(to jest jedna z nielicznych dobrych polskich wokalistek, słuchajcie Julki Marcell)
Zacznę lekkim sentymentem. Kiedy byłam małą dziewczynką
(ponieważ owszem, były czasy kiedy myślałam o sobie jako o
stuprocentowej dziewczynce i nie wstydzę się tego; nie ma to też
żadnego wpływu na moja obecną identyfikację) kilkakrotnie
zdarzyło mi się zadać owo mityczne pytanie – jak zareagowałaś,
mamo, na wieść o tym, że będziesz miała dziecko? Nie "skąd
się wzięłam", ale właśnie "jak zareagowałaś na
wieść, że twoje życie wywróci się z moją pomocą o 180
stopni?".
Odpowiedź, o ile pamiętam, bywała
zawsze taka sama – "nie planowałam dziecka, ale bardzo się
ucieszyłam". Jestem jej wdzięczna. Nie, nie za to, że
łaskawie postanowiła mnie urodzić. Bardziej za to, że wraz z
urodzeniem poniosła wszystkie fizyczne i psychiczne konsekwencje
bycia matką – od nieprzespanych nocy, przez przerwy w pracy z
powodu moich chorób, do rozważań, za co kupić urodzinowe czy
gwiazdkowe prezenty.
Powinnam też oczywiście być
widzięczna tacie – nie za skądinąd przyjemną robotę, którą
wykonuje się, by sprowadzić dziecko na świat. Tak po prostu się
stało i tyle. Gdyby nie pewne uwarunkowania biologiczne, ułożenie
planet, przeznaczenie i/lub zawodna antykoncepcja (nie jestem w
stanie stwierdzić, który z tych czynników w zamierzchłych
początkach roku 1992 miał największe znaczenie), po prostu nie byłoby mowy o czymś, co finalnie urodziło się jako ja. Co za tym idzie, istniał.abym lub nie jako zupełnie inny
człowiek, z innym życiorysem, twarzorysem i doświadczeniami. Nie
ma sensu zastanawiać się i być wdzięcznym za życie, którego
mogłoby nie być, bo – co zupełnie logiczne – w innym przypadku
w ogóle by go nie było. Takie czysto filozoficzne rozważania. Co
zaś się tyczy Taty, mogę być i jestem mu wdzięczna za wzięcie
odpowiedzialności, opiekę, miłość i bycie zawsze obecnym ojcem.
Ja miałam to szczęście – wiele dzieci go nie ma.
Mogę zastanawiać się co by było,
gdybym sam.a zaszła w ciążę i zdecydowała się urodzić. Takie
gdybanie nieźle przygotowuje człowieka na ewentualne życiowe
niespodzianki, zwłaszcza w kraju takim jak Polska. Jedno wiem na
pewno – fakt wejścia w tak intymny i z definicji przypisany
kobiecości proces, jakim jest ciąża i poród, zniszczyłby mnie
wewnętrznie i wpędził w głęboką dysforię płciową. Myślę,
że osoby mające zaburzenia percepcji własnych kończyn
doświadczają podobnego uczucia. Coś rosłoby bowiem wewnątrz
mnie, i nawet będąc owocem miłości do potencjalnie ważnej osoby
wywoływałoby uczucia, których nigdy czuć nie chcę. Ba, uczucia –
przestańmy udawać, że tylko o uczucia tutaj chodzi.
Najdurniejszy argument, jaki dane mi
było usłyszeć o tak zwanych obrońców życia (choć na zdrowy
rozum wiadomo, że nie bronią oni życia, a jedynie własnych
obwarowanych murem poglądów), to "nie chcesz dzieci –
przestań uprawiać seks". Coś jak "nie chcesz zmoknąć –
nie wychodź z domu, kiedy jest pochmurno". Przesiedź całe
życie w zamknięciu, nie realizuj swoich pragnień, w końcu
popadnij w obłęd. Inny durny argument – "najgłośniej
krzyczą pro-choice'owe feministki-lesbijki". Gruba nieprawda.
Ostatnio najwięcej silnych głosów pochodzi od matek, które z
miłością i oddaniem wychowały już jedno, dwoje, troje dzieci. I
nie chcą rodzić więcej. Bo zwyczajnie nie stać ich, by zapewnić
temu kolejnemu dziecku godziwą egzystencję.
Nie zostałam nigdy w życiu zgwałcona,
napastowana, molestowana – ani w dzieciństwie, ani w dorosłości.
No, chyba żeby liczyć te niewybredne odzywki, które "zdarzają
się przecież każdej", albo dwie sytuacje, w których dotykał
mnie ktoś, komu nie dałam do tego upoważnienia. Raz zostałam
złapana na ulicy za tyłek, drugi raz pijany znajomy posuwał się w
tańcu zbyt daleko za granicę definicji naszej znajomości. Obie
sytuacje zbyłam gwałtowną odmową, ucieczką, sytuacja nie zrobiła
się poważna. Miałem szczęście. To jednak nie sprawia, że nie
mogę się wypowiadać na temat prawa do aborcji. Zapobiegać, nie
leczyć – to hasło, które od zawsze przyświecało rozsądnym
przedstawicielom nauk medycznych. Cieszę się więc, że nigdy nie
musiałam stawiać się w sytuacji osoby skrzywdzonej na tle
seksualnym, i jednocześnie pragnę czerpać wiedzę i naukę,
wzamian dając swoje wsparcie ze świadomością, że w życiu trzeba
być przygotowanym na wszystko.
Kolejny argument wzięty z odwłoku –
"dzieci z gwałtu to też dzieci". Oczywiście, przecież
nie kosmici. Szanuję decyzję każdej kobiety, która z różnych
powodów zdecydowała się urodzić dziecko, które nigdy nie pozna
swojego ojca – przynajmniej nie w roli ojca (ale zdarza się, ze
gwałciciel będzie bezkarnie funkcjonował gdzieś obok długie lata
jako "przyjaciel" rodziny czy nawet – w ekstremalnych,
ale niestety wcale nie takich rzadkich przypadkach – wewnątrz
niej). Najzdrowiej byłoby jednak, gdyby to kobieta sama mogła
zdecydować, kiedy zdecyduje się na potomstwo. Rysuje się tu
podstawowa różnica między ruchem pro-choice a tak (fałszywie)
zwanym pro-life: pierwszy nie zmusza osób noszących ciążę do
jakiejkolwiek decyzji, a jedynie wspiera i pomaga w jej spełnieniu,
niezależnie od tego, czy osoba zdecyduje się usunąć, czy urodzić.
Osobiście wychowuję i chcę mieć
jedynie kota. Wkładam w utrzymanie i odpowiednią kondycję
psychofizyczną tej drobnej istoty wiele serca i zaangażowania.
Od tematu ustawy antyaborcyjnej, tak
żywo poruszającego ostatnio opinię publiczną i dzielącego nawet
dobrych przyjaciół (do jasnej cholery, mogę dużo zrozumieć, ale
poparcia dla tej ustawy nie zrozumiem) można swobodnie przepłynąć
do sportu narodowego, jakim stało się ostatnio dla Polaków
chodzenie we wszelkiej maści marszach. I did it before it was cool,
możnaby powiedzieć, ale nie w tym rzecz. Wkurwia mnie dzielenie
osób walczących o zachowanie demokracji w Polsce na grupy (żeby
nie powiedzieć - sorty) lepsze i gorsze, zwłaszcza, że takie
dzielenie uprawiają często działacze w zakulisowych, ale też
całkiem jawnych konwersacjach. Dlatego tak dobrze było zobaczyć na
VI Łódzkim Marszu Równości tak różnorodny, liczny (grubo ponad
400 osób!) tłum, ludzi, którym zależy na spokojnym życiu w
demokratycznym państwie, choć pochodzą z różnych ugrupowań,
inicjatyw i środowisk. Rozumowanie, w myśl którego marsze to
domena radykalnej prawicy i młodzieżowej, rozpasanej lewicy,
szkodzi i dezintegruje grupy, które nie są może bez rys na
wizerunku (vide wystąpienie reprezentanta łódzkiego koła partii
Razem przed sobotnim marszem równości), ale cele mają podobne,
jeśli nie takie same. A wspólnego działania, porozumienia,
dyskusji, a nawet serdeczności w kontaktach potrzeba nam teraz
szczególnie, bo mamy w Polsce wspólne problemy. Wiele wspólnych
problemów i podwójnych, potrójnych, poczwórnych wykluczeń.
Patrząc na łódzkie marsze doskonale widzę, że mit o lansiarskiej
lewicy dzierżącej tę nieszczęsną sojową latte to (w przypadku
Łodzi na pewno) jeden wielki bullshit.
Nie pojmuję także, skąd bierze się
– mimo nawoływań i tłumaczeń, co oznacza wspólny interes
polityczno-społeczny – rozumowanie, w myśl którego "marsze
są dla aktywistów", ewentualnie "gejów z piórami w
dupach" (konia z rzędem temu, kto mi pokaże pióra w dupie na
marszu równości! Wydaje mi się, że wielu czeka
na to legendarne pierze z napięciem graniczącym z ekscytacją).
Wreszcie – zaczynam być dobra w
łódzkich planach maksimum, oblatywaniu kilku imprez lub znajomych
czy rodziny w jeden dzień i błyskawicznym zaleczaniu kaca, aby
jakoś prezentować się na herbacie u babci. Po drodze (lub po
prostu w marszu, na którym nie nadąża człowiek z witaniem osób,
z którymi łączy go cała gama relacji – praca aktualna lub
dawniejsza, minione szkolenia, bycie znajomym znajomego, sentymenty
czy nawet niemal rodzinne koligacje) miewam niespodziewane spotkania
z dawno niewidzianymi ludźmi, które przeważnie grzeją mnie od
środka. Są relacje, których elementy zostają na zawsze wewnątrz,
choć z czasem przestają boleć tak jak na początku, zabliźniają
się, zrastają z ciałem. Są jak blizny, które po jakimś czasie
zaczyna się lubić. Myślę sobie wtedy – popieprzone masz życie,
ale czasami gdzieś tam u góry kulka ruletki wpada do odpowiedniej
szczeliny i w czysto losowy sposób następują rzeczy, które
pozwalają ci nie zwariować. A wierzcie mi na słowo, że ostatnio
znów bywa niewesoło.
Wydarzenia ostatniego weekendu zbiegły
się w czasie z moją pracą nad prezentacją o jednej z
najważniejszych dla mnie artystek performatywnych, artystek w ogóle,
swoistej matki chrzestnej mojego podejścia do ciała w sztuce
performatywnej (choć nigdy nie byłam i nie będę tak silna i
radykalna jak ona. Zacznijmy od tego, że ostatnio nie jestem
performerem w ogóle, ale
powrócę. Wszystko po kolei). Po raz kolejny oglądałem
https://www.youtube.com/watch?v=OS0Tg0IjCp4
dziś Marinę Abramović, która wyżyna ze mnie emocje niczym z
wilgotnej gąbki, choć przecież "Artist is present" to
tylko film dokumentujący jej
retrospektywną wystawę w MoMA. Wystawę przypominającą prace, z
których wiele było wyrazem związku, niemal symbiozy z Ulayem,
drugim wielkim performerem. Czy jest fair przerywać zaplanowaną
strukturę (jakkolwiek nie byłby to w przypadku performansu
oksymoron), przychodząc, aby w ramach sztuki popatrzeć w milczeniu
na osobę, z którą łączył cię najbardziej intensywny i
produktywny związek w życiu? Ze wszystkich ludzi na Ziemi, Ulay
jako jedyny ma prawo zaburzyć tę graniczącą z aktorstwem
strukturę, wywołując - wyrywając – emocje z Mariny. Kiedy
Marina płacze na widok Ulaya, widz płacze razem z nią – pod
warunkiem, że podziela doświadczenie ponownego przyzwolenia na
pewną bliskość po długim czasie pustki.
I taki to właśnie miał być tekst. O
prawie wyboru, zgromadzeniach we wspólnym interesie i o tym, jak
wszystko w życiu syntetycznie łączy się w myśl pokrętnej
logiki. Jak w pewnym utworze, który wrócił do mnie nagle i nie
chce odejść.
Diorama – Synthesize me

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz