Witam po dłuższej przerwie i
zapraszam na program – łapcie, bo nie wiadomo kiedy możliwość
prokrastynacji i rozciągniętego w czasie pisania sprzęgnie się z
moją weną następnym razem.
Ruszająca właśnie kampania bliskiego
mi poglądowo i personalnie stowarzyszenia Miłość Nie Wyklucza
jest kolejnym przedsięwzięciem na rzecz równości, które budzi
moje sprzeczne uczucia. Kampania nazywa się "Małżeństwa dla
wszystkich". I chociaż wielu z nas wie, że oznacza to tak
naprawdę dodanie opcji małżeństw osób nieheteroseksualnych, w
oczach opinii publicznej tak przedstawiona reklama sprawy skutkuje
całkowitym zaniknięciem – poprzednio przecież priorytetowej –
kwestii związków partnerskich. A wszystko to pojawia się w mediach
równolegle z echami akcji Episkopatu Polski, reklamowanej banerami
"Konkubinat to grzech – nie cudzołóż". Na wersję
plakatu z doklejoną reklamą kampanii "Małżeństwa dla
wszystkich" nie trzeba było czekać długo. Ja wiem, kluczem
jakiejkolwiek skuteczności obyczajowych postulatów lewicy jest w
dzisiejszych czasach dystans do siebie, but still – nie mogę
przejść obojętnie wobec faktu, że od teraz wszyscy ludzie,
których życie z założenia było dotychczas performatywną
manifestacją sprzeciwu wobec dominującego porządku (który nie
dawał im szansy na widoczność w społeczeństwie), nagle chcą się
z tym porządkiem zbratać i rozsiewać wizję, jakobyśmy żyli w
najbardziej tolerancyjnym i otwartym społeczeństwie ever. Nie
mówiąc już o wypięciu się na rzesze sojuszników hetero, którzy
dotąd ramię w ramię z niehetero popierali związki partnerskie i
chcieli ich dla siebie jako par, którym instytucja ślubu
zwyczajnie nie odpowiada. W obecnej kampanii nie ma już dla nich
miejsca.
wizualna identyfikacja kampanii Małżeństwa dla Wszystkich
(copyright: Stowarzyszenie Miłość Nie Wyklucza)
Nauczyliśmy się w Polsce kulić
ogon pod siebie i udawać, że aby wypracować porozumienie z rządem,
musimy myśleć jak rząd. W konsekwencji rewolucją staje się
przekopiowanie heteronormatywnego stylu życia, jego dosłowne
skserowanie. Tak, jakbyśmy WSZYSCY chcieli i chciały w życiu
wyłącznie obrączki na palcu, domu i dzieci. To się nazywa
ocieplanie wizerunku. A ocieplanie wizerunku niesie za sobą
całkowite wymazanie nie tylko nienormatywnie myślących osób
hetero, ale też części społeczności LGBTQ. Bo nie, nie wszyscy
pragniemy tego samego. Nie wszyscy jesteśmy tacy sami.
Nie zrozumcie mnie źle: jak
najbardziej wspieram ideę zrównania szans do zawierania związków
małżeńskich dla par różno- i jednopłciowych (wzdrygam się na
określenie "hetero- i homoseksualnych, bo ileż jest osób bi-
czy panseksualnych w takich związkach? Mnóstwo), jestem jednak za
wyborem, a nie promowaniem jednej opcji – i w dodatku zmienianiem
strategii na półmetku walki o związki partnerskie. Owszem, może i
jest trochę queerowej rebelii w chceniu wszystkiego naraz, a nie
dopraszaniu się po kolei, latami tego, co bardziej cywilizowane
kraje mają już w standardzie. Jednak wciąż nie kupuję polityki,
której przekaz wielu państwowych decydentów może odebrać
następująco: nie możemy się zdecydować, więc troszkę was
oszukaliśmy; nie zadowolimy się palcem, chcemy od razu całą rękę.
(wszelkie skojarzenia z tym ostatnim sformuowaniem są, podkreślam,
przypadkowe!)
W takich sytuacjach często przypominam
sobie scenę z jednego z ostatnich odcinków amerykańskiej wersji
serialu Queer as Folk. Michael, wyoutowany i zamężny gej, zostaje
poproszony o wygłoszenie orędzia mającego przekonać słuchaczy,
że geje są takimi samymi ludźmi jak osoby hetero. I mimo, że sam
reprezentuje wizerunek ustatkowanego (notabene, po wielu latach
chłopięcej hulanki) monogamicznego geja z klasy średniej, to
jednak szybko odchodzi od wyznaczonego tekstu przemówienia, dodając
od siebie: słuchajcie, to nieprawda. Choćbyśmy nie wiadomo jak się
starali, nie jesteśmy jak osoby hetero. Nie jesteśmy gorsi. Ale
jesteśmy inni.
Dzisiejszy świat powoduje także
rozdarcie między czernią a bielą – wymusza konieczność
zastanawiania się osób bi, czy bardziej pasują do hetero czy do
homo; mimowolne myślenie osób niebinarnych płciowo, czy mają
prawo (a co istotniejsze, sens) być gdzieś poza określeniami
mężczyzna-kobieta-trans. Trans bez gwiazdki, czyli jedyne słuszne
trans, z genderową dysforią i pragnieniem operacyjnej korekty płci.
W tej rzeczywistości problemy z pewnością siebie mogą dopaść
każdego, nawet najbardziej wygadaną zimną sucz.
Nie byłabym sobą,
gdybym przy tej okazji nie podzieliła się kolejnymi wieściami z
frontu działań na rzecz widoczności orientacji innych niż homo i
hetero, w tym mojej własnej. Oraz, przyznaję bez bicia, nie
powtórzyła jak zdarta płyta kilku – jak widać wciąż
niedostatecznie znanych - faktów.
Biszkopty przejęłam kilka
miesięcy temu, dokładnie w wieczór po zeszłorocznej Paradzie
Równości. Strona miała wtedy ponad dwieście lajków mniej. Dziś
Biszkopty wciąż są niszową, jednoosobową inicjatywą, skromnym
fanpejdżem. Ale mam kilka planów, nie tylko planów na stronę, ale
tych dotyczących ogólnej widoczności. Nawiązuję już kontakt z
osobami zza granicy, działającymi w inicjatywach na rzecz
biseksualności – nie mając na to kompletnie czasu i nie wiedząc,
co się stanie, ale próbować zawsze warto. Czy mamy w Polsce
jakąkolwiek szeroko znaną, żyjącą osobę publiczną, otwarcie
przyznającą się do biseksualnej orientacji? Nawet wśród
działaczy LGBT ciężko o tych, którzy aktywnie walczyliby o swoją
bi-sprawę. Chlubny wyjątek stanowi członkini partii Zielonych,
Joanna Erbel. Z braku ekspertów, materiału do spotkań
edukacyjnych, a także potrzeby głośnego rozmawiania o sprawach
związanych z byciem bi, po prostu się o tym nie mówi.
Biszkopty potęgują mój syndrom chęci
zrobienia rewolucyjnego przewrotu w stronę widoczności, równości,
różnorodności, inkluzywności. Akceptacji wewnątrz i na zewnątrz
środowiska LGBT. Istotne jest nawet działanie jednostkowe, oddolne,
uświadamiające najbliższe otoczenie, że istniejemy. Z tego punktu
widzenia moje, za przeproszeniem, obnoszenie się z byciem bi można
traktować jako przejaw spełniania pewnej misji.
Marzę o dniu, kiedy będzie nas wiele
– tych widocznych, ujawnionych, aktywnych. Biseksualność zawsze
była ważną częścią mojej osobowości – obok określania się
jako queer i trans*gender, ponieważ te określenia absolutnie się
nie wykluczają - ale teraz jest także ważnym elementem mojego
aktywizmu.
Cieszę się, że coraz więcej zaczyna
się ostatnio mówić o bi. Bi wymazywanym, zakłamywanym,
przeinaczanym.
Ponieważ wciąż na polskich marszach
i paradach równości biflagi można policzyć na palcach jednej
ręki.
Ponieważ wciąż kobieta, która
deklaruje się jako bi, jest przez wielu uważana za ciekawską
heteryczkę, zaś otwarcie biseksualny mężczyzna – za
niewyoutowanego geja. Sam kilkakrotnie się na to złapałem.
To miłe i budzące nadzieję, że
ostatnio prowadzę coraz więcej ciekawych, wartościowych rozmów o
biseksualności i z samymi osobami bi. Rozmów, które nie polegają
tylko na powtarzaniu trafiających w pustkę argumentów.
Jesteśmy w doborowym towarzystwie,
choć znane osoby bi często są wpychane do jednego worka z gejami i
lesbijkami. Trzeba powtarzać z uporem maniaka, że romantyczny
potencjał mają dla nas zarówno mężczyźni, jak i kobiety, a
opinia publiczna i tak wie swoje. Jednakże mamy na świecie całkiem
znamienitą reprezentację, która pełni tak samo ważną rolę, jak
w przypadku wspierania osób homoseksualnych czy trans*. Ciekawe i
pozytywne jest to, że obecnie słyszę o ludziach, którzy mają
świadomość orientacji już w wieku kilku lat. Mają łatwiej.
Każde pokolenie, każdy rocznik jest o kilka kroków bliżej celu
bezkompromisowej widoczności. I nie tworzę tu laurki, bo jak
wiadomo, biseksualna rzeczywistość to nie fiołki, obłoczki i
ciasteczka.
Bycie osobą biseksualną jest bardzo
mocną i uguntowaną, ważną częścią mnie – prawdopodobnie w
podobny sposób, w jaki ważne jest identyfikowanie się jako gej czy
lesbijka dla osób homoseksualnych.
Ileż to razy próbowałam wmówić
sobie, że może warto już odpuścić, przyznać się przed samą
sobą, zastanowić, czy naprawdę uczciwe jest mówienie o sobie jako
o biseksualistce, skoro mężczyzn, którymi interesowałam się z
wzajemnością, można policzyć na palcach jednej ręki. No tak, ale
tych, którzy mojego zainteresowania nie odwzajemniali, była już
jednak spora (i stale rosnąca) grupa.
Ponadto nic nie równa się w moim
osobistym rankingu temu skokowi endorfin następującemu w chwili
zbliżenia do mężczyzny, którego uważam za atrakcyjnego. A skok
endorfin następujący w chwili kiedy wiesz, że za moment zbliżysz
się w ten najbardziej intymny z możliwych sposobów do drugiej
kobiety jest innym uczuciem. Nie gorszym, ale innym. Elementarne
rzeczy, jak widać wciąż warte powtarzania.
Po co wychodzić z szafy jako biszkopt,
skoro mogę spokojnie funkcjonować jako osoba heteroseksualna, a
także – trochę mniej spokojnie, ale przynajmniej normatywnie –
jako lesbijka? Otóż nie, dziękuję. Identyfikacja, jak sama nazwa
wskazuje, to zbiór cech, na podstawie których jednostka określa
swój charakter, swoje miejsce w świecie. Mylne odbieranie tej
identyfikacji przez otoczenie uruchamia efekt domina, który wpływa
na wiele sfer życia: funkcjonowanie w grupie, odbiór przez media,
potencjalne cenzurowanie niektórych informacji.
To jakaś forma zazdrości o normę:
nawet jeśli doskonale znamy swoją wartość, zastanawiamy się, czy
nie lepiej maksymalnie upodobnić się do tych, którzy są normalni
(sic!), cisgenderowi, heteroseksualni i heteronormatywni, a więc
mają w wielu sprawach łatwiej. Z tego upodabniania wynika sporo
pomyłek, które trudno już w pewnym momencie zrzucić na karb
wczesnonastoletniego docierania własnej tożsamości: randki na siłę
z płcią przeciwną, kiedy jest się homo, bądź też randki z
osobami, które niezbyt nas interesują, tylko po to, aby – będąc
bi – wyrobić normę i udowodnić sobie, że w danym
momencie życia z mężczyzną czy kobietą też potrafisz się
umówić. Świat wymusza na wielu jednostkach kompleks niższości
wynikający z porównania "oni, standardowi, widoczni – my,
niestandardowi, z konieczności zawsze trochę ukryci". I
nieważne, jak dużą akceptację deklaruje otoczenie, zawsze pewne
wyobcowanie odczuwa się na normatywnych uroczystościach rodzinnych,
kiedy rodzeństwo i kuzyni w twoim wieku przyprowadzają swoje
heteroseksualne drugie połówki. A także w grupie osób w tym samym
wieku, ze studiów czy innego towarzystwa. Zawsze sam/a, niehetero, a
może masz kilku partnerów, z których każdy mieszka w innym
mieście? Pomijając nawet fakt, że nie zawsze możesz swobodnie
wyjawić całą prawdę – zawsze trochę odstajesz. Są osoby,
które łatwo godzą się ze statusem jedynego singla w towarzystwie,
natomiast dla kogoś, kto zawsze miał tak pokręcone życie osobiste
jak ja, odstawanie na tym polu rodzi niespodziewane kompleksy. A
wydawałoby się, że człowiek taki silny.
Poza tym proszę mnie nie wciskać w
kobiecość. Nie wnioskować, że skoro wreszcie zapuściłam włosy
i umawiam się z mężczyznami, to – tfu – stałam się
stuprocentową kobietą, co utożsamia się w pewnych kręgach z
dorosłością. To tylko jeden z elementów tożsamości, w dodatku
taki element, który posiada też wielu mężczyzn, choćby nie
wiadomo jak się zapierali. Guess what, właśnie te długie włosy
tworzą pewnego rodzaju kamuflarz, dają więcej opcji, większą
genderową swobodę. Jestem wrażliwa na problemy kobiet. Wspieram
walkę z mizoginią i popieram wiele feministycznych postulatów.
Jednak wciskanie mnie na siłę w kobiecość pojmuję jako przemoc.
Chciałbym – POTRZEBUJĘ – aby więcej zaczęto mówić o osobach
genderqueerowych, które nie mają nic przeciwko płci wpisanej w
dowodzie, ale nie mają też ochoty się z nią obnosić, wiązać w
kółka wzajemnej adoracji i oczestniczyć w feministycznych sabatach
czarownic bądź zamkniętych samczych spędach.
Życie było kiedyś prostsze –
zostałam wychowana bez usilnie wtłaczanych genderowych wzorców,
mogłam nosić sukienki i spodnie, bawić się z dziewczynkami i
chłopcami, łazić po drzewach i przebierać swoje lalki Barbie. Nie
raz już zresztą dziękowałam publicznie za ten dar dorastania w
latach 90., kiedy polskie przedszkola i podstawówki nie były
jeszcze przeżarte irracjonalnym lękiem przed potworem genderem.
Nie wymawiaj imienia potwora swego na
daremno – dziś gender jest przyprawą każdego durnego żartu,
wypełniaczem każdej ciszy, w której zabrakło argumentu.
Jestem dziewczyną, która nosi
garnitury i chłopakiem, który ubiera się w sukienki. A nasze
społeczeństwo – także społeczność LGBTQ, o zgrozo – jest
tragicznie niedoinformowane i zamknięte, jeśli chodzi o sprawy
trans*. I coraz boleśniej to słyszę, widzę, odczuwam. Z każdą
sytuacją, gdy osoby wokół mnie rzucają żartami o transach (nawet
w towarzystwie "młodych, wykształconych i z dużych ośrodków
miejskich" nie jest to rzadkie zjawisko), widzę, jak bardzo
przesunięta jest granica świadomości tego, co krzywdzące i
niestosowne. Nauczyliśmy się jako społeczeństwo, że z niektórych
rzeczy po prostu można żartować, można być opornym na edukację,
bo istnieje na to powszechne przyzwolenie. Podobnie zresztą jak przyzwolenie na
żarty o Żydach, ale to temat na osobny felieton.
Ostatnio zauważyłem – nie oszukujmy
się, duża część tego felietonu to wynik mojej osobistej
perspektywy, a nie tylko obserwacji otoczenia - że w kryzysowych
chwilach, w załamaniach emocji, ale też w zwyczajnych mniej
pogodnych dniach bardziej uwydatnia się moja męska strona.
Bardziej, co nie znaczy, że nie towarzyszy ona chwilom szczęśliwym
– w przeciwnym razie rozważałabym, czy faktycznie od strony
identyfikacji płciowej wszystko ze mną w porządku. Ale nie
rozważam, ja to wiem, i mogę to przyznać sam.a przed sobą. A może
ta kryzysowa męskość to tylko przejaw queerowej natury, która już
wiele rzeczy w moim życiu odwróciła wbrew obowiązującym kodom
genderowym?
Ciało wydaje się czasem buntować
przeciwko podstawowym informacjom zawartym w DNA. Włosy, mięśnie,
głos wydają się słuchać poleceń tej części mózgu, która
czuje coś innego niż jest zapisane w dowodzie. To jeszcze jeden
dowód na fakt, iż bycie pomiędzy płciami jest naturalną
predyspozycją, sugestią umysłu, której słucha organizm, i na
odwrót. Pomimo licznych naukowych dyskusji na ten temat, poza
suchymi badaniami pozostają też żywi ludzie, będący dowodami tej
różnorodności. A co z tymi, którzy cierpią w odwrotny sposób,
jako mało wiarygodni/-e w swojej biologicznej, całkowicie
akceptowanej wewnętrznie płci? Modelka Rain Dove – jeden z wielu
przykładów - zawsze z dumą podkreśla, że jest i czuje się
kobietą, mimo że ze swojej skrajnej androgynii uczyniła narzędzie
pracy.
Chciałbym umieć wybierać, łatwo się
ograniczać. Zarówno w sferze osobistej, jak i artystycznej –
tylko jedna dziedzina, w której byłabym wyuczona i najlepsza,
niczym muzyk od dzieciństwa kształcony do gry na skrzypcach czy
fortepianie. Ale przyjmuję z całym dobrodziejstwem inwentarza
świat, który nie jest czarno-biały i nie daje gotowych rozwiązań.
Panie pilocie, wchodzimy w przestrzeń
widoczności.
PS. Polecam genderową lekturę, pisaną
na poły biograficznie, która otworzyła mnie na nowe horyzonty
myślenia o płci – amerykańską klasykę gatunku, oczywiście
niewydaną po polsku (jednak w razie wielkiego pragnienia piszcie –
mogę udostępnić skany): "Transgender Warriors"
zmarłej_go niedawno Leslie Feinberg_a.
PS2.
http://www.on.aol.com/show/518250660-true-trans/518493941
TO jest niesamowicie potrzebne.
Rain Dove – na
estetyczny orgazm i czysty dowód,
że płeć biologiczna
i płeć społeczna to dwie różne rzeczy


Z mojego osobistego doświadczenia wynika, że bycie osobą trans* największą agresję i nienawiść budzi w środowisku LGT. Bo nie ma nic gorszego niż nie bycie wystarczająco tróó. Na swoim blogasku opisałum przykład takiej agresji: https://666rem.wordpress.com/2015/03/13/jak-zaszkodzic-idei/ . Ludziom spoza środowiska LGT nie robi różnicy, czy ktoś jest jakiś w stu procentach, w połowie, czy tylko trochę: ci, którzy są generalnie tolerancyjni, mają to pod ogonem. Konserwy i tak będą nienawidzić.
OdpowiedzUsuńTak to widzisz? Tzn. kwestię ślubów/związków partnerskich? Bo ja uważam, że małżeństwa dla wszystkich to lepsza opcja niż związki partnerskie, które przecież nie są niczym więcej niż nieco kulawą wersją małżeństwa, takim trochę ochłapem rzuconym nieheterykom żeby nie było że są całkiem nieważni. A jeśli ktoś heteroseksualny deklaruje się, że wolałby wziąć związek partnerski niż ślub, to chyba robi to jedynie z przekory czy chęci buntu, bo naprawdę... czym różnią się związki partnerskie? (poza tym, że dają mniej). Ja to tak widzę.
OdpowiedzUsuń