środa, 21 maja 2014

Dolan pełnometrażowy czwarty. "Tom"

To nie jest Dolan, jakiego znamy. To nie jest Dolan łatwy i przyjemny – o ile jego filmy właściwie nigdy takie nie były, o tyle "Tom" idzie o krok dalej. To jest film, od którego ma się gęsią skórkę.

 Nie, nie wyszłam z kina zachwycona. Nie rozpierał mnie ten trudny do opisania rodzaj popremierowego zachwytu i pragnienie, aby natychmiast, jak najszybciej się da, obejrzeć to jeszcze raz. Nowy film Dolana pozostawia człowieka z tym dziwnym, uwierającym uczuciem niepewności, tak jakby poczucie braku bezpieczeństwa przedostało się ze świata filmowego do rzeczywistości.
Główne problemy, które reżyser poruszył w "Tomie" to miękka (?) homofobia, syndrom sztokholmski, sztucznie utrzymywana męska dominacja i pozycja. Ja dorzuciłabym jeszcze etycznie podgryzającą kwestię zabijania zwierząt, ale to niuans, który w "Tomie" wyczują tylko wegefiksanci mojego pokroju i który nadaje się raczej na osobny felieton o serialowym Hannibalu (być może coming soon).

Doznania estetyczne? To chyba tylko w tej warstwie gdzieniegdzie wytrawny widz dostrzeże "typowego Xaviera Dolana". Mamy więc kilka ujęć rozległych krajobrazów nakręconych z lotu ptaka (zabieg zastosowany z powodzeniem już w "Na zawsze Laurence"). Mamy też piękne połączenia kolorów w pierwszych ujęciach, kiedy główny bohater bazgroli paryskim błękitem na papierowym ręczniku; niektórzy i niektóre z nas będą po raz kolejny rozkoszować się blond lokami reżysera, który zagrał tutaj także główną rolę. Poza tymi smaczkami na ładność nie mamy co liczyć: farma, na której rozgrywa się akcja filmu, jest ponura i nieco przerażająca, dom w którym dzieje się część zdarzeń – urządzony przygnębiająco i bez gustu. Krowy to element występujący nawet często w rozmaitych thrillerach klasy od A do Z, ale zwierzętom dajmy już spokój (choć też wprowadzają klimat). Aha, jest i zboże – "mamy październik, kukurydza jest ostra jak brzytwa". Niech was ten cytat wprowadzi w atmosferę.

Z wrodzonej dziennikarskiej dokładności przytoczę chociaż zarys fabuły, między innymi dlatego że wpływa ona istotnie na estetykę filmu. Tom przyjeżdża na wieś pod kanadyjskim Quebekiem, aby uczestniczyć w pogrzebie partnera. Na miejscu szybko odkrywa, że matka jego chłopaka nie miała pojecia o ich związku, ale w porę powstrzymuje wszelkie wzmianki o uczuciu łączącym go z jej synem – również dlatego, że nad wiejską farmą niepodzielną i autorytarną władzę sprawuje brat nagle zmarłego Guillaume'a. Francis jest nieprzyjemnym człowiekiem bez znajomych, mocno kochającym matkę – i jest to miłość z gatunku mocnych, bo naznaczonych psychicznym napięciem, jeśli nie przemocą. Oczywiście stara się nie dopuścić, aby kobieta, która straciła syna dowiedziała się o prawdziwym charakterze jego relacji z przybyłym gościem. Jest w tym działaniu troska, ale i niewątpliwa homofobia. A jak wiadomo, homofobia bywa reakcją obronną na własne homoseksualne ciągoty. Napięcie rośnie.

Oczywiście reżyser nie byłby sobą, gdyby nie nasączył swego najnowszego dzieła nienormatywnym przekazem. Krok po kroku, od "Wyśnionych miłości", poprzez "Zabiłem moją matkę" i "Na zawsze Laurence", aż do "Toma", przedstawia on szerokiej widowni zjawiska towarzyszące byciu niehetero, zjawiska, które część z nas zna tak doskonale, że od ich obserwacji na ekranie jeżą się włosy na rękach. W najnowszym filmie jest to homoerotyczne, sadomasochistyczne przyciąganie między homofobem a homoseksualnym mężczyzną. Szczególnej uwadze polecam perełkę, jaką jest scena tanga w stodole. Mamy także niejaką Sarę – dziewczynę z przymusu grającą przed rodziną rolę partnerki zmarłego. Kłamstwa nakładają się na siebie, gra pozorów jest coraz bardziej niestabilna. Duch nieżyjącego Guillaume'a unosi się nad wieloma sytuacjami, jednak reżyser ani razu nie decyduje się na pokazanie jego twarzy.
Ponadto Dolanowi znów udało się poruszyć i moją osobistą wrażliwą strunę. Jego główny bohater zmaga się z poczuciem straty i pustki, wobec której jest tak bezsilny, że ciężko mu ogarnąć ją zmysłami, świadomością, ciężko unieść przytłaczający ból po nieoczekiwanej stracie. Nie powstrzymuje łez, ale płacze tylko w samotności.

Dolan-aktor-bohater onieśmiela. Tak zresztą mam z nim od poczatku jego kariery: onieśmiela mnie swoją urodą, stylem bycia i świadomością, że znam ten typ człowieka, i że tacy ludzie jak on nigdy nie będą moi. Nie chodzi do końca o ten osławiony topos przystojnego geja; styl bycia Kanadyjczyka już po prostu taki jest, że oszałamia przemawiającym przez niego bagażem różnorodnych doświadczeń.
Xavier Dolan jest już dorosły. I wyrasta na naprawdę świadomego, genialnego reżysera. To cieszy, nawet jeśli najnowsze dzieło Kanadyjczyka nie należy do przyjemnych.




PS. Warto zauważyć, że polska premiera "Toma" odbyła się 17 maja, czyli w Światowy Dzień Przeciwko Homofobii i Transfobii - w skrócie IDAHOT (traf chciał, że są to również moje imieniny). Wyrazy uznania dla dystrybutora za wykorzystanie tego szczegółu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz