Z okazji minionego kilka dni temu Dnia
Widoczności Osób Biseksualnych pozwolę sobie po raz kolejny
pomęczyć Was na temat tylko pozornie osobisty, a faktycznie bez
wątpienia publiczno-polityczny.
Jestem najgorszym złem, typem osobym
przed którą w pewnych kręgach ludzie przestrzegają się nawzajem.
Dużą część społeczeństwa zapewne
wychowano w zapewnieniu, że ideałem miłości jest sytuacja, kiedy
pan spotyka panią, zakochują się w sobie, biorą ślub, a potem
mają razem dzieci. Przyznaję ze smutkiem, sama na pewnym etapie
rozwoju padłam ofiarą tego mitu. I choć starano się mnie trzymać
z daleka od najczarniejszych (najróżowszych?) dziur popkultury,
zaczęłam w pewnym momencie marzyć o księciu na białym koniu i
tego typu pierdołach, co też skrupulatnie uwieczniałam w formie
rysunków. Konia mimo usilnych starań nie umiem rysować do dzisiaj,
książę okazał się swobodnie wymienialny z księżniczką, a
rodzice ugięli się pod terrorem różowej panny z plastiku i
zakupili (tata na delegacji w Niemczech) pierwszą Barbie. Fail
wychowawczy czy nieunikniona lekcja wychowania w popkulturze?
Jednak nie do końca o genderowych
pułapkach rozpracowanych przez wujcia Freuda chciałam dzisiaj
pisać. Chciałam o tym, jak wciąż wąskie jest współcześnie
prawo do miłości
Tak, mam silne skłonności
poliamoryczne i uważam, że związki międzyludzkie powinny opierać
się na obustronnych umowach, nie zaś na sztucznie utrzymywanych
schematach, od których tak często potajemnie odchodzi się na rzecz
poszukiwania satysfakcji.
W obecnym momencie swojego życia, mimo
wciąż sprawdzającej się sentencji "chujowo, ale stabilnie",
osiągam od jakiegoś czasu satysfakcję i niezbitą pewność
słuszności tego, co robię. Myślałam, że niewiele już mogę w
sobie odkryć – a jednak. Kolejne, pozornie niewielkie wydarzenia
pozwalają mi odkryć w sobie skłonności do fetyszu, bondage,
crossdressingu (to od dawna, jednak dopiero teraz tak silne),
zaakceptować dziwne upodobania, które kiedyś wydawały mi się nie
na miejscu.
Tak, wiele razy chciałam być
lesbijką. Pewnie. O ileż prościej być kobietą kochającą
wyłącznie kobiety, najlepiej schematycznie męską wybierającą
przeważnie femme. Mieć swój typ, popadać w kolejne branżowe
miłości. Nie zwracać uwagi na mężczyzn. Męskich przyjaciół
zawsze traktować po kumpelsku. Kilkakrotnie usiłowałam
podważyć to, o czym wiedziałam mniej więcej od 14 roku życia. I
za każdym razem – do teraz włącznie – dochodziłam do wniosku,
że jestem beznadziejnie biseksualna. Napisałam już zresztą na ten
temat ilości liter, które możnaby zebrać w średniej grubości
książkę. To jednak zrobiła za mnie m.in. Angie Bowie (TA
biseksualna Bowie od TEGO biseksualnego Bowiego) i powiadam wam,
zrobiła to nieźle.
No dobrze, ale dlaczego jestem złem?
Dobre to pytanie, ponieważ złem do szpiku kości się nie czuję.
Istnieje jednak podwójne wykluczenie, które każe sporej części
kobiet kochających kobiety uciekać od takich jak ja (bo niewierne
toto, porzuca bez uprzedzenia i sprowadza wszystko do seksu). A z
drugiej strony mamy schematy, którymi posługuje się rozleniwiona heteronormą większość.
Tak, obecnie sypiam wyłącznie z
kobietami. Jednak w końcu przychodzi moment, w którym niczym w
ślepym zaułku zadaję sobie pytanie, do czego mnie to prowadzi. Nie
to, zebym chciała przestać. Ale bywanie wyłącznie z kobietami
jest dla mnie niczym wyjadanie nadzienia z cukierków i zostawianie
pustej otoczki. A otoczki bywają dobre. Chropawe, z silnym
uściskiem, niskim głosem i dwudniowym zarostem. Albo wręcz
przeciwnie, słodkie, miękkie, gładkie, pełne perlistego
ochrypłego śmiechu i nieodpartego chłopięcego uroku.
(Nie martw się, zaczekam aż
dorośniesz.)
Lubię mężczyzn. Podobają mi się.
Pożądam ich. Męskości w mniej macho, bardziej łagodnym wydaniu
(choć też nie zawsze!). Dłuższe włosy, łagodne rysy, mniej
muskularna budowa, ale wszystko to tylko wtedy, gdy dotyczy
mężczyzny. Lubię na nich patrzeć. Prosta życiowa przyjemność
wizualna.
Problemem jest stosunek mężczyzn do
mnie. Wiem, że wymagam rzeczy trudno osiągalnej – trzymajmy się
wersji, że może nie nieosiągalnej, ale jednak trudno trafić na
mężczyznę, którego pociąga kobieta, która w żadnym wypadku
kobieca być nie chce. Która wiąże piersi i goli głowę. A przy
tym najbardziej chciałaby, żeby mężczyzna nie był taki do końca
męski. Jeden procent społeczeństwa szukający swojego drugiego
procenta.
Spirala heteronormatywnych uprzedzeń i
standardów nakręca się sama: oto kobieta uprawiająca seks z
kobietami jest w porządku, tylko jeśli pozwala mężczyźnie
patrzeć (a więc z definicji nie jest juz lesbijką, jeśli
dopuszcza do aktu miłosnego osobę płci męskiej). I oczywiście
wtedy, kiedy wpisuje się w schemat męskich fantazji. A powiedzmy
sobie to szczerze, femmes to
tylko część, jeśli nie mniejszość kobiet zainteresowanych
seksualnie kobietami.
Jeśli
wolno mi wtrącić: do jasnej cholery, celebrujmy różnorodność,
bo na niej opiera się świat. Zatem i bucze, i kobietki są na swój
sposób pięknymi istotami, i mój gust nie ma tu nic do rzeczy. I
wcale nic nie palę, pisząc te zdania.
Związki, relacje i
epizody z kobietami są... łatwiejsze? Nie, to nie to. Dobrze jest
jednak wiedzieć, na którym polu ma się większe szanse. Nadchodzi
taki moment, kiedy człowiek nie ma już ochoty na kolejne fale bólu,
zawody uczuciowe, kiedy chce po prostu zaspokoić naturalną potrzebę
ciepła, seksu, przytulenia, a następnego dnia zjeść razem
śniadanie i powiedzieć sobie "(być może) do zobaczenia, było
fajnie" i pójść w swoją stronę bez żalu, a jedynie z
dobrymi wspomnieniami. (No, chyba że kończysz noc z pogryzionymi
sutkami).
Tak, jestem holy
poly – stworzeniem poliamorycznym, ale nie poligamicznym, bo
posiadającym swoistą etykę, uczucia i szanującym uczucia innych.
To prawda, w dwóch przypadkach w moim życiu nie udało mi się
zachować neutralności takiej relacji. W jednym zakończyło się to
lekkim syfem, do którego nie chcę tutaj wracać, ale byłam młoda
i naiwna. W drugim jednonocna zaskakująca przygoda rozwinęła się
w najtrwalszy i najbardziej dojrzały związek (bo w jakimś sensie
można to związkiem nazwać), jakiego do tej pory doświadczyłam.
Związek oparty na szacunku, przestrzeni, braku presji i zaufaniu. I
może to właśnie te ustalone niemal od samego początku zasady
sprawiają, że mogę żyć w relacji bez dramatów, zazdrości i
tego typu pierdoletów, nawet jeśli czasem czegoś mi brakuje – bo
obie strony wiedzą, na czym rzecz polega.
Cóż, źle jest
nie mieć przy kim ogrzać rąk, kiedy zaczynają się
jesienno-zimowe chłody.
Nie wpaść w
pułapkę dopasowania do normy to już duże osiągniecie. Sama
przyłapuję się na tym, że zacząłem wręcz kontrolować
równoważenie cech kobiecych i męskich, choć wcześniej
przychodziło mi to naturalnie. Trans*policja działa, ponieważ obok
bycia genderqueer uważam się i jestem osobą trans* - czyli w moim
przypadku taką, która silnie odczuwa swój pierwiastek męski i nie
wyklucza korekty (czy może jednak w moim przypadku: zmiany) płci w
przyszłości.
I znów
jestem najgorszym złem, ponieważ zaprzeczam polityce standardowo
prowadzonej w sprawach i przez osoby trans – bez gwiazdki.
Ten
felieton to tylko kolejna z wielu części niekończącej się
opowieści o złożoności ludzkiej (bo przecież, litości, nie
tylko mojej własnej) seksualności. I jak wspomniałem na początku,
wbrew pozorom nic tu nie jest prywatne, bo cała zachodnia (i nie
tylko zachodnia) cywilizacja opiera się o "świętą"
instytucję małżeństwa, której przecież tak wielu z nas bardziej
lub mniej świadomie zaprzecza.
***
Na deser – mroczny zimowy IAMX, jak
zwykle o tej porze roku, kiedy wieczory stają się zimne, a muzyka
wymusza spojrzenia w chłodną, nieprzyjazną przeszłość
rozświetloną iskierkami radości z koncertów i pierwszych spotkań
z Ludźmi. (jestem za bardzo patetyczna/y?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz