Chodzę
na wybory
nie
jeżdżę na gapę
Tylko
nie każ mi wybierać
tylko nie każ, nie każ mi,
nie każ walczyć, nie każ ginąć
Nie chciej Polsko mojej krwi
Sorry Polsko,
sorry Polsko,
sorry Polsko, nie każ mi
tylko nie każ, nie każ mi,
nie każ walczyć, nie każ ginąć
Nie chciej Polsko mojej krwi
Sorry Polsko,
sorry Polsko,
sorry Polsko, nie każ mi
Tak jak zapewne większość z Was, ja
też mam ostatnio po uszy tematów politycznych. I jak na pewno
kilkoro z Was, doświadczam równocześnie kryzysu, ale tego
szczególnego rodzaju: kryzysu aktywistycznego, który obecnie jest
na etapie "mienia wyrzutów sumienia, jeśli się czegoś nie
zrobiło dla sprawy, dla które uprzednio robiło się wszystko".
Już od dłuższego czasu zauważam, że
moje sądy, poglądy i interesy rozmijają się z poglądami osób
należących do grup problemowych, do których i ja należę. Nie
czarujmy się, nie jesteśmy identyczni. Ale gdy ci, którzy
dotychczas byli normatywni do bólu, zaczynają mi zarzucać, że
jestem mało wywrotowa, to nóż mi się w kieszeni otwiera. Ten brak
wywrotowości nagle zaczął oznaczać anarchię (ten zły i
nieprzemyślany rodzaj anarchii) kwitnącą w samym środku
demokracji. Czyli zwyczajne niechodzenie na wybory bądź rysowanie
na karcie do głosowania pizdryków unieważniających głos (o
marnowaniu papieru się już w tej sytuacji nie wypowiem) – a to
wszystko wśród myślących ludzi lewicy. Robert Biedroń
wypowiedział na początku swojej słupskiej prezydentury mniej
więcej takie słowa (bodajże w wywiadzie dla "Magazynu
Świątecznego" Gazety Wyborczej): "jestem pierwszym, który zdejmie krzyże w urzędach, ale ostatnim, który pozwoli na obrażanie obywateli z powodu ich religii". I
ja uważam, że taki balans jest niezbędny – też wolałbym żyć
w całkowicie świeckim kraju, ale że to nigdy nie nastąpi, to
zamiast hejtować wszelkie przejawy religijności otoczenia, skupiam
się na mniej lub bardziej udanym dialogu z grupami wyznaniowymi
innymi od mojej (ateistycznej, acz aspirującej i czerpiącej pewne
nauki z buddyzmu). Przytaczam ten przykład, bo idealnie obrazuje,
czym jest kompromis beznadziejny, ale logiczny.
Nigdy nie myślałam, że będę głośno
popierać urzędującego prezydenta Polski – bo wąs to nie wygląd,
to stan umysłu, a jeśli były wąsacz jest w dodatku byłym
myśliwym, to już w ogóle nie ma o czym mówić. Tymczasem za drugą
wyborczą opcją, czyli bezwąsym Dudą stoi wielu – wąsatych
umysłowo – oszołomów, w rękach których ten jeszcze do niedawna
relatywnie mało znany szerokim masom doktorek prawa będzie tylko
wykonawcą wizji swoich poprzedników. Ja wiem, że Lech Kaczyński
urósł w ciągu ostatnich pięciu lat od swojej śmierci do rangi
wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego – tym bardziej nie czarujmy
się, że ponowne rządy jego ludzi przyniosą nam jakąś świeżość.
Powrót do średniowiecza – owszem, ale nie świeżość. I metryka
obu ewentualnych prezydentów, według której Duda jest młodszy, a
Komor starszy, nie ma tu nic do rzeczy, choć bywa wymieniana jako
cenna karta przetargowa w tym sporze. Oczywiście, są jeszcze istotne względy gospodarcze i socjalne, ale jak bez spokoju w materii obyczajowej budować te praktyczne aspekty życia społecznego?
(Przepraszam, jeśli jakikolwiek
właściciel wąsa poczuł się urażony porównaniem do polskich
polityków. Mam nadzieję, że wiecie, iż w tej całej historii wąs
to ni mniej, ni więcej uosobienie bohatera negatywnego i pewnego
stanu świadomości. Poza tym, miewaliśmy i Boyów-Żeleńskich, i
Hitlerów, i obaj nosili wąsy. Natomiast Boy był zacną
przysłowiową lewacką kurwą na 100 %, a Hitler sami wiecie kim).
Czy kiedykolwiek od czasu pierwszych
wyborów po upadku komunizmu w Polsce ludzie głosowali na coś
innego niż mniejsze zło? Mniej lub bardziej, ale od ładnych
kilkunastu lat zawsze głosuje się przeciwko czemuś.
Jeśli szukacie kogoś, kto zakrzyknie
(na wzór tych, którzy manifestując publicznie na głównej ulicy
miasta sprawili, że spóźniłam się wczoraj na zajęcia), że "nie
ma lepszego od Bronka Komorowskiego" – zdecydowanie źle
trafiliście. Ale żeby w spokoju móc budować podstawy społecznej,
racjonalnej lewicy, której budowanie większość z was miała
ostatnio głęboko w d., trzeba zapewnić sobie święty spokój i
zero zmian od strony rządu – tych na gorsze.
Dobrze sprawę ujął tutaj Jacek
Poniedziałek – aktor, jeden z pierwszych wyoutowanych znanych
polskich
gejów, nie taki znowu normatywny gej, bo grywał różne role i
miewał różne wizerunki.
"W
tym przypadku nie ma co się boczyć na PO i na złość mamie
odmrażać sobie uszy".
Wiem, że jest sporo
takich (i nawet sporo takich znam), którzy i które na złość
te przysłowiowe uszy sobie odmrożą, bo "nikt nie odpowiada
ich poglądom, więc nie zagłosują w ogóle". A potem przez
pięć lat będą wściekli, że nie mogą nie tylko przepchać
odpowiednich przepisów i ustaw w Sejmie (co i tak pewnie szybko nie
nastąpi), ale też nie będą mogli robić połowy z tych rzeczy,
które robią teraz, bo na nowo ruszy lawina pisowskich podsłuchów,
pomówień, kłamstw smoleńskich i oskarżeń o język
homopropagandy. No bo nie
ruszy? "Czasy
się zmieniły, metody się zmieniły, ludzie ci sami, ludzie tacy
sami", jak śpiewają
chłopaki z grającego smakowite elektro polskiego bandu Alles. I
Unia może sobie zabraniać zabraniania, ale Duda i tak wykona choćby
próbę zablokowania najbliższego marszu, parady, ustawy o związkach
partnerskich i zawodowych, inicjatyw sekularyzacyjnych itp.
Nie podpisze także kolejnych ewentualnych dokumentów pokrewnych
Konwencji Antyprzemocowej, za to będzie bardzo chciał zaostrzyć
ustawę antyaborcyjną i karać za in vitro. Choć miejmy nadzieję,
że to się jednak nie stanie.
W
wyborach moralnych i prezydenckich, a także i tych codziennych,
powinniśmy brać przykłzd z przysiegi Hipokratesa: po pierwsze nie
szkodzić. Jasne, to, że (generalnie) lajfstajlowa dziennikarzyna
Korwin-Piotrowska rozkazuje i zabrania, na kogo głosować, a na kogo
nie, może budzić sprzeciw. Mnie też się nie podoba, że kobieta,
która z polityką ma wspólnego tyle, ile skojarzeń może
ewentualnie budzić jej pierwsze nazwisko (ale nic więcej), próbuje
dyktować nam, jak grzeczni i nieprzegięci mają być geje w Polsce
(bo cała reszta akronimu LGBTQ* przecież nie istnieje, nie
wymagajmy za wiele), żeby się przypodobać władzy. Jestem ostatnią
osobą, której spodobałoby się, że owa dziennikarzyna widzi tych
gejów jako roszczeniowe, mięczakowate, niezdecydowane ciotki, i w
dodatku jest zniesmaczona, że ludzie niehetero okazują sobie
uczucia. Ale gównoburza, która przetoczyła się w ciągu ostatnich
dni przez internet po tekście Korwin-Piotrowskiej – że niby
rozkazuje nam ona, na kogo mamy głosować – jest ewidentnym
dowodem na to, że skupiamy się na szczegółach, zamiast na realnej
dyskusji i mobilizacji.
Dlaczego
tak bardzo, jak w hejtowaniu osób, które niby mają podobne poglądy
polityczne jak my, ale głosują na kogo innego, nie zjednoczymy się
w sprawach, w których jest mnóśtwo do zrobienia? Dlaczego, zamiast
narzekać na brak lewicy w Polsce, nie weźmiemy przykładu z państw,
w któych realizacja lewicowych postulatów choć częściowo się
udaje? Nie będzie lewicy bez integracji problemowej, a za to z
wykluczaniem grup, które wydają się mniej atrakcyjne w kontekście
PR-u. I choć na razie odnoszę się do nowopowstałej lewicowej
partii Razem (miedzy innymi dlatego, że jak wiadomo, mamy w
granicach polski statystyczne polityczne średniowiecze, a Zieloni
zbierają w wyborach ułamek głosów) z ostrożnym optymizmem, to
jednak jest to jakaś nadzieja. Lepsza skonsolidowana grupa
dyskutujących początkujących polityków, niż działacze, którzy
po latach walki o demokrację nagle nie idą na wybory lub bazgrzą
po kartach wyborczych.
Zawsze
myślałam, że głosowanie na prawicę to domena babć
indoktrynowanych przez niezdrową radiomaryjną propagandę. Zawsze,
to znaczy przez tę część życia, kiedy potrafiłam już
autonomicznie myśleć, ale nie miałem jeszcze prawa do głosowania.
Bo kiedy nagle uprawnienia wyborcze zaczęły obowiązywać, to
nadeszły takie czasy, że prawica – od centrum do skraju –
porwała także ludzi młodych, którzy nagle zamienili się w
stetryczałych, martyrologizujących dziadów. Nagle ubzdurali sobie, ochoczo wspomagani przez starszych, że są uciskaną większością i uderza w nich poprawność polityczna (przepraszam, CO?). A może taka frakcja
istniała zawsze, tylko poziom absurdu w polityce rośnie, stawiając
ją w blasku reflektorów. I przed brunatną siłą faszyzującego
młodzieżówkowego pierdololo uchowaj nas Panie. Boże, Jahwe,
Buddo, Allahu, jakikolwiek Panie. Albo po prostu dobra kosmiczna
energio.
PS. Ale
żeby nie było tak ponuro: cieszy mnie – i nawet nie myślałam,
że będzie mnie tak cieszyć – gdy słyszę od znajomych, że
ciągną całą rodzinę na wybory, albo że angażują się w
kampanię mniejszego zła przeciw większemu złu. Bo jasne, też mam
marzenia i ideały. Ale skoro ostatnie kilka(naście) lat spędziliśmy
na oddolnym budowaniu podstaw, żeby wprowadzić je w życie, to
skupmy się teraz na tym, żeby przynajmniej nie musieć schodzić do
podziemia. Bo czasy PISu i Giertycha pamiętam aż za dobrze. I życzę
wszystkim, żeby pozostały tylko wspomnieniem, zamiast fundowania
sobie powtórki z rozrywki.
PS2. Tekst pisany mocno na emocjach, w
nocy i na 24 godziny przed nastaniem ciszy wyborczej, ale to chyba
czuć.