Siostry, zjednoczenie cipek,
solidarność jajników. Seksmisja Machulskiego, kurwa.
Dzisiaj o seksie (cóż za surprajs).A
właściwie nie o seksie, a o seksualności – niektórzy zarzucają
mi nie do końca jawnie, że magluję niemiłosiernie ten temat, ale
ja mam wrażenie, że dotykam zaledwie wierzchołka góry lodowej.
Pod wpływem licznych dyskusji z
licznymi osobami zaczęłam się ostatnio zastanawiać, czy można
nazwać mnie waginosceptyczką... sceptykiem... whatever, no właśnie.
Już w samym nazewnictwie objawia się mój stosunek do kobiecości w
ogóle.
Nie zrozumcie mnie źle. Popieram
postulaty feministek, jednak jestem przeciwko ometkowaniu się jako
feministka tylko z tego powodu, że nie zgadzam się na rzeczy, na
które niezgoda powinna być oczywista i wyssana z mlekiem matki
przez każdego zdrowego psychicznie obywatela. "-Izm"
kojarzy mi się ze wzmożoną, z konieczności uwypukloną
aktywnością na rzecz jakiegoś celu. Spotkałam się w "środowisku
równościowym" z opiniami, które bynajmniej równościowe nie
są i nie uwzględniają wielu meandrów ludzkiej potrzeby
różnorodności. I na przykład: androginiczny, wręcz nieco męski
wygląd = lesba = feministka, przy czym każda kobieta musi być
feministką, bo to się nie godzi, żeby nie była! Spójrzcie,
drogie panie (w większości panie), co sobie robicie.
Jeśli chodzi o stronę czysto
fizyczną, sprzeciwiam się fetyszyzacji cipki jako symbolu nie tylko
przyjemności, ale i władzy. Władzy, nie równouprawnienia. Poza
tym, jeśli mam mówić o tym, co pociąga mnie w kobietach, to ich
narządy płciowe znajdują się dopiero na którymś tam miejscu.
Logicznie rzecz biorąc – czy widząc kobietę, objawia wam się
wielka chodząca cipka, czy najpierw jest twarz, uśmiech, próba
poznania charakteru? Może okrutnie to upraszczam, ale nie mam na
myśli niczego, co zaszkodziłoby ludziom (uwaga: ludziom, nie
kobietom) wspomniany organ posiadającym. Kobieta to jakaś całość
i ma więcej niż jedną strefę erogenną, co przecież tak wytrwale
forsujecie.
Kartkując grudniowe wydanie pewnego
anglojęzcznego magazynu dla Kobiet Nieheteroseksualnych (cóż za
zgrabne określenie grupy docelowej), natknęłam się na artykuł
proponujący czytelniczkom świąteczne lespodarunki. I od razu
rzuciło mi się w oczy nieuniknione: modne cupcakes o cipkowatych
kształtach, naturalistycznych kolorach i z detalami typu owłosienie
łonowe. Zrobione z, kurwa mać, marcepana. No nie, pomyślałam,
przesada. Jasne, penisy mamy wszędzie, w każdym sklepie ze
śmiesznymi prezentami, w wielu grafikach, jawnie czy w podtekście,
do wyboru, do koloru. Cipek nie ma nigdzie. Jednak przeginając w
drugą stronę, panie feministki bawią się bronią wroga
(patriarchatu, znaczy). To samo dotyczy gadania na modłę "żądamy
równości kobiet i mężczyzn, ale to kobiety są górą, są piękne
i inteligentne, mężczyźni mogą im (nam) zmywać naczynia i służyć
za podnóżek". Widzicie absurd? Ja widzę aż nadto.
Znam dziewczynę, która
jest idealnym przykładem takiego rozjazdu między głoszonymi
poglądami a rzeczywistością: słodka do zerzygania niczym
cukiereczek, raz stwierdza wszem i wobec "kobieta raz się
śmieje, raz płacze, takie jesteśmy (MY?!), żaden mężczyzna tego
nie zrozumie", to znów odzywa się w niej głos silnie
feministyczny: "w komediach romantycznych kobiety są
przedstawiane jako głupie i płytkie". A może chodzi tu o taki
dysonans poznawczy między słodką idiotką a inteligentną młodą
kobietą, tylko jestem za głupia żeby w jej kontekście to pojąć.
Dalej: internet i strony
społecznościowo-rozrywkowe. Temat bez dna w kontekście odwiecznej
walki płci. Po pierwsze, upupiające nazwy stron (torebunia.pl na
pierwszy z brzegu przykład) reklamujących się sloganami typu
"facetom wstęp wzbroniony". Po drugie, ich zawartość:
tzw. memy i inne grafiki z podpisami na przemian wyrażającymi
wściekłość na tępą płeć brzydką (kolejny schemat, dlaczego
dzielimy się na brzydkich i ładne?), a zaraz potem świadczącymi,
że chce się od tych niewdzięczników noszenia na rękach i tak
właściwie to ciężko bez nich żyć. "Z facetem żyć
ciężko... ale i zastrzelić szkoda" – to akurat jeden ze
zgrabniejszych memów, bo w dowcipny sposób ujmuje specyfikę
zależności w niehomoseksualnych relacjach.
Wracając do mojego domniemanego
waginosceptycyzmu: przyznaję się bez bicia, fascynuje mnie męskie
ciało. Całe. Bez dzielenia na lepsze i gorsze części (dobra,
dobra, stopy to taki element, którego mogłoby nie być, albo mógłby
być troche ładniej zaprojektowany). I również, mając na uwadze
fakt, że nie każdy mężczyzna ma typową fizyczność –
fascynują mnie ciała transowe. W ogóle ciało, zajmowanie się tą
tematyką spełnia w moim przypadku nieco terapeutyczną rolę –
pomogło mi stopniowo zaakceptować moje niedoskonałości. Choć jak
mówi Agrado we "Wszystko o mojej matce" Almodovara, a ja uwielbiam ją cytować: jesteś
tym bardziej naturalna, im bardziej podobna do wymarzonego ideału".
Czyli potrzeba mi jeszcze pewnej drobnej zmiany. Dobra, nie takiej
drobnej, bo z miseczki D na B. Odpowiadając na skrajne pytania
niektórych znajomych pozbawionych hamulców: nie, nie chcę stać
się mężczyzną. To znaczy, nie boli mnie bycie kobietą.
Biologicznie. Nie dążę do radyklanej zmiany wszystkiego, chcę
tylko poprawienia szczegółów. Które, owszem, uczynią mnie mniej
kobiecym człowiekiem. I co, do cholery, z tego? Znów nasuwa się
pytanie o jaką równość właściwie się walczy...
Na zajęciach z performance'u widzę
przykłady kobiet używających waginy jako narzędzia sztuki,
wyciągających z niej przedmioty, dających publicznosci ją
oglądać. O ile mi wiadomo, feministki walczą o równouprawnienie
kobiet i mężczyzn, nie o dominację którejś z płci. O ile mi
wiadomo, sprzeciwiają się używaniu penisa jako popkulturowego
symbolu – a w swoich działaniach to właśnie swoje narządy
płciowe czynią takim symbolem. Siostry, zjednoczenie cipek,
solidarność jajników. Seksmisja Machulskiego, kurwa. Przy czym
całkowicie odzierają nagość z aury prywatności i tajemnicy.
Kiedy napatrzę się na setkę nagich ciał ujętych w formę sztuki,
będzie mi się to niezmiennie podobało, bo spełnia założenia
różnorodności, idei body positive. Ale kiedy przedmiotem "sztuki"
stają się cipki, cipki wielkie na całą ścianę, cipki w centrum,
cipki wszechogarniające, to odechciewa mi się wszystkiego, seksu
przede wszystkim. Może w pruderyjnych latach 50. i 60. spotkania
kobiet siedzących z rozłożonymi nogami na kanapie i przez lusterko
patrzących na swoje waginy były potrzebne, ważne i dawały im
poczucie siły. Dzisiaj są przesadą.
Zdaję sobie sprawę, że nie mogę
uzewnętrznionych tutaj poglądów rozgłaszać wszem i wobec
publicznie, także (a może zwłaszcza) w moim queerowym środowisku.
To znaczy mogę, ale dyskusja jaka by się wokół tego wywiązała,
prowadziłaby tylko do nieporozumień.
Drogie feministki – lubię was,
popieram większość waszych postulatów, wspieram was w waszych
działaniach. Ale nie jestem jedną, jednym z was. Wybaczcie.
ić pan fhói!
OdpowiedzUsuń