czwartek, 10 stycznia 2013

Ciiiii!

Siostry, zjednoczenie cipek, solidarność jajników. Seksmisja Machulskiego, kurwa.

Dzisiaj o seksie (cóż za surprajs).A właściwie nie o seksie, a o seksualności – niektórzy zarzucają mi nie do końca jawnie, że magluję niemiłosiernie ten temat, ale ja mam wrażenie, że dotykam zaledwie wierzchołka góry lodowej.
Pod wpływem licznych dyskusji z licznymi osobami zaczęłam się ostatnio zastanawiać, czy można nazwać mnie waginosceptyczką... sceptykiem... whatever, no właśnie. Już w samym nazewnictwie objawia się mój stosunek do kobiecości w ogóle.
Nie zrozumcie mnie źle. Popieram postulaty feministek, jednak jestem przeciwko ometkowaniu się jako feministka tylko z tego powodu, że nie zgadzam się na rzeczy, na które niezgoda powinna być oczywista i wyssana z mlekiem matki przez każdego zdrowego psychicznie obywatela. "-Izm" kojarzy mi się ze wzmożoną, z konieczności uwypukloną aktywnością na rzecz jakiegoś celu. Spotkałam się w "środowisku równościowym" z opiniami, które bynajmniej równościowe nie są i nie uwzględniają wielu meandrów ludzkiej potrzeby różnorodności. I na przykład: androginiczny, wręcz nieco męski wygląd = lesba = feministka, przy czym każda kobieta musi być feministką, bo to się nie godzi, żeby nie była! Spójrzcie, drogie panie (w większości panie), co sobie robicie.

Jeśli chodzi o stronę czysto fizyczną, sprzeciwiam się fetyszyzacji cipki jako symbolu nie tylko przyjemności, ale i władzy. Władzy, nie równouprawnienia. Poza tym, jeśli mam mówić o tym, co pociąga mnie w kobietach, to ich narządy płciowe znajdują się dopiero na którymś tam miejscu. Logicznie rzecz biorąc – czy widząc kobietę, objawia wam się wielka chodząca cipka, czy najpierw jest twarz, uśmiech, próba poznania charakteru? Może okrutnie to upraszczam, ale nie mam na myśli niczego, co zaszkodziłoby ludziom (uwaga: ludziom, nie kobietom) wspomniany organ posiadającym. Kobieta to jakaś całość i ma więcej niż jedną strefę erogenną, co przecież tak wytrwale forsujecie.
Kartkując grudniowe wydanie pewnego anglojęzcznego magazynu dla Kobiet Nieheteroseksualnych (cóż za zgrabne określenie grupy docelowej), natknęłam się na artykuł proponujący czytelniczkom świąteczne lespodarunki. I od razu rzuciło mi się w oczy nieuniknione: modne cupcakes o cipkowatych kształtach, naturalistycznych kolorach i z detalami typu owłosienie łonowe. Zrobione z, kurwa mać, marcepana. No nie, pomyślałam, przesada. Jasne, penisy mamy wszędzie, w każdym sklepie ze śmiesznymi prezentami, w wielu grafikach, jawnie czy w podtekście, do wyboru, do koloru. Cipek nie ma nigdzie. Jednak przeginając w drugą stronę, panie feministki bawią się bronią wroga (patriarchatu, znaczy). To samo dotyczy gadania na modłę "żądamy równości kobiet i mężczyzn, ale to kobiety są górą, są piękne i inteligentne, mężczyźni mogą im (nam) zmywać naczynia i służyć za podnóżek". Widzicie absurd? Ja widzę aż nadto.
Znam dziewczynę, która jest idealnym przykładem takiego rozjazdu między głoszonymi poglądami a rzeczywistością: słodka do zerzygania niczym cukiereczek, raz stwierdza wszem i wobec "kobieta raz się śmieje, raz płacze, takie jesteśmy (MY?!), żaden mężczyzna tego nie zrozumie", to znów odzywa się w niej głos silnie feministyczny: "w komediach romantycznych kobiety są przedstawiane jako głupie i płytkie". A może chodzi tu o taki dysonans poznawczy między słodką idiotką a inteligentną młodą kobietą, tylko jestem za głupia żeby w jej kontekście to pojąć. 
Dalej: internet i strony społecznościowo-rozrywkowe. Temat bez dna w kontekście odwiecznej walki płci. Po pierwsze, upupiające nazwy stron (torebunia.pl na pierwszy z brzegu przykład) reklamujących się sloganami typu "facetom wstęp wzbroniony". Po drugie, ich zawartość: tzw. memy i inne grafiki z podpisami na przemian wyrażającymi wściekłość na tępą płeć brzydką (kolejny schemat, dlaczego dzielimy się na brzydkich i ładne?), a zaraz potem świadczącymi, że chce się od tych niewdzięczników noszenia na rękach i tak właściwie to ciężko bez nich żyć. "Z facetem żyć ciężko... ale i zastrzelić szkoda" – to akurat jeden ze zgrabniejszych memów, bo w dowcipny sposób ujmuje specyfikę zależności w niehomoseksualnych relacjach.
Wracając do mojego domniemanego waginosceptycyzmu: przyznaję się bez bicia, fascynuje mnie męskie ciało. Całe. Bez dzielenia na lepsze i gorsze części (dobra, dobra, stopy to taki element, którego mogłoby nie być, albo mógłby być troche ładniej zaprojektowany). I również, mając na uwadze fakt, że nie każdy mężczyzna ma typową fizyczność – fascynują mnie ciała transowe. W ogóle ciało, zajmowanie się tą tematyką spełnia w moim przypadku nieco terapeutyczną rolę – pomogło mi stopniowo zaakceptować moje niedoskonałości. Choć jak mówi Agrado we "Wszystko o mojej matce" Almodovara, a ja uwielbiam ją cytować: jesteś tym bardziej naturalna, im bardziej podobna do wymarzonego ideału". Czyli potrzeba mi jeszcze pewnej drobnej zmiany. Dobra, nie takiej drobnej, bo z miseczki D na B. Odpowiadając na skrajne pytania niektórych znajomych pozbawionych hamulców: nie, nie chcę stać się mężczyzną. To znaczy, nie boli mnie bycie kobietą. Biologicznie. Nie dążę do radyklanej zmiany wszystkiego, chcę tylko poprawienia szczegółów. Które, owszem, uczynią mnie mniej kobiecym człowiekiem. I co, do cholery, z tego? Znów nasuwa się pytanie o jaką równość właściwie się walczy...

Na zajęciach z performance'u widzę przykłady kobiet używających waginy jako narzędzia sztuki, wyciągających z niej przedmioty, dających publicznosci ją oglądać. O ile mi wiadomo, feministki walczą o równouprawnienie kobiet i mężczyzn, nie o dominację którejś z płci. O ile mi wiadomo, sprzeciwiają się używaniu penisa jako popkulturowego symbolu – a w swoich działaniach to właśnie swoje narządy płciowe czynią takim symbolem. Siostry, zjednoczenie cipek, solidarność jajników. Seksmisja Machulskiego, kurwa. Przy czym całkowicie odzierają nagość z aury prywatności i tajemnicy. Kiedy napatrzę się na setkę nagich ciał ujętych w formę sztuki, będzie mi się to niezmiennie podobało, bo spełnia założenia różnorodności, idei body positive. Ale kiedy przedmiotem "sztuki" stają się cipki, cipki wielkie na całą ścianę, cipki w centrum, cipki wszechogarniające, to odechciewa mi się wszystkiego, seksu przede wszystkim. Może w pruderyjnych latach 50. i 60. spotkania kobiet siedzących z rozłożonymi nogami na kanapie i przez lusterko patrzących na swoje waginy były potrzebne, ważne i dawały im poczucie siły. Dzisiaj są przesadą.
Zdaję sobie sprawę, że nie mogę uzewnętrznionych tutaj poglądów rozgłaszać wszem i wobec publicznie, także (a może zwłaszcza) w moim queerowym środowisku. To znaczy mogę, ale dyskusja jaka by się wokół tego wywiązała, prowadziłaby tylko do nieporozumień.
Drogie feministki – lubię was, popieram większość waszych postulatów, wspieram was w waszych działaniach. Ale nie jestem jedną, jednym z was. Wybaczcie.

1 komentarz: