wtorek, 27 maja 2014

Osobisty kawałek mięsa, atak klonów i siedzenie na bombie

Co wspólnego mają minione wybory do Parlamentu Europejskiego, nadchodząca premiera ekranizacji książki Charlotte Roche "Wilgotne Miejsca" oraz gender i moja uczelnia? Ano, zaraz objaśnię. Ale po kolei.

Stojąc w tramwaju, albo kiedy zwyczajnie nudzi mi się w miejscach publicznych, gapię się na ludzi. Któż tego nie robi – chyba wszyscy mamy na sumieniu takie małe grzeszki godzące w niepisaną umowę społeczną. Czasami posuwam się o krok dalej. Chociażby zdarzenie sprzed kilku tygodni: stojąc na przystanku, podjęłam grę spojrzeń z dość androgyniczną dziewczyną w skórzanej kurtce, która czekała na tramwaj w odwrotną stronę. Kilka pojazdów przejechało między nami, co chwilę traciłam ją z oczu. A jednak wiedziałam, że ona wie, i że też patrzy. I jeszcze krok dalej, nowe doznanie: stykanie się rękami, bokami, plecami. Niby to naturalne w tramwajowym ścisku, a jednak dzisiaj po raz pierwszy świadomie podjęłam tę grę. Obok mnie stał młody facet, na krzesełku siedziała mała dziewczynka – nie mogła być chyba nikim innym, jak jego młodszą siostrą. Nie miałam się czego złapać, chwyciłem więc oparcie najbliższego fotela. Chłopak nachylał się nad siostrą, rozmawiając z nią, a moją rękę co chwila muskał jego sweter, czasami napierał na nią także fragment jego ciała. Nie widziałem jego twarzy, dopiero kiedy wysiadali, spojrzałam ukradkiem – typowo nastoletnia uroda, nie więcej niż 16-17 lat. Czy poczułam niesmak, czy poczułam się dziwnie sama ze sobą? Niespecjalnie.

Trzymajcie się, to był wstęp.
Bohaterka "Wilgotnych miejsc" nie jest "tradycyjnie" ładna. Prawdę mówiąc, jest chłopczycą. Jest w niej dużo ze mnie – niby zależy nam na jakimś stylu, niby dbamy o siebie, ale odrzucamy wszystko to, co czyni z nas superkobiece, wymalowane, ultramodne manekiny. Autopsja. Od trzech lat porównuję się półświadomie z dziewczętami z moich studiów. Kulturoznawczych, dodajmy dla jasności. I oprócz mnie oraz może trzech-czterech innych nie ma tam w ogóle tak radykalnie wyglądających i wypowiadających się jak ja. Kaman, radykalizmem sama bym tego nie nazwała, ale wiem i słyszę, że wielu współstudiujących właśnie tak to nazywa.
A więc Helen. To kolejna bohaterka, w której odnajduję samą siebie (tylko wciąż zastanawiam się nad tą wątpliwą sprawiedliwością, która każe światu obdarzać takie jak ona przystojnymi facetami, a mnie żadnymi). Urocza chłopczyca z loczkami, w trampkach i koszulce Bad Religion, jeżdżąca na desce. Chwilami w stosunku do mnie może nawet bardziej wymarzona niż realna. Nawet jej matka jest łudząco podobna do mojej matki, z tym jej stylem wziętym nieco z lat 90. i zasadami wziętymi trochę z kosmosu, no może poza katolicyzmem, który wyznaje matka Helen (moja nie). Tylko ojciec, z którym Helen wciąż usiłuję pogodzić matkę, jakoś mi nie pasuje do obrazka – przypomina raczej faceta, który w życiu matki zastąpił mojego ojca. Rozwód rodziców to zresztą taki tematyczny lep, na który łapała mnie ogromna ilość książek, filmów i innych popkulturowych historii mojego okresu nastoletniego. Jakby się zastanowić, łapię się na ten lep do dzisiaj.
Kolejna zaleta filmu: jest pełen absurdalnego humoru, zupełnie innego niż ten w "Amelii", do której porównał "Wilgotne miejsca" jeden z recenzentów (z całym szacunkiem, ale musiał chyba upaść na głowę). Na przykład wtedy, kiedy Helen przyłapuje ojca na igraszkach z młodszą kochanką. Siada obok, bez słowa kładzie gorącą patelnię na kanapie i mówi obojetnym tonem: "jajka ci się spaliły".
Jedyne podobieństwo do Amelii to chyba tylko sposób, w jaki bohaterka przedstawia osoby ze swojego najbliższego otoczenia. "Mój tata. Nie ranił mnie często, tylko czasami i niechcący." Na przykład przytrzaskując łapę drzwiami od samochodu.
Dziwactwo mojego osobistego padre natomiast polega na tym, że regularnie i w najmniej spodziewanych momentach raczy mnie zadziwiająco podnoszącymi na duchu myślami. "Wybrałaś inną drogę i za to cię lubię".

No tak, ale najwięcej rozgłosu "Wiglotnym miejscom" przynosi oczywiście nie rodzinna psychoanaliza obecna w filmie, a jego warstwa (pozytywnie) seksualna. Najbardziej erotyczna w filmie jest chyba scena golenia. Ale nie tego pierwszego, które prowokuje całą serię niefortunnych zdarzeń. Zobaczycie, o co mi chodzi.
Bo Helen czerpie radość ze swojego ciała, ale nie w jakiś feministycznie radykalny sposób – przynajmniej nie w filmie (książka przede mną). I robi to bardzo naturalnie, czyniąc to wszystko, na co kiedyś podczas pewnej rozmowy we trójkę dwójka z nas zareagowała niedowierzającym "naprawdę, nigdy tego nie robiłaś?". Cóż, z drugiej strony zazdroszczę tym, którzy mają w tej dziedzinie (czerpania radości) nadal więcej do odkrycia niż ja.
Helen jest trochę zlesbijczona. A właściwie wygląda na biseksualną, jest jednym z tych uniwersalnych typów. I szczerze mówiąc, przez cały film czekałam na moment, w którym między nią a jest najlepszą psiapsiółą Corinne coś się wydarzy. Ale nie zdradzę zakończenia kilku prowadzących do finału wątków tej historii, bo popsuję wam całą frajdę.
A poza tym, mniej więcej od połowy film wytacza ciężkie psychologiczne działo i nie jest już wcale tak beztrosko i cudownie inspirowany Amelią. Ale tym bardziej warto oglądać go dalej. Ogląda się tym ciekawiej, jeśli jesteś osobą utożsamiającą się z częścią, ale nie wszystkimi poglądami feministycznymi, oraz jeśli jesteś tylko połowiczną kobietą, jak ja. Zresztą, kaman, to społeczeństwo zrobiło z normalnych rzeczy feminizm, jakby to było coś, co w niezwykły sposób powinno wyrastać ponad normalność i codzienność, a nie być jej częścią.
A Helen mimo całego syfu w życiu chyba potrafiła czasem być szczęśliwa. To ważna umiejętność nieco popierdolonych ludzi, takich jak my.

PS. Na kwestię tego, z którymi dokładnie scenami z filmu się utożsamiam, spuśćmy może (he, he) zasłonę milczenia.

Tak więc jest Helen bohaterką wyzwoloną (o, jak ja nie znoszę tego słowa – reaguję na nie mniej więcej tak samo alergicznie jak na "kultową"). O płci kulturowej niby kobiecej, ale gdzieś tam jednak złamanej androgynicznym whatever. Takich jak ona (i jak ja) jest więcej, niż się powszechnie uważa, zresztą duża część tej populacji szczególnie się ze swoją nietypowością nie wychyla. Badaniem i opisywaniem ludzkiej różnorodności zajmują się przede wszystkim nauki socjologiczne i kulturoznawcze, którym gender, to słowo-klątwa ostatnich miesięcy, nie jest obce od kilkudziesięciu lat. A teraz uważajcie. Jak zapewne część z was wie, kończę w tej chwili licencjackie studia kulturoznawcze. I fakt, w planie mieliśmy przez ostatnie semestry trochę genderowych przedmiotów. Jedne prowadzone lepiej, inne gorzej – na tych lepszych słychać było pojękiwania, że zbyt wydumane, że zbyt skomplikowane jak na dwudziestoparoletnie, humanistyczne, otwarte (sic!) umysły. Na tych gorszych zaczęły się gwałtowne protesty (poniekąd uzasadnione), że prowadzenie wykładów jest do dupy, że mało konkretnie, i że w ogóle wszyscy już mają tego genderu dość. Co więcej, mają już dość nawet prób naprostowania szkód, jakie potłuczone antygenderowe teorie wyrządziły w ich świadomości. Zajęcia te przypadły na ostatnie miesiące studiów i zbiegły się ze skumulowaną nagonką na gender, więc protesty te poniekąd potrafię zrozumieć – a poniekąd nie. Dziwi zwłaszcza olewcza postawa wykładowców: obecnie sytuacja na uczelni (będącej, notabene, jedną z uczestniczek genderowego Erasmusa Gemma) sugeruje istnienie dwóch grup genderowych wykładowców, z których jedna pierdoli na wykładach – jeśli już na nie łaskawie przychodzi - jak z lekka potłuczona, a druga po cichu narzeka, że mamy zamkniętych światopoglądowo studentów. I byłoby wręcz dziwne, gdyby ta pierwsza postawa nie znajdowała odzwierciedlenia w stosunku uczestników zajęć do przedmiotu. Bo faktycznie, jeśli wykład po raz trzeci się nie odbywa, a kiedy już ma miejsce, prowadząca czyta ciągiem ze slajdów – można się wściec. I tu przechodzimy do drugiego istotnego problemu – jak w takim razie zmienić nastawienie studentów, którzy zdążyli już wynaleźć sformuowanie "gender alert", są nieświadomie (?) językowo ksenofobiczni i genderem nazywają wszystko, co choć trochę odstaje od podziału na czarne i białe? Żarty gdzieś się kończą, a efekty nieudanej genderowej edukacji będą potem widoczne w śmichach chichach ze współpracowników, gwiazd popkultury, w kuluarowych rozmowach na temat wyglądu przechodniów. Takie nam cudowne pokolenie studentów przez niedopatrzenie rośnie. I to zapewne nie tylko na mojej uczelni, bo gender ma to do siebie, że wielu gada i wykłada, ale niewielu rozsądnie.
Tymczasem na tych (i nie tylko na tych) studiach jesteśmy różni i różniści. Są babeczki, którym blisko do modelek, wspomniane już wyżej. Są freaki o bardzo indywidualnych zainteresowaniach, wiedzące to, czego nie wie na wydziale nikt inny. Są męscy faceci, kobiece kobiety i garstka tych pośrodku (śmiem twierdzić, że nie tylko ja). I to się nie zmieni niestety nigdy. Po to jest gender, żeby wytłumaczyć tę zasadę naturalnej różnorodności. A nie spieprzyć sprawę, pogłębiając szkodliwe stereotypy i zniechęcając ludzi poprzez olewanie ich oraz ich zajęciowych potrzeb.
Mniej więcej od 13 roku życia walczyłam o to, by móc wyglądać i zachowywać się tak jak chciałam tego ja, a nie jak chcieli tego ludzie i systemy władzy, którzy/e akturat mnie otaczali/ły. Najpierw jako jedyne ciemne (chodzi tu o ogólną kolorystykę ubrania, nie skóry) dziecko w pastelowej podstawówce, potem jako jeden z nielicznych oryginalnych elementów w gimnazjum pełnym plastiku. Gdzieś w liceum, które było już na szczęście łatwiejsze i przyjemniejsze do przejścia, doszły do tego wszystkiego kwestie płci i seksualności właśnie. I w życiu bym nie pomyślał, że na studiach otoczenie będzie chciało uwstecznić jeśli nie mnie, to przynajmniej siebie.
Tymczasem doczekaliśmy dni, w których takie osoby jak ja, jak Helen i jak ludzie nam podobni, - znam takich całkiem sporo – przedstawiani są jako zagrożenie dla rozwoju zdrowego społeczeństwa. Brzmi znajomo? Mnie podśmierduje trochę idolem skrajnej prawicy, a na imię mu było Adolf.

Tak, zgadliście, w tym miejscu będzie mała karcąca pogadanka powyborcza. Część z was wie, jak ważne jest głosowanie, oraz że slogany "pokażmy politykom, że mamy ich naprawdę w dupie" przynoszą więcej szkód niż korzyści. Część jednak "nie interesuje się polityką" i tym oto argumentem usprawiedliwia mamtowdupizm (a potem zaczyna się polityką interesować, narzekając). Powoli odkrywam z niemałym przerażeniem, że żyję w świecie absurdu, w którym pójście na wybory staje się jakimś ultraalternatywnym, wręcz hipsterskim posunięciem (wśród młodszych), względnie aktem obywatelskiej odwagi, na którą przecież nie każdego śmiertelnika stać i nie każdemu się chce (starsi). No a jak to się ma do wcześniej wspomnianej Helen, Wilgotnych Miejsc i gender studies? Ano tak, że bez polityki, która ma ręce i nogi oraz rozsądny kapitał ludzki, a nie jedzie wyłącznie na nienawiści i byciu anty wobec wszystkiego, za chwilę możemy obudzić się w społeczeństwie, w którym średnio co trzecia osoba będzie miała związane ręce z powodu nieprzystawania do jakiejś wymyślonej normy (do której często do końca nie przystaje sam jej twórca, vide przypadek wspomnianego Adolfika). Przesadzam? You'll never know. Na czysty absurd zakrawa fakt, że po piekle II wojny (którą prywatnie historycznie dosyć się interesuję już od dawna, co może zauważyliście) znajdują się jeszcze jednostki pieprzące po kolei o czystości rasowej, dominacji białego heteroseksualnego mężczyzny, eksterminacji Żydów i Muzułmanów, wreszcie o tym, jakoby Polacy mieliby w najbliższym czasie przejąć władzę nad światem jako najbardziej uprzywilejowany naród i pupilkowie Maryi, Matki Bożej; ostatnio szczególnie modne znów staje się pieprzenie o przyjemności płynącej z gwałtów (co jest swoistym oksymoronem i sprzecznością logiczną) i niedoborach inteligencji u kobiet, które za to miałyby być wyjątkowo przydatne jako roboty do rodzenia dzieci i obierania ziemniaków na obiad.
Reasumując: w niedzielę mieliśmy wszyscy szansę na ugranie odrobiny godności na międzynarodowym poletku, a przede wszystkim – na uratowanie własnych tyłków przed wielką niewiadomą. Z tej możliwości skorzystało niewiele ponad 20% społeczeństwa. Do Europarlamentu dostali się między innymi ci, których poglądy mają się do Unii niczym piernik do wiatraka. We Francji beztrosko zwyciężają neonaziole, w kilku innych krajach Europy jest nie lepiej. Już kilka razy w życiu zabraniali mi (i wam też, założę się) być sobą. Nie czekajmy, aż zanurzą nas w głębszych oparach absurdu; aż każda Helen zostanie pozbawiona możliwości antykoncepcji i edukacji seksualnej, aż starzy grubi faceci w sukienkach wpłyną na prawo tak, że realnej większości z nas zacznie to przeszkadzać, aż sami i same nie będziemy mogli czerpać z życia tyle, ile potrzebujemy.  
Dziś jako wisienkę na torcie i puentę wkleję wam tu zespół jednego z moich ulubionych sepleniących brudnych Brytoli, który doskonale wiedział co śpiewa. Weźcie sobie jego słowa głęboko do serca.


(Macie rację, przechodzę samego siebie w wymyślaniu wydziwionych tytułów. Jak to się mówi, inspiruje mnei życie. I może trochę Gwiezdne Wojny.)

środa, 21 maja 2014

Dolan pełnometrażowy czwarty. "Tom"

To nie jest Dolan, jakiego znamy. To nie jest Dolan łatwy i przyjemny – o ile jego filmy właściwie nigdy takie nie były, o tyle "Tom" idzie o krok dalej. To jest film, od którego ma się gęsią skórkę.

 Nie, nie wyszłam z kina zachwycona. Nie rozpierał mnie ten trudny do opisania rodzaj popremierowego zachwytu i pragnienie, aby natychmiast, jak najszybciej się da, obejrzeć to jeszcze raz. Nowy film Dolana pozostawia człowieka z tym dziwnym, uwierającym uczuciem niepewności, tak jakby poczucie braku bezpieczeństwa przedostało się ze świata filmowego do rzeczywistości.
Główne problemy, które reżyser poruszył w "Tomie" to miękka (?) homofobia, syndrom sztokholmski, sztucznie utrzymywana męska dominacja i pozycja. Ja dorzuciłabym jeszcze etycznie podgryzającą kwestię zabijania zwierząt, ale to niuans, który w "Tomie" wyczują tylko wegefiksanci mojego pokroju i który nadaje się raczej na osobny felieton o serialowym Hannibalu (być może coming soon).

Doznania estetyczne? To chyba tylko w tej warstwie gdzieniegdzie wytrawny widz dostrzeże "typowego Xaviera Dolana". Mamy więc kilka ujęć rozległych krajobrazów nakręconych z lotu ptaka (zabieg zastosowany z powodzeniem już w "Na zawsze Laurence"). Mamy też piękne połączenia kolorów w pierwszych ujęciach, kiedy główny bohater bazgroli paryskim błękitem na papierowym ręczniku; niektórzy i niektóre z nas będą po raz kolejny rozkoszować się blond lokami reżysera, który zagrał tutaj także główną rolę. Poza tymi smaczkami na ładność nie mamy co liczyć: farma, na której rozgrywa się akcja filmu, jest ponura i nieco przerażająca, dom w którym dzieje się część zdarzeń – urządzony przygnębiająco i bez gustu. Krowy to element występujący nawet często w rozmaitych thrillerach klasy od A do Z, ale zwierzętom dajmy już spokój (choć też wprowadzają klimat). Aha, jest i zboże – "mamy październik, kukurydza jest ostra jak brzytwa". Niech was ten cytat wprowadzi w atmosferę.

Z wrodzonej dziennikarskiej dokładności przytoczę chociaż zarys fabuły, między innymi dlatego że wpływa ona istotnie na estetykę filmu. Tom przyjeżdża na wieś pod kanadyjskim Quebekiem, aby uczestniczyć w pogrzebie partnera. Na miejscu szybko odkrywa, że matka jego chłopaka nie miała pojecia o ich związku, ale w porę powstrzymuje wszelkie wzmianki o uczuciu łączącym go z jej synem – również dlatego, że nad wiejską farmą niepodzielną i autorytarną władzę sprawuje brat nagle zmarłego Guillaume'a. Francis jest nieprzyjemnym człowiekiem bez znajomych, mocno kochającym matkę – i jest to miłość z gatunku mocnych, bo naznaczonych psychicznym napięciem, jeśli nie przemocą. Oczywiście stara się nie dopuścić, aby kobieta, która straciła syna dowiedziała się o prawdziwym charakterze jego relacji z przybyłym gościem. Jest w tym działaniu troska, ale i niewątpliwa homofobia. A jak wiadomo, homofobia bywa reakcją obronną na własne homoseksualne ciągoty. Napięcie rośnie.

Oczywiście reżyser nie byłby sobą, gdyby nie nasączył swego najnowszego dzieła nienormatywnym przekazem. Krok po kroku, od "Wyśnionych miłości", poprzez "Zabiłem moją matkę" i "Na zawsze Laurence", aż do "Toma", przedstawia on szerokiej widowni zjawiska towarzyszące byciu niehetero, zjawiska, które część z nas zna tak doskonale, że od ich obserwacji na ekranie jeżą się włosy na rękach. W najnowszym filmie jest to homoerotyczne, sadomasochistyczne przyciąganie między homofobem a homoseksualnym mężczyzną. Szczególnej uwadze polecam perełkę, jaką jest scena tanga w stodole. Mamy także niejaką Sarę – dziewczynę z przymusu grającą przed rodziną rolę partnerki zmarłego. Kłamstwa nakładają się na siebie, gra pozorów jest coraz bardziej niestabilna. Duch nieżyjącego Guillaume'a unosi się nad wieloma sytuacjami, jednak reżyser ani razu nie decyduje się na pokazanie jego twarzy.
Ponadto Dolanowi znów udało się poruszyć i moją osobistą wrażliwą strunę. Jego główny bohater zmaga się z poczuciem straty i pustki, wobec której jest tak bezsilny, że ciężko mu ogarnąć ją zmysłami, świadomością, ciężko unieść przytłaczający ból po nieoczekiwanej stracie. Nie powstrzymuje łez, ale płacze tylko w samotności.

Dolan-aktor-bohater onieśmiela. Tak zresztą mam z nim od poczatku jego kariery: onieśmiela mnie swoją urodą, stylem bycia i świadomością, że znam ten typ człowieka, i że tacy ludzie jak on nigdy nie będą moi. Nie chodzi do końca o ten osławiony topos przystojnego geja; styl bycia Kanadyjczyka już po prostu taki jest, że oszałamia przemawiającym przez niego bagażem różnorodnych doświadczeń.
Xavier Dolan jest już dorosły. I wyrasta na naprawdę świadomego, genialnego reżysera. To cieszy, nawet jeśli najnowsze dzieło Kanadyjczyka nie należy do przyjemnych.




PS. Warto zauważyć, że polska premiera "Toma" odbyła się 17 maja, czyli w Światowy Dzień Przeciwko Homofobii i Transfobii - w skrócie IDAHOT (traf chciał, że są to również moje imieniny). Wyrazy uznania dla dystrybutora za wykorzystanie tego szczegółu.

czwartek, 1 maja 2014

Szary pies, czyli bardziej skomplikowana rzecz

(Dedykuję AF, której nie widziałam stanowczo zbyt dawno, a która wciąż pisze inspirująco, pomimo tego że w niektórych kwestiach diametralnie się różnimy.)

Dziś o tym, co u mnie słychać, ale tak w szerszym ujęciu. Tak, możecie już skasować tę kartę w przeglądarce, na starcie, nie przymuszam.
Trzymam się kurczowo od lat i bardzo staram się nie puszczać. Nie puszczać gałęzi zbudowanej z siły i odporności, przekonań, że są ludzie którzy mają gorzej.
Nie chcę korzystać z "pomocy" psychoterapeuty. Z drugiej strony nie chcę słuchać, że jestem silna, że ze wszystkim sobie poradzę. Wszelkie wzmianki o leczeniu czegokolwiek, o poradach u kogokolwiek sprawiają, że czuję się jeszcze gorzej. Miło byłoby, gdyby otoczenie uszanowało moją wolną wolę i prawo do próby poradzenia sobie samemu. Absurdalne: nie interesują się tobą latami, a kiedy jest widocznie źle, prześcigają się w radach.

Opisuję się jako osobę o specyficznej moralności i systemie wartości. Kto zna mnie osobiście, wie w czym rzecz. Czasami miewam reakcje, których nikt po cywilizowanym człowieku by się nie spodziewał. A raczej – czasami wyrażam głośno uczucia, które nie odpowiadają standardom.

Stany poddepresyjne miewam od około 9 roku życia, mając lat 13 doszłam do wniosku, że samobójstwo to właściwie najlepszy sposób na zakończenie życia, natomiast około miesiąc temu zdecydowałam wreszcie, że najlepszym podkładem muzycznym ostatnich minut życia będzie płyta "Lust for life" Iggiego Popa. Uważam podjęcie tych decyzji za swego rodzaju sukces.
Pewien smutny pan z pewnej manchesterskiej grupy muzycznej, którego do dziś (niestety) noszą na tiszertach (niestety) z H&Mu nastolatki, prawie 33 lata temu też wybrał Iggiego Popa. "The Idiot" Iggiego Popa, bo "Lust for life" miało powstać dopiero kilka miesięcy później. Pan Iguana żyje w zdrowiu i szczęściu do dziś i niech żyje, natomiast jego płyty są widać dobre na okoliczność zakończenia żywota.
Spokojnie, nie w najbliższej przyszłości. Zresztą o moich cudownie kontrowersyjnych poglądach na śmierć, życie i umieranie popełniłam już kiedyś felieton. Pod owym felietonem zebrała się nawet dość znaczna ilość bóldupnych komentarzy. Muszę wszystkie takie felietonowe klasyki zebrać i gdzieś wrzucić, bo szkoda żeby sie kurzyły, ale to pewnie prędko nie nastąpi. Nevermind.

Pisanie zawsze działało na mnie trochę terapeutycznie.

Wiem, to niegodziwe, nieodpowiednie i nie na miejscu stawiać się w jednym rzędzie z Ianem Curtisem, cierpiącym nie tylko na depresję, ale i na epilepsję, oraz mającym takie problemy życiowe, o których mnie się nawet nie śniło.
Depresję wielu zainteresowanych tematem nazywa czarnym psem. Mój mentalny pies jest raczej szary, niedoprowadzony do ostateczności, ma "łagodniejszą" (?) formę. Bycie pośrodku jest typowe dla całego mojego życia.
Wymyślasz – mówią ci, którzy się dowiadują. Przesadzasz – mówią ci, którzy uważają, że wiedzą. A ja zastanawiam się, jak bezczelnym trzeba być, żeby wyrokować o samopoczuciu drugiej osoby, stwierdzając "nie ryczy, rozmawia normalnie, to chyba wszystko ok". Nie ryczy teraz. Rozmawia normalnie, bo tak ją w domu nauczono. Do tej z domu wyniesionej filozofii dodałam jeszcze to, że nie wolno bogu ducha winnych ludzi wokół, kasjerki w sklepie, człowieka pytającego o godzinę obarczać swoim chujowym nastrojem. Simple as that.
I to dawanie rad, które mają chyba sprawić, że jedyna osoba która poczuje się lepiej, to ta, która rady daje. Poradnik domowy domorosłych pseudoterapeutów.
Nikt mnie nigdy nie zdiagnozował, nie było nawet próby diagnozy, mimo kilku nieśmiałych propozycji matki, że "może faktycznie przydałoby ci się pójść do psychologa". Za to w domu aż za dużo nasłuchałam się psychoterapeutycznych teorii i historii. Psychologowie i terapeuci są ponoć fatalnymi rodzicami – potwierdzam. Jednak nie zebraliśmy się tutaj by rozpamiętywać wychowawcze porażki mojej matki, a przynajmniej nie tylko po to.
Wiem jedno: nie chcę leczenia farmakologicznego, zresztą przypuszczam, że moje stany poddepresyjne nie są na tyle silne, by istniała konieczność faszerowania się medykamentami. Nie chcę, bo ostatnia rzecz którą byłbym w stanie znieść, to spłaszczenie uczuć i wypranie z emocji. Głupie i nierozsądne? Może i głupie i nierozsądne. Nie, to nie tak że nie mam siły wstać rano z łóżka – to prawda, zdarzało się, choćby kilka dni temu rano, ale grawitacja jest zwyczajnie silniejsza kiedy śpi się mało, a poprzedniego wieczora miesza wódę z piwem, bynajmniej nie z chęci zakopania wewnętrznego doła, tylko z prozaicznego powodu imprezy. Natomiast w tych naprawdę strasznych momentach schemat wygląda tak: pogrążam się w problemie, ryczę cały wieczór, zapadam w sen z wyczerpania, a pierwszą myślą nowego dnia jest: stało się, o matko, stało się, boli. Chodzę entuzjastyczna jak śmierć przez tydzień, dwa, trzy – zależy od skali problemu, o ile konkretny problem istnieje (zazwyczaj istnieje). W końcu przestaję płakać, ale ból pozostaje – ten wewnętrzny, jakby ktoś wbił mi tępy kołek w serce. Zbieram się w sobie, wstaję rano, pracuję nad codziennymi zadaniami. Ale źródło bólu się nie uspokaja.
Zdecydowanie praca trzyma mnie przy życiu, a zawalanie obowiązków jest gorsze niż perspektywa wstania z łóżka w ogóle.
Nie interesuje mnie medyczna otoczka depresji, psychiatryczna wiedza, opowieści z ośrodków leczenia zaburzeń – tych ostatnich zresztą zdążyłam się nasłuchać w miłych okolicznościach, których wspomnienia zamykam teraz w małej szufladce wewnątrz siebie, szufladce, która uparcie nie chce się domknąć i do której nie mam kłódki. No właśnie. Doskonale zdaję sobie sprawę ze swojego problemu, będącego być może kluczem do depresyjnego usposobienia: uzależniam swoje szczęście od innych ludzi. Od ich obecności. Ten problem jednak nie bierze się z powietrza, a z historii żywota mego, i tu nie ma się co dziwić. Tak właśnie dzieje się, kiedy całe życie biegniesz za czymś, co ciągle się wymyka; kiedy relacje z ważnymi ludźmi zaczynają się i nie mają wyraźnego końca, bądź kończą się, choć nie wiadomo, czy i kiedy tak naprawdę się zaczęły. Kiedy w pewnym momencie orientujesz się, że ludzie układają sobie życia, wchodzą w związki, miewają już nawet coś na kształt życia rodzinnego, a przede wszystkim domowego. To boli, nawet jeśli moje własne plany na życie i potrzeby nie obejmują, broń boże, ślubu ani dzieci.
W chwilach kryzysu powraca postrzeganie siebie jako zgniecionej kulki papieru, powraca patrzenie na siebie przez pryzmat okrutnych, wciąż istniejących kompleksów. Istniejących pomimo moich codziennych deklaracji o akceptacji naturalności, akceptacji siebie, swoich wad. Bo akceptuję. Dopóki coś się nie posypie.
Upadnie jeden element – wali się cała układanka.

W jakiś sposób pasuje mi tu cytat z angielskiego opowiadania odkrytego ostatnio na jednym z rozlicznych śledzonych blogów. It’s not even that your sexuality is fluid, it’s your stupidity which is fluid. To tak w kwestii akceptacji, gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości.

Przecież tego nie widać, mówią niektórzy. No jasne, gdyby wszystko było tak widać, to naprawdę osoby z depresją lub stanami poddepresyjnymi nie miałyby życia, a miasta i miasteczka dość znacząco by się wyludniły, zapełniłyby się za to miejsca leczenia depresji, bo na różne jej formy w różnych momentach życia cierpią miliony osób.

Z P. zawsze rozmawia mi się tak samo świetnie, mimo że widujemy się średnio raz na rok. Widząc mnie kiedyś po takim długim czasie, P. nagle przerwała rozmowę, mówiąc mi, że wyglądam na szczęśliwą, że zupełnie inaczej się mnie słucha, że jest we mnie więcej energii. To prawda, mimo wszystko jestem szczęśliwsza mieszkając w mieście, w którym chcę mieszkać, robiąc przynajmniej część tego, co chcę w życiu robić. Poczułam się lepiej wraz z przeprowadzką z powrotem do Łodzi. Ale żałośnie beznadziejny brak bliskich mi osób to stan niezależny od miasta, a tęsknota towarzyszy mi właśnie niczym szary pies od ponad dziesięciu lat.

Taplam się w żałobnym cierpieniu, marynuję swoje kompleksy - zarzuty, zarzuty, zarzuty i domysły. Tylko matka ośmiela się co jakiś czas wygłaszać swoje psychosądy, zwykle kosmicznie odbiegające od rzeczywistości.

Smutek i wesołość, siła i niemoc, męskość i kobiecość. Jestem zlepkiem sprzeczności. Im dłużej patrzę w lustro, tym bardziej jestem wściekła i chce mi się rzygać. I wszystkie gadki o kochaniu siebie, które tak hołubię, znów idą w odstawkę. (Moja mamuśka powiedziałaby: projektujesz sobie. Och, jak ona mnie dobrze nie zna.)

Czy to lubię? Taa, kurwa, uwielbiam, przecież to takie fajne uczucie, mieć jakby kamień przywiązany do serca. Faktycznie, jakiś czas temu było modne (o ile w ogóle można użyć takiego słowa, ja na przykład go nie znoszę) marynować się w melancholii, w programowej tzw. Emodepresji, nosić czarne ciuchy, ciąć się po rękach i tym podobne. Ale nie, to mnie nie dotyczy i nigdy nie dotyczyło, pewnie dlatego że ból psychiczny zaczął mi towarzyszyć trochę wcześniej, zanim mój wiek nastoletni zbiegł się z emomodą. A ten fizyczny nigdy nie wydawał się rozwiązaniem (co trochę podkopuje teoretycznie trafne wobec mnie określenie "twarda dupa, miękkie serce"). Tak więc ładnych parę lat temu wyszłam już z wieku, w którym zwraca się na siebie uwagę cierpieniem na pokaz. A to, co właśnie czytasz? Nie chcesz, nie czytaj, zapomnij. Nikomu nie wciskam własnych mózgorzygów.

I te wiosennoletnie wieczory, kiedy jest tak potwornie smutno, że to aż boli. Kiedy jedynymi znajomymi twarzami, które chcesz i możesz zobaczyć, są twarze (pop)kulturowych mentorów. Wpisujesz nazwiska w wyszukiwarkę, wyskakują zdjęcia. Przez lata tak się oswoiłam z tymi twarzami, że są dla mnie jak przyjaciele, jak rodzina. Tak bliskie są mi postacie tych ludzi, charaktery, wypowiedzi, dorobek życiowy.

Mam kota, który jest niczym dziecko z poprzedniego małżeństwa: sprawia radość, ale i przypomina dotkliwie o osobie, która odeszła. (Wciąż nad "odeszła" stawiam znak zapytania, nie bez powodu; wymiar odejścia jest tu ponadto bliski wymiarowi nagłej śmierci. Bliski, ale nie tożsamy, właśnie z powodu niedokończenia pewnych spraw.) Powinnam się cieszyć z kota, z tej małej, mruczącej, oddanej istoty. Powinienem cieszyć się z każdego małego sukcesu. W ogóle cieszyć każdym dniem. Ale własne życie zdążyło już przyzwyczaić mnie do tego, że nie można ufać radości. Nie lubię nadmiernych optymistów i jestem wobec nich w naturalny sposób podejrzliwy. Ojciec twierdzi, że sam ma depresyjne usposobienie, więc pewnie mam to po nim. Faktycznie, dostrzegam tu pewien schemat, pewne wzory zachowań – tak, jakbyśmy oboje trzymali się dzielnie, nie dopuszczając do siebie myśli, że w środku siedzi coś złego, co wypadałoby wyleczyć.

Na temat stanów poddepresyjnych, dołów-jak-chuje i wszechogarniającego poczucia beznadziei można pisać i pisze się epopeje oraz encyklopedie. Wątpię więc, by mój osobisty głos mógł być w jakikolwiek sposób znaczący – ale przynajmniej jest szczery. Żebyście się dłużej nie zastanawiali, co tu się właściwie dzieje, jeśli już was to obchodzi.

I wróciłam do Mansona. Nie słucha się Mięsona na wesoło.