To nie jest Dolan, jakiego znamy. To
nie jest Dolan łatwy i przyjemny – o ile jego filmy właściwie
nigdy takie nie były, o tyle "Tom" idzie o krok dalej. To
jest film, od którego ma się gęsią skórkę.
Nie, nie wyszłam z kina zachwycona.
Nie rozpierał mnie ten trudny do opisania rodzaj popremierowego
zachwytu i pragnienie, aby natychmiast, jak najszybciej się da,
obejrzeć to jeszcze raz. Nowy film Dolana pozostawia człowieka z
tym dziwnym, uwierającym uczuciem niepewności, tak jakby poczucie
braku bezpieczeństwa przedostało się ze świata filmowego do
rzeczywistości.
Główne problemy, które reżyser
poruszył w "Tomie" to miękka (?) homofobia, syndrom
sztokholmski, sztucznie utrzymywana męska dominacja i pozycja. Ja
dorzuciłabym jeszcze etycznie podgryzającą kwestię zabijania
zwierząt, ale to niuans, który w "Tomie" wyczują tylko
wegefiksanci mojego pokroju i który nadaje się raczej na osobny
felieton o serialowym Hannibalu (być może coming soon).
Doznania estetyczne? To chyba tylko w
tej warstwie gdzieniegdzie wytrawny widz dostrzeże "typowego
Xaviera Dolana". Mamy więc kilka ujęć rozległych krajobrazów
nakręconych z lotu ptaka (zabieg zastosowany z powodzeniem już w
"Na zawsze Laurence"). Mamy też piękne połączenia
kolorów w pierwszych ujęciach, kiedy główny bohater bazgroli
paryskim błękitem na papierowym ręczniku; niektórzy i niektóre z
nas będą po raz kolejny rozkoszować się blond lokami reżysera,
który zagrał tutaj także główną rolę. Poza tymi smaczkami na
ładność nie mamy co liczyć: farma, na której rozgrywa się akcja
filmu, jest ponura i nieco przerażająca, dom w którym dzieje się
część zdarzeń – urządzony przygnębiająco i bez gustu. Krowy
to element występujący nawet często w rozmaitych thrillerach klasy
od A do Z, ale zwierzętom dajmy już spokój (choć też wprowadzają
klimat). Aha, jest i zboże – "mamy październik, kukurydza
jest ostra jak brzytwa". Niech was ten cytat wprowadzi w
atmosferę.
Z wrodzonej dziennikarskiej
dokładności przytoczę chociaż zarys fabuły, między innymi
dlatego że wpływa ona istotnie na estetykę filmu. Tom przyjeżdża
na wieś pod kanadyjskim Quebekiem, aby uczestniczyć w pogrzebie
partnera. Na miejscu szybko odkrywa, że matka jego chłopaka nie
miała pojecia o ich związku, ale w porę powstrzymuje wszelkie
wzmianki o uczuciu łączącym go z jej synem – również dlatego,
że nad wiejską farmą niepodzielną i autorytarną władzę
sprawuje brat nagle zmarłego Guillaume'a. Francis jest nieprzyjemnym
człowiekiem bez znajomych, mocno kochającym matkę – i jest to
miłość z gatunku mocnych, bo naznaczonych psychicznym napięciem,
jeśli nie przemocą. Oczywiście stara się nie dopuścić, aby
kobieta, która straciła syna dowiedziała się o prawdziwym
charakterze jego relacji z przybyłym gościem. Jest w tym działaniu
troska, ale i niewątpliwa homofobia. A jak wiadomo, homofobia bywa
reakcją obronną na własne homoseksualne ciągoty. Napięcie
rośnie.
Oczywiście reżyser nie byłby sobą,
gdyby nie nasączył swego najnowszego dzieła nienormatywnym
przekazem. Krok po kroku, od "Wyśnionych miłości",
poprzez "Zabiłem moją matkę" i "Na zawsze
Laurence", aż do "Toma", przedstawia on szerokiej
widowni zjawiska towarzyszące byciu niehetero, zjawiska, które
część z nas zna tak doskonale, że od ich obserwacji na ekranie
jeżą się włosy na rękach. W najnowszym filmie jest to
homoerotyczne, sadomasochistyczne przyciąganie między homofobem a
homoseksualnym mężczyzną. Szczególnej uwadze polecam perełkę,
jaką jest scena tanga w stodole. Mamy także niejaką Sarę –
dziewczynę z przymusu grającą przed rodziną rolę partnerki
zmarłego. Kłamstwa nakładają się na siebie, gra pozorów jest
coraz bardziej niestabilna. Duch nieżyjącego Guillaume'a unosi się
nad wieloma sytuacjami, jednak reżyser ani razu nie decyduje się na
pokazanie jego twarzy.
Ponadto Dolanowi znów udało się
poruszyć i moją osobistą wrażliwą strunę. Jego główny bohater
zmaga się z poczuciem straty i pustki, wobec której jest tak
bezsilny, że ciężko mu ogarnąć ją zmysłami, świadomością,
ciężko unieść przytłaczający ból po nieoczekiwanej stracie.
Nie powstrzymuje łez, ale płacze tylko w samotności.
Dolan-aktor-bohater onieśmiela. Tak
zresztą mam z nim od poczatku jego kariery: onieśmiela mnie swoją
urodą, stylem bycia i świadomością, że znam ten typ człowieka,
i że tacy ludzie jak on nigdy nie będą moi. Nie chodzi do końca o
ten osławiony topos przystojnego geja; styl bycia Kanadyjczyka już
po prostu taki jest, że oszałamia przemawiającym przez niego
bagażem różnorodnych doświadczeń.
Xavier Dolan jest już dorosły. I
wyrasta na naprawdę świadomego, genialnego reżysera. To cieszy,
nawet jeśli najnowsze dzieło Kanadyjczyka nie należy do
przyjemnych.
PS. Warto zauważyć, że polska premiera "Toma" odbyła się 17 maja, czyli w Światowy Dzień Przeciwko Homofobii i Transfobii - w skrócie IDAHOT (traf chciał, że są to również moje imieniny). Wyrazy uznania dla dystrybutora za wykorzystanie tego szczegółu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz