Szczerze: bałam się tej płyty. Jak
chyba większość z nas – mam na myśli ludzi, których Placebo
obchodzi trochę więcej niż przeciętny rockowy zespół znany z
radia.
A teraz nie mogę się oderwać od Loud
Like Love. Co więcej, od tygodnia ta płyta sprawia, że przełączam
na swojej liście odtwarzania każdą piosenkę, która pochodzi z
okresu wcześniejszego niż LLL i poprzedzająca płytę epka B3.
Muszę się po prostu nasycić.
Placebo znów zgrało się perfekcyjnie
z tym, co dzieje się w moim życiu, które przecież od siedmiu lat
jest nierozerwalnie związane z Ich muzyką.
Want You so bad I can taste it
But You're nowhere to be found
Większość z Was zna już pewnie tę
historię, ale pozwolę sobie powtórzyć co ważniejsze jej
fragmenty. Mam czternaście lat i właśnie wybieram się na
pierwszego w życiu Openera. "Fajne zespoły, Franz Ferdinand,
no i Placebo" – mówi Tata, który jedzie tam ze mną i moim
bratem, a potem stwierdzi, że przestał słuchać P. sam z siebie,
odkąd ja poczęłam Ich słuchać nałogowo. No, trudno. "Nie,
nie podejdziemy bliżej sceny, bo nas zdepczą" – tak brzmiał
Jego protest przeciwko moim pierwszym zapędom w kierunku
podbarierkowego tłumu. Ale ja chciałam, chciałam strasznie mocno,
bo mimo że znałam zaledwie kilka piosenek, coś ciągnęło mnie w
stronę tego ogolonego na łyso (wtedy) człowieka z najdziwniejszym
głosem, jaki słyszałam w życiu. Głosem, który sprawił, że już
wkrótce po tym koncercie zaczęłam poznawać innych Wyznawców (tak
się wtedy nazywaliśmy – i myślę, że nadal jest to całkiem
odpowiednie określenie). Potem były kolejne koncerty, w sumie do
tej pory pięć, oczekuję szóstego (12 listopada, Warszawa, Torwar
– miejsce kultowe dla placebowych koncertów). Koczowanie,
czekanie, plany, spotkania, malowanie transparentów, wspólne
wyjazdy, zdjęcia. Placebo stało się swoistym spoiwem i towarzyszem
najszczęśliwszych i najgorszych chwil mojego życia. Zarówno tych,
kiedy zalewałam się łzami z Wcale Nie Błahych Prywatnych Powodów,
jak i tych, kiedy byłam blisko z różnymi szalenie ważnymi dla
mnie osobami. Było opatrunkiem na głębokie rany, pomagało zasnąć,
stwarzało domową atmosferę. Było – i wciąż jest – jedną z
najważniejszych stałych w moim życiu. I wyciskaczem takich
ekstatycznych emocji, jakich doświadcza się przy najlepszym seksie,
tyle że podczas koncertów.
Rob the bank/Then take me home/But
take me home/Make love/Make love
Pamiętam dokładnie pierwszą chwilę
z pierwszą, tytułową piosenką promującą Battle for the Sun,
poprzedni longplay Zespołu Na Pe. Utwór został udostępniony w
internecie kilka dni przed premierą płyty. Ściągnąwszy go,
czekałem na odpowiedni moment, który nadszedł, kiedy siedziałam
na przystanku autobusowym po próbie pewnego spektaklu, grzejąc się
w promieniach czerwcowego słońca. Uczucie radości z nowego
materiału gryzło się z bezsensem słów tego singla.
Wtedy, ponad cztery lata temu, wszystko
było inne. Ludzie wokół mnie, aktualne związki, cele, nadzieje,
przeszkody.
LLL w jakiś cudowny, niezawodny sposób
składa się po raz kolejny w całość, która okazuje się
kawałkiem idealnie pasującym do aktualnej życiowej układanki.
Każda piosenka jest celebracją lub opłakuje szczególną chwilę z
życia Briana Molko i Stefana Olsdala, przede wszystkim jednak tego
pierwszego z tytułu bycia głównym twórcą tekstów (jednak nie
bez związku z tym drugim, co wybitnie słychać). I w jakiś
tajemniczy sposób większość tych piosenek idealnie odnosi się
również do mnie. Wiem, co można pomyśleć czytając te słowa –
że to całe Placebo to coś w rodzaju One Direction dla tylko nieco
starszych fanów. Nic bardziej błędnego. LLL to chyba najbardziej
dojrzały materiał w dorobku Placebo, nie umniejszając oczywiście
pozostałym krążkom. Jednak tylko tutaj mamy radość, powagę,
euforię i cierpienie w tak idealnych proporcjach.
No dobra, to teraz szczegóły. Miejmy
to za sobą i wytknijmy mistrzom niedociągniecia. Są dwa – wybór
najsłabszej piosenki z płyty na pierwszy singiel oraz sama forma
wydania. Pierwsze słowa pochodzące z nowej płyty, jakie poznał
świat, brzmiały "My computer thinks I'm gay". Strzał w
stopę, ryli, ale to chyba wiemy już wszyscy. Co do wydania, moja
osoba zaopatrzyła się oczywiście w deluksa. I wstyd to pisać, ale
zwłaszcza w przypadku deluksa klient płaci, więc wymaga, a dostaje
książeczkę z paroma ładnymi obrazkami, wydaną na ładnie
pachnącym papierze, ale to wszystko. Panie Molu, co się stało,
spanikował pan przed umieszczeniem swojej tekściarskiej twórczości,
żeby każdy mógł sobie ją spokojnie przeanalizować, zamiast
szukać po internetach (niedokładnie) przepisanych tekstów? Duży
minus, a bardzo na to liczyłam.
Wielki plus wędruje natomiast do Adama
Noble'a za produkcję. Tych wszystkich smaczków nie usłyszymy na
ściągniętej z neta demówce, wierzcie mi.
Trzy największe dzieła, jakie P.
niniejszym dają światu na LLL, to Hold on to me, A million little
pieces i Exit wounds. To nie jest wesoła, słoneczna płyta, wbrew
temu co zapowiadał tytuł i pierwsze przecieki. Ale może to i
dobrze, bo kiedy ostatnim razem dostaliśmy płytę emanującą
słońcem, to okazała się ona najsłabszą ze wszystkich
dotychczasowych w placebowym dorobku (mimo tego, ze w ostatecznym
rozrachunku po czterech latach niektóre utwory brzmią naprawdę w
porządku). Dobrze też, że Molko przelewa swoje frustracje w swoją
twórczość, zamiast w depresje i kryzysy. Wiem coś o takim
przelewaniu.
Muzycznie LLL ociera się o przebłyski
geniuszu charakterystyczne przede wszystkim dla Black Market Music i
Sleeping With Ghosts. Takie na przykład Exit Wounds i coś w tym
utworze, co nazywam "połamanymi dźwiękami", a co czyni
od wielu lat muzykę Placebo rozpoznawalną i wyjątkową.
I've lost the power to understand,
what it takes to be a man
With my heart
No właśnie, Brian Molko – "small
and gentle man, who carry the world upon his shoulder".
Czasem bufon z syndromem lidera zespołu zwanego Gigantem
Alternatywy, czasem pokorny, nastawiony na rozwój artysta
zafascynowany buddyzmem. W tym momencie popuszczam wodze fantazji, bo
moje idealne spotkanie z tym człowiekiem nie polegałoby jedynie
na dzikim seksie gdzieś między drzwiami a podłogą. Wcześniej
chętnie napiłabym się z nim herbaty i podyskutowała o podróżach
do Indii, Nepalu i Kambodży. Brian Molko to musi być w gruncie
rzeczy strasznie fajny facet.
Wraz z wczorajszym Loud Like Love TV
Gwiazdka przyszła trzy miesiące wcześniej. Tyle wzruszeń, humoru,
anegdot i wspomnień, że nie dało się odlepić od komputera przez
bite dwie godziny, przy jednoczesnym wydawaniu z siebie wielu
ekstatycznych dźwięków.
Pewne rzeczy nie zmieniają się nigdy:
"-Co byś zrobił gdybyś wiedział, ze niedługo umrzesz?
-Starałbym się uprawiać tak dużo seksu, jak to tylko możliwe"
[charakterystyczny molkowy rechot]. Po latach wrócił nawet do
fryzury, przez którą czasem ciężko stwierdzić, czy dane zdjecie
pochodzi z 1998, czy z 2013 roku.
Minie sporo czasu, zanim będę w
stanie włączyć jakąkolwiek niebędącą Placebo muzykę bez
szalonego pragnienia powrotu do Zespołu Na Pe. Znów. Ten stan
zakochania trwa ponad siedem lat, więc chyba już się nie zmieni.
Osobie, która mogłaby zająć tę wolną część mojego serca,
stawiam z konieczności jeden warunek – must love, or at least
like Placebo.
niżej: parapet, który łączy w sobie cztery posążki buddyjskie (czwarty zjadł aparat), zdjecia placebowych przyjaciół i rodziny, pamiątkę z drugiego koncertu P. należycie oprawioną w ramkę oraz mój osiemnastkowy prezent od E., gdzie Molko jednoczy się z Chrisem Cornerem w najlepszym stylu.)
jeszcze niżej: moje życie trochę bardziej kompletne i szczęśliwe na ten moment.
Wszystkie moje nauczycielki od angielskiego sprały mi mózg, więc nie mogę się powstrzymać przed napisaniem, że "you" z dużej litery jest błędem w języku angielskim i nikt z nich nawet nie zna takiego wynalazku xd Plus też nie mogę przeżyć tego, że wśród najlepszych piosenek nie wymieniłaś "Begin The End", poziom smutku jaki jest w tej piosence spokojnie można postawić obok WYIN. No dobra, przesadziłem, nic nie można postawić obok WYIN. Ale ju noł łot aj min. A tak poza tym to lof.
OdpowiedzUsuń