poniedziałek, 24 grudnia 2012

Last christmas... w starym świecie?

Mam szczęście. Stwierdzam to reasumując wszystkie okoliczności, jakie wystąpiwszy w ciągu roku 2012 spowodowały moje bycie tu i teraz. Podążanie jakąś drogą kształcenia, posiadanie własnego kąta, możliwości aktywnego uczestnictwa w życiu społecznosci, której jestem częścią, nawet niejaka realizacja twórcza i mała sława. Podróże, znajomi, nawet przyjaciele, choć jak okazuje się przy takich okazjach jak koniec roku, święta i sylwester – tych ostatnich wciąż za mało. Ale nie mogę narzekać.
Nie mogę narzekać, mając ojca, który doradza mi w wyborze piosenki do drag king show i kica razem ze mną między półkami w sklepie muzycznym. Matkę, która sprowadza dla mnie genderowe książki i zaczyna chłonąć moją wiedzę, by uzupełnić swoje umiejętności zawodowe. Wciąż są osoby z najbliższego otoczenia, które muszę okłamywać w żywe oczy i wymyślać, co tak naprawdę robię w życiu i dlaczego jestem tak zajęta. Ale i tak "it gets better", still gets better. Będąc osobą przez wiele lat zamknietą w swoich kompleksach, zaszczutą w swojej inności, zaczynam teraz spłacać dług wobec siebie samej za to, że jednak udało mi się przetrwać.
Częstym zarzutem wobec działaczy na rzecz nienormatywnych seksualności jest fakt, że "obnoszą się" i przykładają do tej sfery życia zbyt dużą wagę. Dla moich nielicznych czytelników sprawa równości partnerskiej i małżeńskiej zdaje się być rzeczą oczywistą, ale pozwolę sobie podkreślić jeszcze raz ten absurd – czym różni się przyjście na rodzinną kolację pary różnopłciowej od pojawienia się tam pary jednopłciowej? Mój ostatni związek nie przetrwał nawet pół roku, ale dane nam było przeżyć okres świąt, składać sobie życzenia przez telefon kryjąc się przed resztą domowników przez pół godziny w najdalszym zakątku domu i tak dalej. Zastanawiam się, czy gdyby sprawa potrwała dłużej, miałybyśmy szansę na wspólne rodzinne świąteczne kolacje z udziałem całej rodziny. Obawiam się, że wszechobecna tolerancja moich rodziców w takiej sytuacji mogłaby zawieść na całej linii. A może i nie. Nie przekonam się, dopóki nie będę zmuszona znów przebijać się do rodzicielskiej świadomości z faktem bycia "tą, która nie może się zdecydować, kogo wybrać".
Dobrym rozwiązaniem drażliwej kwestii wigilijnej, gdyby miało dojść do konfliktów i atmosfery postawionej na ostrzu noża lub po prostu nieciekawej, męczącej i mało pozytywnej, zawsze wydawała mi się kolacja w gronie przyjaciół z tym samym problemem. Raz nawet podjęłam starania w kierunku zorganizowania takiej wigilii, jednak były to czasy licealnej niezłomnej zależności od rodziców i ostatecznie pomysł upadł. Wigilie w lużniejszej atmosferze i dobieranym towarzystwie miałam w życu dwie, a ta druga, zaledwie kilka dni temu, zakończyła rok intensywnej i owocnej pracy w miejscu, do którego bez wątpienia pasuję – choć też nie do końca, bo zawsze będę już "tą/tym od biseksów i transów". Nauczyłam się w ciągu tego roku wiele, miedzy innymi tego, że wewnątrzśrodowiskowe hejterstwo istnieje, ma się całkiem dobrze i nie bardzo wiadomo, z której strony je ugryżć.
W sprawie rodzinnych i "rodzinnych" świąt odsyłam również do dobrego tekstu Ewy Tomaszewicz na InnejStronie: http://www.innastrona.pl/magazyn/bequeer/opowiesc-wigilijna-2012.phtml .

W święta moje myśli nie skupiają się jednak tylko na najbliższym otoczeniu. Wiele myśli kieruję empatycznie w stronę istot, które są wyłączone z ciepłego, rodzinnego charakteru tego czasu. Naprawdę obchodzą mnie psy, karpie, nawet bezdomni, choć tym ostatnim mogę jedynie współczuć. Uważam po prostu, ze w przekazywaniu pomocy innym każdy człowiek ma swoją działkę. Jak powiedziała kiedyś moja znajoma, która pracuje właśnie z osobami bezdomnymi – "oni są piękni". Dobrze jest mieć powołanie. I nie wciskać innym ludziom powołania, które u nich nie istnieje. Tymczasem od początku okresu przedświątecznego kampanie społeczne przemawiają do mnie, a ja konsekwentnie muszę im odmawiać – nie daję nawet najdrobniejszych pieniędzy na Wioski Dziecięce, Pajacyka i inne takie. Od dawna daję tyle, ile mogę wyłącznie zwierzętom, którym pomaga niewielu. Dlaczego wyznacznikiem humanitarności ma być wyłącznie pomoc ludziom?

Karpie? Owszem, może i jesteśmy "cywilizacją śmierci", a najbardziej widać to w okolicy Bożego Narodzenia, i to bynajmniej nie wśród "żydokomuny", która to nazwa jest zamiennikiem owej "cywilizacji", ale wśród osób, które są najbardziej wierne polskości, tradycji i konserwie. Jak mogę pamiętać o wszystkich zakupach, kiedy przed osiedlowym spożywczakiem wita mnie plastikowa nieprzezroczysta miska pół metra na metr wypełniona co najmniej dziesięcioma dorodnymi zwierzętami, które nie mają innego celu, niz oddychać i czekać na śmierć? Czyż nie powinni nazywać się cywilizacją śmierci właśnie ci, którzy gotowi są kupić takie żywe stworzenie i zabić je własnymi rękoma?

Z sielanki świątecznej atmosfery wyrywają mnie nie tylko tłumy w Empiku, nie tylko nieszczęsne karpie, ale też hipokryzja samych najbardziej zainteresowanych obrzędowością świąt – czyli duchownych tak zwanego kościoła katolickiego. Cóż może być "przyjemniejszego" na święta niż papież wylewający jad na osoby nieheteroseksualne? (Umówmy się – raczej wyłącznie na osoby homoseksualne, bo pod tą mającą tworzyć wrażenie dostojności wysoką białą czapą kryje się móżdżek, w któym poza hetero, gejami, lesbami i – ewentualnie – transami żadne inne tożsamości ani orientacje się nie mieszczą.) Usprawiedliwienie typu "bo tak każe doktryna Kościoła" jest niczym więcej jak bolesną, żałosna hipokryzją ludzi, dla których podległość jest wazniejsza od wiary, którą czują w sercach. Naprawdę nie uważam bycia osobą wierzącą za coś złego. Ale osobą wierzącą w Kościół, nie w samą religię już tak. Nienawiść nie jest ani wartością rodzinną, ani – śmiem twierdzić – chrześcijańską, ani w ogóle humanitarną. Święta nie są zaś rozrywką zarezerwowaną jedynie dla praktykujących katolików. Dla nas, ateistów są tradycją.

Nie piszę takich oczywistości dlatego, że sądzę iż nie jesteście ich świadomi. Wiem jednak, oczywiście również ze swojego doświadczenia, że uciekanie od oczywistości szarego, bynajmniej nie świątecznego świata jest rzeczą ludzką. Wkurza mnie ten bezdomny, który kuśtykając w rejonie mojej uczelni raz prosi mnie i znajmych o fajkę, raz wchodzi do baru, w którym czekam na pierogi i pyta, czy dla niego nie znalazłoby się coś ciepłego do jedzenia. Wkurza mnie, że wciąż widzę latające po moim osiedlu psy, na dworze jest -10 stopni, ale nie jestem pewna czy faktycznie są bezpańskie i nie mam pojęcia, co z nimi zrobić. Zamykam oczy na takie rzeczy i jest mi z tym źle, potwornie źle, tym bardziej że naprawdę czuję się bezsilna.

Nie jestem święta. Nagle okazuje się, że znam wielu ludzi, którzy czynią światu mniej krzywdy niż ja, choć zawsze tej krzywdy starałam się uniknąć. Jestem wegetarianką prawie 13 lat - znam jednak byłych wegetarian z podobnym stażem, którzy w pewnym momencie przeszli na weganizm. Nie kupiłabym kożucha, nieużywanej kurtki ze skóry, bo nie są to rzeczy konieczne, by zapewnić sobie (człowiekowi) ciepło. Mam jednak dwie-trzy pary skórzanych butów, kupowanych niezmiernie rzadko i tylko w ostateczności, ale jednak. "Czasami muminki są ważniejsze od jaskółek" - lubi cytować Mamę Muminka moja własna matka, była wegetarianka, jedząca od czasu do czasu mięso.
Te przypadki mają pewną znaczącą cechę wspólną - rezygnację ze stuprocentowego humanitaryzmu na rzecz zapewnienia sobie, w szerokim znaczeniu, przeżycia. W dyskusji nad wegetarianizmem często pojawia się argument z drugiej strony - "to nienaturalne, przecież człowiek od zarania dziejów był mięsożercą". Owszem. Wtedy polował, zapewniając swojej rodzinie tyle, ile mogli sami zjeść. Później nauczył się przetwarzać mięso, by zabite zwierzę się nie zmarnowało. A nad upolowanym zwierzęciem modlił się, dziękując mu za oddanie życia. W masowej produkcji odzwierzęcej nie ma ani krzty wdzięczności, jest za to stosunek "Człowiek, pan i władca – zwierzę, maszyna pozbawiona uczuć i mózgu". Zwierzę nie jest rzeczą, nie istnieje po to by służyć człowiekowi, jak błędnie uważają dzisiejsi przeciwnicy wegefilozofii.

Moje postanowienia na Nowy Rok to tardycyjne schudnąć, malować, pojechać tu i tam, blah blah. Ale przede wszystkim obiecuję sobie zacząć starania o pewną operację. Muszę stać się całością. Spalę wszystkie swoje staniki. I to dopiero będzie feminizm. (Na felieton o feminizmie i kulcie cipki zapraszam w styczniu, już się pisze. Przypuszczam, że nie każdej i nie każdemu z Was się spodoba).
A potem kupię stos staników o dwa rozmiary mniejszych i będę się cieszyć zgodnością ciała z duszą, na którą tyle czekałam. Że będą blizny? Cóż, blizny tworzą historię.
Oprócz dążenia do upragnionej miseczki B muszę też powiedzieć kilka ważnych słów i zrobię to najszybciej, kiedy nadaży się okazja. Bez wahania. Bo dostrzegam rosnący dysonans między deklarowaną codzienną pewnością siebie a brakiem tej pewności w załatwianiu swojego życiowego interesu.

Religia nie jest wyłącznym warunkiem refleksji nad życiem i tak zwanego bycia dobrym człowiekiem. Przeżyliśmy kolejny absurdalny medialny koniec świata, więc teraz może być tylko lepiej – wierząc w taką teorię, na rok 2013 życzyłabym sobie zniesienia dominacji ludzi, według których racja jest zawsze tylko jedna i jest ona oczywiście po ich stronie.


piątek, 14 grudnia 2012

będę się męczyć.

http://www.youtube.com/watch?v=MgaHy7DYs3g&NR=1&feature=endscreen

It's the last goodbye, I swear
I can't rely on a dime-a-day love
That don't go anywhere

I'll learn to cry for someone else
I can't get by on an odds and ends love
That don't ever match up

I heard all you said
And I took it to heart

I won't forget, I swear
I have no regrets
For the past is behind me
Tomorrow reminds me just where

I can't quite see the end
How can I rely on my heart if I break it
With my own two hands

I heard all you said
And I love you to death
I heard all you said
Don't say anything

It's the last goodbye I swear
I can't survive on a half-hearted love
That will never be whole

*


Siedzimy z E. nad gorącą czekoladą przybite zimą, muzyką w lokalu, przeziębieniem (ona) i takim jakimś ogólnym zmęczeniem materiału. E. zaczyna, ja kończę:
-W desperacji to nawet myślałam, żeby sobie na szybko, tak do sylwestra...
-Kogoś znaleźć?
Znamy się już z E. cztery lata i trochę, więc myśli uchodzące z naszych nieco zmęczonych głów spotykają się i przenikają w lot. Czasami myślę, że gdyby nie łączący nas tęczowy pierwiastek, w ogóle nie byłoby mowy o takim porozumieniu.

Poddałam się. Po długich miesiącach oczekiwania, nadziei, przywiązywania wagi do kruchych obietnic, chyba znów się poddałam. Symbolem mojej porażki okazała się fizyczna zmiana u osoby, którą pokochałam. Wmawiam sobie, ze to nic dla mnie nie znaczy, ale w połączeniu z resztą sygnałów jestem zmuszona przyznać się do przegranej. Jak zwykle w chwilach, kiedy nadzieja związana z osobą o męskiej tożsamości zawodzi, mimowolnie przechodzę na druga stronę pożądania, gdzie jak zwykle spotyka mnie zimny prysznic. Nie ma szans na "znalezienie kogoś do sylwestra". Tym razem i na ten moment  nie ma nawet szans na wmówienie sobie, że zadowoli mnie trwała relacja z jakąkolwiek osobą o tożsamości zeńskiej (przy jednoczesnym zadowoleniu z relacji nietrwałych). Bo ja mam po prostu niedokończone sprawy. Kurewsko istotne niedokończone sprawy. I chociaż wmawiam sobie, że poniosłam porażkę, chociaż już nie mam siły walczyć - wewnętrznie mimo woli będę walczyć dalej.
O swoją głupotę, swoje wyobrażenia i naiwną wiarę, że nieistotna jest różnica wieku (niewielka), odległość między miastami (do pokonania), czas niewidzenia w ciągu roku (to jest właśnie ta half-hearted love). O porozumienie w lot na styku męskiej kobiecości i niestandardowej męskości. 
O słowa wypowiedziane za ileś lat w mojej garderobie: "byłaś dziś takim pięknym mężczyzną". O uznanie bez względu na genderowe wcielenia. 
Pewnie będę tego gorzko żałować. Póki co staram się nie patrzeć na zdjecia, bo uginają się pode mną nogi. 




środa, 5 grudnia 2012

post dziękczynno-sprawozdawczy z lekką nutą nostalgii

Zmuszona, nie do końca zgodnie z logiką (w końcu niewiele osób tu zagląda) do zaznaczenia, że wciąż jeszcze żyję i nie osierociłam kolejnego bloga, czuję się w obowiązku zdać relację z dni, w których teoretycznie mnie nie ma, bo nie ma mnie w sieci (i tylko w sieci, bo w świecie realnym jestem zajęta aż zanadto).
Blog robi się czysto reportersko-recenzyjny, brak w nim mojej oddolnej inicjatywy twórczej - trudno. Poczekajmy na lepsze czasy, kiedy nie będę czuła obowiązku nadzorowania tysiąca spraw (oby to szybko nie nadeszło, obawiam się że dla tego tysiąca byłoby to zgubne). Jednak podobno nawet o moim codziennym życiu czyta i słucha się dobrze, co potwierdziła niedziela w Warszawie. No to od początku.

Żyjemy w sieci zależności społecznych, w towarzyskich chmurach, podzieleni na grupy, podgrupy, garstki. Najlepsze jest to, że swoisty ludzki ekosystem, którego jestem częścią, wciąż jest dynamiczny i samonapędzający - choćby i metodą prób i błędów. Nie chodzi tylko o poznawanie ważnych ludzi, chodzi o przejmowanie pałeczki, ciągłą naukę. Ktoś zna kogoś, kto zna kogoś, kto zna jeszcze kogoś - i tak to się kręci. Kursy, warsztaty, szkolenia, projekty. Albo gadanie o nich, planowanie. Ale cały czas coś jest na rzeczy. I miło jest wiedzieć, że w wielu zakątkach Polski znajdą się ludzie gotowi wyciągnąć pomocną dłoń. Kapitał ludzki, c'nie.

Występy. Teraz są jednym z numerów jeden, napędzają mnie, realizują egoistyczną potrzebę bycia w centrum uwagi. Nieco spełniając również zasadę "nieważne, jak mówią, ważne, żeby mówili" - ale i z szołu na szoł jest lepiej, goręcej, bardziej profesjonalnie. Tracę też hamulce przed przyznawaniem się do działalności drag kingowej. A niech pytają, niech się dowiadują, niech nawet mają mnie za wariatkę. Nagrodą za odwagę jest podziw, który widzę w oczach ludzi, entuzjastyczne reakcje, propozycje współpracy. I oczywiście świadomość bycia bożyszczem tłumów, choćby trochę na wyrost, ale jednak.

Żywa biblioteka. Doświadczenie pozytywne, oczyszczające, ale i refleksyjne. Siadając naprzeciwko obcych ludzi i słuchając ich pytań miałam okazję przemielić na nowo w głowie kilka wciąż aktualnych kwestii. Słuchając siebie, znów powoli układałam w całość kawałki swojej osobowości, historii i charakteru, po raz kolejny przekonując się, że jeśli nie wszystko, to przynajmniej znaczna większość jest na swoim miejscu. Bo ostatni rok, choć dziki i pędzący, uspokoił mnie wewnętrznie. A może tylko zajął moje myśli przyziemną pracą u podstaw - nie wiem, liczy się efekt, zwłaszcza w porównaniu z częstymi nawrotami stanów poddepresyjnych i beznadziei, jakie dopadały mnie w mieście L.
Powrócił temat X, kiedy powiedziałam, że F. to moje ulubione imię męskie, a zarazem imię bardzo ważnego dla mnie mężczyzny, i dlatego wybrałam je dla siebie jako synonim swojej drugiej natury. Naprzeciw mnie siedziała urocza, ładna dziewczyna, z uwagą słuchając mojego strumienia queerowej świadomości. A ja po raz kolejny powiedziałam sobie - "boże, jestem beznadziejnie biseksualna". A także w pewnym sensie beznadziejnie poliamoryczna, nie potrafię bowiem wyrzucić ze świadomości pewnych osób. Zawsze podświadomie tworzę hierarchię, ustawiam jednych nad drugimi, mierzę możliwości, porównuję swoje osiągnięcia. A na końcu i tak nic z tego nie wynika. Jak zwykle.
Jakiś czas temu powiedziałam po występie, że chciałabym cieszyć się tym małym artystycznym zwycięstwem z kimś, kto przyjmuje i pragnie mojej osoby bez względu na postać, jaką przybieram. Czy mężowie aktorek kochają je mniej, gdy grają chore psychicznie, denerwujące, nieprzystosowane postaci? Powiedziałam: Chcę kogoś, kto po występie będzie czekał na mnie w garderobie, pocałuje mnie w czoło i powie "Byłaś dziś takim pięknym mężczyzną". Chcę drugiego mężczyzny. Rozszyfrujcie to sobie genderowo jak chcecie.

Dalej: praca u podstaw w ramach studiów, bo wciąż widzę zdumienie współstudiujących osób z oczywistych rzeczy, oburzenie, zaskoczenie. Być może miałam trochę za wysokie wymagania, uczona z domu (notabene domu wykształciuchów z rodowodem), że studia są przepustką do lepszego świata, dowartościowują i ulepszają człowieka. Marzyłam o tym przez lata, bo wiedziałam, że wtedy zacznie się prawdziwe życie. Czuję grząski grunt pod stopami, to prawda. Nie wiem, do czego mnie zaprowadzi kierunek, w którym podążam.

Nie wspominając już o FR, bo od tego się wszystko zaczęło. Prawdopodobnie gdybym nie zwlekła się sprzed komputera w tamten mroźny styczniowy wieczór rok temu, dalej siedziałabym nie odrywając oczu od ekranu. Co zresztą czynię, tyle że od prawie roku w sprawach ważnych, ważniejszych niż tysięczne przeglądanie fejsa z góry na dół.

I są też Przyjaciele. Ci najważniejsi, bo bezinteresowni, nie z jakiegoś powodu, przecież bez woli w narodzie moglibyśmy rozjechać się w swoje strony i nigdy więcej nie spotkać. Rzadko, bo raz na kilka miesięcy, jednorazowo na parę terapeutycznych, uzdrawiających psychicznie dni (bo fizycznie wręcz przeciwnie, chyba że podciągniemy konserwację alkoholem pod uzdrawianie). A potem oglądam setki zdjęć i śmieję się sama do siebie. Niewytłumaczalne, ale ma moc. Zajebistą moc.

Wciąż mam do siebie pretensje, kompleksy, wciąż jestem z natury pesymistką (jak refleksyjnie zauważył ostatnio Padre, to u nas rodzinne. Dobrze, że nie mamy na dokładkę samobójczych genów, to w miksie z wrażliwością artystyczną byłaby mieszanka wybuchowa). Ale nie wyobrażam sobie teraz zmienić swojego życia o 180 stopni, bo oswoiłam już kolejny kawałek świata.



niedziela, 25 listopada 2012

Gossip w Warszawie, czyli jak się robi queergasm

Beth Ditto wielką jest. Tak głosem, jak i wyglądem, co wszyscy doskonale wiemy. A będąc wielką, krzyczy też całą sobą: „Gossip to ja!”. Tymczasem nie, Gossip to nie tylko Beth, to także uzdolniona lesbogini perkusji Hannah, żywiołowy gitarzysta Nathan, nieśmiała, ale urocza Kathy na klawiszach oraz wiecznie uśmiechnięty Chris na drugiej gitarze. I również ich talenty chciałabym podziwiać, oglądając koncert GSSP.
Jednak do rzeczy. Koncerty Gossip, zwłaszcza te niefestiwalowe, to – nie oszukujmy się – wydarzenia dla szczególnej publiczności. Siedząc pod barierkami w oczekiwaniu na rozpoczęcie, obserwowałam barwną galerię postaci, do których na pewno mogłabym powiedzieć „witaj w klubie”. Dziewczyny, z którymi miałam przyjemność dzielić przestrzeń pod sceną, cieszyły się wraz ze mną z najlepszego możliwego widoku na perkusję. Żadnych przepychanek, łokci wkładanych znienacka pod żebra w celu chwycenia barierki, żadnych pisków i nienawistnych spojrzeń. Cudowna odmiana po tak wielu koncertach, na których dorośli lub prawie dorośli ludzie zachowują się jak rozkapryszone przedszkolaki.
Jako support wystąpiła polska grupa Uniqplan, której najbardziej oryginalną cechą okazały się być kolorowe spodnie muzyków. Poza tym wysłuchaliśmy kilku kawałków mówiących same przez siebie „chcemy być jak Pink Floyd i Bowie, ale nigdy nie będziemy Floydami i Bołim”. Jednak słuchało się tego w miarę bezboleśnie. Dodatkowy plus za granie na wolnostojących bębnach (zerżnięte pewnie z The Kills, ale spuśćmy na to zasłonę milczenia).
Koncert Gossip rozpoczął się o czasie i oczywiście od razu przyjemnym pierdolnięciem w uszy, jakim jest „Move in the right direction” - piosenka, którą rzygają już nawet słuchacze Radia Zet, bo została zaprogramowana na komercyjną promocję ostatniego krążka zespołu. Jednak trzeba przyznać, że „Move...” jest świetnym rozrusznikiem i wyjątkowo trafionym singlem. Beth od razu podkreśliła, że zespół cieszy się bardzo mogąc znów zagrać w Polsce. Przed „Love long distance” przyszedł czas na kolejny z koncertowych chwytów Ditto – wplatanie fragmentów znanych hitów innych wykonawców, tym razem lubiane przez nią „Bad Romance” Lady Gagi. „Listen up” - publiczność się rozkręca - „Into the Wild”, a potem Beth zachciało się pogadać po polsku. Nie po raz ostatni tego wieczora... Upatrzywszy sobie stojącego najbliżej środka sceny ochroniarza, jęła go wypytywać, jak mówi się „fuck” po polsku. Poprawny politycznie gość oczywiście odbąknął cicho do mikrofonu „przyjemność”, za co został wybuczany przez publiczność, a i przez samą Beth, która w końcu dowiedziała się, że fuck to kurwa, nie tam żadna przyjemność. (Choć zależy jak na to patrzeć).
Przed kolejnym kawałkiem diwa wspomniała także o poprzednim warszawskim show, po którym zespół wybrał się na spacer po Warszawie w towarzystwie grupy fanów... 22 listopada jednak nie było żadnego spaceru, żadnego spotkania z fanami, a nawet żadnego spotkania prasowego (too bad, ten koncert zdecydowanie zasługiwał na wywiad i obszerniejsze materiały w polskich mediach, szczególnie tych queerowych).
Początek „Men in Love” Beth odśpiewała solo w ciemności. Jej solowe popisy ze zdowojoną siłą uświadamiają przekaz tekstowej warstwy utworów i podkreślają ich osobisty charakter. Gossip to zespół queerowy, tęczowy, feministyczny, liberalny, i nie boją się tego podkreślać, czyniąc swoje poglądy jednym ze znaków rozpoznawczych twórczości. I dobrze. Potrzeba nam zdecydowanych muzyków, w końcu artyści są głosem mas.
Poligloci z tego Gossip... Chcąc trochę zaktywizować dotąd będących dla niej tłem muzyków, Beth jęła wypytywać każdego z osobna, jakie języki poznali w wyniku tras koncertowych na całym świecie. Słowo „kurwa” sposobało jej się szczególnie i potem powtarzała je z lubością, zabawnie wygrażając ochroniarzowi, z którym jednak na koniec koncertu podała sobie ręce (facet dzielnie zniósł wybryki gwiazdy...).
Four letter word, Eyes open, Get a job, Get lost, a potem długa przerwa techniczna. (Pomyślałam sobie, że chyba reanimują Beth, ten wulkan energii, który zlany potem daje z siebie wszystko). Wiadomo było jednak, że jeszcze nie skończyli – nikt nie opuścił hali, w powietrzu nadal czuło się podniecenie i oczekiwanie. W końcu wyszli z numerem „Melody emergency”, który rozpoczyna „A joyful noise” i jest okazją do gitarowych popisów chłopaków. Cały bis określiłabym jako kawał baby walczący z kawałem rocka, bo GSSP na koniec występu naprawdę zagrali ciężko, soczyście, satysfakcjonująco. Beth wlazła w publiczność, oczywiście potem trudno było jej wyleźć w drugą stronę. Podawała ręce, ściskała się z fanami – jej uścisk jest naprawdę mokry i spocony, ale też dający siłę, serdeczny. A zespół grał... W tle... Eh.
Zabrakło mi spotkania dla dziennikarzy. Naprawdę. Queerowa społeczność w Polsce potrzebuje takich zespołów jak Gossip. A i niniejsza recenzja byłaby pełniejsza, wzbogacona o elementy wywiadu i dotarłaby do większej ilości czytelników. Koncert dał mi jednak takiego kopa energetycznego, jaki trudno uzyskać bez użycia jakichkolwiek nielegalnych substancji czy płynów wyskokowych. Dziękuję. Całemu zespołowi.


niedziela, 11 listopada 2012

Historia pewnej podróży

11 listopada przedstawiam Państwu moje kolejne blogowe dziecko - miejmy nadzieję że bardziej udane i poczytne od poprzednich. 11 listopada powinnam pisać na biało i czerwono, stać po jednej ze stron i strzępić język oraz klawiaturę na głupotę narodowców. Otóż nie. Mój blog, mój teren. Piszę dla Was, ale też dla siebie.
No to start. Dzisiaj o Laurence Anyways, lub też jak niektórzy wolą po polsku - Na zawsze Laurence. Który miał oficjalną polską premierę 9 listopada, czyli w ostatni piątek. I nie byłabym sobą, nie pisząc o nim tutaj.

 Xavier Dolan podjął się tematu trudnego, bolesnego, niedostatecznie jeszcze odkrytego przez współczesną popkulturę. Mógł ponieść porażkę, nakręcić niezamierzoną parodię rzeczywistości, mającą niewiele wspólnego z realnymi uczuciami. Mógł - a jednak wyszedł z tego zadania obronną ręką. Głosy krytyki wobec nowego Dolana mówią o dłużyznach, nic niewnoszących fragmentach, przeroście formy nad treścią, a nawet “rozdmuchaniu tak trywialnego tematu” (!!!).  

Przełom lat 80. i 90. zastaje Laurence Emanuela Jamesa Allia w trzeciej dekadzie życia, w trakcie obiecującej kariery literackiej, w stałym, namiętnym związku z szaloną i elegancką Fred. Dolan pokazuje tutaj pełnię swoich kreatywnych, artystycznych możliwości - kostiumy, makijaże i wnętrza naprawdę przenoszą widza dwadzieścia lat wstecz. Jako widzowie musimy się zmierzyć z pytaniem, co tak naprawdę zmieniło się na lepsze od końca lat 90. Fred dodaje sobie otuchy słowami “nasze pokolenie jest na to gotowe” - codzienne życie weryfikuje jednak wciąż na nowo to stwierdzenie, tak 20 lat temu, jak i dzisiaj, tak w Kanadzie, jak i w Polsce.
Początek lat 90. staje się tutaj symbolicznym początkiem nowego życia. Dolan zręcznie pokazuje kruchość bezpiecznego świata, który opiera się na pozorach i spełnianiu oczekiwań innych. Sylwestra 1989 Fred i Laurence spędzają w gronie przyjaciół, “po staremu”, zaś od nowego roku rozpoczynają w swoim życiu stopniową rewolucję. Szminka, kolczyk, peruka - kolejne sztandarowe atrybuty kobiecości. Wygląd jest ważny, elementarny, potrzebny jak oddychanie. Potrzebne jest oddzielenie grubą kreską (z eyelinera) życia Laurence’a mężczyzny i Laurence’a kobiety.“Zróbmy to razem”, mówi Fred. Zgadza się na tę wielką zmianę ze świadomością jej konsekwencji. Mężczyzna umrze, narodzi się kobieta. “Potrzebuję się z tobą zobaczyć, mamo. Ponieważ nie jest ze mną dobrze. Ponieważ umrę, mamo” - mówi roztrzęsiony Laurence przez telefon po bójce w barze. Śmierć jest tutaj synonimem zmiany. Początkiem drogi do właściwego Ja.
I tutaj Dolan otwiera nowy rozdział tej opowieści - również w estetycznym sensie. Melvil Poupaud jest wyjątkowo wiarygodny i paradoksalnie kobiecy, posiadając męskie, a zarazem delikatne i plastyczne rysy twarzy. Jako Laurence naturalnie przeżywa kolejne etapy fizycznego i społecznego stawania się kobietą, jednak zachowuje część typowo męskiej siły - sam atakuje mężczyznę, który zaczepia go słowami “ja nie mogę, ale wyglądasz!”. Kolejny przykład żonglowania genderem.

Istotny punkt w mentalnej metaforycznej transowej podróży bohatera stanowi spotkanie z Różyczką, który/a pomaga mu po krwawym incydencie w barze. Różyczka i jego/jej rodzina - “pięć Róż” - stanowią uosobienie tajemnego świata, w którym nikt nie jest doskonały. Świata przegiętych ciotek, a także naturalnych kobiet, które przeginają się, pobrzękując zbędnymi kilogramami biżuterii, i są z tego dumne! Celebracja różnorodności stanowi najważniejszą przesłankę tej równoległej rzeczywistości.

Fred również wkracza stopniowo w ten “świat dziwaków”, próbuje zrozumieć, ale oddala się od Laurence’a. Cierpi razem z nim, chwilami odnosi się wrażenie, że nawet bardziej od niego. Jedną z najbardziej przejmujących scen w filmie jest dla mnie ta, w której para jedząca obiad w restauracji jest zaczepiana przez ciekawską kelnerkę. Fred zrzuca naczynia ze stołu, wybucha: “Czy kupowałaś kiedykolwiek swojemu facetowi perukę, głupia suko? Albo czy bałaś się, że zostanie pobity na ulicy i nie wróci do domu w jednym kawałku? Dlaczego nie mozemy żyć poza murami getta?” No właśnie, dlaczego?
W końcu poddaje się i odchodzi - do “normalnego” świata, mężczyzny, życia rodzinnego. Przez lata staje się ustatkowaną kobietą spełnioną, chociaż czasem zdarza jej się powracać do małych przyjemności, rytuałów z czasów związku z Laurencem. Patrząc na to stabilne życie rodzi się pytanie, czy to na pewno wszystko, czego Fred chce od życia, czy nie nudzi ją taka wzorowa, “normalna” egzystencja? Mnie zabiłaby ona w ekspresowym tempie.
W tym samym czasie Laurence pielęgnuje swoją kobiecość i próbuje ułożyć sobie życie z nową kobietą. Czy tych dwoje łączy jednak cokolwiek poza “lubieniem się”? Charlotte jest idealnie przerysowanym obrazem modnej, młodej kobiety, która chorobliwą zazdrością reaguje na jakiekolwiek wspomnienie minionego życia swojego partnera/ki. Patrząc na tę bohaterkę nasuwa mi się stwierdzenie, że drags są tak naprawdę w społeczeństwie nieświadomą większością - Laurence jest transkobietą, ale Charlotte ze swoim przegiętym wyglądem i nieco histerycznym zachowaniem bliżej jest do drag queen. O, ileż podobnie rozemocjonowanych, wypacykowanych kobiet spotkałam na swojej drodze. Tyle samo było przesadnie, wręcz teatralnie męskich mężczyn. I mówię tu o realnym świecie, który Dolan bardzo zręcznie odwzorowuje.

Ciekawe w filmie, zarówno w oryginalnej jak i polskiej wersji, są gry językowe - Laurence przyjmuje swoje imię zarówno z żeńskimi, jak i męskimi rodzajnikami. Jego dziewczyna posługuje się zmaskulinizowaną formą swojego imienia. To wszystko w ciekawy sposób obrazuje specyfikę związku tych dwojga i płynne role genderowe. Film nie pokazuje w jednoznaczny sposób, kto jest kim w tej relacji. Najbardziej przemianę Laurence’a zdaje się przeżywać właśnie Fred - mimo tego, że ze wszystkich sił stara się przetrwać ją ze stoickim spokojem. Jest jednak otoczona kobietami silniejszymi od siebie, które usiłują jej dyktować następne posunięcia. Na drugim biegunie mamy motyw matki Laurence’a - nieco neurotycznej, nie czującej dużej więzi ze swoim dzieckiem. To ona jednak wypowie jedno ze zdań oznaczających upragnioną akceptację - “Nigdy nie czułam, żebyś był moim synem. Ale teraz jesteś moją córką”.

Dolan jako młoda gwiazda kina francuskojęzycznego uważany jest jednocześnie - nie bez powodu - za boga hipsterów. Tak też określani są bohaterowie jego filmów. Błąd. Trudno zdefiniować kim jest rzeczony hipster - wielu mądrych już próbowało - na pewno jednak główni bohaterowie tego akurat dzieła Dolana nie należą do tego gatunku. Owszem, palą dużo papierosów, owszem, siedzą wieczorami przy winie, obgadując swoje problemy w sarkastyczny sposób. Ale to coś więcej niż ślepe podążanie za modą na artystyczną wrażliwość, tak obecną w dzisiejszych czasach. Bo bohaterowie Dolana mają zdecydowanie mało modne problemy.

“Laurence Anyways” nosi w polskiej wersji tytuł “Na zawsze Laurence”. Czy to dobre tłumaczenie? I tak, i nie. “Anyways” to w dokładnym tłumaczeniu “w każdym razie”, “tak czy inaczej”. Są to słowa, jakimi Laurence przedstawił się Frederique przy pierwszym spotkaniu. W trakcie przemiany w kobietę - niewątpliwie korekty płci w pełnym tego słowa znaczeniu, a nie tylko balansowaniu między męskością i kobiecością za pomocą przebieranek - Laurence nie przestaje używać swojego męskiego imienia, choć jak wiadomo, imię konstytuuje osobę. Z czego może wynikać fakt, że bohater nie nadaje sobie kobiecego imienia (a przynajmniej jako widzowie go nie poznajemy)?
 Laurence zmienia płeć, ale oprócz tego chce zachować wszystko, co kocha w swoim życiu, na swoim miejscu. Zszokowana Fred pyta “jesteś homoseksualistą?”, on wyznaje “chcę cię kochać po swojemu”. Dolan sprawnie obnaża stereotypy i schematyczne myślenie społeczeństwa, które często stawia znak równości między homo- a transseksualnością. Będąc częścią środowiska LGBTQIA, reżyser posiada szczególny rodzaj wrażliwości, który pozwala z lekkiej monotematyczności jego filmów zrobić wielką zaletę. W końcu jego kino od początku jest kinem autorskim (panowie dziennikarze, zanim zmieszacie nowe dzieło Dolana z błotem - kilku z was juz to zrobiło - radzę sprawdzić, czy na pewno wiecie, co znaczy “kino autorskie”).


“Na zawsze Laurence” jest filmem, którego nie wypada oceniać negatywnie choćby ze względu na wprowadzenie do popularnego kina światowego tematu trans* w tak realistycznej formie, w jakiej dotychczas prawie się to nie zdarzało. Z pierwszego pokazu wyszłam porażona przekazem emocjonalnym - a przecież świat trans* to także w pewnym sensie mój świat.
A jeśli chodzi o zarzut przerostu formy nad treścią - państwo wybaczą, ale trzeba byc kompletnym estetycznym bucem, żeby tej formy nie docenić. Bo bez tych smaczków, bez podróży przez pory roku, bez fryzur, ubrań, żyrandoli i papierosów, bez rozbuchanej estetycznie sceny wielkiego balu z “Fade to grey” Visage w tle, ta historia nie byłaby nawet w połowie tak dobra.

Zburzyć podział na skrajność i normalność, celebrować różnorodność - oto życzenia Dolana - twórcy kina autorskiego. Oby tak dalej.

PS. Polska premiera filmu zbiegła się z czasem, w którym oficjalnie i równolegle zaczęłam używać swojego męskiego imienia. Od kilku dni jestem więc Weroniką/Filipem. I oba te imiona oznaczają tę samą osobę. W każdym razie - mnie.