wtorek, 21 lipca 2015

weekend w czarnej dziurze. festiwaLove

Latem dzieją się rzeczy magiczne. Ludzie poznają ludzi, ciepłe powietrze uderza nam do głów, i niby deklarujemy, że stoimy mocno na ziemi w swoich poukładanych, zapracowanych życiach – ale latem tak jakby mniej. Jednym z nieodłącznych elementów letniego krajobrazu są festiwale; to zauważają już nawet te media, które poza funkcją informacyjną starają się być opiniotwórcze i kulturowo analityczne. Przeważnie wychodzi z tego dziennikarska ciapaja pod hasłem "wejdźmy do zoo i zobaczmy, jak bawią się młodzi". Moje doświadczenie uczy jednak, że festiwale (wybierane z rozmysłem tematycznym, a nie na zasadzie jeżdżenia na wszystko, co modne) to rozrywka bez granic wiekowych, a przede wszystkim przepyszna okazja do obserwacji kulturoznawczych i socjologicznych.

Moja prywatna historia letnich festiwali zaczyna się w roku 2006, od wyprawy na Openera, która była spontanicznym pomysłem taty. Bez namiotu (bo pole to dodatkowy koszt), śpiąc w samochodzie, przeklinając ceny żarcia, upał i słabo oznakowany dojazd do Babich Dołów, przeżyliśmy jeden z tych wielu weekendów, kiedy więzi międzyludzkie jakoś niepostrzeżenie się zacieśniają. To tam po raz pierwszy widziałam koncert Placebo, to tam zdobyłam pierwsze sznyty w openerowej szkole przetrwania (kiedy inni narzekali na warunki przy następnych edycjach festiwalu, ja byłam już psychicznie przygotowana na ten hardkor).

Przerobiłem do tej pory Opener (cztery razy), Jarocin (trzy), Off Festiwal (trzy), Coke (jeden), Slot (dwa) i Castle Party – i piszę ten tekst, wróciwszy właśnie ze swojego drugiego razu na CP. Całkiem niezły to wynik w moim prywatnym rankingu, jednak nijak ma się to osób, które jeżdżą na wszystko co popadnie. Oczywiście, miło byłoby mieć pieniądze na spędzenie całego lata na festiwalach. A jednak przyjemności, w tym kultura, zażywane zbyt często mogą ulec spowszednieniu. Jasne, każdy koncert jest inny, a festiwalowa atmosfera i entuzjazm niepowtarzalne. Ale moja metoda na festiwale niezmiennie od lat obejmuje punkty:
a) zacznij czytać i słuchać ogłoszeń festiwalowych już zimą
b) podskakuj z radości na krześle, kiedy w radiu usłyszysz nazwę ulubionego wykonawcy lub najnowszego ekscytującego odkrycia muzycznego
c) przelicz kasę raz, drugi i następny; zacznij planować wydatki na lato i tylko się przedwcześnie nie załamuj, że wydasz takie miliony
d) koniecznie: zaplanuj towarzystwo. Bez towarzystwa nie ma festiwalu. I owszem, wiele wydarzeń kulturalnych zaliczyłam już w życiu sam bądź w przypadkowym towarzystwie, ale wtedy wspomnienia są jakby... trochę wybrakowane.
To tylko moja metoda. Jednakowoż sprawdza się dobrze.

Przez ostatnie kilka dni na Castle Party po głowie chodził mi festiwalowy felieton, w sam raz na sezon ogórkowy. No to macie. Y'know, doceniam ten klimat, to poczucie wspólnoty i o dziwo pokojową atmosferę: przez kilka dni Bolków, mała, zabita dechami mieścinka na Dolnym Śląsku jawi się jako bańka mydlana, w której tubylcy akceptują każde dziwactwo, podczas gdy na codzień na terenie reszty Polski panuje generalny brak tolerancji (nie oszukujmy się), a nastoletnie dresy krzyczą za takimi jak my na ulicy "szataaaaaaaaan". Co w zasadzie powinniśmy odbierać jako komplement, ale bywają takie chwile, ze nerwy puszczają.
CP to specyficzny festiwal dla stosunkowo kameralnej, specyficznej publiczności – to jest w miarę oczywiste. Jednak "gotyk" to tylko hasło wywoławcze, biorąc pod uwagę, jak wielu różnych wykonawców do tej pory gościł. Czuję, że nie mam prawa wypowiadać się szeroko na ten temat, jeśli bardziej chłonę go przez doświadczenie niż przesłuchiwanie wszystkiego co popadnie, a nie mam tak dużej wiedzy o scenie dark independent, jak mieć bym chciał. Jednak spontaniczne refleksje są zazwyczaj trafne. Lubię widok miasteczka zdominowanego przez czerń, uwielbiam oglądać stroje, pozytywnie zaskakuje spokój tubylców i tolerancja władz miasta dla pokaźnego spożycia alkoholu w przestrzeni publicznej (no bo gdzie, do cholery? Nawet, gdyby publiczność CP obsiadła komplet miejsc w każdym bolkowskim lokalu, nie starczyłoby dla wszystkich miejsca). Ta parada dziwaków daje mi poczucie wspólnoty: nie pasuję tu idealnie, ale jednak bardzo dobrze. I owszem, posiadam bogate doświadczenie w słuchaniu ryków "szataaaaaan" za moimi plecami na ulicy. Ludzi w jakiś pokrętny, półświadomy sposób łączy tu fakt, że subkultura gotycka nie jest w Polsce aż tak duża; łączy nas także wspólna niedola zimnych pryszniców w syfiastej kempingowej łazience. Choć z drugiej strony boleśnie dzieli mentalna zaściankowość osób, które przyjeżdżają tu wykorzystać seksualnie pijane nieznajome dziewczyny czy obecność nazioli, którzy pomylili ideologię nienawiści rasowej z festiwalem mocniejszej muzyki. A i w tym roku takie beznadziejne przypadki się zdarzyły. Cóż, zdarzają się wszędzie, na każdym festiwalu, i wszędzie jest to tak samo załamująco-wkurwiające.

Brak pieniędzy na karnet sprzyja natomiast kombinowaniu: jeśli za noc płacisz około 10 złotych, możesz pozwolić sobie na sentymentalną wycieczkę w lata 90 i przełknięcie dyskomfortu braku koncertów, bo i tak słyszysz wiele z pobliskiej knajpy, darmowych całonocnych afterów po koncertach i na samym polu namiotowym. Na kempingu, który postawiony został prawdopodobnie jeszcze wcześniej, przypominasz sobie cienie i blaski życia pod namiotem w upale i ulewie, wspominasz wypady pod namiot z rodzicami w dzieciństwie i generalnie uświadamiasz sobie swój wiek z całą realistyczną grozą. Picie w końcu się nudzi, szukasz rozrywki i przypadkiem odkrywasz niezgorsze okoliczności otaczającej przyrody - oczywiście pod warunkiem, że jest co odkrywać (bez urazy, na kilku festiwalach jest, na innych nie ma. Na CP jest wyjątkowo dużo, bo mówimy o miasteczku wśród gór, lasów i zamków). I tak sobie myślę, że to jest chyba najcenniejsze - to i muzyka, a nie procentowe stężenie lansu w wydychanym powietrzu. 

Tak, latem dzieją się rzeczy magiczne. I choćby lato miało trwać tylko przez te kilka dni, kiedy jedziesz na urlop i/lub festiwal, to niech trwa do ostatniej kropli, w stu procentach. Zwłaszcza, gdy codzienność cię dobija, a obowiązki przytłaczają.
Lato to małe przyjemności – zasypianie w ramionach fajnego mężczyzny może okazać się miłą niespodzianką, którą nieoczekiwanie dostaje się w gratisie jadąc na festiwal. To ładuje baterie; nie od dzisiaj wiadomo, że przytulanie czyni cuda. Tylko tyle i aż tyle, że pragnęłoby się rzucić wszystko i ogłosić wakacje czasem konsensualnej, przemyślanej niemonogamii - jeśli już każdy miesiąc nie może być taki, niech będzie takie chociaż lato. Bez ograniczeń, zobowiązań i konwenansów, sama przyjemność. Bo kiedy tak nieoczekiwanie budzisz się bladym świtem w objęciach po prostu szalenie sympatycznego człowieka, to napawa dobra energią. Serio. I zdarza mi się od czasu do czasu właśnie latem, i jest zwyczajnie pozytywnie zaskakujące. 

Na koniec taki życiowy banał: pisząc ten felieton, dowiedziałam się, że zmarła przedwczoraj działaczka LGBTQ z Zielonej Góry, Katarzyna Bienias. Kasi osobiście nigdy nie poznałam, choć raz mailowałyśmy w sprawie koncertu Tegan i Sary – zresztą, pięknego koncertu. Jeden z wielu przypadków, które uświadamiają, że życie jest za krótkie, by przejmować się regułami, konwenansami i ograniczeniami obyczajowymi. Bo kiedy żyć na własnych warunkach, jeśli nie teraz, w swoim najlepszym czasie?

I jakoś tak bardzo smutno również dlatego, że (wyjątkowo) jedyny tegoroczny festiwal właśnie mi się skończył.

PS. Wiecie co, pisanie niemal do kieszeni z zerową dyskusją pod postami zaczyna działać mi na nerwy. Tak samo, jak działają mi pewne blogerki, które piszą o wszystkim i o niczym, byle napisać posta – nie zamierzam iść w ich ślady, niemniej jednak wiem, że ich blogi mają mnóstwo odsłon. Dlatego ogłaszam publicznie: królestwo dla tej/tego, kto powie mi, jak sprawić, by to cholerstwo miało większy zasięg. Bo wiecie, ja jestem jak Donna Tartt http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,17878441,Donna_Tartt__Dandyska_w_rozmiarze_XS_z_Pulitzerem.html – piszę rzadko, ale na temat.