sobota, 9 listopada 2013

Tour de jesień '2013. Migawki

Po pierwsze: było warto. Jak zresztą każdego roku, kiedy wiele osób na moim miejscu miałoby wątpliwości, czy wydać pieniądze, poświęcić czas, zaryzykować przestawienie wielu spraw w codziennym trybie życia i martwić się o noclegi albo transport. Wiele osób, ale nie ja. Koncertów i innych wydarzeń jest w ciągu roku tak wiele, że oczywiście trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby zobaczyć i usłyszeć to, co się chce (lub czego się pragnie/potrzebuje, bo na zwykłym chceniu rzecz się nie kończy). Niemniej jednak jako osobie zaprawionej w koncertowych bojach takie przeciwności mi niestraszne. I tutaj skończmy dyskusję na temat "dlaczego", a zacznijmy na temat "jak było i czemuż tak pięknie".

Ostatnie dni były początkiem dzikiej gonitwy, jaką prawie co roku jest jesienna międzymiastowa trasa koncertowa. W tym roku jednak o tyle wyjątkowa, że poza obowiązkowym nabożeństwem w postaci czekającego mnie (nas) jeszcze we wtorek koncertu Placebo i niedoszłymi koncertami IAMX, które zwykle są żelaznym punktem jesieni, dane mi było zobaczyć w końcu Amandę "Fucking" Palmer, Tegan i Sarę oraz Hurts. Których wprawdzie widziałam już na żywo w marcu tego roku, ale tamten występ jest w moich wspomnieniach prawie niczym wobec tego sprzed dwóch dni.

Moje wywnętrzenia o Tegan i Sarze możecie sobie poczytać na queer.pl oraz rownasie.pl, więc nie będę się powtarzać. Placebo dopiero nadchodzi i zawsze jest przeżyciem tak osobistym, że trudno mi o nim pisać. Chociaż z drugiej strony, Hurts niewątpliwie przeżyłam i przeżywam wciąż tak osobiście, ze bardziej chyba się nie da. No to teraz spróbuję cokolwiek napisać na temat tych szalonych dni.

Chronologicznie rzecz biorąc, należy zacząć od Amandy. Zaraz po przyjeździe do Krakowa po niemal sześciu godzinach gniecenia się w Polskim Busie czekały na mnie: Osoby w liczbie dwóch, naleśniki, bajaderka, wino i koty. A potem już poturlaliśmy się w tym składzie (bez kotów) do klubu, gdzie po spotkaniu z Osobą numer cztery i wysłuchaniu trzech (!) supportów oraz po pewnym miłym – tak, tak, miłym – incydencie z wylanym piwem stanęła przed nami ta pieprzona kłirowa bestia, ten wulkan energii, jakim jest Amanda Palmer.
Notowanie setlisty kawałek po kawałku było praktycznie niemożliwe wobec gonitwy myśli, jaka w ciągu dwóch godzin przetoczyła się przez moją głowę. Po prostu w pewnym momencie światła zgasły, a naszym oczom ukazała się Amanda stojąca na balkonie, trzymająca w ręku ukulele i drąca się a capella – a było to "Creep". I'm a creep, I'm a weirdo. Most of us are weirdos. I tak już przez cały wieczór Palmer wysyłała w naszą stronę sygnały porozumienia. Bo wierzcie mi, na koncerty takich nieprzypadkowych artystów nie chodzą przypadkowi ludzie.
A potem sru, "Do it with a rockstar". Potężny kawał głośnego, punkowo queerowego grania, w którym po raz pierwszy zobaczyliśmy muzyków Grand Theft Orchestra, zwanych roboczo Niedźwiedziem, Garniturkiem i Tym w Różowych Spodniach. I co z tego że w różowych, skoro wyglądał w nich oszałamiająco.
Bohaterka wieczoru przemówiła po trzecim z kolei "Killing type". A potem usiadła do ustrojonego kwiatami pianina i wykonała emocjonalne, mocne, kabaretowe "Missed me" z repertuaru Dresden Dolls. Co do których zapowiedziała, że być moze powrócą (jaramy się mocno).
Jeśli kiedykolwiek martwiłem się, że urodziłam się za późno aby usłyszeć "Smells like teen spirit" mojej ukochanej Nirvany na żywo, to już nie żałuję niczego. To była prawie Nirvana, a w tym przypadku prawie nie robi wielkiej różnicy. Darcie mordy, skakanie w tłumie, Amanda w ramionach widowni. To był grunge, uwierzcie na słowo.
I mój ulubiony ostatnio "Astronaut".
Następnie Palmer zafundowała nam dłuższą przemowę na temat Lou Reeda (tylko nie mówcie, że to teraz po jego śmierci modne, bo wierzę jej na słowo kiedy twierdzi, iż bardzo wpłynął na nią w młodości). No więc było "Look on the wild side", a słynne pampararam, a raczej tutururu z tej piosenki Amandzia kazała zaśpiewać nam, czyli widowni. Głośniej, ciszej, aż do całkowitego upłynnienia dźwięku i osiągniecia efektu turkoczących kół pociągu. Magiczny moment połączenia.
Dopiero wtedy zorientowałam się, że na jej gorsecie widnieje nie kto inny, jak Klaus Nomi, czyli bratnia dusza Kraftwerk i Bowiego, tylko jeszcze dziwniejsza i bardziej queerowa. Idealny mentor, idealna twarz na ubranie.
A potem na scenę wskoczyła Gaba Kulka (wcześniejszy support i chyba już przyjaciółka Amandy), aby wykonać w duecie najbardziej zaskakujący kawałek tego wieczoru. Jak to ujęła Amandzia, "traditional polish folk song", którą okazała się najlepsiejsza wersja "Ona tańczy dla mnie", jaką można sobie wyobrazić. Na poczatku śmiałam się przez jakieś pół minuty i nie mogłam przestać, ale daję znak jakości, zdecydowanie.
Po tych mocnych wrażeniach ze sceny spłynęło na widownię ogromne płótno (och, dlaczego nie tęczowe!), a na płótno wskoczyła gwiazda, by dać się ponieść tłumowi. Po całej sali. Ode mnie, przepływając na tym płótnie nieopodal, dostała buziaka w policzek. I kissed Amanda and I liked it – jakkolwiek liczyłabym raczej na pocałunek w usta, jakim obdarzała wielu fanów na tej trasie (ona to lubi, tak). Cóż, dobre i to.
"All that matters is nightime", powiedziała zaczynając kolejny utwór – wykonane solowo, niemal akustycznie "Bedsong". Wyciskające łzy z oczu. Jednak ten koncert to w większości dla mnie czyste emocje bez wspomnień, wolne od odniesień do mojego własnego życiorysu. Co jest szczególnie cenne, bo gdyby wpakować w te piosenki jeszcze trochę emocji, coś złego mogłoby stać sie z moim sercem.
"Coin operated boy" przyklepało pomysł na mój premierowy dragowy kawałek. Dzięki, Palmer, inspirujesz.
Pod koniec setu na scenie było chyba z dziesięć osób, a zespół bisował dwa razy. Jako ostatnią piosenkę dostaliśmy "Ukulele anthem". Do kompletu z wiadomością, że Nadezhda Tolokonnikova, członkini Pussy Riot, została przetransportowana do kolonii karnej na Syberię. Amanda zaangażowana, Amanda wyzwolona, Amanda walcząca, Amanda queerowa, głośna i kolorowa. Każdą z nich było nam dane poznać tego wieczora.

Niecałą dobę później byłam już w Warszawie. I tej nocy nie potrafię już opisać składnie i sensownie.
Home it's where the heart is.
Przede wszystkim dziękuję K. za to, że była tam ze mną, że była mi oparciem emocjonalnym przez cały koncert i potem, kiedy rozklejaliśmy się jak rasowe bobry. Oraz pozdrawiam Zytę jako jedną z tych przefajnych znajomości nawiązanych w okolicach koncertów.
Nie myślałam, że po Placebo i IAMX zakocham się jeszcze kiedyś muzycznie tak intensywnie. Tymczasem Hurts to niezły kawałek mojej prywatnej historii, głównie z ostatniego roku. Historii opartej na całkiem przypadkowym styku fascynacji i wzajemnych inspiracji.
Rano po koncercie nastąpiła oczywiście ceremonia odsłuchu Exile, podczas której ciężko było nam ruszyć się z miejsca pod wpływem dźwięku. Nie bez powodu Theo Hutchcraft mówi, że interesuje go związek narkotycznego uzależnienia i fetyszu z religią. Identycznie możnaby opisać stan, na który przypadkowo znalazłyśmy nazwę – Theofilia: całkowite, mimowolne oddanie.
Insynuowanie biseksualności swoich idoli to bardzo brzydka sprawa, wiem. Jednak ciężko powstrzymać się od skojarzeń z płynnymi genderowo gwiazdami synthpopu lat 80., kiedy się patrzy na Hurts. Na ich formułę męskiego duetu, eleganckie garnitury, biżuterię, gesty. Na ręce Theo Hutchcrafta. Na cały ten look, który przywołuje skojarzenia z hasłem "Naziści byli źli, ale dobrze się ubierali". A przy okazji tym, którzy mają bardziej plastyczną wyobraźnię, każe wizualizować sobie, jakby to było gdyby Theodore nosił sukienki. Co też zamierzam w najbliższym czasie namalować.
Naprawdę nie myślałam, że "Somebody to die for" może ruszyć mnie bardziej niż "Blind".
Z prywatnych osiągnięć: autografy i zdjęcia to jedno, dziesięciosekundowa wymiana zdań z Theo to drugie. I dzika satysfakcja, że mogłam powiedzieć mu o występach na bazie Wonderful Life. Satysfakcja i przyjemność bycia jednym z tysięcy fanów – a jednak jest w tym coś prawdziwego, szczerego, moja nadzieja na więcej – pewnego dnia.


Lead me in chains
Strip me of shame
Caress me with pain
Cos I'm down on my knees
And I'm begging you please as you say
Don't cry mercy
There's too much pain to come


I could drag you from the ocean
I could pull you from the fire
When you're standing in the shadows
I could open up the sky
I could give you my devotion
Until the end of time
And you will never be forgotten
With me by your side






3 komentarze:

  1. Amandzia nie pływała po płótnie, ona sobie je przyczepiła do stroju i ono pływało za nią :D lof <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdzie Ci sie udalo zrobic zdjecia z Hurts?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zdjęcia w końcu nie udało mi się zrobić, ale Theo wyszedł do nas jakąś godzinę po koncercie wyjściem z tyłu Torwaru, od parkingu.

      Usuń