poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Ruletka, performens i blizny

(to jest jedna z nielicznych dobrych polskich wokalistek, słuchajcie Julki Marcell)

Zacznę lekkim sentymentem. Kiedy byłam małą dziewczynką (ponieważ owszem, były czasy kiedy myślałam o sobie jako o stuprocentowej dziewczynce i nie wstydzę się tego; nie ma to też żadnego wpływu na moja obecną identyfikację) kilkakrotnie zdarzyło mi się zadać owo mityczne pytanie – jak zareagowałaś, mamo, na wieść o tym, że będziesz miała dziecko? Nie "skąd się wzięłam", ale właśnie "jak zareagowałaś na wieść, że twoje życie wywróci się z moją pomocą o 180 stopni?".
Odpowiedź, o ile pamiętam, bywała zawsze taka sama – "nie planowałam dziecka, ale bardzo się ucieszyłam". Jestem jej wdzięczna. Nie, nie za to, że łaskawie postanowiła mnie urodzić. Bardziej za to, że wraz z urodzeniem poniosła wszystkie fizyczne i psychiczne konsekwencje bycia matką – od nieprzespanych nocy, przez przerwy w pracy z powodu moich chorób, do rozważań, za co kupić urodzinowe czy gwiazdkowe prezenty.
Powinnam też oczywiście być widzięczna tacie – nie za skądinąd przyjemną robotę, którą wykonuje się, by sprowadzić dziecko na świat. Tak po prostu się stało i tyle. Gdyby nie pewne uwarunkowania biologiczne, ułożenie planet, przeznaczenie i/lub zawodna antykoncepcja (nie jestem w stanie stwierdzić, który z tych czynników w zamierzchłych początkach roku 1992 miał największe znaczenie), po prostu nie byłoby mowy o czymś, co finalnie urodziło się jako ja. Co za tym idzie, istniał.abym lub nie jako zupełnie inny człowiek, z innym życiorysem, twarzorysem i doświadczeniami. Nie ma sensu zastanawiać się i być wdzięcznym za życie, którego mogłoby nie być, bo – co zupełnie logiczne – w innym przypadku w ogóle by go nie było. Takie czysto filozoficzne rozważania. Co zaś się tyczy Taty, mogę być i jestem mu wdzięczna za wzięcie odpowiedzialności, opiekę, miłość i bycie zawsze obecnym ojcem. Ja miałam to szczęście – wiele dzieci go nie ma.

Mogę zastanawiać się co by było, gdybym sam.a zaszła w ciążę i zdecydowała się urodzić. Takie gdybanie nieźle przygotowuje człowieka na ewentualne życiowe niespodzianki, zwłaszcza w kraju takim jak Polska. Jedno wiem na pewno – fakt wejścia w tak intymny i z definicji przypisany kobiecości proces, jakim jest ciąża i poród, zniszczyłby mnie wewnętrznie i wpędził w głęboką dysforię płciową. Myślę, że osoby mające zaburzenia percepcji własnych kończyn doświadczają podobnego uczucia. Coś rosłoby bowiem wewnątrz mnie, i nawet będąc owocem miłości do potencjalnie ważnej osoby wywoływałoby uczucia, których nigdy czuć nie chcę. Ba, uczucia – przestańmy udawać, że tylko o uczucia tutaj chodzi.

Najdurniejszy argument, jaki dane mi było usłyszeć o tak zwanych obrońców życia (choć na zdrowy rozum wiadomo, że nie bronią oni życia, a jedynie własnych obwarowanych murem poglądów), to "nie chcesz dzieci – przestań uprawiać seks". Coś jak "nie chcesz zmoknąć – nie wychodź z domu, kiedy jest pochmurno". Przesiedź całe życie w zamknięciu, nie realizuj swoich pragnień, w końcu popadnij w obłęd. Inny durny argument – "najgłośniej krzyczą pro-choice'owe feministki-lesbijki". Gruba nieprawda. Ostatnio najwięcej silnych głosów pochodzi od matek, które z miłością i oddaniem wychowały już jedno, dwoje, troje dzieci. I nie chcą rodzić więcej. Bo zwyczajnie nie stać ich, by zapewnić temu kolejnemu dziecku godziwą egzystencję.

Nie zostałam nigdy w życiu zgwałcona, napastowana, molestowana – ani w dzieciństwie, ani w dorosłości. No, chyba żeby liczyć te niewybredne odzywki, które "zdarzają się przecież każdej", albo dwie sytuacje, w których dotykał mnie ktoś, komu nie dałam do tego upoważnienia. Raz zostałam złapana na ulicy za tyłek, drugi raz pijany znajomy posuwał się w tańcu zbyt daleko za granicę definicji naszej znajomości. Obie sytuacje zbyłam gwałtowną odmową, ucieczką, sytuacja nie zrobiła się poważna. Miałem szczęście. To jednak nie sprawia, że nie mogę się wypowiadać na temat prawa do aborcji. Zapobiegać, nie leczyć – to hasło, które od zawsze przyświecało rozsądnym przedstawicielom nauk medycznych. Cieszę się więc, że nigdy nie musiałam stawiać się w sytuacji osoby skrzywdzonej na tle seksualnym, i jednocześnie pragnę czerpać wiedzę i naukę, wzamian dając swoje wsparcie ze świadomością, że w życiu trzeba być przygotowanym na wszystko.

Kolejny argument wzięty z odwłoku – "dzieci z gwałtu to też dzieci". Oczywiście, przecież nie kosmici. Szanuję decyzję każdej kobiety, która z różnych powodów zdecydowała się urodzić dziecko, które nigdy nie pozna swojego ojca – przynajmniej nie w roli ojca (ale zdarza się, ze gwałciciel będzie bezkarnie funkcjonował gdzieś obok długie lata jako "przyjaciel" rodziny czy nawet – w ekstremalnych, ale niestety wcale nie takich rzadkich przypadkach – wewnątrz niej). Najzdrowiej byłoby jednak, gdyby to kobieta sama mogła zdecydować, kiedy zdecyduje się na potomstwo. Rysuje się tu podstawowa różnica między ruchem pro-choice a tak (fałszywie) zwanym pro-life: pierwszy nie zmusza osób noszących ciążę do jakiejkolwiek decyzji, a jedynie wspiera i pomaga w jej spełnieniu, niezależnie od tego, czy osoba zdecyduje się usunąć, czy urodzić. 



Osobiście wychowuję i chcę mieć jedynie kota. Wkładam w utrzymanie i odpowiednią kondycję psychofizyczną tej drobnej istoty wiele serca i zaangażowania.

Od tematu ustawy antyaborcyjnej, tak żywo poruszającego ostatnio opinię publiczną i dzielącego nawet dobrych przyjaciół (do jasnej cholery, mogę dużo zrozumieć, ale poparcia dla tej ustawy nie zrozumiem) można swobodnie przepłynąć do sportu narodowego, jakim stało się ostatnio dla Polaków chodzenie we wszelkiej maści marszach. I did it before it was cool, możnaby powiedzieć, ale nie w tym rzecz. Wkurwia mnie dzielenie osób walczących o zachowanie demokracji w Polsce na grupy (żeby nie powiedzieć - sorty) lepsze i gorsze, zwłaszcza, że takie dzielenie uprawiają często działacze w zakulisowych, ale też całkiem jawnych konwersacjach. Dlatego tak dobrze było zobaczyć na VI Łódzkim Marszu Równości tak różnorodny, liczny (grubo ponad 400 osób!) tłum, ludzi, którym zależy na spokojnym życiu w demokratycznym państwie, choć pochodzą z różnych ugrupowań, inicjatyw i środowisk. Rozumowanie, w myśl którego marsze to domena radykalnej prawicy i młodzieżowej, rozpasanej lewicy, szkodzi i dezintegruje grupy, które nie są może bez rys na wizerunku (vide wystąpienie reprezentanta łódzkiego koła partii Razem przed sobotnim marszem równości), ale cele mają podobne, jeśli nie takie same. A wspólnego działania, porozumienia, dyskusji, a nawet serdeczności w kontaktach potrzeba nam teraz szczególnie, bo mamy w Polsce wspólne problemy. Wiele wspólnych problemów i podwójnych, potrójnych, poczwórnych wykluczeń. Patrząc na łódzkie marsze doskonale widzę, że mit o lansiarskiej lewicy dzierżącej tę nieszczęsną sojową latte to (w przypadku Łodzi na pewno) jeden wielki bullshit.
Nie pojmuję także, skąd bierze się – mimo nawoływań i tłumaczeń, co oznacza wspólny interes polityczno-społeczny – rozumowanie, w myśl którego "marsze są dla aktywistów", ewentualnie "gejów z piórami w dupach" (konia z rzędem temu, kto mi pokaże pióra w dupie na marszu równości! Wydaje mi się, że wielu czeka na to legendarne pierze z napięciem graniczącym z ekscytacją).

Wreszcie – zaczynam być dobra w łódzkich planach maksimum, oblatywaniu kilku imprez lub znajomych czy rodziny w jeden dzień i błyskawicznym zaleczaniu kaca, aby jakoś prezentować się na herbacie u babci. Po drodze (lub po prostu w marszu, na którym nie nadąża człowiek z witaniem osób, z którymi łączy go cała gama relacji – praca aktualna lub dawniejsza, minione szkolenia, bycie znajomym znajomego, sentymenty czy nawet niemal rodzinne koligacje) miewam niespodziewane spotkania z dawno niewidzianymi ludźmi, które przeważnie grzeją mnie od środka. Są relacje, których elementy zostają na zawsze wewnątrz, choć z czasem przestają boleć tak jak na początku, zabliźniają się, zrastają z ciałem. Są jak blizny, które po jakimś czasie zaczyna się lubić. Myślę sobie wtedy – popieprzone masz życie, ale czasami gdzieś tam u góry kulka ruletki wpada do odpowiedniej szczeliny i w czysto losowy sposób następują rzeczy, które pozwalają ci nie zwariować. A wierzcie mi na słowo, że ostatnio znów bywa niewesoło.

Wydarzenia ostatniego weekendu zbiegły się w czasie z moją pracą nad prezentacją o jednej z najważniejszych dla mnie artystek performatywnych, artystek w ogóle, swoistej matki chrzestnej mojego podejścia do ciała w sztuce performatywnej (choć nigdy nie byłam i nie będę tak silna i radykalna jak ona. Zacznijmy od tego, że ostatnio nie jestem performerem w ogóle, ale powrócę. Wszystko po kolei). Po raz kolejny oglądałem https://www.youtube.com/watch?v=OS0Tg0IjCp4 dziś Marinę Abramović, która wyżyna ze mnie emocje niczym z wilgotnej gąbki, choć przecież "Artist is present" to tylko film dokumentujący jej retrospektywną wystawę w MoMA. Wystawę przypominającą prace, z których wiele było wyrazem związku, niemal symbiozy z Ulayem, drugim wielkim performerem. Czy jest fair przerywać zaplanowaną strukturę (jakkolwiek nie byłby to w przypadku performansu oksymoron), przychodząc, aby w ramach sztuki popatrzeć w milczeniu na osobę, z którą łączył cię najbardziej intensywny i produktywny związek w życiu? Ze wszystkich ludzi na Ziemi, Ulay jako jedyny ma prawo zaburzyć tę graniczącą z aktorstwem strukturę, wywołując - wyrywając – emocje z Mariny. Kiedy Marina płacze na widok Ulaya, widz płacze razem z nią – pod warunkiem, że podziela doświadczenie ponownego przyzwolenia na pewną bliskość po długim czasie pustki.

I taki to właśnie miał być tekst. O prawie wyboru, zgromadzeniach we wspólnym interesie i o tym, jak wszystko w życiu syntetycznie łączy się w myśl pokrętnej logiki. Jak w pewnym utworze, który wrócił do mnie nagle i nie chce odejść.

Diorama – Synthesize me



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz