piątek, 14 grudnia 2012

będę się męczyć.

http://www.youtube.com/watch?v=MgaHy7DYs3g&NR=1&feature=endscreen

It's the last goodbye, I swear
I can't rely on a dime-a-day love
That don't go anywhere

I'll learn to cry for someone else
I can't get by on an odds and ends love
That don't ever match up

I heard all you said
And I took it to heart

I won't forget, I swear
I have no regrets
For the past is behind me
Tomorrow reminds me just where

I can't quite see the end
How can I rely on my heart if I break it
With my own two hands

I heard all you said
And I love you to death
I heard all you said
Don't say anything

It's the last goodbye I swear
I can't survive on a half-hearted love
That will never be whole

*


Siedzimy z E. nad gorącą czekoladą przybite zimą, muzyką w lokalu, przeziębieniem (ona) i takim jakimś ogólnym zmęczeniem materiału. E. zaczyna, ja kończę:
-W desperacji to nawet myślałam, żeby sobie na szybko, tak do sylwestra...
-Kogoś znaleźć?
Znamy się już z E. cztery lata i trochę, więc myśli uchodzące z naszych nieco zmęczonych głów spotykają się i przenikają w lot. Czasami myślę, że gdyby nie łączący nas tęczowy pierwiastek, w ogóle nie byłoby mowy o takim porozumieniu.

Poddałam się. Po długich miesiącach oczekiwania, nadziei, przywiązywania wagi do kruchych obietnic, chyba znów się poddałam. Symbolem mojej porażki okazała się fizyczna zmiana u osoby, którą pokochałam. Wmawiam sobie, ze to nic dla mnie nie znaczy, ale w połączeniu z resztą sygnałów jestem zmuszona przyznać się do przegranej. Jak zwykle w chwilach, kiedy nadzieja związana z osobą o męskiej tożsamości zawodzi, mimowolnie przechodzę na druga stronę pożądania, gdzie jak zwykle spotyka mnie zimny prysznic. Nie ma szans na "znalezienie kogoś do sylwestra". Tym razem i na ten moment  nie ma nawet szans na wmówienie sobie, że zadowoli mnie trwała relacja z jakąkolwiek osobą o tożsamości zeńskiej (przy jednoczesnym zadowoleniu z relacji nietrwałych). Bo ja mam po prostu niedokończone sprawy. Kurewsko istotne niedokończone sprawy. I chociaż wmawiam sobie, że poniosłam porażkę, chociaż już nie mam siły walczyć - wewnętrznie mimo woli będę walczyć dalej.
O swoją głupotę, swoje wyobrażenia i naiwną wiarę, że nieistotna jest różnica wieku (niewielka), odległość między miastami (do pokonania), czas niewidzenia w ciągu roku (to jest właśnie ta half-hearted love). O porozumienie w lot na styku męskiej kobiecości i niestandardowej męskości. 
O słowa wypowiedziane za ileś lat w mojej garderobie: "byłaś dziś takim pięknym mężczyzną". O uznanie bez względu na genderowe wcielenia. 
Pewnie będę tego gorzko żałować. Póki co staram się nie patrzeć na zdjecia, bo uginają się pode mną nogi. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz