czwartek, 21 maja 2015

Wystarczająco przerażająco, czyli lewakoqueeroweganoateoantysystemowiec na wyborach

Chodzę na wybory
nie jeżdżę na gapę
Tylko nie każ mi wybierać
tylko nie każ, nie każ mi,
nie każ walczyć, nie każ ginąć
Nie chciej Polsko mojej krwi
Sorry Polsko,
sorry Polsko,
sorry Polsko, nie każ mi

Tak jak zapewne większość z Was, ja też mam ostatnio po uszy tematów politycznych. I jak na pewno kilkoro z Was, doświadczam równocześnie kryzysu, ale tego szczególnego rodzaju: kryzysu aktywistycznego, który obecnie jest na etapie "mienia wyrzutów sumienia, jeśli się czegoś nie zrobiło dla sprawy, dla które uprzednio robiło się wszystko".

Już od dłuższego czasu zauważam, że moje sądy, poglądy i interesy rozmijają się z poglądami osób należących do grup problemowych, do których i ja należę. Nie czarujmy się, nie jesteśmy identyczni. Ale gdy ci, którzy dotychczas byli normatywni do bólu, zaczynają mi zarzucać, że jestem mało wywrotowa, to nóż mi się w kieszeni otwiera. Ten brak wywrotowości nagle zaczął oznaczać anarchię (ten zły i nieprzemyślany rodzaj anarchii) kwitnącą w samym środku demokracji. Czyli zwyczajne niechodzenie na wybory bądź rysowanie na karcie do głosowania pizdryków unieważniających głos (o marnowaniu papieru się już w tej sytuacji nie wypowiem) – a to wszystko wśród myślących ludzi lewicy. Robert Biedroń wypowiedział na początku swojej słupskiej prezydentury mniej więcej takie słowa (bodajże w wywiadzie dla "Magazynu Świątecznego" Gazety Wyborczej): "jestem pierwszym, który zdejmie krzyże w urzędach, ale ostatnim, który pozwoli na obrażanie obywateli z powodu ich religii". I ja uważam, że taki balans jest niezbędny – też wolałbym żyć w całkowicie świeckim kraju, ale że to nigdy nie nastąpi, to zamiast hejtować wszelkie przejawy religijności otoczenia, skupiam się na mniej lub bardziej udanym dialogu z grupami wyznaniowymi innymi od mojej (ateistycznej, acz aspirującej i czerpiącej pewne nauki z buddyzmu). Przytaczam ten przykład, bo idealnie obrazuje, czym jest kompromis beznadziejny, ale logiczny.

Nigdy nie myślałam, że będę głośno popierać urzędującego prezydenta Polski – bo wąs to nie wygląd, to stan umysłu, a jeśli były wąsacz jest w dodatku byłym myśliwym, to już w ogóle nie ma o czym mówić. Tymczasem za drugą wyborczą opcją, czyli bezwąsym Dudą stoi wielu – wąsatych umysłowo – oszołomów, w rękach których ten jeszcze do niedawna relatywnie mało znany szerokim masom doktorek prawa będzie tylko wykonawcą wizji swoich poprzedników. Ja wiem, że Lech Kaczyński urósł w ciągu ostatnich pięciu lat od swojej śmierci do rangi wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego – tym bardziej nie czarujmy się, że ponowne rządy jego ludzi przyniosą nam jakąś świeżość. Powrót do średniowiecza – owszem, ale nie świeżość. I metryka obu ewentualnych prezydentów, według której Duda jest młodszy, a Komor starszy, nie ma tu nic do rzeczy, choć bywa wymieniana jako cenna karta przetargowa w tym sporze. Oczywiście, są jeszcze istotne względy gospodarcze i socjalne, ale jak bez spokoju w materii obyczajowej budować te praktyczne aspekty życia społecznego?
(Przepraszam, jeśli jakikolwiek właściciel wąsa poczuł się urażony porównaniem do polskich polityków. Mam nadzieję, że wiecie, iż w tej całej historii wąs to ni mniej, ni więcej uosobienie bohatera negatywnego i pewnego stanu świadomości. Poza tym, miewaliśmy i Boyów-Żeleńskich, i Hitlerów, i obaj nosili wąsy. Natomiast Boy był zacną przysłowiową lewacką kurwą na 100 %, a Hitler sami wiecie kim).

Czy kiedykolwiek od czasu pierwszych wyborów po upadku komunizmu w Polsce ludzie głosowali na coś innego niż mniejsze zło? Mniej lub bardziej, ale od ładnych kilkunastu lat zawsze głosuje się przeciwko czemuś.
Jeśli szukacie kogoś, kto zakrzyknie (na wzór tych, którzy manifestując publicznie na głównej ulicy miasta sprawili, że spóźniłam się wczoraj na zajęcia), że "nie ma lepszego od Bronka Komorowskiego" – zdecydowanie źle trafiliście. Ale żeby w spokoju móc budować podstawy społecznej, racjonalnej lewicy, której budowanie większość z was miała ostatnio głęboko w d., trzeba zapewnić sobie święty spokój i zero zmian od strony rządu – tych na gorsze.

Dobrze sprawę ujął tutaj Jacek Poniedziałek – aktor, jeden z pierwszych wyoutowanych znanych polskich gejów, nie taki znowu normatywny gej, bo grywał różne role i miewał różne wizerunki.
"W tym przypadku nie ma co się boczyć na PO i na złość mamie odmrażać sobie uszy". Wiem, że jest sporo takich (i nawet sporo takich znam), którzy i które na złość te przysłowiowe uszy sobie odmrożą, bo "nikt nie odpowiada ich poglądom, więc nie zagłosują w ogóle". A potem przez pięć lat będą wściekli, że nie mogą nie tylko przepchać odpowiednich przepisów i ustaw w Sejmie (co i tak pewnie szybko nie nastąpi), ale też nie będą mogli robić połowy z tych rzeczy, które robią teraz, bo na nowo ruszy lawina pisowskich podsłuchów, pomówień, kłamstw smoleńskich i oskarżeń o język homopropagandy. No bo nie ruszy? "Czasy się zmieniły, metody się zmieniły, ludzie ci sami, ludzie tacy sami", jak śpiewają chłopaki z grającego smakowite elektro polskiego bandu Alles. I Unia może sobie zabraniać zabraniania, ale Duda i tak wykona choćby próbę zablokowania najbliższego marszu, parady, ustawy o związkach partnerskich i zawodowych, inicjatyw sekularyzacyjnych itp. Nie podpisze także kolejnych ewentualnych dokumentów pokrewnych Konwencji Antyprzemocowej, za to będzie bardzo chciał zaostrzyć ustawę antyaborcyjną i karać za in vitro. Choć miejmy nadzieję, że to się jednak nie stanie.

W wyborach moralnych i prezydenckich, a także i tych codziennych, powinniśmy brać przykłzd z przysiegi Hipokratesa: po pierwsze nie szkodzić. Jasne, to, że (generalnie) lajfstajlowa dziennikarzyna Korwin-Piotrowska rozkazuje i zabrania, na kogo głosować, a na kogo nie, może budzić sprzeciw. Mnie też się nie podoba, że kobieta, która z polityką ma wspólnego tyle, ile skojarzeń może ewentualnie budzić jej pierwsze nazwisko (ale nic więcej), próbuje dyktować nam, jak grzeczni i nieprzegięci mają być geje w Polsce (bo cała reszta akronimu LGBTQ* przecież nie istnieje, nie wymagajmy za wiele), żeby się przypodobać władzy. Jestem ostatnią osobą, której spodobałoby się, że owa dziennikarzyna widzi tych gejów jako roszczeniowe, mięczakowate, niezdecydowane ciotki, i w dodatku jest zniesmaczona, że ludzie niehetero okazują sobie uczucia. Ale gównoburza, która przetoczyła się w ciągu ostatnich dni przez internet po tekście Korwin-Piotrowskiej – że niby rozkazuje nam ona, na kogo mamy głosować – jest ewidentnym dowodem na to, że skupiamy się na szczegółach, zamiast na realnej dyskusji i mobilizacji.
Dlaczego tak bardzo, jak w hejtowaniu osób, które niby mają podobne poglądy polityczne jak my, ale głosują na kogo innego, nie zjednoczymy się w sprawach, w których jest mnóśtwo do zrobienia? Dlaczego, zamiast narzekać na brak lewicy w Polsce, nie weźmiemy przykładu z państw, w któych realizacja lewicowych postulatów choć częściowo się udaje? Nie będzie lewicy bez integracji problemowej, a za to z wykluczaniem grup, które wydają się mniej atrakcyjne w kontekście PR-u. I choć na razie odnoszę się do nowopowstałej lewicowej partii Razem (miedzy innymi dlatego, że jak wiadomo, mamy w granicach polski statystyczne polityczne średniowiecze, a Zieloni zbierają w wyborach ułamek głosów) z ostrożnym optymizmem, to jednak jest to jakaś nadzieja. Lepsza skonsolidowana grupa dyskutujących początkujących polityków, niż działacze, którzy po latach walki o demokrację nagle nie idą na wybory lub bazgrzą po kartach wyborczych.

Zawsze myślałam, że głosowanie na prawicę to domena babć indoktrynowanych przez niezdrową radiomaryjną propagandę. Zawsze, to znaczy przez tę część życia, kiedy potrafiłam już autonomicznie myśleć, ale nie miałem jeszcze prawa do głosowania. Bo kiedy nagle uprawnienia wyborcze zaczęły obowiązywać, to nadeszły takie czasy, że prawica – od centrum do skraju – porwała także ludzi młodych, którzy nagle zamienili się w stetryczałych, martyrologizujących dziadów. Nagle ubzdurali sobie, ochoczo wspomagani przez starszych, że są uciskaną większością i uderza w nich poprawność polityczna (przepraszam, CO?). A może taka frakcja istniała zawsze, tylko poziom absurdu w polityce rośnie, stawiając ją w blasku reflektorów. I przed brunatną siłą faszyzującego młodzieżówkowego pierdololo uchowaj nas Panie. Boże, Jahwe, Buddo, Allahu, jakikolwiek Panie. Albo po prostu dobra kosmiczna energio.

PS. Ale żeby nie było tak ponuro: cieszy mnie – i nawet nie myślałam, że będzie mnie tak cieszyć – gdy słyszę od znajomych, że ciągną całą rodzinę na wybory, albo że angażują się w kampanię mniejszego zła przeciw większemu złu. Bo jasne, też mam marzenia i ideały. Ale skoro ostatnie kilka(naście) lat spędziliśmy na oddolnym budowaniu podstaw, żeby wprowadzić je w życie, to skupmy się teraz na tym, żeby przynajmniej nie musieć schodzić do podziemia. Bo czasy PISu i Giertycha pamiętam aż za dobrze. I życzę wszystkim, żeby pozostały tylko wspomnieniem, zamiast fundowania sobie powtórki z rozrywki.

PS2. Tekst pisany mocno na emocjach, w nocy i na 24 godziny przed nastaniem ciszy wyborczej, ale to chyba czuć.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz