niedziela, 11 listopada 2012

Historia pewnej podróży

11 listopada przedstawiam Państwu moje kolejne blogowe dziecko - miejmy nadzieję że bardziej udane i poczytne od poprzednich. 11 listopada powinnam pisać na biało i czerwono, stać po jednej ze stron i strzępić język oraz klawiaturę na głupotę narodowców. Otóż nie. Mój blog, mój teren. Piszę dla Was, ale też dla siebie.
No to start. Dzisiaj o Laurence Anyways, lub też jak niektórzy wolą po polsku - Na zawsze Laurence. Który miał oficjalną polską premierę 9 listopada, czyli w ostatni piątek. I nie byłabym sobą, nie pisząc o nim tutaj.

 Xavier Dolan podjął się tematu trudnego, bolesnego, niedostatecznie jeszcze odkrytego przez współczesną popkulturę. Mógł ponieść porażkę, nakręcić niezamierzoną parodię rzeczywistości, mającą niewiele wspólnego z realnymi uczuciami. Mógł - a jednak wyszedł z tego zadania obronną ręką. Głosy krytyki wobec nowego Dolana mówią o dłużyznach, nic niewnoszących fragmentach, przeroście formy nad treścią, a nawet “rozdmuchaniu tak trywialnego tematu” (!!!).  

Przełom lat 80. i 90. zastaje Laurence Emanuela Jamesa Allia w trzeciej dekadzie życia, w trakcie obiecującej kariery literackiej, w stałym, namiętnym związku z szaloną i elegancką Fred. Dolan pokazuje tutaj pełnię swoich kreatywnych, artystycznych możliwości - kostiumy, makijaże i wnętrza naprawdę przenoszą widza dwadzieścia lat wstecz. Jako widzowie musimy się zmierzyć z pytaniem, co tak naprawdę zmieniło się na lepsze od końca lat 90. Fred dodaje sobie otuchy słowami “nasze pokolenie jest na to gotowe” - codzienne życie weryfikuje jednak wciąż na nowo to stwierdzenie, tak 20 lat temu, jak i dzisiaj, tak w Kanadzie, jak i w Polsce.
Początek lat 90. staje się tutaj symbolicznym początkiem nowego życia. Dolan zręcznie pokazuje kruchość bezpiecznego świata, który opiera się na pozorach i spełnianiu oczekiwań innych. Sylwestra 1989 Fred i Laurence spędzają w gronie przyjaciół, “po staremu”, zaś od nowego roku rozpoczynają w swoim życiu stopniową rewolucję. Szminka, kolczyk, peruka - kolejne sztandarowe atrybuty kobiecości. Wygląd jest ważny, elementarny, potrzebny jak oddychanie. Potrzebne jest oddzielenie grubą kreską (z eyelinera) życia Laurence’a mężczyzny i Laurence’a kobiety.“Zróbmy to razem”, mówi Fred. Zgadza się na tę wielką zmianę ze świadomością jej konsekwencji. Mężczyzna umrze, narodzi się kobieta. “Potrzebuję się z tobą zobaczyć, mamo. Ponieważ nie jest ze mną dobrze. Ponieważ umrę, mamo” - mówi roztrzęsiony Laurence przez telefon po bójce w barze. Śmierć jest tutaj synonimem zmiany. Początkiem drogi do właściwego Ja.
I tutaj Dolan otwiera nowy rozdział tej opowieści - również w estetycznym sensie. Melvil Poupaud jest wyjątkowo wiarygodny i paradoksalnie kobiecy, posiadając męskie, a zarazem delikatne i plastyczne rysy twarzy. Jako Laurence naturalnie przeżywa kolejne etapy fizycznego i społecznego stawania się kobietą, jednak zachowuje część typowo męskiej siły - sam atakuje mężczyznę, który zaczepia go słowami “ja nie mogę, ale wyglądasz!”. Kolejny przykład żonglowania genderem.

Istotny punkt w mentalnej metaforycznej transowej podróży bohatera stanowi spotkanie z Różyczką, który/a pomaga mu po krwawym incydencie w barze. Różyczka i jego/jej rodzina - “pięć Róż” - stanowią uosobienie tajemnego świata, w którym nikt nie jest doskonały. Świata przegiętych ciotek, a także naturalnych kobiet, które przeginają się, pobrzękując zbędnymi kilogramami biżuterii, i są z tego dumne! Celebracja różnorodności stanowi najważniejszą przesłankę tej równoległej rzeczywistości.

Fred również wkracza stopniowo w ten “świat dziwaków”, próbuje zrozumieć, ale oddala się od Laurence’a. Cierpi razem z nim, chwilami odnosi się wrażenie, że nawet bardziej od niego. Jedną z najbardziej przejmujących scen w filmie jest dla mnie ta, w której para jedząca obiad w restauracji jest zaczepiana przez ciekawską kelnerkę. Fred zrzuca naczynia ze stołu, wybucha: “Czy kupowałaś kiedykolwiek swojemu facetowi perukę, głupia suko? Albo czy bałaś się, że zostanie pobity na ulicy i nie wróci do domu w jednym kawałku? Dlaczego nie mozemy żyć poza murami getta?” No właśnie, dlaczego?
W końcu poddaje się i odchodzi - do “normalnego” świata, mężczyzny, życia rodzinnego. Przez lata staje się ustatkowaną kobietą spełnioną, chociaż czasem zdarza jej się powracać do małych przyjemności, rytuałów z czasów związku z Laurencem. Patrząc na to stabilne życie rodzi się pytanie, czy to na pewno wszystko, czego Fred chce od życia, czy nie nudzi ją taka wzorowa, “normalna” egzystencja? Mnie zabiłaby ona w ekspresowym tempie.
W tym samym czasie Laurence pielęgnuje swoją kobiecość i próbuje ułożyć sobie życie z nową kobietą. Czy tych dwoje łączy jednak cokolwiek poza “lubieniem się”? Charlotte jest idealnie przerysowanym obrazem modnej, młodej kobiety, która chorobliwą zazdrością reaguje na jakiekolwiek wspomnienie minionego życia swojego partnera/ki. Patrząc na tę bohaterkę nasuwa mi się stwierdzenie, że drags są tak naprawdę w społeczeństwie nieświadomą większością - Laurence jest transkobietą, ale Charlotte ze swoim przegiętym wyglądem i nieco histerycznym zachowaniem bliżej jest do drag queen. O, ileż podobnie rozemocjonowanych, wypacykowanych kobiet spotkałam na swojej drodze. Tyle samo było przesadnie, wręcz teatralnie męskich mężczyn. I mówię tu o realnym świecie, który Dolan bardzo zręcznie odwzorowuje.

Ciekawe w filmie, zarówno w oryginalnej jak i polskiej wersji, są gry językowe - Laurence przyjmuje swoje imię zarówno z żeńskimi, jak i męskimi rodzajnikami. Jego dziewczyna posługuje się zmaskulinizowaną formą swojego imienia. To wszystko w ciekawy sposób obrazuje specyfikę związku tych dwojga i płynne role genderowe. Film nie pokazuje w jednoznaczny sposób, kto jest kim w tej relacji. Najbardziej przemianę Laurence’a zdaje się przeżywać właśnie Fred - mimo tego, że ze wszystkich sił stara się przetrwać ją ze stoickim spokojem. Jest jednak otoczona kobietami silniejszymi od siebie, które usiłują jej dyktować następne posunięcia. Na drugim biegunie mamy motyw matki Laurence’a - nieco neurotycznej, nie czującej dużej więzi ze swoim dzieckiem. To ona jednak wypowie jedno ze zdań oznaczających upragnioną akceptację - “Nigdy nie czułam, żebyś był moim synem. Ale teraz jesteś moją córką”.

Dolan jako młoda gwiazda kina francuskojęzycznego uważany jest jednocześnie - nie bez powodu - za boga hipsterów. Tak też określani są bohaterowie jego filmów. Błąd. Trudno zdefiniować kim jest rzeczony hipster - wielu mądrych już próbowało - na pewno jednak główni bohaterowie tego akurat dzieła Dolana nie należą do tego gatunku. Owszem, palą dużo papierosów, owszem, siedzą wieczorami przy winie, obgadując swoje problemy w sarkastyczny sposób. Ale to coś więcej niż ślepe podążanie za modą na artystyczną wrażliwość, tak obecną w dzisiejszych czasach. Bo bohaterowie Dolana mają zdecydowanie mało modne problemy.

“Laurence Anyways” nosi w polskiej wersji tytuł “Na zawsze Laurence”. Czy to dobre tłumaczenie? I tak, i nie. “Anyways” to w dokładnym tłumaczeniu “w każdym razie”, “tak czy inaczej”. Są to słowa, jakimi Laurence przedstawił się Frederique przy pierwszym spotkaniu. W trakcie przemiany w kobietę - niewątpliwie korekty płci w pełnym tego słowa znaczeniu, a nie tylko balansowaniu między męskością i kobiecością za pomocą przebieranek - Laurence nie przestaje używać swojego męskiego imienia, choć jak wiadomo, imię konstytuuje osobę. Z czego może wynikać fakt, że bohater nie nadaje sobie kobiecego imienia (a przynajmniej jako widzowie go nie poznajemy)?
 Laurence zmienia płeć, ale oprócz tego chce zachować wszystko, co kocha w swoim życiu, na swoim miejscu. Zszokowana Fred pyta “jesteś homoseksualistą?”, on wyznaje “chcę cię kochać po swojemu”. Dolan sprawnie obnaża stereotypy i schematyczne myślenie społeczeństwa, które często stawia znak równości między homo- a transseksualnością. Będąc częścią środowiska LGBTQIA, reżyser posiada szczególny rodzaj wrażliwości, który pozwala z lekkiej monotematyczności jego filmów zrobić wielką zaletę. W końcu jego kino od początku jest kinem autorskim (panowie dziennikarze, zanim zmieszacie nowe dzieło Dolana z błotem - kilku z was juz to zrobiło - radzę sprawdzić, czy na pewno wiecie, co znaczy “kino autorskie”).


“Na zawsze Laurence” jest filmem, którego nie wypada oceniać negatywnie choćby ze względu na wprowadzenie do popularnego kina światowego tematu trans* w tak realistycznej formie, w jakiej dotychczas prawie się to nie zdarzało. Z pierwszego pokazu wyszłam porażona przekazem emocjonalnym - a przecież świat trans* to także w pewnym sensie mój świat.
A jeśli chodzi o zarzut przerostu formy nad treścią - państwo wybaczą, ale trzeba byc kompletnym estetycznym bucem, żeby tej formy nie docenić. Bo bez tych smaczków, bez podróży przez pory roku, bez fryzur, ubrań, żyrandoli i papierosów, bez rozbuchanej estetycznie sceny wielkiego balu z “Fade to grey” Visage w tle, ta historia nie byłaby nawet w połowie tak dobra.

Zburzyć podział na skrajność i normalność, celebrować różnorodność - oto życzenia Dolana - twórcy kina autorskiego. Oby tak dalej.

PS. Polska premiera filmu zbiegła się z czasem, w którym oficjalnie i równolegle zaczęłam używać swojego męskiego imienia. Od kilku dni jestem więc Weroniką/Filipem. I oba te imiona oznaczają tę samą osobę. W każdym razie - mnie.

2 komentarze:

  1. Xavier Dolan jest strasznie utalentowanym chłopcem i jak go tu nie lubić, robi fajne filmy, jest ładny, dobrze ubrany i niezwykle obiecujący, a pomimo tylu zalet, nie odbija mu palma wcale. Ba, jest rok starszy ode mnie, i robi to wszystko w wieku, gdy większość chłopców ciągle wierzy, że wielkość spłynie na nich wraz z odnalezieniem pierścienia mocy (nie nie mówię wcale o sobie :]) Człowiek orkiesta, gra, reżyseruje pisze. I pytanie moje (!) dlaczego nie da się tak w naszym kraju umiłowanym? Gdzie ten ładny chłopiec, który opowie po swojemu o innych ładnych chłopcach, o miłości, czułości, cierpieniu, inności, niezrozumieniu, przez wszystkich a najbadziej przez najbliższych (ach "Zabiłem moją matkę"). Wkraca w pustkę? Trudno mi oceniać. Każdy twórca ma czasem doła, niemoc twórczą. Każdy czasem robi coś dobrze, a czasem coś nie wychodzi. Miejmy nadzieję, że Dolan, choć młody, choć utalentowany, nie zejdzie na manowce, z klapkami sławy na oczach. Wierzę w niego i wierzę w jego kino. Dziewicze, acz prawdziwe.


    Grześ, były członek Fabryki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Filip!
    Ładnie. Kiedyś przez pewien czas też używałam tego imienia :)
    A tak poza tym, w jednym zdaniu, będę Cię czytać.

    OdpowiedzUsuń