Zmuszona, nie do końca zgodnie z logiką (w końcu niewiele osób tu zagląda) do zaznaczenia, że wciąż jeszcze żyję i nie osierociłam kolejnego bloga, czuję się w obowiązku zdać relację z dni, w których teoretycznie mnie nie ma, bo nie ma mnie w sieci (i tylko w sieci, bo w świecie realnym jestem zajęta aż zanadto).
Blog robi się czysto reportersko-recenzyjny, brak w nim mojej oddolnej inicjatywy twórczej - trudno. Poczekajmy na lepsze czasy, kiedy nie będę czuła obowiązku nadzorowania tysiąca spraw (oby to szybko nie nadeszło, obawiam się że dla tego tysiąca byłoby to zgubne). Jednak podobno nawet o moim codziennym życiu czyta i słucha się dobrze, co potwierdziła niedziela w Warszawie. No to od początku.
Żyjemy w sieci zależności społecznych, w towarzyskich chmurach, podzieleni na grupy, podgrupy, garstki. Najlepsze jest to, że swoisty ludzki ekosystem, którego jestem częścią, wciąż jest dynamiczny i samonapędzający - choćby i metodą prób i błędów. Nie chodzi tylko o poznawanie ważnych ludzi, chodzi o przejmowanie pałeczki, ciągłą naukę. Ktoś zna kogoś, kto zna kogoś, kto zna jeszcze kogoś - i tak to się kręci. Kursy, warsztaty, szkolenia, projekty. Albo gadanie o nich, planowanie. Ale cały czas coś jest na rzeczy. I miło jest wiedzieć, że w wielu zakątkach Polski znajdą się ludzie gotowi wyciągnąć pomocną dłoń. Kapitał ludzki, c'nie.
Występy. Teraz są jednym z numerów jeden, napędzają mnie, realizują egoistyczną potrzebę bycia w centrum uwagi. Nieco spełniając również zasadę "nieważne, jak mówią, ważne, żeby mówili" - ale i z szołu na szoł jest lepiej, goręcej, bardziej profesjonalnie. Tracę też hamulce przed przyznawaniem się do działalności drag kingowej. A niech pytają, niech się dowiadują, niech nawet mają mnie za wariatkę. Nagrodą za odwagę jest podziw, który widzę w oczach ludzi, entuzjastyczne reakcje, propozycje współpracy. I oczywiście świadomość bycia bożyszczem tłumów, choćby trochę na wyrost, ale jednak.
Żywa biblioteka. Doświadczenie pozytywne, oczyszczające, ale i refleksyjne. Siadając naprzeciwko obcych ludzi i słuchając ich pytań miałam okazję przemielić na nowo w głowie kilka wciąż aktualnych kwestii. Słuchając siebie, znów powoli układałam w całość kawałki swojej osobowości, historii i charakteru, po raz kolejny przekonując się, że jeśli nie wszystko, to przynajmniej znaczna większość jest na swoim miejscu. Bo ostatni rok, choć dziki i pędzący, uspokoił mnie wewnętrznie. A może tylko zajął moje myśli przyziemną pracą u podstaw - nie wiem, liczy się efekt, zwłaszcza w porównaniu z częstymi nawrotami stanów poddepresyjnych i beznadziei, jakie dopadały mnie w mieście L.
Powrócił temat X, kiedy powiedziałam, że F. to moje ulubione imię męskie, a zarazem imię bardzo ważnego dla mnie mężczyzny, i dlatego wybrałam je dla siebie jako synonim swojej drugiej natury. Naprzeciw mnie siedziała urocza, ładna dziewczyna, z uwagą słuchając mojego strumienia queerowej świadomości. A ja po raz kolejny powiedziałam sobie - "boże, jestem beznadziejnie biseksualna". A także w pewnym sensie beznadziejnie poliamoryczna, nie potrafię bowiem wyrzucić ze świadomości pewnych osób. Zawsze podświadomie tworzę hierarchię, ustawiam jednych nad drugimi, mierzę możliwości, porównuję swoje osiągnięcia. A na końcu i tak nic z tego nie wynika. Jak zwykle.
Jakiś czas temu powiedziałam po występie, że chciałabym cieszyć się tym małym artystycznym zwycięstwem z kimś, kto przyjmuje i pragnie mojej osoby bez względu na postać, jaką przybieram. Czy mężowie aktorek kochają je mniej, gdy grają chore psychicznie, denerwujące, nieprzystosowane postaci? Powiedziałam: Chcę kogoś, kto po występie będzie czekał na mnie w garderobie, pocałuje mnie w czoło i powie "Byłaś dziś takim pięknym mężczyzną". Chcę drugiego mężczyzny. Rozszyfrujcie to sobie genderowo jak chcecie.
Dalej: praca u podstaw w ramach studiów, bo wciąż widzę zdumienie współstudiujących osób z oczywistych rzeczy, oburzenie, zaskoczenie. Być może miałam trochę za wysokie wymagania, uczona z domu (notabene domu wykształciuchów z rodowodem), że studia są przepustką do lepszego świata, dowartościowują i ulepszają człowieka. Marzyłam o tym przez lata, bo wiedziałam, że wtedy zacznie się prawdziwe życie. Czuję grząski grunt pod stopami, to prawda. Nie wiem, do czego mnie zaprowadzi kierunek, w którym podążam.
Nie wspominając już o FR, bo od tego się wszystko zaczęło. Prawdopodobnie gdybym nie zwlekła się sprzed komputera w tamten mroźny styczniowy wieczór rok temu, dalej siedziałabym nie odrywając oczu od ekranu. Co zresztą czynię, tyle że od prawie roku w sprawach ważnych, ważniejszych niż tysięczne przeglądanie fejsa z góry na dół.
I są też Przyjaciele. Ci najważniejsi, bo bezinteresowni, nie z jakiegoś powodu, przecież bez woli w narodzie moglibyśmy rozjechać się w swoje strony i nigdy więcej nie spotkać. Rzadko, bo raz na kilka miesięcy, jednorazowo na parę terapeutycznych, uzdrawiających psychicznie dni (bo fizycznie wręcz przeciwnie, chyba że podciągniemy konserwację alkoholem pod uzdrawianie). A potem oglądam setki zdjęć i śmieję się sama do siebie. Niewytłumaczalne, ale ma moc. Zajebistą moc.
Wciąż mam do siebie pretensje, kompleksy, wciąż jestem z natury pesymistką (jak refleksyjnie zauważył ostatnio Padre, to u nas rodzinne. Dobrze, że nie mamy na dokładkę samobójczych genów, to w miksie z wrażliwością artystyczną byłaby mieszanka wybuchowa). Ale nie wyobrażam sobie teraz zmienić swojego życia o 180 stopni, bo oswoiłam już kolejny kawałek świata.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz