin następującemu w chwili zbliżenia do mężczyzny, którego uważam za atrakcyjnego. A skok endorfin następujący w chwili kiedy wiesz, że za moment zbliżysz się w ten najbardziej intymny z możliwych sposobów do drugiej kobiety jest innym uczuciem. Nie gorszym, ale innym. Elementarne rzeczy, jak widać wciąż warte powtarzania.
Po co wychodzić z szafy jako biszkopt, skoro mogę spokojnie funkcjonować jako osoba heteroseksualna, a także – trochę mniej spokojnie, ale przynajmniej normatywnie – jako lesbijka? Otóż nie, dziękuję. Identyfikacja, jak sama nazwa wskazuje, to zbiór cech, na podstawie których jednostka określa swój charakter, swoje miejsce w świecie. Mylne odbieranie tej identyfikacji przez otoczenie uruchamia efekt domina, który wpływa na wiele sfer życia: funkcjonowanie w grupie, odbiór przez media, potencjalne cenzurowanie niektórych informacji.

To jakaś forma zazdrości o normę: nawet jeśli doskonale znamy swoją wartość, zastanawiamy się, czy nie lepiej maksymalnie upodobnić się do tych, którzy są normalni (sic!), cisgenderowi, heteroseksualni i heteronormatywni, a więc mają w wielu sprawach łatwiej. Z tego upodabniania wynika sporo pomyłek, które trudno już w pewnym momencie zrzucić na karb wczesnonastoletniego docierania własnej tożsamości: randki na siłę z płcią przeciwną, kiedy jest się homo, bądź też randki z osobami, które niezbyt nas interesują, tylko po to, aby – będąc bi – wyrobić normę i udowodnić sobie, że w danym momencie życia z mężczyzną czy kobietą też potrafisz się umówić. Świat wymusza na wielu jednostkach kompleks niższości wynikający z porównania "oni, standardowi, widoczni – my, niestandardowi, z konieczności zawsze trochę ukryci". I nieważne, jak dużą akceptację deklaruje otoczenie, zawsze pewne wyobcowanie odczuwa się na normatywnych uroczystościach rodzinnych, kiedy rodzeństwo i kuzyni w twoim wieku przyprowadzają swoje heteroseksualne drugie połówki. A także w grupie osób w tym samym wieku, ze studiów czy innego towarzystwa. Zawsze sam/a, niehetero, a może masz kilku partnerów, z których każdy mieszka w innym mieście? Pomijając nawet fakt, że nie zawsze możesz swobodnie wyjawić całą prawdę – zawsze trochę odstajesz. Są osoby, które łatwo godzą się ze statusem jedynego singla w towarzystwie, natomiast dla kogoś, kto zawsze miał tak pokręcone życie osobiste jak ja, odstawanie na tym polu rodzi niespodziewane kompleksy. A wydawałoby się, że człowiek taki silny.

Poza tym proszę mnie nie wciskać w kobiecość. Nie wnioskować, że skoro wreszcie zapuściłam włosy i umawiam się z mężczyznami, to – tfu – stałam się stuprocentową kobietą, co utożsamia się w pewnych kręgach z dorosłością. To tylko jeden z elementów tożsamości, w dodatku taki element, który posiada też wielu mężczyzn, choćby nie wiadomo jak się zapierali. Guess what, właśnie te długie włosy tworzą pewnego rodzaju kamuflarz, dają więcej opcji, większą genderową swobodę. Jestem wrażliwa na problemy kobiet. Wspieram walkę z mizoginią i popieram wiele feministycznych postulatów. Jednak wciskanie mnie na siłę w kobiecość pojmuję jako przemoc. Chciałbym – POTRZEBUJĘ – aby więcej zaczęto mówić o osobach genderqueerowych, które nie mają nic przeciwko płci wpisanej w dowodzie, ale nie mają też ochoty się z nią obnosić, wiązać w kółka wzajemnej adoracji i oczestniczyć w feministycznych sabatach czarownic bądź zamkniętych samczych spędach.
Życie było kiedyś prostsze – zostałam wychowana bez usilnie wtłaczanych genderowych wzorców, mogłam nosić sukienki i spodnie, bawić się z dziewczynkami i chłopcami, łazić po drzewach i przebierać swoje lalki Barbie. Nie raz już zresztą dziękowałam publicznie za ten dar dorastania w latach 90., kiedy polskie przedszkola i podstawówki nie były jeszcze przeżarte irracjonalnym lękiem przed potworem genderem.
Nie wymawiaj imienia potwora swego na daremno – dziś gender jest przyprawą każdego durnego żartu, wypełniaczem każdej ciszy, w której zabrakło argumentu.
Jestem dziewczyną, która nosi garnitury i chłopakiem, który ubiera się w sukienki. A nasze społeczeństwo – także społeczność LGBTQ, o zgrozo – jest tragicznie niedoinformowane i zamknięte, jeśli chodzi o sprawy trans*. I coraz boleśniej to słyszę, widzę, odczuwam. Z każdą sytuacją, gdy osoby wokół mnie rzucają żartami o transach (nawet w towarzystwie "młodych, wykształconych i z dużych ośrodków miejskich" nie jest to rzadkie zjawisko), widzę, jak bardzo przesunięta jest granica świadomości tego, co krzywdzące i niestosowne. Nauczyliśmy się jako społeczeństwo, że z niektórych rzeczy po prostu można żartować, można być opornym na edukację, bo istnieje na to powszechne przyzwolenie. Podobnie zresztą jak przyzwolenie na żarty o Żydach, ale to temat na osobny felieton.

Ostatnio zauważyłem – nie oszukujmy się, duża część tego felietonu to wynik mojej osobistej perspektywy, a nie tylko obserwacji otoczenia - że w kryzysowych chwilach, w załamaniach emocji, ale też w zwyczajnych mniej pogodnych dniach bardziej uwydatnia się moja męska strona. Bardziej, co nie znaczy, że nie towarzyszy ona chwilom szczęśliwym – w przeciwnym razie rozważałabym, czy faktycznie od strony identyfikacji płciowej wszystko ze mną w porządku. Ale nie rozważam, ja to wiem, i mogę to przyznać sam.a przed sobą. A może ta kryzysowa męskość to tylko przejaw queerowej natury, która już wiele rzeczy w moim życiu odwróciła wbrew obowiązującym kodom genderowym?
Ciało wydaje się czasem buntować przeciwko podstawowym informacjom zawartym w DNA. Włosy, mięśnie, głos wydają się słuchać poleceń tej części mózgu, która czuje coś innego niż jest zapisane w dowodzie. To jeszcze jeden dowód na fakt, iż bycie pomiędzy płciami jest naturalną predyspozycją, sugestią umysłu, której słucha organizm, i na odwrót. Pomimo licznych naukowych dyskusji na ten temat, poza suchymi badaniami pozostają też żywi ludzie, będący dowodami tej różnorodności. A co z tymi, którzy cierpią w odwrotny sposób, jako mało wiarygodni/-e w swojej biologicznej, całkowicie akceptowanej wewnętrznie płci? Modelka Rain Dove – jeden z wielu przykładów - zawsze z dumą podkreśla, że jest i czuje się kobietą, mimo że ze swojej skrajnej androgynii uczyniła narzędzie pracy.

Chciałbym umieć wybierać, łatwo się ograniczać. Zarówno w sferze osobistej, jak i artystycznej – tylko jedna dziedzina, w której byłabym wyuczona i najlepsza, niczym muzyk od dzieciństwa kształcony do gry na skrzypcach czy fortepianie. Ale przyjmuję z całym dobrodziejstwem inwentarza świat, który nie jest czarno-biały i nie daje gotowych rozwiązań.
Panie pilocie, wchodzimy w przestrzeń widoczności.

PS. Polecam genderową lekturę, pisaną na poły biograficznie, która otworzyła mnie na nowe horyzonty myślenia o płci – amerykańską klasykę gatunku, oczywiście niewydaną po polsku (jednak w razie wielkiego pragnienia piszcie – mogę udostępnić skany): "Transgender Warriors" zmarłej_go niedawno Leslie Feinberg_a.
PS2. http://www.on.aol.com/show/518250660-true-trans/518493941 TO jest niesamowicie potrzebne.


Rain Dove – na estetyczny orgazm i czysty dowód,
że płeć biologiczna i płeć społeczna to dwie różne rzeczy