czwartek, 24 lipca 2014

Odwaga tożsamości. Andreja Pejić i inne trans*bohaterki

Stało się: Andrej Pejić, cudowne androgyniczne dziecko współczesnych czasów, w końcu okazał się Andreją. Coming out jakich całkiem sporo w (pop)kulturze, coraz więcej. Cytując klasyka (nie spodziewajcie się po mojej osobie subtelniejszych cytatów): jebło to jebło, na chuj drążyć temat? Jednak ja czuję potrzebę podrążenia.
Nie, nie jestem zła ani zawiedziona. Myślę tylko, co by było, gdyby coming out faktycznie był osiągalny dla każdego, każdej z nas. Realnie osiągalny. Bo cóż z tego, że najbliżsi przyjaciele wiedzą o mojej tożsamości, że podpisuję się z "F." w środku, że o swojej własnej seksualności zaczęłam mówić w wieku 14 lat. Być może to pozornie przyjazne, akceptujące otoczenie mimowolnie zamyka nas w klatkach uprzedzeń wobec samych siebie. Może to tata, który zawsze mówił, że nie mógłby mieć syna, że nie znosi małych chłopców; z perspektywy niedawnej lektury "Portretu podwójnego" Magdaleny Grzebałkowskiej na temat rodziny Beksińskich dostrzegam tu (zapewne nieświadomą) konotację między padre a malarzem, którego cenię i podziwiam, a którego on traktuje raczej z niewielką dozą emocji. Beksińscy byli jednak bardziej porypani niż my, ale skojarzenie pozostaje. Ok, dość o literaturze, bo nie o tym dziś chciałem.

Czy trans-coming out Andreja Pejića (pardon, dziś już Andrei Pejić) mnie wkurza? Owszem. Wkurza mimowolnie, ponieważ: a) święcie wierzyłem, że garstka popkulturowych bohaterów przyznających się do podwójnie odczuwanej płciowości nie uszczupli się nigdy przez Andreja, że nie "przegnie" się on/a w jedną stronę – ale także b) ów coming out jest ni mniej, ni więcej potwierdzeniem tezy o odwlekaniu przyznania się do własnej tożsamości z powodu lęku przed reakcją społeczeństwa. W jakkolwiek akceptującym i liberalnym otoczeniu by się nie żyło, to otoczenie wciąż jest częścią postępującego, ale w dużej mierze wciąż konserwatywnego świata. Więc tak, coming out Andrei Pejić jest wkurzający. Bowiem powinien nastąpić znacznie wcześniej. Albo w ogóle nie powinno być potrzeby, żeby publicznie potwierdzać: "Jestem i zawsze czułam się kobietą".
(No i może troszeczkę, gdzieś tam w głębi żałuję, bo Andreja tak ładnie wyglądała kiedyś jako dziewczyna Bonda w garniturze i na szpilkach, a teraz w takim wydaniu będzie występować coraz rzadziej. A może właśnie się mylę?)

Zauważyliście/zauważyłyście to? Coraz więcej jest coming outów dotyczących płci, nie tylko orientacji. To nie znak rozbestwienia seksualnego, jak chcieliby konserwatyści; to znak czasu, w którym zaczynamy mieć dość omijania prawdy, która nie powinna nawet być kontrowersyjna.
Jakiś czas temu wyoutowała się także Laura Jane Grace, drapieżna, konkretna, punkowa laska, przez 30 lat więziona w ciele faceta-twardziela. Laura (i oczywiście nie tylko ona) łamie społeczne wyobrażenia o transkobietach delikatnych jak wiotkie polne kwiatki, zagubionych i bezbronnych, całych w falbankach. A ewentualna dysforia i inne załamania towarzyszące procesowi dojrzewania do coming outu to już trochę osobna sprawa. Choć bez wątpienia, gdyby Laura nie powiedziała "A" w postaci stopniowego pokonywania dysforii, nie mogłaby też powiedzieć "B" i z pewnością siebie występować publicznie jako transkobieta.
Takich transkobiet i transmężczyzn oraz osób trans* i queer będzie coraz więcej, czy tego chcecie, czy nie.

Wypada mi w tym momencie osobiście podziękować. Tym, którzy i które szanują tożsamość osób zdecydowanych co do własnej płci, jakakolwiek by ona nie była – męska, żeńska, pomiędzy, podwójna, żadna. Tym, którzy i które w związku z tym szacunkiem używają wobec osób transgenderowych właściwych zaimków i imion bez szyderstwa i śmiechu. Tej pierwszej osobie, która robiła to od początku bez zająknięcia i z pełnym szacunkiem.
Zawsze byłam spod liter BTQ, zawsze trochę dalej LG. Z każdym ośmielającym publicznym coming outem czuję się coraz bardziej elementem BTQ, tej drugiej części skrótu, który przecież reprezentuje wielką grupę, zbiorowość, środowisko, które powinno inkluzywnie traktować swoje podgrupy, a wciąż w wielu przypadkach odrzuca nie tylko osoby poza binarnymi podziałami, ale i osoby trans- czy biseksualne. Reprezentując jednocześnie litery B, T* i Q, chcę podziękować Andrei. Mimo wszystko. Kochałem ją i podziwiałam od kiedy tylko się pojawiła jako mężczyznę, teraz uwielbiam ją równie mocno jako transkobietę.
Jako osoby queer i/lub trans* jesteśmy przeróżni. Różnie podchodzimy do kwestii samoakceptacji, różnie wyrażamy się o swojej genderowości, mamy różne potrzeby odnośnie języka i wyglądu. Wyoutować można się nie tylko w kwestii płci, orientacji czy preferowanej formy gramatycznej. Więc – jakkolwiek ekshibicjonistyczne nie wyda się to niektórym z was – mam prawo żądać bycia uznawanym jako osoba bigenderowa, biologiczna kobieta, miłośnik crossdressingu i dragu, do tego wszystkiego wychowany między innymi na przykład na The Cure (co nie pozostaje bez znaczenia dla wizerunku, bo nasze kulturowe fascynacje i wybory również wpływają na postrzeganie nas jako elementów społeczności czy subkultur). I ma prawo mnie wkurwiać mówienie przez niektóre życzliwe znajome "wolę cię jako dziewczynę". A ja wolałbym cię w takiej sytuacji jako ropuchę, złotko.
Drzwi do szafy nigdy nie są i nie będą zupełnie wyważone. Jest całe mnóstwo osób, przed którymi nigdy nie ośmielę się występować jako Filip – babcia, dalsi znajomi których szanuję, a którzy nie mają dostatecznej wiedzy z zakresu queerowej terminologii. Rodziców rozważam – kiedyś, być może, kto wie. Jest całe mnóstwo sytuacji, w których temat mojej queerowości krąży gdzieś w powietrzu, czuję, że zebrani chcą zapytać, ale się wstydzą. Nie o to tutaj chodzi, aby wszystkim na siłę wciskać swoją historię – czy wszyscy muszą wiedzieć, że nie lubię matematyki, ale uważam, że rysowanie jest super? To nie są przecież cechy, co do których można się upewnić na pierwszy rzut oka. No właśnie. Ale w niektórych sytuacjach kwestię tożsamości po prostu trzeba doprecyzować. A wtedy - kamień z serca. Przynajmniej zazwyczaj.





Pracuję nad felietonem o kobietach (i mężczyznach) w szeroko pojętym środowisku muzyki rockowej, wkrótce może uda mi się też zacząć cykl o trans* bohaterach i bohaterkach (pop)kultury. A póki co, macie dowodowego cukierka – comingoutowy wywiad z Andreją: http://www.style.com/stylefile/2014/07/andreja-pejic-sexual-reassignment-surgery/