czwartek, 21 sierpnia 2014

Bodies that matter. Nine days in Berlin / 9 dni w Berlinie

(To all english, german & italian – speaking people: I'm deeply sorry that I didn't manage to translate this text to english language. I'm sure it could be useful and pleasant for You. Maybe next time, when I'll have more time. I write and traslate some texts in english from time to time, so keep in touch. xoxo )

Najpierw słowo wyjaśnienia. Doskonale wiem, że felieton, który teraz czytacie, powinien zostać opublikowany przynajmniej kilka dni wcześniej. Dokładnie tydzień wstecz od chwili, kiedy to piszę, trwała jednak słuszna impreza kończąca dziewięciodniowy wyjazd warsztatowy warszawskiego Bez!miaru, berlińskiego Sonntags Clubu i bolońskiego Il Cassero. Tydzień, a jakby całą wieczność wstecz, choć zarazem tak niedawno. Jednak po zderzeniu z zupełnie niekolorową polską rzeczywistością kilka dni trzeba było sobie zarezerwować na dochodzenie do siebie, które było – wierzcie mi – trudniejsze niż dochodzenie do siebie po którejkolwiek z wyjazdowych imprez.

Bodies that matter. Trzy narodowości, trzy kraje, trzy grupy ludzi, ponad dwadzieścia kompletnie różnych osobowości, w tym różnych tożsamości i orientacji.
Nie chodzi o obiecywanie sobie za wszelką cenę, że będziemy się kontaktować (choć następna wymiana jest możliwa). Chodzi o zachowanie w pamięci momentów, w których byliśmy razem. Momentów, z których mimo tęsknoty – różnych rodzajów tęsknoty, bo różne są relacje między nami – czerpie się coś w rodzaju energii.
Bodies That Matter było szalenie intensywnym wyjazdem. Pozbyłam się oczekiwania na coś konkretnego, wciągając się bez reszty w chwile, które całkiem szczerze mogę nazwać wyjątkowymi. To miał być warsztatowy wyjazd za granicę, takie pracowakacje. Wiadomo było, że będą imprezy, nowi ludzie. Ale nigdy nie spodziewałbym się takiego kosmicznego flow, jakie krążyło między nami przez te dziewięć dni.
Jak zwykle po takich długich i intensywnych pracowakacjach – a był to najbardziej angażujący tego typu wyjazd w moim życiu – natłok myśli, uczuć, emocji i refleksji jest trudny do ogarnięcia. Wspomnienia, mimo tego że dobrze zakodowane, wydają się uciekać wraz z minutami i godzinami oddalającymi w czasie pobyt w Berlinie. Gdzieś w środku mam niewygodną mieszankę tęsknoty, niedosytu i smutku, nawet pomimo niezmierzonej satysfakcji z wyjazdu.
Przykry dysonans – podczas gdy my rozwijałyśmy i rozwijaliśmy swoją wiedzę, zastanawiając się również usilnie po raz sto tysięczny pięćset osiemdziesiąty trzeci co zrobić, żebyśmy nie byli z prawami człowieka w naszej ojczyźnie na poziomie epoki średniowiecza, cebulowa ojczyzna przypominała o sobie regularnie. Granice absurdu jak wiadomo są równoznaczne z granicami Polski. Tak więc pod naszą nieobecność ofiarę w służbie wielkiej polsce narodowoprawicowobiałoczerwononeofaszystowskoultrakatolickiej poniosły warszawska tęcza oraz bogu ducha winny kot pewnej queerowej performerki, przy czym ta pierwsza (tęcza) oberwała ogniem, a ten drugi (kot) kamieniem. O manewrach rosyjsko-ukraińskich nawet nie wspominam, choć uświadamiają one kolejny dysonans – jesteśmy bowiem, jako Polska, terenem przejściowym między kosmopolitycznym europejskim Zachodem a putinowskim (i nie tylko) Wschodem, który agresywnie stara się zatrzymać mentalnie w miejscu, obejmując tym mentalnym zapóźnieniem coraz większe obszary. Smutne i przerażające. Przy powrocie z Berlina do Warszawy wyraźnie rzucają się też w oczy kontrasty, jakie stwarza polska rzeczywistość: wysokie biurowce i drogie samochody zderzone z dużym zagęszczeniem bezdomnych w centrum, skrajne różnice w zarobkach. Plus widoczne na pierwszy rzut oka różnice w swobodzie wyrażania siebie i lokalnym kolorycie: stolica Niemiec to przestrzeń, w której ilość krzywych spojrzeń w stronę "inaczej" (cokolwiek to oznacza) ubranych, wykolczykowanych, wytatuowanych, ekspresyjnych ludzi ogranicza się do minimum. Cieszy widok starszych osób – przeważnie zadbanych, uśmiechniętych, mające swoje pasje i sprawy inne niż wysiadywanie od szóstej rano w kolejce do lekarza. Może ta rozwinięta opieka socjalna – nie na zasadzie utrzymywania, ale wspomagania – to wcale nie taka zła sprawa, hm?
Jasne, nic nowego, wiemy o tym wszyscy. Ale po wycieczce do (nie do końca przecież idealnego) Berlina chce się z tej naszej polskiej – nawet wielkomiejskiej – rzeczywistości spierdolić byle dalej. A konkretnie 60 kilometrów od granicy polsko-niemieckiej, nach Berlin.

Unia Europejska to instytucja, którą większość ceni, zaś niektórzy się jej sprzeciwiają, a potem i tak ciągną profity z jej zasobów, skwapliwie korzystając z rozmaitych projektów, dotacji, form rozwoju i wsparcia. My, działacze pozarządówek, Unię kochamy otwarcie. Kiedy więc ostatecznie została przypieczętowana decyzja: jedziemy do Berlina, nastawiłam się na półtora tygodnia ciężkiej pracy i rozwijającej edukacji. Rozwijająco było na pewno – nie tylko za sprawą warsztatowego zderzenia perspektyw trzech krajów (Niemiec, Polski i Włoch), ale przede wszystkim za sprawą ogromnej różnorodności cechującej uczestników projektu. Z Berlina wyjeżdżałam z poczuciem poszerzenia wiedzy specjalistycznej z zakresu genderowo-queerowego (może nieco mniejszego niż się spodziewałam, but still). Czy mogło być lepiej lub ambitniej? Owszem, zawsze może być, pytanie tylko, ile większość z nas wyciągnęłaby dla siebie z warsztatów, gdybyśmy nagle zaczęli rozprawiać o gender performativity wyłącznie z akademickiej perspektywy Judith Butler, nie posługując się jakże cennymi przykładami życiowymi i wizualnymi. Przede wszystkim dlatego, że aby operować językiem angielskim w takich dyskusjach, trzeba po prostu na codzień pracować naukowo po angielsku z teorią gender i queer, co nikomu w naszym (czyt. uczestników szkolenia) przedziale wiekowym raczej się nie zdarza. Ale niektórzy/re z nas czynią już starania, by zdarzało nam się pracować chociaż od czasu do czasu – Bodies That Matter było jednym z kroków w tę stronę.
Ciężka praca? Ciężka chyba tylko ze względu na schemat energizer – warsztaty – obiad – warsztaty – wyjście do miasta (w ramach warsztatów bądź nie) – impreza – kilka godzin snu – poranek na kacu – warsztaty. Organizatorzy Bodies That Matter oraz poszczególnych zajęć dołożyli starań, żebyśmy wynieśli z nich jak najwięcej, nie padając pod koniec dnia ze zmęczenia na twarz, za co należą im się wyrazy uznania i podziękowania. A uczestnictwo w nocnym życiu Berlina także ma nieocenioną rolę w poszerzaniu spojrzenia na świat i kompetencji, niestety znów głównie na zasadzie zauważania rażących różnic na korzyść Niemiec.

No właśnie, poranne energizery. Nie docenia się ich roli wstając od dawno skończonego śniadania, jednak wciąż z kacem obijającym się po głowie. Siła przychodzi dopiero po półgodzinnych gonitwach po parku. Mimo nadziei, jogi nie uświdczyliśmy ani razu. Może nadrobimy na następnej edycji projektu.
Muszę w tym miejscu szczerze przyznać, że nie wszystkie warsztaty sprawiały wrażenie dopracowanych, natomiast inne ze względu na tematykę mogłyby przybrać inną formułę. Więcej spodziewałem się po warsztacie na temat transgenderowości. Warsztat z dziedziny STDs (chorób przenoszonych drogą płciową) pozostawił uczucie niedosytu wiedzy i niezamknięcia tematu w satysfakcjonujący sposób – ale czymże jest zaledwie kilka godzin warsztatu przy tak rozległej tematyce? Niektóre ćwiczenia warsztatowe sprawiały także wrażenie niezbyt odkrywczych i użytecznych, ponieważ maglowały tematy nadające się bardziej na warsztaty o tolerancji (kto jeszcze nie znosi tego słowa, ręka w górę!) dla liceum, niż dla ludzi siedzących w temacie głębiej, i to już od kilku lat. Jednak nawet takie ćwiczenia jak who am I?, polegające na opisywaniu cech tworzących osobowość danego uczestnika, z perspektywy czasu wydają się mieć swoją uzasadnioną funkcję w całokształcie szkolenia. Bodies That Matter miało w końcu rozwinąć naszą świadomość różnorodności i wywołać refleksje również na temat samych siebie. Ta funkcja szkolenia została spełniona w stu procentach, przynajmniej w moim przypadku.
Temat własnej tożsamości jest czymś, co mniej lub bardziej świadomie maglujemy w sobie przez całe życie, zwłaszcza będąc osobami heteronormatywnymi. Z satysfakcją odbierałam więc możliwość tłumaczenia grupie, czym jest tożsamość bigenderowa, rozwijania – nawet minimalnego - wiedzy uczestników na temat biseksualności, możliwości licznych dyskusji na trans*-tematy, obserwowania i wysłuchiwania reakcji na nasz warsztat związany z performatywnością płci i dragiem.

Chwilami, owszem, można było poczuć się jak na szkolnej wycieczce dla dorosłych, mam tu jednak na myśli same dobre rzeczy. Dobrze było wybrać się na nocny spacer po Berlinie (pomniki pamięci Holocaustu oraz osób LGBT zamordowanych podczas II wojny w nocy sprawiają bardzo specyficzne wrażenie). Miło było jeszcze raz odwiedzić Schwules Museum, jako że będąc tam w grudniu 2013 po raz pierwszy nie poświęciłam mu wystarczająco dużo uwagi. No i LesbiSchwules Parkfest – dość uderzające wrażenie festynu w środku parku, z piwem i średniej jakości muzyką. Takie Dni Pierdółkowa Małego, z tą różnicą, że w miejskim parku w centrum Berlina zebrało się kilka tysięcy osób LGBTQ. Zero policji (nie licząc stoiska z ulotkami Bundespolizei), zero rozróby. W Polsce festiwalowy teren w miejskim parku płonąłby w tej sytuacji niczym Londyn w 1666 roku. Czyniąc taką refleksję (przypominam, 60 km od polskiej granicy!) można było tylko wewnętrznie zapłakać rzewnymi cebulowymi łzami.
A właśnie, słowo o organizacjach. Odnoszę czasami wrażenie, że inkluzywność polskich mediów, a nawet organizacji z kręgu LG(BTQ) jest jedną wielką pokazówą. Na zasadzie: "jesteśmy gejami, trzymamy tu władzę, musimy współpracować z lesbijkami i idzie nam całkiem dobrze, osoby trans są biedne i uciskane więc nie należy odbierać ich jako poważnego partnera w dyskusji (choć wszyscy czerpiemy wizerunkowe profity z Anny Grodzkiej w rządzie), a o osobach biseksualnych lepiej nie mówmy, wszyscy wiemy, że to tylko fanaberia". Ostre słowa? Cóż, moja opinia wynika wyłącznie z kilkuletnich wnikliwych obserwacji i autopsji. Niemcy wprawdzie mówili, że wcale nie jest tak różowo, że mimo istnienia niemieckojęzycznej struktury bine.net, sieci spotkań dla osób biseksualnych, a nawet BiBerlin Campu (czyli większego wydarzenia stwarzającego biseksualną przestrzeń dyskusyjno-aktywistyczną) i u nich istnieje duża skala wymazywania biseksualnych tożsamości z dyskursu publicznego i dyskursu wewnątrzśrodowiskowego. Ale struktury JUŻ istnieją, ludzie już się organizują. Dobre, prawda?

Do Berlina warto wracać, a jeśli jeszcze nie byliście – warto pojechać na kilka dni. Poczuć atmosferę wielokulturowego miasta, które – niechętnie przyznaję się do tego sam przed sobą, ale to fakt – pociąga mnie i zachęca bardziej niż Londyn, którego po wielu latach marzeń też udało mi się liznąć w czerwcu. Zresztą Berlin nie bez powodu nazywany jest queerową stolicą Europy. Tylko ten język...

Słowem zakończenia – korzystajcie, do cholery, z wyjazdów szkoleniowych, projektów, warsztatów w kraju i poza nim, jednodniowych i wielodniowych szans na podniesienie kompetencji. Chodzą słuchy, że kurek z unijną kasą ma niedługo zostać zakręcony. Głównie dlatego, że kończy się plan budżetowy rozpisany bodajże do 2015 roku, ale nie drżyjmy, rozpiszą nowy. Tyle że nie wiadomo, jak duża kasa zostanie w tej nowej puli przekazana na rozwój inicjatyw społecznych, jakie będą wymagania i jak wiele z tej kasy dotrze różnymi drogami do Polski. Ale korzystajcie. Odkrywajcie rzeczy, w których jesteście dobrzy, na których wam zależy, i idźcie w to. Osobiście jestem (na razie) niechętna zwykłym Erasmusom, gdzie spotykają się ludzie, których na dobrą sprawę nie łączy trwalej żaden wspólny interes. Ale Erasmus+ taki jak Bodies That Matter – fantastyczna rzecz. Nawet jeśli póki co niewiele osób w Polsce pojmuje, czo to ten cały kłir (poza tym, że jest to coś jeszcze straszniejszego niż gjender). A, właśnie – w Berlinie puściły moje polskie hamulce bycia "za bardzo butch", innym razem "zbyt femme", a czasem "za mało trans*". Cytując fragment z kartki, jaką otrzymałem w ramach feedbacku na koniec warsztatów, "jestem najlepszym połączeniem butch lesby i przegiętego pedała". Feels so good.


Migrujcie czasowo lub na stałe, edukujcie i głoście słowo queerowe. Howgh.   

PS. A ulotkę o biseksualności capniętą z LesbiSchwules Parkfest zamierzam przetłumaczyć na polski i być może nawet rozprowadzać. Oczekujcie. 

/najlepsze pracowakacje życia. / fot. A. Budek

/jestem biziemniakię/I'm a bipotato

/right one is bi and left one is trans, learn it



1 komentarz: