środa, 4 marca 2015

Dysforia, euforia i polityka. Jak obchodzić się z potworami dżenderami

Witam po dłuższej przerwie i zapraszam na program – łapcie, bo nie wiadomo kiedy możliwość prokrastynacji i rozciągniętego w czasie pisania sprzęgnie się z moją weną następnym razem.

Ruszająca właśnie kampania bliskiego mi poglądowo i personalnie stowarzyszenia Miłość Nie Wyklucza jest kolejnym przedsięwzięciem na rzecz równości, które budzi moje sprzeczne uczucia. Kampania nazywa się "Małżeństwa dla wszystkich". I chociaż wielu z nas wie, że oznacza to tak naprawdę dodanie opcji małżeństw osób nieheteroseksualnych, w oczach opinii publicznej tak przedstawiona reklama sprawy  skutkuje całkowitym zaniknięciem – poprzednio przecież priorytetowej – kwestii związków partnerskich. A wszystko to pojawia się w mediach równolegle z echami akcji Episkopatu Polski, reklamowanej banerami "Konkubinat to grzech – nie cudzołóż". Na wersję plakatu z doklejoną reklamą kampanii "Małżeństwa dla wszystkich" nie trzeba było czekać długo. Ja wiem, kluczem jakiejkolwiek skuteczności obyczajowych postulatów lewicy jest w dzisiejszych czasach dystans do siebie, but still – nie mogę przejść obojętnie wobec faktu, że od teraz wszyscy ludzie, których życie z założenia było dotychczas performatywną manifestacją sprzeciwu wobec dominującego porządku (który nie dawał im szansy na widoczność w społeczeństwie), nagle chcą się z tym porządkiem zbratać i rozsiewać wizję, jakobyśmy żyli w najbardziej tolerancyjnym i otwartym społeczeństwie ever. Nie mówiąc już o wypięciu się na rzesze sojuszników hetero, którzy dotąd ramię w ramię z niehetero popierali związki partnerskie i chcieli ich dla siebie jako par, którym instytucja ślubu zwyczajnie nie odpowiada. W obecnej kampanii nie ma już dla nich miejsca.
wizualna identyfikacja kampanii Małżeństwa dla Wszystkich 
(copyright: Stowarzyszenie Miłość Nie Wyklucza)


Nauczyliśmy się w Polsce kulić ogon pod siebie i udawać, że aby wypracować porozumienie z rządem, musimy myśleć jak rząd. W konsekwencji rewolucją staje się przekopiowanie heteronormatywnego stylu życia, jego dosłowne skserowanie. Tak, jakbyśmy WSZYSCY chcieli i chciały w życiu wyłącznie obrączki na palcu, domu i dzieci. To się nazywa ocieplanie wizerunku. A ocieplanie wizerunku niesie za sobą całkowite wymazanie nie tylko nienormatywnie myślących osób hetero, ale też części społeczności LGBTQ. Bo nie, nie wszyscy pragniemy tego samego. Nie wszyscy jesteśmy tacy sami.
Nie zrozumcie mnie źle: jak najbardziej wspieram ideę zrównania szans do zawierania związków małżeńskich dla par różno- i jednopłciowych (wzdrygam się na określenie "hetero- i homoseksualnych, bo ileż jest osób bi- czy panseksualnych w takich związkach? Mnóstwo), jestem jednak za wyborem, a nie promowaniem jednej opcji – i w dodatku zmienianiem strategii na półmetku walki o związki partnerskie. Owszem, może i jest trochę queerowej rebelii w chceniu wszystkiego naraz, a nie dopraszaniu się po kolei, latami tego, co bardziej cywilizowane kraje mają już w standardzie. Jednak wciąż nie kupuję polityki, której przekaz wielu państwowych decydentów może odebrać następująco: nie możemy się zdecydować, więc troszkę was oszukaliśmy; nie zadowolimy się palcem, chcemy od razu całą rękę. (wszelkie skojarzenia z tym ostatnim sformuowaniem są, podkreślam, przypadkowe!)

W takich sytuacjach często przypominam sobie scenę z jednego z ostatnich odcinków amerykańskiej wersji serialu Queer as Folk. Michael, wyoutowany i zamężny gej, zostaje poproszony o wygłoszenie orędzia mającego przekonać słuchaczy, że geje są takimi samymi ludźmi jak osoby hetero. I mimo, że sam reprezentuje wizerunek ustatkowanego (notabene, po wielu latach chłopięcej hulanki) monogamicznego geja z klasy średniej, to jednak szybko odchodzi od wyznaczonego tekstu przemówienia, dodając od siebie: słuchajcie, to nieprawda. Choćbyśmy nie wiadomo jak się starali, nie jesteśmy jak osoby hetero. Nie jesteśmy gorsi. Ale jesteśmy inni.

Dzisiejszy świat powoduje także rozdarcie między czernią a bielą – wymusza konieczność zastanawiania się osób bi, czy bardziej pasują do hetero czy do homo; mimowolne myślenie osób niebinarnych płciowo, czy mają prawo (a co istotniejsze, sens) być gdzieś poza określeniami mężczyzna-kobieta-trans. Trans bez gwiazdki, czyli jedyne słuszne trans, z genderową dysforią i pragnieniem operacyjnej korekty płci. W tej rzeczywistości problemy z pewnością siebie mogą dopaść każdego, nawet najbardziej wygadaną zimną sucz.

Nie byłabym sobą, gdybym przy tej okazji nie podzieliła się kolejnymi wieściami z frontu działań na rzecz widoczności orientacji innych niż homo i hetero, w tym mojej własnej. Oraz, przyznaję bez bicia, nie powtórzyła jak zdarta płyta kilku – jak widać wciąż niedostatecznie znanych - faktów.
Biszkopty przejęłam kilka miesięcy temu, dokładnie w wieczór po zeszłorocznej Paradzie Równości. Strona miała wtedy ponad dwieście lajków mniej. Dziś Biszkopty wciąż są niszową, jednoosobową inicjatywą, skromnym fanpejdżem. Ale mam kilka planów, nie tylko planów na stronę, ale tych dotyczących ogólnej widoczności. Nawiązuję już kontakt z osobami zza granicy, działającymi w inicjatywach na rzecz biseksualności – nie mając na to kompletnie czasu i nie wiedząc, co się stanie, ale próbować zawsze warto. Czy mamy w Polsce jakąkolwiek szeroko znaną, żyjącą osobę publiczną, otwarcie przyznającą się do biseksualnej orientacji? Nawet wśród działaczy LGBT ciężko o tych, którzy aktywnie walczyliby o swoją bi-sprawę. Chlubny wyjątek stanowi członkini partii Zielonych, Joanna Erbel. Z braku ekspertów, materiału do spotkań edukacyjnych, a także potrzeby głośnego rozmawiania o sprawach związanych z byciem bi, po prostu się o tym nie mówi.
Biszkopty potęgują mój syndrom chęci zrobienia rewolucyjnego przewrotu w stronę widoczności, równości, różnorodności, inkluzywności. Akceptacji wewnątrz i na zewnątrz środowiska LGBT. Istotne jest nawet działanie jednostkowe, oddolne, uświadamiające najbliższe otoczenie, że istniejemy. Z tego punktu widzenia moje, za przeproszeniem, obnoszenie się z byciem bi można traktować jako przejaw spełniania pewnej misji.
Marzę o dniu, kiedy będzie nas wiele – tych widocznych, ujawnionych, aktywnych. Biseksualność zawsze była ważną częścią mojej osobowości – obok określania się jako queer i trans*gender, ponieważ te określenia absolutnie się nie wykluczają - ale teraz jest także ważnym elementem mojego aktywizmu.
Cieszę się, że coraz więcej zaczyna się ostatnio mówić o bi. Bi wymazywanym, zakłamywanym, przeinaczanym.
Ponieważ wciąż na polskich marszach i paradach równości biflagi można policzyć na palcach jednej ręki.
Ponieważ wciąż kobieta, która deklaruje się jako bi, jest przez wielu uważana za ciekawską heteryczkę, zaś otwarcie biseksualny mężczyzna – za niewyoutowanego geja. Sam kilkakrotnie się na to złapałem.
To miłe i budzące nadzieję, że ostatnio prowadzę coraz więcej ciekawych, wartościowych rozmów o biseksualności i z samymi osobami bi. Rozmów, które nie polegają tylko na powtarzaniu trafiających w pustkę argumentów.
Jesteśmy w doborowym towarzystwie, choć znane osoby bi często są wpychane do jednego worka z gejami i lesbijkami. Trzeba powtarzać z uporem maniaka, że romantyczny potencjał mają dla nas zarówno mężczyźni, jak i kobiety, a opinia publiczna i tak wie swoje. Jednakże mamy na świecie całkiem znamienitą reprezentację, która pełni tak samo ważną rolę, jak w przypadku wspierania osób homoseksualnych czy trans*. Ciekawe i pozytywne jest to, że obecnie słyszę o ludziach, którzy mają świadomość orientacji już w wieku kilku lat. Mają łatwiej. Każde pokolenie, każdy rocznik jest o kilka kroków bliżej celu bezkompromisowej widoczności. I nie tworzę tu laurki, bo jak wiadomo, biseksualna rzeczywistość to nie fiołki, obłoczki i ciasteczka.

Bycie osobą biseksualną jest bardzo mocną i uguntowaną, ważną częścią mnie – prawdopodobnie w podobny sposób, w jaki ważne jest identyfikowanie się jako gej czy lesbijka dla osób homoseksualnych.
Ileż to razy próbowałam wmówić sobie, że może warto już odpuścić, przyznać się przed samą sobą, zastanowić, czy naprawdę uczciwe jest mówienie o sobie jako o biseksualistce, skoro mężczyzn, którymi interesowałam się z wzajemnością, można policzyć na palcach jednej ręki. No tak, ale tych, którzy mojego zainteresowania nie odwzajemniali, była już jednak spora (i stale rosnąca) grupa.
Ponadto nic nie równa się w moim osobistym rankingu temu skokowi endorfin następującemu w chwili zbliżenia do mężczyzny, którego uważam za atrakcyjnego. A skok endorfin następujący w chwili kiedy wiesz, że za moment zbliżysz się w ten najbardziej intymny z możliwych sposobów do drugiej kobiety jest innym uczuciem. Nie gorszym, ale innym. Elementarne rzeczy, jak widać wciąż warte powtarzania.
Po co wychodzić z szafy jako biszkopt, skoro mogę spokojnie funkcjonować jako osoba heteroseksualna, a także – trochę mniej spokojnie, ale przynajmniej normatywnie – jako lesbijka? Otóż nie, dziękuję. Identyfikacja, jak sama nazwa wskazuje, to zbiór cech, na podstawie których jednostka określa swój charakter, swoje miejsce w świecie. Mylne odbieranie tej identyfikacji przez otoczenie uruchamia efekt domina, który wpływa na wiele sfer życia: funkcjonowanie w grupie, odbiór przez media, potencjalne cenzurowanie niektórych informacji.

To jakaś forma zazdrości o normę: nawet jeśli doskonale znamy swoją wartość, zastanawiamy się, czy nie lepiej maksymalnie upodobnić się do tych, którzy są normalni (sic!), cisgenderowi, heteroseksualni i heteronormatywni, a więc mają w wielu sprawach łatwiej. Z tego upodabniania wynika sporo pomyłek, które trudno już w pewnym momencie zrzucić na karb wczesnonastoletniego docierania własnej tożsamości: randki na siłę z płcią przeciwną, kiedy jest się homo, bądź też randki z osobami, które niezbyt nas interesują, tylko po to, aby – będąc bi – wyrobić normę i udowodnić sobie, że w danym momencie życia z mężczyzną czy kobietą też potrafisz się umówić. Świat wymusza na wielu jednostkach kompleks niższości wynikający z porównania "oni, standardowi, widoczni – my, niestandardowi, z konieczności zawsze trochę ukryci". I nieważne, jak dużą akceptację deklaruje otoczenie, zawsze pewne wyobcowanie odczuwa się na normatywnych uroczystościach rodzinnych, kiedy rodzeństwo i kuzyni w twoim wieku przyprowadzają swoje heteroseksualne drugie połówki. A także w grupie osób w tym samym wieku, ze studiów czy innego towarzystwa. Zawsze sam/a, niehetero, a może masz kilku partnerów, z których każdy mieszka w innym mieście? Pomijając nawet fakt, że nie zawsze możesz swobodnie wyjawić całą prawdę – zawsze trochę odstajesz. Są osoby, które łatwo godzą się ze statusem jedynego singla w towarzystwie, natomiast dla kogoś, kto zawsze miał tak pokręcone życie osobiste jak ja, odstawanie na tym polu rodzi niespodziewane kompleksy. A wydawałoby się, że człowiek taki silny.

Poza tym proszę mnie nie wciskać w kobiecość. Nie wnioskować, że skoro wreszcie zapuściłam włosy i umawiam się z mężczyznami, to – tfu – stałam się stuprocentową kobietą, co utożsamia się w pewnych kręgach z dorosłością. To tylko jeden z elementów tożsamości, w dodatku taki element, który posiada też wielu mężczyzn, choćby nie wiadomo jak się zapierali. Guess what, właśnie te długie włosy tworzą pewnego rodzaju kamuflarz, dają więcej opcji, większą genderową swobodę. Jestem wrażliwa na problemy kobiet. Wspieram walkę z mizoginią i popieram wiele feministycznych postulatów. Jednak wciskanie mnie na siłę w kobiecość pojmuję jako przemoc. Chciałbym – POTRZEBUJĘ – aby więcej zaczęto mówić o osobach genderqueerowych, które nie mają nic przeciwko płci wpisanej w dowodzie, ale nie mają też ochoty się z nią obnosić, wiązać w kółka wzajemnej adoracji i oczestniczyć w feministycznych sabatach czarownic bądź zamkniętych samczych spędach.
Życie było kiedyś prostsze – zostałam wychowana bez usilnie wtłaczanych genderowych wzorców, mogłam nosić sukienki i spodnie, bawić się z dziewczynkami i chłopcami, łazić po drzewach i przebierać swoje lalki Barbie. Nie raz już zresztą dziękowałam publicznie za ten dar dorastania w latach 90., kiedy polskie przedszkola i podstawówki nie były jeszcze przeżarte irracjonalnym lękiem przed potworem genderem.
Nie wymawiaj imienia potwora swego na daremno – dziś gender jest przyprawą każdego durnego żartu, wypełniaczem każdej ciszy, w której zabrakło argumentu.
Jestem dziewczyną, która nosi garnitury i chłopakiem, który ubiera się w sukienki. A nasze społeczeństwo – także społeczność LGBTQ, o zgrozo – jest tragicznie niedoinformowane i zamknięte, jeśli chodzi o sprawy trans*. I coraz boleśniej to słyszę, widzę, odczuwam. Z każdą sytuacją, gdy osoby wokół mnie rzucają żartami o transach (nawet w towarzystwie "młodych, wykształconych i z dużych ośrodków miejskich" nie jest to rzadkie zjawisko), widzę, jak bardzo przesunięta jest granica świadomości tego, co krzywdzące i niestosowne. Nauczyliśmy się jako społeczeństwo, że z niektórych rzeczy po prostu można żartować, można być opornym na edukację, bo istnieje na to powszechne przyzwolenie. Podobnie zresztą jak przyzwolenie na żarty o Żydach, ale to temat na osobny felieton.

Ostatnio zauważyłem – nie oszukujmy się, duża część tego felietonu to wynik mojej osobistej perspektywy, a nie tylko obserwacji otoczenia - że w kryzysowych chwilach, w załamaniach emocji, ale też w zwyczajnych mniej pogodnych dniach bardziej uwydatnia się moja męska strona. Bardziej, co nie znaczy, że nie towarzyszy ona chwilom szczęśliwym – w przeciwnym razie rozważałabym, czy faktycznie od strony identyfikacji płciowej wszystko ze mną w porządku. Ale nie rozważam, ja to wiem, i mogę to przyznać sam.a przed sobą. A może ta kryzysowa męskość to tylko przejaw queerowej natury, która już wiele rzeczy w moim życiu odwróciła wbrew obowiązującym kodom genderowym?
Ciało wydaje się czasem buntować przeciwko podstawowym informacjom zawartym w DNA. Włosy, mięśnie, głos wydają się słuchać poleceń tej części mózgu, która czuje coś innego niż jest zapisane w dowodzie. To jeszcze jeden dowód na fakt, iż bycie pomiędzy płciami jest naturalną predyspozycją, sugestią umysłu, której słucha organizm, i na odwrót. Pomimo licznych naukowych dyskusji na ten temat, poza suchymi badaniami pozostają też żywi ludzie, będący dowodami tej różnorodności. A co z tymi, którzy cierpią w odwrotny sposób, jako mało wiarygodni/-e w swojej biologicznej, całkowicie akceptowanej wewnętrznie płci? Modelka Rain Dove – jeden z wielu przykładów - zawsze z dumą podkreśla, że jest i czuje się kobietą, mimo że ze swojej skrajnej androgynii uczyniła narzędzie pracy.

Chciałbym umieć wybierać, łatwo się ograniczać. Zarówno w sferze osobistej, jak i artystycznej – tylko jedna dziedzina, w której byłabym wyuczona i najlepsza, niczym muzyk od dzieciństwa kształcony do gry na skrzypcach czy fortepianie. Ale przyjmuję z całym dobrodziejstwem inwentarza świat, który nie jest czarno-biały i nie daje gotowych rozwiązań.
Panie pilocie, wchodzimy w przestrzeń widoczności.

PS. Polecam genderową lekturę, pisaną na poły biograficznie, która otworzyła mnie na nowe horyzonty myślenia o płci – amerykańską klasykę gatunku, oczywiście niewydaną po polsku (jednak w razie wielkiego pragnienia piszcie – mogę udostępnić skany): "Transgender Warriors" zmarłej_go niedawno Leslie Feinberg_a.
PS2. http://www.on.aol.com/show/518250660-true-trans/518493941 TO jest niesamowicie potrzebne.


Rain Dove – na estetyczny orgazm i czysty dowód,
że płeć biologiczna i płeć społeczna to dwie różne rzeczy