niedziela, 27 października 2013

oh, Almond. Soundedit 2013

Marc Almond posiada jeden z tych głosów, które zdefiniowały muzyczny charakter lat 80., a szerzej – całej epoki synthpopu i nowej fali. Almond ma w głosie tę samą melancholię i emocjonalne drżenie co Boy George, Martin Gore z Depeche Mode, Morrisey czy Simon LeBon z Duran Duran. Na myśl przychodzi mi jeszcze aktorstwo Alana Cumminga ("Burleska", "Słowo na L", telewizyjna wersja musicalu "Kabaret"), który wiele elementów swojego kampowego stylu wyraźnie czerpie z postaci takich jak Almond.
Łódzki wystep wokalisty okazał się nie tylko smakowitą prezentacją największych hitów, ale także popisem umiejętności aktorskich, kabaretowych, musicalowych. Miękkość jego ruchów, przemyślane czerpanie ze stylu występów okresu pierwszej fali synthpopu w latach 80, przede wszystkim zaś intensywność, z jaką wczuwał się w śpiewane utwory – niejeden/na performer(ka) drag mógł/mogłaby się od niego uczyć. Bo też muzyka, jaką współtworzył artysta w rozmaitych projektach, daje szerokie pole do interpretacji i queerowej zabawy. Na łódzkim koncercie pobrzmiewały elementy muzyki typowo musicalowej (Kurt Weil?...), piosenki aktorskiej, a nawet ludowej muzyki cygańskiej. Dziś Almond ma 56 lat – w tym wieku wielu jego kolegów po fachu nagrywa kiepskie płyty, znacznie traci na atrakcyjności i robi dobrą minę do złej gry. Ale nie on. Już samo przyjęcie zaproszenia na festiwal Soundedit – stosunkowo mały i przeznaczony dla osób zainteresowanych techniczną stroną tworzenia muzyki – świadczy o tym, że wokalista nie trwoni swojego dorobku artystycznego i poważnie podchodzi do legendy, jaką przecież niezaprzeczalnie jest. Na festiwalu w Łodzi pojawił się człowiek niezwykle serdeczny i otwarty, który dawną maskę skandalisty zastąpił czysto queerowym scenicznym czarem.  
Najjaśniejsze punkty wieczoru? Oczywiście "Tears run rings" czy "Tainted Love", ale także "If you go away", będące interpretacją utworu Jacquesa Brela. Dystans pomiędzy Almondem a widownią – naprawdę niewielki, róże rzucane przez widownię na scenę były przyjmowane z szerokim uśmiechem. Almond na półtorej godziny całkiem nieoczekiwanie zabrał mnie do innego świata. Dzięki.

ps. ktoś nakręcił, co prawda tosterem jakby, ale ważne ze jest. http://www.youtube.com/watch?v=XpqEVaCLU4Y

Niebieski, najcieplejszy kolor. "Życie Adeli"

"Życie Adeli" to taki film, po którym zachciewa się kilku rzeczy: makaronu, wina, malowania obrazów i uprawiania miłości. A także film, w który wiele osób na wpół świadomie wejdzie całą, całym sobą i będzie przeżywało niemal fizycznie doznania i przeżycia bohaterek. Takie zresztą było uzasadnienie werdyktu jury festiwalu w Cannes, który nagrodził film Złotą Palmą. Według niego "Życie..." to "Jedna z najpiękniejszych historii miłosnych w kinie ostatnich lat. Miłości, z którą każdy może się identyfikować, rozpoznać w niej swoje związki."

Aktorki odtwarzające główne role, Léa Seydoux i Adèle Exarchopoulos już po premierze filmu wyznały, że jego produkcja była męką: reżyser Abdellatif Kechiche nie miał ponoć ustalonej wizji i kazał im powtarzać każdą scenę wiele razy. To niezdecydowanie widać wyraźnie w pierwszej połowie filmu – po godzinie spędzonej w kinowym fotelu zaczęłam zerkać na zegarek zastanawiając się, kiedy akcja przyspieszy. A przyspiesza znacznie w chwili, kiedy Adele przekracza symboliczny próg obcego świata – lesbijskiego baru.

Emma i Adele pochodzą z dwóch różnych światów. Różnią się wiekiem, zainteresowaniami, temperamentem, modelem według którego zostały wychowane. Ich pierwsze spotkanie następuje, kiedy mijają się przypadkiem na ulicy. Każda idzie w swoją stronę, jednak Adele nie potrafi wyrzucić niebieskowłosej nieznajomej z głowy. Po drodze mamy szkolne kłopoty, nieudaną (wymuszoną?) próbę związku z "największym ciachem w szkole", przyjaciela geja... Splot przypadków prowadzi w końcu dziewczynę do miejsc odwiedzanych przez osoby LGBTQ – w tym Emmę.

W gejowskim klubie jeden z gości mówi do Adele: podążaj za uczuciem, nie za płcią; rób, co podpowiada ci serce. Ta zasada wydaje się idealnie pasować do bohaterki. Nie określa się ona bowiem stanowczo jako lesbijka, w przeciwieństwie do Emmy. Niebieskowłosa dziewczyna prowadzi swoją młodszą partnerkę przez fascynujący, zupełnie nowy dla niej świat; świat, w którym Adele przestaje być nastolatką, a staje się samodzielną kobietą. I po raz kolejny mamy tu sytuację, w której strona, która jest "100% homo", żąda od drugiej całkowitego oddania, ostatecznego określenia, zagłuszenia potrzeb. A przecież młoda Adele zostaje wrzucona na głęboką wodę, wciąż szuka i zastanawia się nad sobą. Nie dlatego, że nie kocha Emmy. Jej życie, kręcąc się wokół związku stworzonego z kobietą nabiera tempa, jakiego nie miało nigdy wcześniej. A ona z całych sił stara się odnaleźć w nim siebie.

Film już zasłynął długimi, przepięknie i szczegółowo zrealizowanymi scenami kobiecego seksu. Dotychczas naprawdę niewiele było produkcji, w których fizyczna miłość miedzy kobietami zostałaby pokazana z tak bliska, tak realistycznie. I to jest świetne – ta część widowni, która nigdy nie przeżyła takiego zbliżenia jak bohaterki, może przekonać się na własne oczy o towarzyszących mu emocjach. Intymne zbliżenia kamery zdają się mówić w imieniu bohaterek: "Jesteśmy tutaj, tak wygląda nasza miłość. I jest całkowicie normalna, całkowicie możliwa."

Mówiąc o "Życiu Adeli", myślę także o polsko-węgierskim "Innym spojrzeniu" z 1982 roku, w którym główne role zagrały Jadwiga Jankowska-Cieślak i Grażyna Szapołowska. Pozornie zupełnie inna historia oscyluje również wokół miłosnej relacji dwóch kobiet, pełnej uników i niepewności. Jest tam scena przesłuchania, w której ciekawski policjant pyta jedną z bohaterek, jak to możliwe, że dwie kobiety mogą się kochać. Poirytowana pokazuje mu na palcach – można to robić jednym, dwoma albo trzema. Tak niewiele i tak wiele zarazem, symboliczne przedstawienie faktu, iż warunkiem miłości (i oczywiście seksu) nie jest "idealne", heteronormatywne dopasowanie części ciała.

Ciekawi mnie jedynie, kiedy festiwalowe nagrody zgarnie film, którego bohaterki nie będą tak piękne, chude i młode jak Emma i Adele. Wtedy dopiero będzie można mówić o prawdziwym sukcesie i realizmie. Na razie w ogóle niewiele produkuje się filmów – nawet tych niszowych, nie mówiąc już o głównym nurcie – w których postaci reprezentowałyby każdy wiek i typ urody, jednym słowem takie, jakie widujemy na ulicach i w klubach. Póki co, podziwiajmy jednak dzieło Abdellatifa Kechiche: tak realistyczne, że aż gryzie w oczy; tak symboliczne, że odczyta je (prawie) każdy i każda z nas; niebywale naładowane emocjami, a jednocześnie piękne.


Tegan & Sara w Warszawie

<reklama, reklama. Zaprasza Fabryka Równości. moja zacna organizacja czyli.>

Tegan & Sara. Jedyny taki zespół. Skojarzenia? Kości policzkowe, w których kocha lub kochała się większość moich nieheteroseksualnych koleżanek. Słodko – gorzkie piosenki o miłości. Niedźwiedzie kombinezony z teledysku do "Alligator"... i mnóstwo wspomnień. Tak, powodów aby kochać Tegan i Sarę Quinn wiele (i wielu!) z nas zapewne znajdzie mnóstwo.

Siostry Quinn nigdy nie były typowymi walczącymi, podkreślającymi wszędzie swoją tożsamość lesbijkami. Ale też nigdy nie zaprzeczały, że należą do środowiska LGBTQ. Być może to sprawiło, że kanadyjski duet przez lata zyskał popularność, docierając do serc fanek i fanów piosenkami umiejętnie oddającymi ludzkie uczucia w taki sposób, że mogły się w nich odnaleźć kobiety i mężczyźni, osoby hetero, homo, biseksualne... Zespół przeszedł stopniową ewolucję od strony muzycznej (zaczynały w roku 1995 jako rozczochrane piętnastolatki z gitarami), ale sławę zyskały również metamorfozy fryzur obu sióstr, które stały się jednym z ich znaków rozpoznawczych.
Ponadto Tegan i Sara są wciąż jednymi z nielicznych wyoutowanych lesbijek w muzycznym biznesie, a przynajmniej w tej jego części, której nie można zaliczyć do absolutnej alternatywy i queerowego undergroundu. Ośmielę się stwierdzić, że nie jest sztuką grać piosenki o uczuciach damsko-damskich, kiedy występuje się głównie dla wąskiego grona kobiet kochających kobiety. Tegan i Sarze udało się jednak przebić do szerokiego grona słuchaczy, nie tracąc nic z rozpoznawalnego queerowego charakteru.

Czego mozemy się spodziewać po koncercie w Polsce? Na pewno szczególnego porozumienia wokalistek z publicznością, ich szczerej, pozytywnej energii i szerokich uśmiechów. Pewnie też szaleństwa tłumu podczas hitów takich jak "Hell" czy "Northshore". I pewnie nie pomylę się za bardzo prorokując, że wysłuchamy także chwytających za serce, być może nawet półakustycznych wersji "The Con" czy "Nineteen". Set na pewno będzie bogaty – w końcu na siostry Quinn polska publiczność czekała wiernie wiele lat.
I jeszcze jedno: ogromną część publiki, jaka zbierze się w sobotę 2 listopada w warszawskim Palladium, będą stanowili przedstawiciele i przedstawicielki społeczności LGBTQ – co do tego chyba nikt nie ma wątpliwości. Uczyńmy ten dzień naszym wspólnym queerowym świętem, radosnym i kolorowym – nawet, jeśli prawdopodobieństwo spotkania w tłumie byłej dziewczyny będzie niebezpiecznie wysokie... Tęczowych akcentów z pewnością nie zabraknie.

Należy się Wam także słowo o najnowszym wydawnictwie zespołu. Płyta "Heartthrob" trwa zaledwie 36 minut. Jednak nawet tyle wystarczyło siostrom, aby przekazać na nowym krążku wszystko, co decyduje o ich niepowtarzalnym stylu. Jest oczywiście nieco bardziej tanecznie niż na poprzednich albumach. Zapowiedzi zwrotu w kierunku elektronicznych dźwięków dostaliśmy wprawdzie już jakiś czas temu – były to udane duety "Feel it in my bones" (z udziałem DJ Tiesto) oraz "Body work" (wraz z Morganem Page'em).
Mój faworyt z "Heartthrob" to - oczywiście poza singlowym "Closer" - "I couldn't be your friend" oraz zamykające album "Shock to your system". Te utwory to inne tempo, poruszają inne struny muzycznej wrażliwości niż reszta płyty. Rolę obowiązkowego smutnego kawałka spełnia choćby "I was a fool".
Doskonale wyszła siostrom Quinn wizualna oprawa i promocja albumu. Oczekiwanie na premierę albumu umiliły fanom między innymi serią umieszczanych na Youtube rozmów. Ich gośćmi były takie postacie jak Kate Moennig – aktorka otoczona w "branży" niemal kultem za sprawą roli Shane w serialu L Word – oraz zmarły niedawno tragicznie Cory Monteigh, odtwórca roli Finna w musicalowym serialu Glee. Na uwagę zasługują także wideoklipy – przepięknie zrealizowany, barwny "Now I'm all messed up" czy alternatywna wersja "Closer", w której główne role odgrywają... psy.

Warszawski koncert Tegan & Sara odbędzie się 2 listopada w klubie Palladium, organizowany jest przez agencję Go Ahead. Bilety kosztują 105 zł. Fabryka Równości objęła wydarzenie patronatem. Do zobaczenia!