11 listopada przedstawiam Państwu moje kolejne blogowe dziecko - miejmy nadzieję że bardziej udane i poczytne od poprzednich. 11 listopada powinnam pisać na biało i czerwono, stać po jednej ze stron i strzępić język oraz klawiaturę na głupotę narodowców. Otóż nie. Mój blog, mój teren. Piszę dla Was, ale też dla siebie.
No to start. Dzisiaj o Laurence Anyways, lub też jak niektórzy wolą po polsku - Na zawsze Laurence. Który miał oficjalną polską premierę 9 listopada, czyli w ostatni piątek. I nie byłabym sobą, nie pisząc o nim tutaj.
Xavier Dolan podjął się tematu trudnego, bolesnego,
niedostatecznie jeszcze odkrytego przez współczesną popkulturę.
Mógł ponieść porażkę, nakręcić niezamierzoną parodię
rzeczywistości, mającą niewiele wspólnego z realnymi uczuciami.
Mógł - a jednak wyszedł z tego zadania obronną ręką. Głosy
krytyki wobec nowego Dolana mówią o dłużyznach, nic niewnoszących
fragmentach, przeroście formy nad treścią, a nawet “rozdmuchaniu
tak trywialnego tematu” (!!!).
Przełom lat 80. i 90. zastaje Laurence Emanuela Jamesa Allia w
trzeciej dekadzie życia, w trakcie obiecującej kariery literackiej,
w stałym, namiętnym związku z szaloną i elegancką Fred. Dolan
pokazuje tutaj pełnię swoich kreatywnych, artystycznych możliwości
- kostiumy, makijaże i wnętrza naprawdę przenoszą widza
dwadzieścia lat wstecz. Jako widzowie musimy się zmierzyć z
pytaniem, co tak naprawdę zmieniło się na lepsze od końca lat 90.
Fred dodaje sobie otuchy słowami “nasze pokolenie jest na to
gotowe” - codzienne życie weryfikuje jednak wciąż na nowo to
stwierdzenie, tak 20 lat temu, jak i dzisiaj, tak w Kanadzie, jak i w
Polsce.
Początek lat 90. staje się tutaj symbolicznym początkiem nowego
życia. Dolan zręcznie pokazuje kruchość bezpiecznego świata,
który opiera się na pozorach i spełnianiu oczekiwań innych.
Sylwestra 1989 Fred i Laurence spędzają w gronie przyjaciół, “po
staremu”, zaś od nowego roku rozpoczynają w swoim życiu
stopniową rewolucję. Szminka, kolczyk, peruka - kolejne sztandarowe
atrybuty kobiecości. Wygląd jest ważny, elementarny, potrzebny jak
oddychanie. Potrzebne jest oddzielenie grubą kreską (z eyelinera)
życia Laurence’a mężczyzny i Laurence’a kobiety.“Zróbmy to
razem”, mówi Fred. Zgadza się na tę wielką zmianę ze
świadomością jej konsekwencji. Mężczyzna umrze, narodzi się
kobieta. “Potrzebuję się z tobą zobaczyć, mamo. Ponieważ nie
jest ze mną dobrze. Ponieważ umrę, mamo” - mówi roztrzęsiony
Laurence przez telefon po bójce w barze. Śmierć jest tutaj
synonimem zmiany. Początkiem drogi do właściwego Ja.
I tutaj Dolan otwiera nowy rozdział tej opowieści - również w
estetycznym sensie. Melvil Poupaud jest wyjątkowo wiarygodny i
paradoksalnie kobiecy, posiadając męskie, a zarazem delikatne i
plastyczne rysy twarzy. Jako Laurence naturalnie przeżywa kolejne
etapy fizycznego i społecznego stawania się kobietą, jednak
zachowuje część typowo męskiej siły - sam atakuje mężczyznę,
który zaczepia go słowami “ja nie mogę, ale wyglądasz!”.
Kolejny przykład żonglowania genderem.
Istotny punkt w mentalnej metaforycznej transowej podróży bohatera
stanowi spotkanie z Różyczką, który/a pomaga mu po krwawym
incydencie w barze. Różyczka i jego/jej rodzina - “pięć Róż”
- stanowią uosobienie tajemnego świata, w którym nikt nie jest
doskonały. Świata przegiętych ciotek, a także naturalnych kobiet,
które przeginają się, pobrzękując zbędnymi kilogramami
biżuterii, i są z tego dumne! Celebracja różnorodności stanowi
najważniejszą przesłankę tej równoległej rzeczywistości.
Fred również wkracza stopniowo w ten “świat dziwaków”,
próbuje zrozumieć, ale oddala się od Laurence’a. Cierpi razem z
nim, chwilami odnosi się wrażenie, że nawet bardziej od niego.
Jedną z najbardziej przejmujących scen w filmie jest dla mnie ta, w
której para jedząca obiad w restauracji jest zaczepiana przez
ciekawską kelnerkę. Fred zrzuca naczynia ze stołu, wybucha: “Czy
kupowałaś kiedykolwiek swojemu facetowi perukę, głupia suko? Albo
czy bałaś się, że zostanie pobity na ulicy i nie wróci do domu w
jednym kawałku? Dlaczego nie mozemy żyć poza murami getta?” No
właśnie, dlaczego?
W końcu poddaje się i odchodzi - do “normalnego” świata,
mężczyzny, życia rodzinnego. Przez lata staje się ustatkowaną
kobietą spełnioną, chociaż czasem zdarza jej się powracać do
małych przyjemności, rytuałów z czasów związku z Laurencem.
Patrząc na to stabilne życie rodzi się pytanie, czy to na pewno
wszystko, czego Fred chce od życia, czy nie nudzi ją taka wzorowa,
“normalna” egzystencja? Mnie zabiłaby ona w ekspresowym tempie.
W tym samym czasie Laurence pielęgnuje swoją kobiecość i próbuje
ułożyć sobie życie z nową kobietą. Czy tych dwoje łączy
jednak cokolwiek poza “lubieniem się”? Charlotte jest idealnie
przerysowanym obrazem modnej, młodej kobiety, która chorobliwą
zazdrością reaguje na jakiekolwiek wspomnienie minionego życia
swojego partnera/ki. Patrząc na tę bohaterkę nasuwa mi się
stwierdzenie, że drags są tak naprawdę w społeczeństwie
nieświadomą większością - Laurence jest transkobietą, ale
Charlotte ze swoim przegiętym wyglądem i nieco histerycznym
zachowaniem bliżej jest do drag queen. O, ileż podobnie
rozemocjonowanych, wypacykowanych kobiet spotkałam na swojej drodze.
Tyle samo było przesadnie, wręcz teatralnie męskich mężczyn. I
mówię tu o realnym świecie, który Dolan bardzo zręcznie
odwzorowuje.
Ciekawe w filmie, zarówno w oryginalnej jak i polskiej wersji, są
gry językowe - Laurence przyjmuje swoje imię zarówno z żeńskimi,
jak i męskimi rodzajnikami. Jego dziewczyna posługuje się
zmaskulinizowaną formą swojego imienia. To wszystko w ciekawy
sposób obrazuje specyfikę związku tych dwojga i płynne role
genderowe. Film nie pokazuje w jednoznaczny sposób, kto jest kim w
tej relacji. Najbardziej przemianę Laurence’a zdaje się przeżywać
właśnie Fred - mimo tego, że ze wszystkich sił stara się
przetrwać ją ze stoickim spokojem. Jest jednak otoczona kobietami
silniejszymi od siebie, które usiłują jej dyktować następne
posunięcia. Na drugim biegunie mamy motyw matki Laurence’a - nieco
neurotycznej, nie czującej dużej więzi ze swoim dzieckiem. To ona
jednak wypowie jedno ze zdań oznaczających upragnioną akceptację
- “Nigdy nie czułam, żebyś był moim synem. Ale teraz jesteś
moją córką”.
Dolan jako młoda gwiazda kina francuskojęzycznego uważany jest
jednocześnie - nie bez powodu - za boga hipsterów. Tak też
określani są bohaterowie jego filmów. Błąd. Trudno zdefiniować
kim jest rzeczony hipster - wielu mądrych już próbowało - na
pewno jednak główni bohaterowie tego akurat dzieła Dolana nie
należą do tego gatunku. Owszem, palą dużo papierosów, owszem,
siedzą wieczorami przy winie, obgadując swoje problemy w
sarkastyczny sposób. Ale to coś więcej niż ślepe podążanie za
modą na artystyczną wrażliwość, tak obecną w dzisiejszych
czasach. Bo bohaterowie Dolana mają zdecydowanie mało modne
problemy.
“Laurence Anyways” nosi w polskiej wersji tytuł “Na zawsze
Laurence”. Czy to dobre tłumaczenie? I tak, i nie. “Anyways”
to w dokładnym tłumaczeniu “w każdym razie”, “tak czy
inaczej”. Są to słowa, jakimi Laurence przedstawił się
Frederique przy pierwszym spotkaniu. W trakcie przemiany w kobietę -
niewątpliwie korekty płci w pełnym tego słowa znaczeniu, a nie
tylko balansowaniu między męskością i kobiecością za pomocą
przebieranek - Laurence nie przestaje używać swojego męskiego
imienia, choć jak wiadomo, imię konstytuuje osobę. Z czego może
wynikać fakt, że bohater nie nadaje sobie kobiecego imienia (a
przynajmniej jako widzowie go nie poznajemy)?
Laurence zmienia płeć, ale oprócz tego chce zachować wszystko, co
kocha w swoim życiu, na swoim miejscu. Zszokowana Fred pyta “jesteś
homoseksualistą?”, on wyznaje “chcę cię kochać po swojemu”.
Dolan sprawnie obnaża stereotypy i schematyczne myślenie
społeczeństwa, które często stawia znak równości między homo-
a transseksualnością. Będąc częścią środowiska LGBTQIA,
reżyser posiada szczególny rodzaj wrażliwości, który pozwala z
lekkiej monotematyczności jego filmów zrobić wielką zaletę. W
końcu jego kino od początku jest kinem autorskim (panowie
dziennikarze, zanim zmieszacie nowe dzieło Dolana z błotem - kilku
z was juz to zrobiło - radzę sprawdzić, czy na pewno wiecie, co
znaczy “kino autorskie”).
“Na zawsze Laurence” jest filmem, którego nie wypada oceniać
negatywnie choćby ze względu na wprowadzenie do popularnego kina
światowego tematu trans* w tak realistycznej formie, w jakiej
dotychczas prawie się to nie zdarzało. Z pierwszego pokazu wyszłam
porażona przekazem emocjonalnym - a przecież świat trans* to także
w pewnym sensie mój świat.
A jeśli chodzi o zarzut przerostu formy nad treścią - państwo
wybaczą, ale trzeba byc kompletnym estetycznym bucem, żeby tej
formy nie docenić. Bo bez tych smaczków, bez podróży przez pory
roku, bez fryzur, ubrań, żyrandoli i papierosów, bez rozbuchanej
estetycznie sceny wielkiego balu z “Fade to grey” Visage w tle,
ta historia nie byłaby nawet w połowie tak dobra.
Zburzyć podział na skrajność i normalność, celebrować
różnorodność - oto życzenia Dolana - twórcy kina autorskiego.
Oby tak dalej.
PS. Polska premiera
filmu zbiegła się z czasem, w którym oficjalnie i równolegle
zaczęłam używać swojego męskiego imienia. Od kilku dni jestem
więc Weroniką/Filipem. I oba te imiona oznaczają tę samą osobę.
W każdym razie - mnie.
Xavier Dolan jest strasznie utalentowanym chłopcem i jak go tu nie lubić, robi fajne filmy, jest ładny, dobrze ubrany i niezwykle obiecujący, a pomimo tylu zalet, nie odbija mu palma wcale. Ba, jest rok starszy ode mnie, i robi to wszystko w wieku, gdy większość chłopców ciągle wierzy, że wielkość spłynie na nich wraz z odnalezieniem pierścienia mocy (nie nie mówię wcale o sobie :]) Człowiek orkiesta, gra, reżyseruje pisze. I pytanie moje (!) dlaczego nie da się tak w naszym kraju umiłowanym? Gdzie ten ładny chłopiec, który opowie po swojemu o innych ładnych chłopcach, o miłości, czułości, cierpieniu, inności, niezrozumieniu, przez wszystkich a najbadziej przez najbliższych (ach "Zabiłem moją matkę"). Wkraca w pustkę? Trudno mi oceniać. Każdy twórca ma czasem doła, niemoc twórczą. Każdy czasem robi coś dobrze, a czasem coś nie wychodzi. Miejmy nadzieję, że Dolan, choć młody, choć utalentowany, nie zejdzie na manowce, z klapkami sławy na oczach. Wierzę w niego i wierzę w jego kino. Dziewicze, acz prawdziwe.
OdpowiedzUsuńGrześ, były członek Fabryki.
Filip!
OdpowiedzUsuńŁadnie. Kiedyś przez pewien czas też używałam tego imienia :)
A tak poza tym, w jednym zdaniu, będę Cię czytać.