Latem dzieją się rzeczy magiczne.
Ludzie poznają ludzi, ciepłe powietrze uderza nam do głów, i niby
deklarujemy, że stoimy mocno na ziemi w swoich poukładanych,
zapracowanych życiach – ale latem tak jakby mniej. Jednym z
nieodłącznych elementów letniego krajobrazu są festiwale; to
zauważają już nawet te media, które poza funkcją informacyjną
starają się być opiniotwórcze i kulturowo analityczne. Przeważnie
wychodzi z tego dziennikarska ciapaja pod hasłem "wejdźmy do
zoo i zobaczmy, jak bawią się młodzi". Moje doświadczenie
uczy jednak, że festiwale (wybierane z rozmysłem tematycznym, a nie
na zasadzie jeżdżenia na wszystko, co modne) to rozrywka bez granic
wiekowych, a przede wszystkim przepyszna okazja do obserwacji
kulturoznawczych i socjologicznych.
Moja prywatna historia letnich
festiwali zaczyna się w roku 2006, od wyprawy na Openera, która
była spontanicznym pomysłem taty. Bez namiotu (bo pole to dodatkowy
koszt), śpiąc w samochodzie, przeklinając ceny żarcia, upał i
słabo oznakowany dojazd do Babich Dołów, przeżyliśmy jeden z
tych wielu weekendów, kiedy więzi międzyludzkie jakoś
niepostrzeżenie się zacieśniają. To tam po raz pierwszy widziałam
koncert Placebo, to tam zdobyłam pierwsze sznyty w openerowej szkole
przetrwania (kiedy inni narzekali na warunki przy następnych
edycjach festiwalu, ja byłam już psychicznie przygotowana na ten
hardkor).
Przerobiłem do tej pory Opener (cztery
razy), Jarocin (trzy), Off Festiwal (trzy), Coke (jeden), Slot (dwa)
i Castle Party – i piszę ten tekst, wróciwszy właśnie ze
swojego drugiego razu na CP. Całkiem niezły to wynik w moim
prywatnym rankingu, jednak nijak ma się to osób, które jeżdżą
na wszystko co popadnie. Oczywiście, miło byłoby mieć pieniądze
na spędzenie całego lata na festiwalach. A jednak przyjemności, w
tym kultura, zażywane zbyt często mogą ulec spowszednieniu. Jasne,
każdy koncert jest inny, a festiwalowa atmosfera i entuzjazm
niepowtarzalne. Ale moja metoda na festiwale niezmiennie od lat
obejmuje punkty:
a) zacznij czytać i słuchać ogłoszeń
festiwalowych już zimą
b) podskakuj z radości na krześle,
kiedy w radiu usłyszysz nazwę ulubionego wykonawcy lub najnowszego
ekscytującego odkrycia muzycznego
c) przelicz kasę raz, drugi i
następny; zacznij planować wydatki na lato i tylko się
przedwcześnie nie załamuj, że wydasz takie miliony
d) koniecznie: zaplanuj towarzystwo.
Bez towarzystwa nie ma festiwalu. I owszem, wiele wydarzeń
kulturalnych zaliczyłam już w życiu sam bądź w przypadkowym
towarzystwie, ale wtedy wspomnienia są jakby... trochę
wybrakowane.
To tylko moja metoda. Jednakowoż
sprawdza się dobrze.
Przez ostatnie kilka dni na Castle
Party po głowie chodził mi festiwalowy felieton, w sam raz na sezon
ogórkowy. No to macie. Y'know, doceniam ten klimat, to poczucie
wspólnoty i o dziwo pokojową atmosferę: przez kilka dni Bolków,
mała, zabita dechami mieścinka na Dolnym Śląsku jawi się jako
bańka mydlana, w której tubylcy akceptują każde dziwactwo,
podczas gdy na codzień na terenie reszty Polski panuje generalny
brak tolerancji (nie oszukujmy się), a nastoletnie dresy krzyczą za
takimi jak my na ulicy "szataaaaaaaaan". Co w zasadzie
powinniśmy odbierać jako komplement, ale bywają takie chwile, ze
nerwy puszczają.
CP to specyficzny festiwal dla
stosunkowo kameralnej, specyficznej publiczności – to jest w miarę
oczywiste. Jednak "gotyk" to tylko hasło wywoławcze,
biorąc pod uwagę, jak wielu różnych wykonawców do tej pory
gościł. Czuję, że nie mam prawa wypowiadać się szeroko na ten
temat, jeśli bardziej chłonę go przez doświadczenie niż
przesłuchiwanie wszystkiego co popadnie, a nie mam tak dużej wiedzy
o scenie dark independent, jak mieć bym chciał. Jednak spontaniczne
refleksje są zazwyczaj trafne. Lubię widok miasteczka zdominowanego
przez czerń, uwielbiam oglądać stroje, pozytywnie zaskakuje spokój
tubylców i tolerancja władz miasta dla pokaźnego spożycia
alkoholu w przestrzeni publicznej (no bo gdzie, do cholery? Nawet,
gdyby publiczność CP obsiadła komplet miejsc w każdym bolkowskim
lokalu, nie starczyłoby dla wszystkich miejsca). Ta parada dziwaków
daje mi poczucie wspólnoty: nie pasuję tu idealnie, ale jednak
bardzo dobrze. I owszem, posiadam bogate doświadczenie w słuchaniu
ryków "szataaaaaan" za moimi plecami na ulicy. Ludzi w
jakiś pokrętny, półświadomy sposób łączy tu fakt, że
subkultura gotycka nie jest w Polsce aż tak duża; łączy nas także
wspólna niedola zimnych pryszniców w syfiastej kempingowej
łazience. Choć z drugiej strony boleśnie dzieli mentalna
zaściankowość osób, które przyjeżdżają tu wykorzystać
seksualnie pijane nieznajome dziewczyny czy obecność nazioli, którzy pomylili
ideologię nienawiści rasowej z festiwalem mocniejszej muzyki. A i w
tym roku takie beznadziejne przypadki się zdarzyły. Cóż, zdarzają
się wszędzie, na każdym festiwalu, i wszędzie jest to tak samo załamująco-wkurwiające.
Brak pieniędzy na karnet sprzyja natomiast kombinowaniu: jeśli za noc płacisz około 10 złotych, możesz pozwolić sobie na sentymentalną wycieczkę w lata 90 i przełknięcie dyskomfortu braku koncertów, bo i tak słyszysz wiele z pobliskiej knajpy, darmowych całonocnych afterów po koncertach i na samym polu namiotowym. Na kempingu, który postawiony został prawdopodobnie jeszcze wcześniej, przypominasz sobie cienie i blaski życia pod namiotem w upale i ulewie, wspominasz wypady pod namiot z rodzicami w dzieciństwie i generalnie uświadamiasz sobie swój wiek z całą realistyczną grozą. Picie w końcu się nudzi, szukasz rozrywki i przypadkiem odkrywasz niezgorsze okoliczności otaczającej przyrody - oczywiście pod warunkiem, że jest co odkrywać (bez urazy, na kilku festiwalach jest, na innych nie ma. Na CP jest wyjątkowo dużo, bo mówimy o miasteczku wśród gór, lasów i zamków). I tak sobie myślę, że to jest chyba najcenniejsze - to i muzyka, a nie procentowe stężenie lansu w wydychanym powietrzu.
Tak, latem dzieją się rzeczy
magiczne. I choćby lato miało trwać tylko przez te kilka dni,
kiedy jedziesz na urlop i/lub festiwal, to niech trwa do ostatniej
kropli, w stu procentach. Zwłaszcza, gdy codzienność cię dobija,
a obowiązki przytłaczają.
Lato to małe przyjemności –
zasypianie w ramionach fajnego mężczyzny może okazać się miłą
niespodzianką, którą nieoczekiwanie dostaje się w gratisie jadąc
na festiwal. To ładuje baterie; nie od dzisiaj wiadomo, że
przytulanie czyni cuda. Tylko tyle i aż tyle, że pragnęłoby się
rzucić wszystko i ogłosić wakacje czasem konsensualnej,
przemyślanej niemonogamii - jeśli już każdy miesiąc nie może być taki, niech będzie takie chociaż lato. Bez ograniczeń, zobowiązań i konwenansów, sama
przyjemność. Bo kiedy tak nieoczekiwanie budzisz się bladym świtem
w objęciach po prostu szalenie sympatycznego człowieka, to napawa
dobra energią. Serio. I zdarza mi się od czasu do czasu właśnie latem, i jest zwyczajnie pozytywnie zaskakujące.
Na koniec taki życiowy banał: pisząc ten
felieton, dowiedziałam się, że zmarła przedwczoraj działaczka
LGBTQ z Zielonej Góry, Katarzyna Bienias. Kasi osobiście nigdy nie
poznałam, choć raz mailowałyśmy w sprawie koncertu Tegan i Sary –
zresztą, pięknego koncertu. Jeden z wielu przypadków, które
uświadamiają, że życie jest za krótkie, by przejmować się
regułami, konwenansami i ograniczeniami obyczajowymi. Bo kiedy żyć na własnych warunkach, jeśli nie teraz, w swoim najlepszym czasie?
I jakoś tak bardzo smutno również dlatego, że (wyjątkowo) jedyny tegoroczny festiwal właśnie mi się skończył.
PS. Wiecie co, pisanie niemal do
kieszeni z zerową dyskusją pod postami zaczyna działać mi na
nerwy. Tak samo, jak działają mi pewne blogerki, które piszą o
wszystkim i o niczym, byle napisać posta – nie zamierzam iść w
ich ślady, niemniej jednak wiem, że ich blogi mają mnóstwo
odsłon. Dlatego ogłaszam publicznie: królestwo dla tej/tego, kto
powie mi, jak sprawić, by to cholerstwo miało większy zasięg. Bo
wiecie, ja jestem jak Donna Tartt
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,17878441,Donna_Tartt__Dandyska_w_rozmiarze_XS_z_Pulitzerem.html
– piszę rzadko, ale na temat.