Niedzielne wczesne popołudnie,
uczestnicy i uczestniczki Parady Równości dopiero trzeźwieją po
rozlicznych afterach, budzą się późno, robią kawę, oglądają
zdjęcia z wczoraj, wchodzą na Facebooka. Ja także, nie inaczej. I
od razu trafiam na kilka linków, umieszczanych w tamtym momencie
jeszcze wyłącznie przez znajome osoby lub strony spoza Polski.
"Orlando? To chyba ta powieść Virginii Woolf?" - to była
moja pierwsza, spontaniczna i nieprzemyślana reakcja.
Milczenie = śmierć, więc proszę mi tu nie pierdolić
o prowokowaniu przemocy poprzez pokojową ekspresję płci i oriemtacji
Jeśli mnie znacie, wiecie być może,
że etap radosnego, młodzieńczego, pełnego zapału aktywizmu na
rzecz interesów grupy LGBTQ mam już dawno za sobą. Działam na tym
polu oficjalnie od prawie pięciu lat, nieoficjalnie jeszcze dłużej.
Dostrzegam coaz więcej wad i słabych punktów polskiego ruchu na
rzecz osób nieheteroseksualnych i transpłciowych – niektóre z
tych wad to wykwit ostatnich lat i miesięcy, niektóre istniały już
znacznie wcześniej.
Myślałam, że oddalam się od
środowiska, że czas największego aktywizmu mam za sobą. Zmieniło
się moje położenie życiowe i potrzeby, priorytetowe postulaty.
Kiedy zaczynałam – jeszcze nieoficjalnie, bez przynależności do
stowarzyszenia, bez kontaktów – byłam wciąż nastolatkiem,
wchodzącym w świat klubów, marszów, parad, zafascynowanym
powierzchownie rozumianymi "gwiazdami" sceny LG (bo B, T i
Q jak zwykle znajdowało się na uboczu, i ta sytuacja akurat się w
Polsce specjalnie nie zmienia). Przeżywałam pierwszy związek z
dziewczyną, coming out, miałam pomysły, energię, wewnętrzny
mobilizujący i produktywny sprzeciw i wkurw. Nigdy nie
identyfikowałam się z lesbijskością jako taką, zawsze stojąc
pośrodku, ale liceum i pierwsze lata po nim były czasem, kiedy
świat lesbijek był mi szczególnie bliski – nawet, jeśli stałam
i stoję w nim tylko jedną nogą. Po kilku latach od tamtego czasu
mam nie tylko doświadczenie w działaniu, ale i jasno sprecyzowane
potrzeby. Lekcją, którą ruch LGBTQ w Polsce wciąż ma do
odrobienia, jest fakt, że każdy członek tej społeczności jest
inny, natomiast wszyscy powinni zostać wysłuchani.
Tak więc owszem, myślałam, że coraz
mniej mnie łączy ze środowiskiem działaczy i innych osób LGBTQ.
Mnie, osobę biseksualną, niemonogamiczną, niebinarną płciowo,
sceptycznie nastawioną do instytucji małżeństwa, niepragnącą
posiadania dzieci. W sytuacjach takich, jak tragedia w Orlando,
boleśnie przypominam sobie, że wciąż jestem częścią tej grupy.
Dlaczego? Bo mi zależy. Bo mam bezsilną świadomość hipokryzji i
ignorancji, która sprawia, że prezydent naszego kraju wyraża w
elegancki, oficjalny sposób współczucie wobec ofiar, chociaż jego
(i nie tylko jego) partia na co dzień napędza spiralę nienawiści
i ignorancji wobec osób niełapiących się w schemat białego,
heteroseksualnego Polaka-katolika. "Islamiści nienawidzą
gejów", tłumaczą teraz zaistniałą sytuację katolicy
nienawidzący gejów. Paradzie Równości natomiast nie patronuje
prezydent stolicy (a to standard na wielu paradach w innych
państwach), a wizyty Hanny Gronkiewicz-Waltz pod ambasadą USA
doczekaliśmy się dopiero dzisiaj, dzień po oficjalnym złożeniu
kwiatów i zniczy w tym miejscu. Last but not least – media unikają
słów "klub gejowski" jak ognia, zastępując je słowami
"klub nocny". Unika ich też potępiając zamach papież
Franciszek, tak bardzo lubiany przez wiele osób z sercem po lewej
stronie. Popularny w mediach społecznościowych hashtag "Pray
for Orlando" to obłudna etykietka, tanie wzruszenie; my, osoby
queer, nie będziemy się "modlić", bo to religijny
fanatyzm, z którego wynikają uprzedzenia wobec inności, doprowadza
do takich tragedii.
Każdy dzień przynosi teraz nowe
wiadomości w tej sprawie – okazuje się na przykład, że sprawca
masakry w Orlando, poza tym, że owszem, był wyznawcą Islamu, nie
był "świeżym" imigrantem do USA, a jedynie synem
imigrantów; ponadto bijał żonę i wprost nienawidził gejów, o
czym raczył poinformować świat jego ojciec. Możliwe też, że
największą rolę odegrała tu zinternalizowana homofobia
(bifobia?), bo Omar Mateen był widywany wcześniej w klubie Pulse
oraz posiadał konta na portalach randkowych dla mężczyzn. Polska
społeczność LGBTQ w tej sytuacji wytrwale dokłada swoje trzy
grosze do internetowego festiwalu islamofobii, natomiast wczoraj na
spotkaniu pod Ambasadą USA w Warszawie pojawiło się może ze sto
osób. Parada w sobotę na 35 tysięcy – stypa w poniedziałek na
setkę ludzi. Plus dyskusja w Krytyce Politycznej dzień przed Paradą
na temat tzw. clicktywizmu i nastawienia, w myśl którego "lajki
na fejsie" są równoznaczne z czynnym aktywizmem – dyskusja
na dziesięć osób, znających się działaczy (pozdrawiam Was
serdecznie!). Jak można cokolwiek zmienić w ten sposób? Sama
obecność na Paradzie, utożsamianej raczej z zabawą niż polityką,
nie wystarczy – tymczasem na marszach KODu potrafi się pojawić
trzy razy więcej starszych, zapracowanych, mających rodziny, dzieci
i obowiązki osób. Może czas wziąć przykład?
Nie jesteśmy super, wyjątkowi,
niesamowici i godni podziwu tylko z powodu naszej orientacji. I
owszem, jest wśród nas sporo przegiętych ciot, których tak bardzo
nie lubią ogłoszeniodawcy z portali randkowych, wytrwale szukający
dla siebie "normalnych gejów". I cóż z tego? Po raz
kolejny powtarzam – argument o prowokacji jako usprawiedliwieniu
dla przemocy jest pusty jak wydmuszka. Duża część społeczności
zachowuje się tymczasem, jak gdyby bycie muzułmaninem automatycznie
wykluczało orientację inną niż heteroseksualna i posiadanie
bardziej otwartego umysłu. Ponadto, ofiary z Orlando to ofiary homo-
i transfobii – bo bifobia to nasz syf i problem wewnętrzny.
Jesteśmy koszmarnie zdezintegrowani jako środowisko. A tymczasem
gówno byśmy mieli, a nie widoczność, gdyby nie pierwszy akt dumy
i wyzwolenia - zamieszki w Stonewall – wywołane w dużej części
przez kolorowe transkobiety, a nie białych gejów z klasy średniej.
Z drugiej strony - w czasach mediów
społecznościowych żałoba to nowy rodzaj show. Celnie
udokumentował mechanizm działania takiej pokazowej żałoby,
rozpędzającej się do poziomu narodowej histerii, artysta Artur
Żmijewski (ten drugi Żmijewski) w swoim filmie "Katastrofa"
o katastrofie smoleńskiej. Można unikać zatem dokładania się do
zbiorowej żałoby w internecie i całkowicie to rozumiem, więcej –
to też nie dla mnie. Mimo to, jakoś nie potrafię zrozumieć
całkowitego olewactwa, braku uczucia wspólnoty z własną
społecznością w tych strasznych dniach i coraz bardziej
niespokojnych czasach. Przychodząc wczoraj pod ambasadę, witając
się z tyloma milczącymi, otwarcie zszokowanymi i zrozpaczonymi
znajomymi, przez jedną słodko złudną minutę miałam uczucie, że
naprawdę jako społeczność stanowimy coś na kształt rodziny. A
potem policzyłam zgromadzonych, co momentalnie rozwiało moje
złudzenia.
Dziś poznaję nieheteroseksualnych
nastolatków, którzy – sporo młodsi ode mnie, bo to ten wiek,
kiedy cztery, sześć czy osiem lat robi jeszcze różnicę – są
zupełnie inni niż ja. I przede wszystkim, żyją w innych czasach.
Z każdym rokiem osoby nieheteroseksualne uzyskują bowiem większą
widoczność, ale dyskusja o naszych prawach zdaje się rozwijać
wprost proporcjonalnie do poziomu nienawiści. W ostatnich miesiącach
zresztą tę dyskusję można by porównać do ogromnego gara z
dżemem truskawkowym, wstawionego na maksymalny płomień, chociaż w
przepisie stało jak byk, że należy gotować na wolnym ogniu.
Nakrywasz taki garnek pokrywką, a tam w środku coraz bardziej
wszystko wrze i bulgocze, i nieuchronnie musi się z wierzchu wylać
coś czerwonego, choć jest prowizorycznie przykryte, a pod spodem
przypalić.
Co teraz? Najgorsze co może zrobić
społeczeństwo, w tym społeczność LGBTQ, to uznać, że tragedia
dotyczy tylko osób nieheteroseksualnych, gdzieś tam, na Florydzie.
Bo problem jako żywo mamy tutaj, w Polsce, coraz większy z każdą
burdą wywołaną przez narodowców i dopuszczaniem do głosu w
telewizji posłów ze skrajnej prawicy. Widoczność grup
wykluczonych to szansa na przyzwyczajenie ludzi do naszej
nieuniknionej obecności. Widoczność skrajnych opcji to tylko znak,
że pozwalamy na dyskusję opartą na zastraszaniu. Czyli właściwie
żadną dyskusję, a burdę. A sprowokować to może jeden trzylatek
drugiego trzylatka, dając mu po głowie grabkami w piaskownicy. Tyle
w temacie.
Na koniec kolejny coming out: ja też
jestem taką trochę emocjonalną (pół)ciotką, w dodatku nieprzytomnie
zakochaną w latach 80. A więc zgodnie z najpłytszymi stereotypami,
kiedy jest mi smutno, zjeżdżam w lekką patetyczność i słucham
smutnych piosenek. Takich jak ta. I ta druga, dla odmiany.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz