wtorek, 14 czerwca 2016

Żałoba. I co dalej?

Niedzielne wczesne popołudnie, uczestnicy i uczestniczki Parady Równości dopiero trzeźwieją po rozlicznych afterach, budzą się późno, robią kawę, oglądają zdjęcia z wczoraj, wchodzą na Facebooka. Ja także, nie inaczej. I od razu trafiam na kilka linków, umieszczanych w tamtym momencie jeszcze wyłącznie przez znajome osoby lub strony spoza Polski. "Orlando? To chyba ta powieść Virginii Woolf?" - to była moja pierwsza, spontaniczna i nieprzemyślana reakcja.

Milczenie = śmierć, więc proszę mi tu nie pierdolić 
o prowokowaniu przemocy poprzez pokojową ekspresję płci i oriemtacji


Jeśli mnie znacie, wiecie być może, że etap radosnego, młodzieńczego, pełnego zapału aktywizmu na rzecz interesów grupy LGBTQ mam już dawno za sobą. Działam na tym polu oficjalnie od prawie pięciu lat, nieoficjalnie jeszcze dłużej. Dostrzegam coaz więcej wad i słabych punktów polskiego ruchu na rzecz osób nieheteroseksualnych i transpłciowych – niektóre z tych wad to wykwit ostatnich lat i miesięcy, niektóre istniały już znacznie wcześniej.
Myślałam, że oddalam się od środowiska, że czas największego aktywizmu mam za sobą. Zmieniło się moje położenie życiowe i potrzeby, priorytetowe postulaty. Kiedy zaczynałam – jeszcze nieoficjalnie, bez przynależności do stowarzyszenia, bez kontaktów – byłam wciąż nastolatkiem, wchodzącym w świat klubów, marszów, parad, zafascynowanym powierzchownie rozumianymi "gwiazdami" sceny LG (bo B, T i Q jak zwykle znajdowało się na uboczu, i ta sytuacja akurat się w Polsce specjalnie nie zmienia). Przeżywałam pierwszy związek z dziewczyną, coming out, miałam pomysły, energię, wewnętrzny mobilizujący i produktywny sprzeciw i wkurw. Nigdy nie identyfikowałam się z lesbijskością jako taką, zawsze stojąc pośrodku, ale liceum i pierwsze lata po nim były czasem, kiedy świat lesbijek był mi szczególnie bliski – nawet, jeśli stałam i stoję w nim tylko jedną nogą. Po kilku latach od tamtego czasu mam nie tylko doświadczenie w działaniu, ale i jasno sprecyzowane potrzeby. Lekcją, którą ruch LGBTQ w Polsce wciąż ma do odrobienia, jest fakt, że każdy członek tej społeczności jest inny, natomiast wszyscy powinni zostać wysłuchani.
Tak więc owszem, myślałam, że coraz mniej mnie łączy ze środowiskiem działaczy i innych osób LGBTQ. Mnie, osobę biseksualną, niemonogamiczną, niebinarną płciowo, sceptycznie nastawioną do instytucji małżeństwa, niepragnącą posiadania dzieci. W sytuacjach takich, jak tragedia w Orlando, boleśnie przypominam sobie, że wciąż jestem częścią tej grupy. Dlaczego? Bo mi zależy. Bo mam bezsilną świadomość hipokryzji i ignorancji, która sprawia, że prezydent naszego kraju wyraża w elegancki, oficjalny sposób współczucie wobec ofiar, chociaż jego (i nie tylko jego) partia na co dzień napędza spiralę nienawiści i ignorancji wobec osób niełapiących się w schemat białego, heteroseksualnego Polaka-katolika. "Islamiści nienawidzą gejów", tłumaczą teraz zaistniałą sytuację katolicy nienawidzący gejów. Paradzie Równości natomiast nie patronuje prezydent stolicy (a to standard na wielu paradach w innych państwach), a wizyty Hanny Gronkiewicz-Waltz pod ambasadą USA doczekaliśmy się dopiero dzisiaj, dzień po oficjalnym złożeniu kwiatów i zniczy w tym miejscu. Last but not least – media unikają słów "klub gejowski" jak ognia, zastępując je słowami "klub nocny". Unika ich też potępiając zamach papież Franciszek, tak bardzo lubiany przez wiele osób z sercem po lewej stronie. Popularny w mediach społecznościowych hashtag "Pray for Orlando" to obłudna etykietka, tanie wzruszenie; my, osoby queer, nie będziemy się "modlić", bo to religijny fanatyzm, z którego wynikają uprzedzenia wobec inności, doprowadza do takich tragedii.



Każdy dzień przynosi teraz nowe wiadomości w tej sprawie – okazuje się na przykład, że sprawca masakry w Orlando, poza tym, że owszem, był wyznawcą Islamu, nie był "świeżym" imigrantem do USA, a jedynie synem imigrantów; ponadto bijał żonę i wprost nienawidził gejów, o czym raczył poinformować świat jego ojciec. Możliwe też, że największą rolę odegrała tu zinternalizowana homofobia (bifobia?), bo Omar Mateen był widywany wcześniej w klubie Pulse oraz posiadał konta na portalach randkowych dla mężczyzn. Polska społeczność LGBTQ w tej sytuacji wytrwale dokłada swoje trzy grosze do internetowego festiwalu islamofobii, natomiast wczoraj na spotkaniu pod Ambasadą USA w Warszawie pojawiło się może ze sto osób. Parada w sobotę na 35 tysięcy – stypa w poniedziałek na setkę ludzi. Plus dyskusja w Krytyce Politycznej dzień przed Paradą na temat tzw. clicktywizmu i nastawienia, w myśl którego "lajki na fejsie" są równoznaczne z czynnym aktywizmem – dyskusja na dziesięć osób, znających się działaczy (pozdrawiam Was serdecznie!). Jak można cokolwiek zmienić w ten sposób? Sama obecność na Paradzie, utożsamianej raczej z zabawą niż polityką, nie wystarczy – tymczasem na marszach KODu potrafi się pojawić trzy razy więcej starszych, zapracowanych, mających rodziny, dzieci i obowiązki osób. Może czas wziąć przykład?
Nie jesteśmy super, wyjątkowi, niesamowici i godni podziwu tylko z powodu naszej orientacji. I owszem, jest wśród nas sporo przegiętych ciot, których tak bardzo nie lubią ogłoszeniodawcy z portali randkowych, wytrwale szukający dla siebie "normalnych gejów". I cóż z tego? Po raz kolejny powtarzam – argument o prowokacji jako usprawiedliwieniu dla przemocy jest pusty jak wydmuszka. Duża część społeczności zachowuje się tymczasem, jak gdyby bycie muzułmaninem automatycznie wykluczało orientację inną niż heteroseksualna i posiadanie bardziej otwartego umysłu. Ponadto, ofiary z Orlando to ofiary homo- i transfobii – bo bifobia to nasz syf i problem wewnętrzny. Jesteśmy koszmarnie zdezintegrowani jako środowisko. A tymczasem gówno byśmy mieli, a nie widoczność, gdyby nie pierwszy akt dumy i wyzwolenia - zamieszki w Stonewall – wywołane w dużej części przez kolorowe transkobiety, a nie białych gejów z klasy średniej.

Z drugiej strony - w czasach mediów społecznościowych żałoba to nowy rodzaj show. Celnie udokumentował mechanizm działania takiej pokazowej żałoby, rozpędzającej się do poziomu narodowej histerii, artysta Artur Żmijewski (ten drugi Żmijewski) w swoim filmie "Katastrofa" o katastrofie smoleńskiej. Można unikać zatem dokładania się do zbiorowej żałoby w internecie i całkowicie to rozumiem, więcej – to też nie dla mnie. Mimo to, jakoś nie potrafię zrozumieć całkowitego olewactwa, braku uczucia wspólnoty z własną społecznością w tych strasznych dniach i coraz bardziej niespokojnych czasach. Przychodząc wczoraj pod ambasadę, witając się z tyloma milczącymi, otwarcie zszokowanymi i zrozpaczonymi znajomymi, przez jedną słodko złudną minutę miałam uczucie, że naprawdę jako społeczność stanowimy coś na kształt rodziny. A potem policzyłam zgromadzonych, co momentalnie rozwiało moje złudzenia.

Dziś poznaję nieheteroseksualnych nastolatków, którzy – sporo młodsi ode mnie, bo to ten wiek, kiedy cztery, sześć czy osiem lat robi jeszcze różnicę – są zupełnie inni niż ja. I przede wszystkim, żyją w innych czasach. Z każdym rokiem osoby nieheteroseksualne uzyskują bowiem większą widoczność, ale dyskusja o naszych prawach zdaje się rozwijać wprost proporcjonalnie do poziomu nienawiści. W ostatnich miesiącach zresztą tę dyskusję można by porównać do ogromnego gara z dżemem truskawkowym, wstawionego na maksymalny płomień, chociaż w przepisie stało jak byk, że należy gotować na wolnym ogniu. Nakrywasz taki garnek pokrywką, a tam w środku coraz bardziej wszystko wrze i bulgocze, i nieuchronnie musi się z wierzchu wylać coś czerwonego, choć jest prowizorycznie przykryte, a pod spodem przypalić.

Co teraz? Najgorsze co może zrobić społeczeństwo, w tym społeczność LGBTQ, to uznać, że tragedia dotyczy tylko osób nieheteroseksualnych, gdzieś tam, na Florydzie. Bo problem jako żywo mamy tutaj, w Polsce, coraz większy z każdą burdą wywołaną przez narodowców i dopuszczaniem do głosu w telewizji posłów ze skrajnej prawicy. Widoczność grup wykluczonych to szansa na przyzwyczajenie ludzi do naszej nieuniknionej obecności. Widoczność skrajnych opcji to tylko znak, że pozwalamy na dyskusję opartą na zastraszaniu. Czyli właściwie żadną dyskusję, a burdę. A sprowokować to może jeden trzylatek drugiego trzylatka, dając mu po głowie grabkami w piaskownicy. Tyle w temacie.

Na koniec kolejny coming out: ja też jestem taką trochę emocjonalną (pół)ciotką, w dodatku nieprzytomnie zakochaną w latach 80. A więc zgodnie z najpłytszymi stereotypami, kiedy jest mi smutno, zjeżdżam w lekką patetyczność i słucham smutnych piosenek. Takich jak ta. I ta druga, dla odmiany.