Marc Almond posiada jeden z tych
głosów, które zdefiniowały muzyczny charakter lat 80., a szerzej
– całej epoki synthpopu i nowej fali. Almond ma w głosie tę samą
melancholię i emocjonalne drżenie co Boy George, Martin Gore z
Depeche Mode, Morrisey czy Simon LeBon z Duran Duran. Na myśl
przychodzi mi jeszcze aktorstwo Alana Cumminga ("Burleska",
"Słowo na L", telewizyjna wersja musicalu "Kabaret"),
który wiele elementów swojego kampowego stylu wyraźnie czerpie z
postaci takich jak Almond.
Łódzki wystep wokalisty okazał się
nie tylko smakowitą prezentacją największych hitów, ale także
popisem umiejętności aktorskich, kabaretowych, musicalowych.
Miękkość jego ruchów, przemyślane czerpanie ze stylu występów
okresu pierwszej fali synthpopu w latach 80, przede wszystkim zaś
intensywność, z jaką wczuwał się w śpiewane utwory –
niejeden/na performer(ka) drag mógł/mogłaby się od niego uczyć.
Bo też muzyka, jaką współtworzył artysta w rozmaitych projektach,
daje szerokie pole do interpretacji i queerowej zabawy. Na łódzkim
koncercie pobrzmiewały elementy muzyki typowo musicalowej (Kurt
Weil?...), piosenki aktorskiej, a nawet ludowej muzyki cygańskiej.
Dziś Almond ma 56 lat – w tym wieku wielu jego kolegów po fachu
nagrywa kiepskie płyty, znacznie traci na atrakcyjności i robi
dobrą minę do złej gry. Ale nie on. Już samo przyjęcie
zaproszenia na festiwal Soundedit – stosunkowo mały i przeznaczony
dla osób zainteresowanych techniczną stroną tworzenia muzyki –
świadczy o tym, że wokalista nie trwoni swojego dorobku
artystycznego i poważnie podchodzi do legendy, jaką przecież
niezaprzeczalnie jest. Na festiwalu w Łodzi pojawił się człowiek
niezwykle serdeczny i otwarty, który dawną maskę skandalisty
zastąpił czysto queerowym scenicznym czarem.
Najjaśniejsze punkty wieczoru?
Oczywiście "Tears run rings" czy "Tainted Love",
ale także "If you go away", będące interpretacją utworu
Jacquesa Brela. Dystans pomiędzy Almondem a widownią – naprawdę
niewielki, róże rzucane przez widownię na scenę były przyjmowane
z szerokim uśmiechem. Almond na półtorej godziny całkiem
nieoczekiwanie zabrał mnie do innego świata. Dzięki.
ps. ktoś nakręcił, co prawda tosterem jakby, ale ważne ze jest. http://www.youtube.com/watch?v=XpqEVaCLU4Y