(Tytuł to gorzka
parafraza tytułu cyklu "Moim przyjaciołom Żydom", gdyby
ktoś jeszcze się nie zorientował. Gorzka parafraza, bo sens serii kolaży Władysława Strzemińskiego o tej nazwie zasadzał się żałobie po Holokauście, na cierpieniu i współczuciu. W konserwatystach nie ma cienia współczucia dla ofiar przemocy wobec kobiet i osób o żeńskich narządach płciowych. Ja natomiast nie mam przyjaciół-konserwatystów. Ale znajomych - owszem.)
"W piekle jest specjalne miejsce
dla kobiet, które nie wspierają innych kobiet" –
słyszałyście/liście to kiedyś? Wcale nie chodzi o to samo
piekło, do którego zapewne poszła Maria Czubaszek, bo w niebie
obowiązuje zakaz palenia. Moją czarę goryczy w tej sprawie przelały wczoraj słowa osoby o skrajnie innych od moich poglądach, deklarującej się jako zagorzała katoliczka, i wszędzie rozsiewającej pyłki dobrej chrystusowej nowiny i bożej miłości oraz tradycji polskorodzinnobogoojczyźnianokatolickiej. Pytacie pewnie, po co podnoszę sobie ciśnienie, zachowując takie (dawno już wygasłe w świecie realnym) znajomości na Facebooku? Otóż nie uważam, że odgradzanie się murem i zamykanie w lewaczej krainie szczęśliwości i marzeń o równych prawach było rozsądnym wyjściem. Toleruję więc te głosy z innego świata z zawodową ciekawością kulturoznawcy. Ale kiedy widzę z uporem maniaka powtarzane frazesy o dzieciach nienarodzonych, stawiające kobiety usuwające ciąże na pozycji samego diabła z rogami i kopytami i/lub rozpasanych samolubnych dziwek, kiedy patrzę na dane porównujące rzekome liczby "abortowanych dzieci z zespołem Downa" (według tych danych - dużo) do ogólnej liczby legalnych aborcji, robi mi się słabo z wściekłości. Kto mieczem wojuje, od miecza ginie - a jednak mam ochotę życzyć autorkom takich postów samotnego wychowywania gromadki ciężko upośledzonych dzieci. Hamuję się jednak przed tym życzeniem bo wiem, że nie czyni mnie ono lepszym człowiekiem od tych, którzy chcą skazać polskie kobiety na śmierć, cierpienie i przerażającą niewiedzę, wynikającą z zaostrzenia wiadomej ustawy.
Wiadomo prawie na 100%, że nie
przekonamy siebie nawzajem – ani tak zwani prolajferzy nie wmówią
setkom tysięcy kobiet i ich sprzymierzeńców swoich racji, ani my
nie przebijemy się przez gruby kokon (czy nie powinnam napisać
"kaftan"?) przekonań, w które uparcie wierzą. Różnica
między nimi a nami polega na tym, że my nie zmuszamy nikogo do
swoich racji. To jeden z największych paradoksów prawicy – mając
większość, chce forsować ustawy, w myśl których większość
będzie miała jeszcze większą większość, przewagę nad
słabszymi, gorzej ustawionymi w życiu i nieumiejącymi się bronić
– i chodzi tu o życie jak najbardziej narodzone. Przy najmniejszej
próbie oporu, dotknięci do żywego zwolennicy "racji mojszej"
zasłaniają się frazesami o rzekomym braku tolerancji wobec ich –
tak strasznie uciskanych w tym momencie – przekonań i praw. Praw,
które na co dzień forsują większością w parlamencie. Praw, z
którymi wchodzą do naszych żyć, domów i pod nasze kołdry.
Kończy mi się cierpliwość do
kulturalnych dyskusji ze "znajomymi o odmiennych poglądach",
bo są rzeczy, które nie są kwestią poglądów, ale praw
człowieka, i mój podobno cywilizowany kraj ma zasrany obowiązek mi
je zapewnić. Jasne, możemy kręcić się wokół własnego ogona i
kulturalnie nie zgadzać się w kwestiach światopoglądowych, ale to
do niczego nas nie zaprowadzi. Mam dosyć. W swoim ateizmie
najbliżej mi do buddyzmu, ale nie wpierdalam się z jego naukami na
siłę w życia innych ludzi. Nie będę dłużej udawać, że wasze
głoszenie "dobrej nowiny" mnie nie rusza. W cywilizowanym
świecie istnieje coś takiego jak prawo do prywatności. W tym
momencie moje własne państwo – kraj pochodzenia, urodzenia,
zamieszkania, kraj, w którym w sumie przez większość życia było
mi dobrze – wkracza z butami w tę prywatność i właściwie molestuje mnie seksualnie.
Tzw. prolajferzy (których rozsądniej
byłoby nazwać antylajferami) zasłaniają się banerami z Hitlerem
i hasłami o mordowaniu dzieci – przywłaszczając sobie w
obrzydliwy sposób historię i odwracając w tym kontekście kota
ogonem. Tak wielu pięknych chłopców prawicy, po zwinięciu
transparentu z demonem III Rzeszy, pójdzie napaść w imię tzw.
miłości do ojczyzny dokładnie tych samych ludzi, których chciał
wymordować Hitler – tych o ciemniejszej skórze, tych trzymających
za rękę osoby tej samej płci. Także tych niepełnosprawnych
intelektualnie i fizycznie, bo oni też zawadzali we wprowadzeniu w
życie planu powstania wielkiego aryjskiego narodu niemieckiego w latach 40. XX
wieku. Tylko te obrzydliwe lewaki ośmielają się wciąż
bronić słabszych, przeszkadzając w realizacji planu tworzenia Wielkiej
Polski.
Nie chodzi o mordowanie z zimną krwią
zarodków, z których rozwinęłyby się uśmiechnięte dzieciaczki z
zespołem Downa. Nie wierzę, że wciąż trzeba to powtarzać.
Chodzi o dzieci tak zniekształcone i chore, że nie będą w
stanie funkcjonować samodzielnie, cierpiące i powodujące
cierpienie swoje i rodziców. A zresztą, o dzieci z zespołem Downa
też – bo i one w końcu zostaną bez rodziców (człowiek starzeje
się i umiera, taka kolej rzeczy). Zapraszam Was, szanowne kobiety
prawicy, żebyście zorganizowały opiekę, zapewniły byt i wsparcie
psychologiczne, a wreszcie tak elementarną rzecz jak miłość
setkom, a może i tysiącom takich dzieci. Naprawdę czekam na taki
gest z Waszej strony.
Halo, czy jest ktoś na sali? Ach,
zapomniałam, już dawno porzuciłyście lekturę i poszłyście
zajmować się swoimi zdrowymi dziećmi w swoich dostatecznie
majętnych domach. Ewentualnie złapałyście za transparent ze
zdjęciem martwego płodu pochodzącym z podziemia aborcyjnego, bo
trzeba przecież pogonić tych wstrętnych lewaków i lewaczki, które
regularnie fundują sobie ryzyko wykrwawienia się na śmierć,
stosując drogą aborcję wykonaną w podziemiu jako metodę antykoncepcyjną. To przecież takie oczywiste i logiczne.
[grafiki - Pogotowie Graficzne]



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz