poniedziałek, 24 marca 2014

Gdzie fikcja miesza się z życiem, czyli (nareszcie) strumień świadomości na temat pewnej szwedzkiej trylogii. "Millennium" Larssona.

Uwaga, spoilery: kto w ogóle nie ma pojęcia o czym jest trylogia Millenium i nie oglądał/a też amerykańskiej "Dziewczyny z tatuażem" (to do tej wersji się odnoszę, ponieważ moim skromnym zdaniem Szwedzi spieprzyli sprawę na swoim własnym filmowym boisku), czyta poniższy tekst na własną odpowiedzialność.

Wczoraj, kiedy już zupełnie nie wiedziałam co ze sobą zrobić z pewnego życiowego powodu, a uchlewanie się w trupa raczej nie wchodziło w grę (bo i kac morderca w poniedziałkowy poranek nie wchodził w grę), postanowiłem uciec się do metod filmowych. "Dziewczyna z tatuażem" oglądana po raz pięćdziesiąty trochę mnie wyciszyła, i choć zadziałała jedynie jako powierzchniowe znieczulenie, to i dała powód, aby na nowo otworzyć wątek analizy tej literacko-filmowej historii. A tekst o Dziewczynie leżał niedokończony chyba od listopada, co było wystarczająco dobrym powodem, by spróbować go dokończyć. Wiem, że nie wyczerpię tutaj tematu: trylogia "Millennium" to materiał na osobną analizę o objętości przynajmniej średnio grubej książki. Ale spróbować co nieco można.

Od zamieszania związanego z trylogią Larssona minęło już kilka lat, sam autor niech spoczywa w spokoju (Larsson zmarł na krótko przed ukazaniem się jej pierwszej części), natomiast reżyser David Fincher jest leniem i/lub nie ma kasy na realizację ciągle przekładanych następnych części amerykańskiej wersji adaptacji. Internet jednak lubi często przypominać mi o Millennium. A wtedy pierwsze moje skojarzenie to główna bohaterka sagi.

Z pozoru niewiele łączy mnie z Lisbeth Salander. Nie jestem aspołeczna, drobna i małomówna. No i nie mam miliardów dolarów na zagranicznych kontach. Nie jestem geniuszem komputerowym i jednym z najlepszych hakerów na świecie. Mój ojciec jest dobry, mądry i spokojny, nigdy nie miałam najmniejszego powodu, by przed nim uciekać czy się na nim mścić, bo nigdy też nie chciał zrobić mi najmniejszej krzywdy; nie mam psychopatycznego brata. Umiem rozmawiać z ludźmi. Nigdy nie byłam w szpitalu psychiatrycznym, czy to z własnej woli, czy pod przymusem. No i muszę przyznać, że raczej nie mam w sobie takiej woli walki, umiejętności przetrwania.

Ale oprócz tych rzeczy jest także sporo innych, które sprawiają, że czuję szczególną więź z Lisbeth Salander. Cóż z tego, że jest postacią fikcyjną – właśnie takie bywają najlepszym materiałem na bohaterki i bohaterów, swoiste inspiracje. Lisbeth i ja dzielimy wiele cech, które społeczeństwo wolałoby wymazać ze świadomości. Bezlitosną szczerość, nonkonformizm, działanie według własnej, specyficznej moralności.

Jest jeszcze jedna rzecz, która łączy mnie z Lisbeth. Kiedy już raz na bardzo długi czas zdecydujemy się komuś zaufać, boleśnie przekonujemy się, jak trudne czy wręcz niemożliwe okazuje się przebicie przez wcześniej ustalony schemat i dorównanie trzeciej osobie, która ma społecznie akceptowalne pierwszeństwo. I możemy czuć tylko bezsilną złość, bo przecież wiemy, że przy tym nierównym rozkładzie sił żadna walka nie ma sensu.
Nie chcę wiecznie uciekać, chować się, ustępować miejsca osobom, które wydają się społecznie bardziej uprawnione do kochania osób, które ja darzę miłością. Oprócz klątwy obowiązkowej heteronormatywności nasz krąg kulturowy ma jeszcze jeden poważny problem – klątwę przymusowej monogamii. Ale to już zupełnie inna, prywatna i zupełnie niehollywoodzka historia.


Jest też Miriam Wu i dość specyficzny, niby luźny, ale jak okazuje się w kluczowych momentach – głęboki i ważny związek między nią a Salander. Jest wątek sadomasochistyczny i przewijające się przez całą powieść przesłanie "jeśli to, co robię w życiu prywatnym i w łóżku, nie czyni nikomu krzywdy i szkody, to nie wasz zasrany interes". Złota myśl. Kolejna rzecz, która nas łączy.

Film i książka poruszają jeszcze jedną intrygującą mnie kulturowo i osobiście kwestię: wzajemną fascynację młodej dziewczyny i dwa razy starszego od niej faceta. Ten jeden raz pozwolę sobie na dygresję w kierunku szwedzkiej adaptacji: Michael Nyqvist w roli Blomkvista to ciepła klucha bez krztyny seksapilu, a Noomi Rapace jako Lisbeth jest dość niewiarygodna, zwłaszcza że wygląda na trzydziestolatkę w przebraniu dwudziestolatki. W ogóle nie czuć między nimi chemii. Ale rozumiem, że niektórzy z Was uznają że się czepiam i Szwedzi zrobili to lepiej, szanuję to. Jednak dla mnie to właśnie między postaciami w wersji amerykańskiej jest tak zwane fragile tension that keeping them going.

Świat Larssona to świat, w którym pozbawione wcześniej praw kobiety dopuszczono do głosu; świat, w którym bronią, a nie są bronione; przejmują inicjatywę w zdecydowany, ale nie agresywny (a przynajmniej nie nielogicznie agresywny) sposób. A także świat, w którym figurze pospolitego macho-chama przeciwstawiona jest postać mężczyzny rozumiejącego. Bo powiedzmy sobie szczerze, gdyby Larsson stworzył powieść ultrafeministyczną (a to możliwe, w końcu był Szwedem. Myślę zbyt prosto?), nie sprzedałby jej nigdzie poza Szwecją. Jego Mikael Blomkvist to koleś dociekliwy, inteligentny, nawet jeśli nieco nadszarpnięty przez kryzys wieku średniego. W amerykańskiej wersji filmowej – Daniel Craig, którego tak jakoś nagle zaczęłam lubić, no ciekawe dlaczego. Craig, alias Blomkvist, stara się zrozumieć Lisbeth. Nie czyni gwałtownych ruchów, jest przede wszystkim przyjacielem i sojusznikiem, nie chce robić nic za wszelką cenę, przejąć kontroli nad sytuacją. Uczy się od Lisbeth. A jest się czego uczyć. Pamiętacie ten moment w filmie, kiedy Mikael mówi "chcę, byś pomogła mi złapać mordercę kobiet"? Błysk w oczach Lisbeth mówi wszystko. To tutaj zawiązuje się cienka nić porozumienia, pogłębiana z czasem.
(W tym miejscu wyraziłabym obszernie zachwyt intymnymi scenami między dwójką głównych bohaterów, ale powiecie, że skupiam się nie na tym, co trzeba. To może powiem tylko: podobały mi się. Bardzo.)

Mam wśród kobiecych ikon swoje wzory. Sinead O'Connor jest chyba jedyną w swoim rodzaju kobietą w popkulturze, którą zna tak wielu jej odbiorców i odbiorczyń – jedyną tak wyrazistą, radykalną babką z łysą czaszką. I pierwszą kobietą, którą zafascynowałam się jako mała [genderowo jeszcze] dziewczynka. Oglądając filmową wersję pierwszej części trylogii pomyślałam znów: oto bohaterka dla mnie. Intensywna w przekazie, kontrowersyjna, intrygująca w wyglądzie. No i zdecydowanie niegłupia. Mój pech, bo z dotychczasowych doświadczeń wyraźnie mi wychodzi, że to raczej fotograficzna pamięć i zmysł matematyczny, a nie talent malarski i zdolności humanistyczne zapewniają przetrwanie. To, co jest w Lisbeth imponujące, to też – a może przede wszystkim – jej niesamowita odporność fizyczna i psychiczna. Zdarza się, że kiedy z różnych powodów boli mnie fizycznie, kiedy wydaje się, że już nie dam rady, półświadomie mówię sobie: mięczaku, Salander dałaby radę. Trenuję w sobie odporność na ból mięśni, na zadraśnięcia. Może się przydać w przyszłości.

W samym Millennium oprócz Salander jest jeszcze kilka postaci, które odzwierciedlają moje życiowe normy i zasady postępowania. Cóż, może dlatego, że rzecz dzieje się w dosyć liberalnej Szwecji; ale nie tylko. Kilku bohaterów uosabia życiowe zasady, do których dążę – choćby Mikael Blomkvist i Erika Berger ze swoim wolnym, poliamorycznym podejściem do związku. Za każdym razem czytając, że "Erika odkryła u swojego męża-artysty wyraźne skłonności biseksualne", odczuwałem coś na kształt cienia ekscytacji. Z prostej przyczyny: w polskiej literaturze rzadko kiedy zdarza się wprowadzić do akcji powieści Innego tak naturalnie, bez sensacji.

No i kwestia kluczowa, można powiedzieć, główny motyw trylogii: przemoc wobec kobiet. Przemoc w ogóle. Społeczne przyzwolenie na przemoc, polityka radzenia sobie z nią, dziedziczenie patologii, bezsilność i działanie na odwal się służb, które z definicji mają pomagać. Zawsze twierdzę, że najważniejsze to wywlec drażliwy temat na światło dzienne, pokazać go światu. Można to zrobić lepiej, można gorzej. Nie czytałem zbyt wielu negatywnych opinii o książkowym cyklu Millenium, choć takie zapewne istnieją. Być może jest się do czego przyczepić, ale ja nie bardzo wiem, do czego. Weźmy poprawkę na tę okoliczność, że powieść to powieść. Osobiście dawno nie obcowałem z czymś tak uderzająco przemawiającym do wyobraźni.

Na pewno o czymś tutaj zapomniałam; musiałabym chyba przeczytać rzeczoną trylogię ponownie, robiąc szczegółowe notatki – czytanie jej po raz pierwszy było zbyt pochłaniające, by się jakimiś notatkami przejmować. A i z takich notatek powstałaby chyba osobna książka, na którą obecnie nie mam w życiu ani czasu, ani potrzeby. Ale powyższy tekst jako tako mnie satysfakcjonuje. I myślę, że warto o nim podyskutować, jeśli wola w narodzie.

Dziękuję za uwagę.









piątek, 14 marca 2014

Nieświadomość queer

Rozkoszując się, a także podśmiewając w najlepsze z bladego strachu, jaki padł na ludzkie masy nieznające wcześniej dokonań Judyty Butler i spółki, powtórzę raz jeszcze: każdy ma gender. A skoro już dostajemy w łapy (każdy dostaje!) tak niebezpieczną zabawkę, to musimy liczyć się z faktem, że płeć nasza kulturowa może być różnie odczytana. Sorry boys, każdemu z was czasem powija się noga. Zabawnie jest patrzeć, jak męscy mężczyźni zapierają się rękami i nogami przed uznaniem ich nienormatywnych zachowań. W odniesieniu do kobiet sprawa ma się zgoła inaczej, i dlatego skupię się tu na facetach. No bo wiecie, co to za skandal, że baba łazi w spodniach? Dziś i od wielu lat już żaden.
Nie mam tu bynajmniej na celu insynuacji, jakoby każdy mężczyzna wpisujący się w jakiś sposób w estetykę queerową czy kampową był faktycznie bi- lub homoseksualny. Chodzi o (nie?)świadome wykorzystanie queerowych kodów znaczeniowych.
Podam kilka przykładów. Brokatowe kamizelki Dave'a Gahana i sadomasochistyczna estetyka Martina Gore'a z Depeche Mode, którą zresztą w jakimś stopniu utrzymuje do dziś (kto nie wierzy, niech poszuka zdjęć z koncertów DM - kajdanki na nogach, spódnica i czarny lakier na paznokciach są? Są.) Zespół Hurts – tak bardzo w stylu elegancko nienormatywnych lat 80., jak to tylko możliwe, i zresztą jawnie fascynujący się Depeche Mode. I wreszcie Prince, książę estetycznej przesady, wymarzony stereotypowy gej – a jednak hetero, jedynie metroseksualny. Przykład rodzonego mego ojca popindalającego w malinowych dżinsach i błękitnej koszuli (to tylko jeden z wielu przykładów jego cieszących moje oko outfitów) niezupełnie pasuje do tej analizy, co nie zmienia faktu, że jestem z niego, ah, bardzo dumna.
Ci i inni są też często nieświadomi wpływu, jaki wywierają na społeczność drag kings; hołdów, jakie są im składane każdego wieczora przez drag kings na całym świecie. To samo dotyczy wielkich diw sceny i ekranu, jednak one zwykle są w pełni świadome atencji, jaką darzy je środowisko gejowskie i akceptują ją, a często i wspierają. Przy tym wszystkim przekraczający granice płci biologiczni mężczyźni będący ikonami popkultury często zupełnie ignorują ładunek znaczeniowy wiążący ich z nieheteroseksualną częścią publiki. A szkoda.

Myślę że takie zespoły jak Savages – undergroundowe i na pierwszy rzut oka przynajmniej "kobiece" (swoją drogą, głupie rozróżnienie – na zespoły kobiece i męskie), nie potrzebują outować się dodatkowo jako queerowe, jeśli faktycznie takie są. To się rozumie samo przez się – fan(k)i to wyczuwają. A ta część fandomu, która akurat jest z zewnątrz, niequeerowa, przechodzi nad tą estetyką i charakterem do porządku dziennego. Natomiast co poniektórzy homofobiczni osobnicy robią urocze wyjątki dla swoich idoli tylko dlatego, że ci od lat średnio 80. przyzwyczajają ich do swojego niecodziennego wyglądu i zachowania (znów drążę w stronę Depeszów, ale to przecież jeden z wielu takich przypadków). Ciekawi mnie tylko bardzo, co by było, gdyby któryś z panów idoli się kiedyś sypnął z faktyczną przynależnością do środowiska. Oh, bardzo mnie to ciekawi. Swoją drogą, samo używanie konturówki, tuszu do rzęs i brokatu czyni wielu symbolicznych męskich idoli nieco bardziej queer, jakkolwiek oni sami nie pojmują swojego image'u w ten sposób. Think about it.

Nie mam nic przeciwko utożsamianiu mnie z lesbijską otoczką. Lesbijska otoczka jest fajna, stosunkowo wygodna i dobrze się w niej czuję jakoś tak since '2008 - to odkrywanie nieheteronormatywnego stylu w liceum!. No właśnie, nieheteronormatywnego raczej, bo fakt odnalezienia samej siebie na parkiecie w klubie z definicji branżowym, w otoczeniu kobiet, na sam widok których robi się gorąco, jeszcze nie oznaczało, że chcę tam ugrzęznąć i zostać forever and ever. I mimo sympatii właśnie do (teoretycznie? typowo?) lesbijskiego wizerunku zawsze podkreślałam, podkreślam i podkreślać będę uparcie swoją biseksualność z uporem maniaka. Tego uporu nie posiadają jednak osoby, a szczególnie pary hetero doskonale bawiące się na parkietach gejklubów. To ciekawe, jak bardzo friendly można być w gorączce sobotniej nocy, a jak homo/bi/trans/queerfobicznym już następnego dnia.

Queer to wolność wyboru. Doskonale świadczą o tym choćby projekty fotograficzne w rodzaju "The Identity Project" (http://portraitstothepeople.com/the-identity-project/) czy niedawno wprowadzona możliwość wybrania kilku opcji identyfikcji płciowej na Facebooku. Dajcie spokój, nie jesteśmy już w latach 70., kiedy pozytywne znaczenie określenia "queer" wciąż było wypracowywane, a wielu ludzi miotało się między "dopuszczalnymi" określeniami na swoją tożsamość - lesbijka, gej, hetero, trans, koniec, kropka. Jednak to prawda, że jako nienormatywne środowisko wciąż jesteśmy w undergroundzie, a szeroka opinia publiczna wpada w niezdrową ekscytację i pluje prostackim humorem, kiedy tylko odkryje (zwykle przypadkiem) rąbek naszej kulturowej tajemnicy - tak jak to było z tematem teorii gender w Polsce. Tymczasem istnieje nawet zjawisko "queer straights" - osób heteroseksualnych, które oprócz otwartego wsparcia dla środowiska LGBTQ świadomie żonglują jego kodami znaczeniowymi.

Zgodnie z teorią gender, płeć kulturowa to tylko ubranie. Nie będę bawić się tutaj w demontaż tezy, w którą sama wierzę, jednakowoż pokuszę się o jej małe podważenie. Czy nie jest bowiem tak, że naturalne tendencje naszego ciała podświadomie pokazują nam drogę, jaką mamy podążać? Jest w tym coś z [wiary w] przeznaczenia, a także coś z rozpaczliwego próbowania, do której szufladki ukształtowanej przez społeczne wzorce pasuje się najbardziej. Muskularne kobiety o męskich ruchach często (wbrew tendencji normatywizującej - nie zawsze) okazują się być nieheteroseksualne. Doskonałym przykładem jest Erika Linder, która mimo plastyczności swojej urody (czyli tego, co ja w odniesieniu do siebie nazywam "dniami męskimi i kobiecymi") w końcu związała się z kobietą. Deklaracje (jeszcze) nie padły - cóż, wcale nie muszą. Jednak dostaliśmy wyraźny komunikat: Erika utożsamia się ze swoim genderem na nieco głębszym poziomie, niż na początku sądziliśmy.

Zapieranie się rękami i nogami nic nie da: każdy ma gender, sorry. Widzę, jak patrzą na mnie mężczyźni - hetero, homo; widzę, jak kobiety heteroseksualne samym wzrokiem i zachowaniem tworzą często przepaść między nami, rysują grubą kreskę: my, czyli kobiece kobiety - ty, czyli kobiecomęskie nie wiadomo co na bazie kobiety biologicznej. I mają rację, generalnie się z nimi nie utożsamiam. Nie czuję jednak aż tak silnego parcia, by absolutnie każdą osobę w każdej sytuacji wyprowadzać z błędu, bo z kolei jestem świadoma zarówno queerowego, jak i heteronormatywnego wizerunku i ładunku znaczeniowego swojej osoby. I to jest ok. Dla mnie. Bycie pośrodku jest ok. Z drugiej jednak strony – na rany boskie, dajmy choć podstawowe prawa do udziału w życiu społecznym osobom, które naprawdę potrzebują przejścia na drugą stronę. Nie wymazujmy tej potrzeby.

 W moim poczuciu akceptacja tożsamości queerowej – czy to będącej udziałem własnym, czy innych osób – to dopiero pierwszy krok w rozwoju. Trzeba jeszcze nauczyć się używać inkluzywnego języka. Ta paląca potrzeba rzuca się w oczy szczególnie w zderzeniu z publikacjami, których język i treść pretendują do wyrażania szacunku wobec nienormatywności, co jednak im się nie udaje. Ostatnio ciśnienie skutecznie podnoszą mi recenzje oscarowego "Witaj w klubie". (Czytam każdą, bo moja własna, która była jedną z najpierwszych na temat tej premiery w języku polskim, była także coś podejrzanie popularna i często linkowana w internetach). Kto ogarnia, że Jared Leto zagrał tam transkobietę w zaawansowanym stadium AIDS, ten wie, że media lubią wypowiadać się o owej bohaterce w każdej możliwej formie i tonie. Niekonsekwencja i brak umiejętności zwraca uwagę co gorsza także w treści wielu publikacji i wykładów prowadzonych na uczelniach wyższych (mówię tu akurat o swoich niezbyt napawających optymizmem doświadczeniach z Uniwersytetu Łódzkiego, ale założę się, że na innych uniwersytetach również zdarzają się wykluczające kwiatki pod płaszczykiem równościowej edukacji). Jasne, każdy był kiedyś niedoświadczony w temacie, ja także, i wcale nie jestem perfekcyjnie wykształcona w obecnym momencie – jednak informacje przekazywane dalej masom ludzkim trzeba sprawdzać i uaktualniać. Cudownie byłoby, gdyby każda nienormatywna osoba mogła w pełni się ujawnić, bo żywy przykład zawsze najlepiej daje do myślenia, jednak nie żyjemy jeszcze w tak pięknym świecie, a tym bardziej kraju. 


Także wiecie - pewnych rzeczy nie unikniemy.
Z poważaniem, potwór genderqueer. Taki mały i łagodny. 

[Erika Linder]



[Hurts]



[Martin Gore]



(a to dopiero początek moich możliwości w tym temacie...)