środa, 25 września 2013

Holy Poly

Z okazji minionego kilka dni temu Dnia Widoczności Osób Biseksualnych pozwolę sobie po raz kolejny pomęczyć Was na temat tylko pozornie osobisty, a faktycznie bez wątpienia publiczno-polityczny.

Jestem najgorszym złem, typem osobym przed którą w pewnych kręgach ludzie przestrzegają się nawzajem.
Dużą część społeczeństwa zapewne wychowano w zapewnieniu, że ideałem miłości jest sytuacja, kiedy pan spotyka panią, zakochują się w sobie, biorą ślub, a potem mają razem dzieci. Przyznaję ze smutkiem, sama na pewnym etapie rozwoju padłam ofiarą tego mitu. I choć starano się mnie trzymać z daleka od najczarniejszych (najróżowszych?) dziur popkultury, zaczęłam w pewnym momencie marzyć o księciu na białym koniu i tego typu pierdołach, co też skrupulatnie uwieczniałam w formie rysunków. Konia mimo usilnych starań nie umiem rysować do dzisiaj, książę okazał się swobodnie wymienialny z księżniczką, a rodzice ugięli się pod terrorem różowej panny z plastiku i zakupili (tata na delegacji w Niemczech) pierwszą Barbie. Fail wychowawczy czy nieunikniona lekcja wychowania w popkulturze?
Jednak nie do końca o genderowych pułapkach rozpracowanych przez wujcia Freuda chciałam dzisiaj pisać. Chciałam o tym, jak wciąż wąskie jest współcześnie prawo do miłości
Tak, mam silne skłonności poliamoryczne i uważam, że związki międzyludzkie powinny opierać się na obustronnych umowach, nie zaś na sztucznie utrzymywanych schematach, od których tak często potajemnie odchodzi się na rzecz poszukiwania satysfakcji.
W obecnym momencie swojego życia, mimo wciąż sprawdzającej się sentencji "chujowo, ale stabilnie", osiągam od jakiegoś czasu satysfakcję i niezbitą pewność słuszności tego, co robię. Myślałam, że niewiele już mogę w sobie odkryć – a jednak. Kolejne, pozornie niewielkie wydarzenia pozwalają mi odkryć w sobie skłonności do fetyszu, bondage, crossdressingu (to od dawna, jednak dopiero teraz tak silne), zaakceptować dziwne upodobania, które kiedyś wydawały mi się nie na miejscu.

Tak, wiele razy chciałam być lesbijką. Pewnie. O ileż prościej być kobietą kochającą wyłącznie kobiety, najlepiej schematycznie męską wybierającą przeważnie femme. Mieć swój typ, popadać w kolejne branżowe miłości. Nie zwracać uwagi na mężczyzn. Męskich przyjaciół zawsze traktować po kumpelsku. Kilkakrotnie usiłowałam podważyć to, o czym wiedziałam mniej więcej od 14 roku życia. I za każdym razem – do teraz włącznie – dochodziłam do wniosku, że jestem beznadziejnie biseksualna. Napisałam już zresztą na ten temat ilości liter, które możnaby zebrać w średniej grubości książkę. To jednak zrobiła za mnie m.in. Angie Bowie (TA biseksualna Bowie od TEGO biseksualnego Bowiego) i powiadam wam, zrobiła to nieźle.
No dobrze, ale dlaczego jestem złem? Dobre to pytanie, ponieważ złem do szpiku kości się nie czuję. Istnieje jednak podwójne wykluczenie, które każe sporej części kobiet kochających kobiety uciekać od takich jak ja (bo niewierne toto, porzuca bez uprzedzenia i sprowadza wszystko do seksu). A z drugiej strony mamy schematy, którymi posługuje się rozleniwiona heteronormą większość.  
Tak, obecnie sypiam wyłącznie z kobietami. Jednak w końcu przychodzi moment, w którym niczym w ślepym zaułku zadaję sobie pytanie, do czego mnie to prowadzi. Nie to, zebym chciała przestać. Ale bywanie wyłącznie z kobietami jest dla mnie niczym wyjadanie nadzienia z cukierków i zostawianie pustej otoczki. A otoczki bywają dobre. Chropawe, z silnym uściskiem, niskim głosem i dwudniowym zarostem. Albo wręcz przeciwnie, słodkie, miękkie, gładkie, pełne perlistego ochrypłego śmiechu i nieodpartego chłopięcego uroku.
(Nie martw się, zaczekam aż dorośniesz.)

Lubię mężczyzn. Podobają mi się. Pożądam ich. Męskości w mniej macho, bardziej łagodnym wydaniu (choć też nie zawsze!). Dłuższe włosy, łagodne rysy, mniej muskularna budowa, ale wszystko to tylko wtedy, gdy dotyczy mężczyzny. Lubię na nich patrzeć. Prosta życiowa przyjemność wizualna.
Problemem jest stosunek mężczyzn do mnie. Wiem, że wymagam rzeczy trudno osiągalnej – trzymajmy się wersji, że może nie nieosiągalnej, ale jednak trudno trafić na mężczyznę, którego pociąga kobieta, która w żadnym wypadku kobieca być nie chce. Która wiąże piersi i goli głowę. A przy tym najbardziej chciałaby, żeby mężczyzna nie był taki do końca męski. Jeden procent społeczeństwa szukający swojego drugiego procenta.

Spirala heteronormatywnych uprzedzeń i standardów nakręca się sama: oto kobieta uprawiająca seks z kobietami jest w porządku, tylko jeśli pozwala mężczyźnie patrzeć (a więc z definicji nie jest juz lesbijką, jeśli dopuszcza do aktu miłosnego osobę płci męskiej). I oczywiście wtedy, kiedy wpisuje się w schemat męskich fantazji. A powiedzmy sobie to szczerze, femmes to tylko część, jeśli nie mniejszość kobiet zainteresowanych seksualnie kobietami.
Jeśli wolno mi wtrącić: do jasnej cholery, celebrujmy różnorodność, bo na niej opiera się świat. Zatem i bucze, i kobietki są na swój sposób pięknymi istotami, i mój gust nie ma tu nic do rzeczy. I wcale nic nie palę, pisząc te zdania.

Związki, relacje i epizody z kobietami są... łatwiejsze? Nie, to nie to. Dobrze jest jednak wiedzieć, na którym polu ma się większe szanse. Nadchodzi taki moment, kiedy człowiek nie ma już ochoty na kolejne fale bólu, zawody uczuciowe, kiedy chce po prostu zaspokoić naturalną potrzebę ciepła, seksu, przytulenia, a następnego dnia zjeść razem śniadanie i powiedzieć sobie "(być może) do zobaczenia, było fajnie" i pójść w swoją stronę bez żalu, a jedynie z dobrymi wspomnieniami. (No, chyba że kończysz noc z pogryzionymi sutkami).

Tak, jestem holy poly – stworzeniem poliamorycznym, ale nie poligamicznym, bo posiadającym swoistą etykę, uczucia i szanującym uczucia innych. To prawda, w dwóch przypadkach w moim życiu nie udało mi się zachować neutralności takiej relacji. W jednym zakończyło się to lekkim syfem, do którego nie chcę tutaj wracać, ale byłam młoda i naiwna. W drugim jednonocna zaskakująca przygoda rozwinęła się w najtrwalszy i najbardziej dojrzały związek (bo w jakimś sensie można to związkiem nazwać), jakiego do tej pory doświadczyłam. Związek oparty na szacunku, przestrzeni, braku presji i zaufaniu. I może to właśnie te ustalone niemal od samego początku zasady sprawiają, że mogę żyć w relacji bez dramatów, zazdrości i tego typu pierdoletów, nawet jeśli czasem czegoś mi brakuje – bo obie strony wiedzą, na czym rzecz polega.
Cóż, źle jest nie mieć przy kim ogrzać rąk, kiedy zaczynają się jesienno-zimowe chłody.

Nie wpaść w pułapkę dopasowania do normy to już duże osiągniecie. Sama przyłapuję się na tym, że zacząłem wręcz kontrolować równoważenie cech kobiecych i męskich, choć wcześniej przychodziło mi to naturalnie. Trans*policja działa, ponieważ obok bycia genderqueer uważam się i jestem osobą trans* - czyli w moim przypadku taką, która silnie odczuwa swój pierwiastek męski i nie wyklucza korekty (czy może jednak w moim przypadku: zmiany) płci w przyszłości.
I znów jestem najgorszym złem, ponieważ zaprzeczam polityce standardowo prowadzonej w sprawach i przez osoby trans – bez gwiazdki.

Ten felieton to tylko kolejna z wielu części niekończącej się opowieści o złożoności ludzkiej (bo przecież, litości, nie tylko mojej własnej) seksualności. I jak wspomniałem na początku, wbrew pozorom nic tu nie jest prywatne, bo cała zachodnia (i nie tylko zachodnia) cywilizacja opiera się o "świętą" instytucję małżeństwa, której przecież tak wielu z nas bardziej lub mniej świadomie zaprzecza.

***

Na deser – mroczny zimowy IAMX, jak zwykle o tej porze roku, kiedy wieczory stają się zimne, a muzyka wymusza spojrzenia w chłodną, nieprzyjazną przeszłość rozświetloną iskierkami radości z koncertów i pierwszych spotkań z Ludźmi. (jestem za bardzo patetyczna/y?)


http://www.youtube.com/watch?v=QsiEuHTWe1I

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz