Mam szczęście. Stwierdzam to
reasumując wszystkie okoliczności, jakie wystąpiwszy w ciągu roku
2012 spowodowały moje bycie tu i teraz. Podążanie jakąś drogą
kształcenia, posiadanie własnego kąta, możliwości aktywnego
uczestnictwa w życiu społecznosci, której jestem częścią, nawet
niejaka realizacja twórcza i mała sława. Podróże, znajomi, nawet
przyjaciele, choć jak okazuje się przy takich okazjach jak koniec
roku, święta i sylwester – tych ostatnich wciąż za mało. Ale
nie mogę narzekać.
Nie mogę narzekać, mając ojca, który
doradza mi w wyborze piosenki do drag king show i kica razem ze mną
między półkami w sklepie muzycznym. Matkę, która sprowadza dla
mnie genderowe książki i zaczyna chłonąć moją wiedzę, by
uzupełnić swoje umiejętności zawodowe. Wciąż są osoby z
najbliższego otoczenia, które muszę okłamywać w żywe oczy i
wymyślać, co tak naprawdę robię w życiu i dlaczego jestem tak
zajęta. Ale i tak "it gets better", still gets better.
Będąc osobą przez wiele lat zamknietą w swoich kompleksach,
zaszczutą w swojej inności, zaczynam teraz spłacać dług wobec
siebie samej za to, że jednak udało mi się przetrwać.
Częstym zarzutem wobec działaczy na
rzecz nienormatywnych seksualności jest fakt, że "obnoszą
się" i przykładają do tej sfery życia zbyt dużą wagę. Dla
moich nielicznych czytelników sprawa równości partnerskiej i
małżeńskiej zdaje się być rzeczą oczywistą, ale pozwolę sobie
podkreślić jeszcze raz ten absurd – czym różni się przyjście
na rodzinną kolację pary różnopłciowej od pojawienia się tam
pary jednopłciowej? Mój ostatni związek nie przetrwał nawet pół
roku, ale dane nam było przeżyć okres świąt, składać sobie
życzenia przez telefon kryjąc się przed resztą domowników przez
pół godziny w najdalszym zakątku domu i tak dalej. Zastanawiam
się, czy gdyby sprawa potrwała dłużej, miałybyśmy szansę na
wspólne rodzinne świąteczne kolacje z udziałem całej rodziny.
Obawiam się, że wszechobecna tolerancja moich rodziców w takiej
sytuacji mogłaby zawieść na całej linii. A może i nie. Nie
przekonam się, dopóki nie będę zmuszona znów przebijać się do
rodzicielskiej świadomości z faktem bycia "tą, która nie
może się zdecydować, kogo wybrać".
Dobrym rozwiązaniem drażliwej kwestii
wigilijnej, gdyby miało dojść do konfliktów i atmosfery
postawionej na ostrzu noża lub po prostu nieciekawej, męczącej i
mało pozytywnej, zawsze wydawała mi się kolacja w gronie
przyjaciół z tym samym problemem. Raz nawet podjęłam starania w
kierunku zorganizowania takiej wigilii, jednak były to czasy
licealnej niezłomnej zależności od rodziców i ostatecznie pomysł
upadł. Wigilie w lużniejszej atmosferze i dobieranym towarzystwie
miałam w życu dwie, a ta druga, zaledwie kilka dni temu, zakończyła
rok intensywnej i owocnej pracy w miejscu, do którego bez wątpienia
pasuję – choć też nie do końca, bo zawsze będę już "tą/tym
od biseksów i transów". Nauczyłam się w ciągu tego roku
wiele, miedzy innymi tego, że wewnątrzśrodowiskowe hejterstwo
istnieje, ma się całkiem dobrze i nie bardzo wiadomo, z której
strony je ugryżć.
W sprawie rodzinnych i "rodzinnych"
świąt odsyłam również do dobrego tekstu Ewy Tomaszewicz na
InnejStronie:
http://www.innastrona.pl/magazyn/bequeer/opowiesc-wigilijna-2012.phtml
.
W święta moje myśli nie skupiają
się jednak tylko na najbliższym otoczeniu. Wiele myśli kieruję
empatycznie w stronę istot, które są wyłączone z ciepłego,
rodzinnego charakteru tego czasu. Naprawdę obchodzą mnie psy,
karpie, nawet bezdomni, choć tym ostatnim mogę jedynie współczuć.
Uważam po prostu, ze w przekazywaniu pomocy innym każdy człowiek
ma swoją działkę. Jak powiedziała kiedyś moja znajoma, która
pracuje właśnie z osobami bezdomnymi – "oni są piękni".
Dobrze jest mieć powołanie. I nie wciskać innym ludziom powołania,
które u nich nie istnieje. Tymczasem od początku okresu
przedświątecznego kampanie społeczne przemawiają do mnie, a ja
konsekwentnie muszę im odmawiać – nie daję nawet
najdrobniejszych pieniędzy na Wioski Dziecięce, Pajacyka i inne
takie. Od dawna daję tyle, ile mogę wyłącznie zwierzętom, którym
pomaga niewielu. Dlaczego wyznacznikiem humanitarności ma być
wyłącznie pomoc ludziom?
Karpie? Owszem, może i jesteśmy
"cywilizacją śmierci", a najbardziej widać to w okolicy
Bożego Narodzenia, i to bynajmniej nie wśród "żydokomuny",
która to nazwa jest zamiennikiem owej "cywilizacji", ale
wśród osób, które są najbardziej wierne polskości, tradycji i
konserwie. Jak mogę pamiętać o wszystkich zakupach, kiedy przed
osiedlowym spożywczakiem wita mnie plastikowa nieprzezroczysta miska
pół metra na metr wypełniona co najmniej dziesięcioma dorodnymi
zwierzętami, które nie mają innego celu, niz oddychać i czekać
na śmierć? Czyż nie powinni nazywać się cywilizacją śmierci
właśnie ci, którzy gotowi są kupić takie żywe stworzenie i
zabić je własnymi rękoma?
Z sielanki świątecznej atmosfery
wyrywają mnie nie tylko tłumy w Empiku, nie tylko nieszczęsne
karpie, ale też hipokryzja samych najbardziej zainteresowanych
obrzędowością świąt – czyli duchownych tak zwanego kościoła
katolickiego. Cóż może być "przyjemniejszego" na święta
niż papież wylewający jad na osoby nieheteroseksualne? (Umówmy
się – raczej wyłącznie na osoby homoseksualne, bo pod tą mającą
tworzyć wrażenie dostojności wysoką białą czapą kryje się
móżdżek, w któym poza hetero, gejami, lesbami i – ewentualnie –
transami żadne inne tożsamości ani orientacje się nie mieszczą.)
Usprawiedliwienie typu "bo tak każe doktryna Kościoła"
jest niczym więcej jak bolesną, żałosna hipokryzją ludzi, dla
których podległość jest wazniejsza od wiary, którą czują w
sercach. Naprawdę nie uważam bycia osobą wierzącą za coś złego.
Ale osobą wierzącą w Kościół, nie w samą religię już tak.
Nienawiść nie jest ani wartością rodzinną, ani – śmiem
twierdzić – chrześcijańską, ani w ogóle humanitarną. Święta
nie są zaś rozrywką zarezerwowaną jedynie dla praktykujących
katolików. Dla nas, ateistów są tradycją.
Nie piszę takich oczywistości
dlatego, że sądzę iż nie jesteście ich świadomi. Wiem jednak,
oczywiście również ze swojego doświadczenia, że uciekanie od
oczywistości szarego, bynajmniej nie świątecznego świata jest
rzeczą ludzką. Wkurza mnie ten bezdomny, który kuśtykając w
rejonie mojej uczelni raz prosi mnie i znajmych o fajkę, raz wchodzi
do baru, w którym czekam na pierogi i pyta, czy dla niego nie
znalazłoby się coś ciepłego do jedzenia. Wkurza mnie, że wciąż
widzę latające po moim osiedlu psy, na dworze jest -10 stopni, ale
nie jestem pewna czy faktycznie są bezpańskie i nie mam pojęcia,
co z nimi zrobić. Zamykam oczy na takie rzeczy i jest mi z tym źle,
potwornie źle, tym bardziej że naprawdę czuję się bezsilna.
Nie
jestem święta. Nagle okazuje się, że znam wielu ludzi, którzy
czynią światu mniej krzywdy niż ja, choć zawsze tej krzywdy
starałam się uniknąć. Jestem wegetarianką prawie 13 lat - znam
jednak byłych wegetarian z podobnym stażem, którzy w pewnym
momencie przeszli na weganizm. Nie kupiłabym kożucha, nieużywanej
kurtki ze skóry, bo nie są to rzeczy konieczne, by zapewnić sobie
(człowiekowi) ciepło. Mam jednak dwie-trzy pary skórzanych butów,
kupowanych niezmiernie rzadko i tylko w ostateczności, ale jednak.
"Czasami muminki są ważniejsze od jaskółek" - lubi
cytować Mamę Muminka moja własna matka, była wegetarianka,
jedząca od czasu do czasu mięso.
Te
przypadki mają pewną znaczącą cechę wspólną - rezygnację ze
stuprocentowego humanitaryzmu na rzecz zapewnienia sobie, w szerokim
znaczeniu, przeżycia. W dyskusji nad wegetarianizmem często pojawia
się argument z drugiej strony - "to nienaturalne, przecież
człowiek od zarania dziejów był mięsożercą". Owszem. Wtedy
polował, zapewniając swojej rodzinie tyle, ile mogli sami zjeść.
Później nauczył się przetwarzać mięso, by zabite zwierzę się
nie zmarnowało. A nad upolowanym zwierzęciem modlił się,
dziękując mu za oddanie życia. W masowej produkcji odzwierzęcej
nie ma ani krzty wdzięczności, jest za to stosunek "Człowiek,
pan i władca – zwierzę, maszyna pozbawiona uczuć i mózgu".
Zwierzę nie jest rzeczą, nie istnieje po to by służyć
człowiekowi, jak błędnie uważają dzisiejsi przeciwnicy
wegefilozofii.
Moje postanowienia na Nowy Rok to
tardycyjne schudnąć, malować, pojechać tu i tam, blah blah. Ale
przede wszystkim obiecuję sobie zacząć starania o pewną operację.
Muszę stać się całością. Spalę wszystkie swoje staniki. I to
dopiero będzie feminizm. (Na felieton o feminizmie i kulcie cipki
zapraszam w styczniu, już się pisze. Przypuszczam, że nie każdej
i nie każdemu z Was się spodoba).
A potem kupię stos staników o dwa
rozmiary mniejszych i będę się cieszyć zgodnością ciała z
duszą, na którą tyle czekałam. Że będą blizny? Cóż, blizny
tworzą historię.
Oprócz dążenia do upragnionej
miseczki B muszę też powiedzieć kilka ważnych słów i zrobię to
najszybciej, kiedy nadaży się okazja. Bez wahania. Bo dostrzegam
rosnący dysonans między deklarowaną codzienną pewnością siebie
a brakiem tej pewności w załatwianiu swojego życiowego interesu.
Religia nie jest wyłącznym warunkiem
refleksji nad życiem i tak zwanego bycia dobrym człowiekiem.
Przeżyliśmy kolejny absurdalny medialny koniec świata, więc teraz
może być tylko lepiej – wierząc w taką teorię, na rok 2013
życzyłabym sobie zniesienia dominacji ludzi, według których racja
jest zawsze tylko jedna i jest ona oczywiście po ich stronie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz