poniedziałek, 17 lutego 2014

Rusz dupę

Często, kiedy otwieram sobotnie wydanie Gazety Wyborczej, przez kark przebiega mi dreszcz podniecenia. GW jest obecna w moim życiu od dzieciństwa i od kiedy pamiętam była czytana w moim domu. Fakt, opiniotwórcze media dla ludzi takich jak ja bywają szalenie inspirujące. Ale jednak nie o Gazecie tutaj chciałam.
Zastanawiam się, jakie mam prawo utożsamiać się z ludźmi walczącymi o sprawiedliwość społeczną – tymi, którzy wyznają idee, które w pełni popieram, ale faktycznie mają w życiu gorzej ode mnie. Na Wyborczą potrafię często wydać ostatnie pieniądze (kiedyś trzydziestego dnia miesiąca dysponując ostatnim piątakiem w sklepie poprosiłam właśnie o gazetę, dwie bułki i dwa cukierki Michałki – to ostatnie chyba wyłącznie na osłodę ciężkiego studenckiego żywota). Zdaję sobie sprawę, że tylko bezmyślny kretyn w bezkrytyczny sposób wierzy w każde słowo wydrukowane w gazecie.  

Wyobraźmy sobie Polskę taką, jakiej chcieliby prawicowi politycy, tradycjonaliści, "przeciwnicy ucisku i ograniczania wolności słowa" – ci, którym się wydaje, ze nimi są, oczywiście. Wyobraźmy sobie Polskę, ba, nawet szerzej – Europę, świat który jest wszystkim, czego chcą ci ludzie, o których piszę powyżej. Może za wyjątkiem "wartości rodzinnych", bo "wartości rodzinne" bedą istniały zawsze, tak w formalnych, jak i nieformalnych relacjach.
Jestem przeciwko eksmisjom, ponieważ – w największym uproszczeniu – irytują mnie bezdomni. Zdaję sobie jednak sprawę, że za bezdomnością stoi ludzka tragedia, często przypadek, a w szerszym kontekście – niewydolność polskiego systemu pomocy dla osób znajdujących się w skrajnej biedzie i zagrożonych bezdomnością. Poza tym chcę, aby jak najwięcej osób miało dostęp do kultury która tworzy ten swiat lepszym i eliminuje prostacką mentalność. Wydaje mi się oczywistym, iż ludzie, którzy codziennie zastanawiają się, co włożyć do garnka i czy w ogóle wkładać, czy może zapłacić za mieszkanie albo kupić dziecku szkolną wyprawkę, raczej nie myślą o rozwoju intelektualnym, celebracji piękna, uczestniczeniu w kulturze. Ileż razy irytowały mnie dzieci, z którymi chodziłam do szkoły – brudne, niewychowane, lekceważące podstawowe zasady ludzkiej koegzystencji, nasawiane na zwalczanie każdego problemu przemocą. Z perspektywy przyszłego kulturoznawcy często analizuję na zajęcia oraz na własny użytek takie sytuacje. I teraz, po latach, wiem już, że do mikrego zainteresowania kulturą, które zatrzymuje się właściwie na muzyce z radia, niewybrednej techniawie i blokowym hiphopie, prowadzi złożony ciąg przyczynowo-skutkowy. Polska to jednak taki kraj, w którym ludziom nie chce się dyskutować, a każdy spór ucinany jest argumentami spod znaku Boga i tradycji. Żadna sprawa dotycząca obyczajów, etyki i budowania społeczeństwa nie jest prosta, łatwa i przyjemna, jednak są tacy, dla których problemy etyczne zawsze będą sprowadzały się do robienia dzieci dla rozrywki i usuwania ich dla przyjemności.
Następna duża sprawa – ludzki stosunek do zwierząt i ich wykorzystywanie. A taka, weźmy, słynna "kuroniówka"? Zupa, którą w ramach akcji charytatywnych była gotowana i rozdawana potrzebującym z inicjatywy Joanny i Jacka Kuroniów. Kuroniówką była "pożywna" grochówka, oczywiście gotowana na mięsie. Wszystko pięknie, idea szczytna, jednak tu wchodzi kwestia mniejszego zła. Jak mawia moja własna matka, cytując Tove Jansson, "czasami Muminki są ważniejsze od jaskółek". Jednak jaki to sens pomagać, jeśli za tą pomocą kryje się śmierdzący proceder uczestnictwa we wspieraniu krwawego rzeźnickiego biznesu? Zupa z soczewicy naprawdę jest łatwa, zdrowa, a przede wszystkim sycąca. Szkoda tylko, że w Polsce wciąż wierzy się po peerelowsku w magię mięsa, która jest równoznaczna z magią dobrobytu. Ale to się zmieni. Już zmienia się na naszych oczach.
Bronię zwierząt całym sercem, od bardzo dawna, choć raczej biernie niż czynnie, o co od lat mam do siebie żal. Ponadto mam kilka par skórzanych butów i naprawdę mam słabość do skórzanych ciuchów. Tak bardzo dumny jestem z tego, że od 13 lat nie jem mięsa – a jednak zdarzały się przecież w ciągu tych 13 lat sytuacje podbramkowe z jakimś tam schabowym (głównie na początku, kiedy właściwie jeszcze byłam dzieckiem) czy zupą gotowaną na mięsie, przemyconą przez babcię (to już współcześnie). Długo broniłam się przed weganizmem i właściwie dopiero się go uczę. Wkurwia mnie, że przemysł napędza i rozdmuchuje eksploatację zwierząt (której całkowity zanik wydaje się utopią) do niepotrzebnie wielkich rozmiarów.

Wizerunek. Jasne, nie żyjemy w latach 70., nie jestem w swoim wymarzonym Londynie (natomiast obawiam się, że kiedy już tam dotrę, srogo się rozczaruję). Rasowy punk jest tak jakby martwy, nawet jeśli w kwietniu wybieram się zobaczyć The Adicts na żywo. Johnny Rotten (pardon, obecnie John Lydon) reklamuje margarynę – co prawda po to, żeby zarobić na nagrania, ale nie mam pewności, czy cel tak do końca uświęca środki, nawet jeśli rzeczona reklama przyjemnie ocieka brytyjskością. Co więcej, ludzie którzy próbują trzymać się kurczowo wypracowanej strategii pod tytułem "no future", są dzisiaj bardziej żałośni niż groźni. A mnie faktycznie wygodnie tu, gdzie jestem i nie bardzo uśmiecha mi się stawać kimś, na widok kogo dzieci będą uciekały z krzykiem (oh, gdzie ja żyję, dzisiaj raczej będą turlać się ze śmiechu), zwłaszcza że już parę razy w życiu to przerabiałam. Opracowałem własną strategię radykalizmu, być może wybiórczego, ale w moim własnym mniemaniu jak najbardziej słusznego, i nie obejmuje ona żerowania na cudzej litości, kiedy ideologia zawodzi.

Docierając do konkluzji. Jakie prawo mam, by stawiać się w jednym szeregu z wykluczonymi: z ludźmi ubogimi, osobami dochodzącymi swoich praw w sądzie po śmierci partnera, z którym nie mogli zawrzeć legalnego związku, niepełnosprawnymi, z osobami transseksualnymi, z bezdomnymi zwierzętami? Jakie prawo mam do tego ja – ze swoim własnościowym mieszkaniem, wsparciem rodziców, absolutnie bez zamiaru zawierania związku małżeńskiego? Ja, osoba pełnosprawna, co prawda transgenderowa, ale nie transseksualna – nie przyciśnięta silną wewnętrzną potrzebą dostosowania ciała do duszy? I wreszcie ja – osoba tak bardzo broniąca praw zwierząt, ale nie w sposób czynny, choć kiedyś moim marzeniem było działać na rzecz zwierząt?  
Zastanawiam się nad tym wszystkim coraz częściej i coraz częściej dochodzę do wniosku, że życie kiedyś walnie mnie w twarz z tak niespodziewaną siłą, z jaką teraz bronię swojej aktywistyczno-alternatywnej bańki mydlanej. Bo też jestem świadoma, że ta bańka istnieje. Nie da się być wszędzie, działać wszędzie, ogarniać całego cierpiącego wszechświata. Bronię się przed myśleniem, że to małe pole aktywizmu, na którym działam, jest powodem do bezkrytycznej dumy. To myślenie w stylu babciowej dumy z piątki, którą wnuczek dostał w szkole.
W jak bardzo wydumany sposób by to nie brzmiało, mam duszę rewolucjonisty. O aktywizmie na poważnie pomyślałam chyba na początku liceum, ale w nędznej mieścinie, gdzie wtedy mieszkałam, żadne KPH ani inne inicjatywy równościowe nie docierały. Karmiłam się rzadkimi chwilami bezkarnego pozowania na artystę, głównie w teatrze. Gdyby rzeczeni dziadkowie, tak bardzo w pozytywnym znaczeniu zaaferowani faktem, że ich wnuczka gra na scenie, zobaczyli jak symuluję tam orgazm zakończony gromkim "kurwa", pewnie nie byliby tak zachwyceni.  
Potrzeba działania, ale i potrzeba stania na scenie była zawsze. Wbrew pozorom mam w sobie dużo pokory, bo wiem, że to co robię w wymiarze ogólnym tak naprawdę znaczy niewiele.
Po wielu miesiącach przerwy jakiś czas temu wróciłam do malowania. Bingo. Jeśli mogę zrealizować coś nowego, coś mało znanego i uderzającego znaczeniowo, to może chociaż będą to moje prace. Nawet, jeśli jest wielu lepszych ode mnie, ale ciiicho.
Dzisiejsze środki rewolucji to dialog, twórczość zaangażowana, street art, protesty obywatelskie, głośne głoszenie poglądów, które – im więcej osób je wyznaje – jakoś pchają ten świat do przodu. Wiecie, weganizm, ekologia, partycypacja społeczna, dyskusja. Dla mnie również działania spod znaku radykalnego queeru. Jednak jakoś wpisuję się w te działania, nie stoję zupełnie obok, nie prowadzę wyłącznie fejsbukowych kampani społecznych. Piszę te słowa na komputerze, który kupili mi rodzice, ubrana w ciuchy, na które również nie zarobiłam sama, siedząc w fotelu z Ikei, przy biurku z Ikei, przy lampie z Ikei (cóż poradzę, mają studenckie ceny), we własnym mieszkaniu, z którego raczej nikt nie ma zamiaru mnie wyeksmitować. Mam lepiej niż wielu ludzi w moim wieku, lepiej niż ci, którzy cisną się w akademikach, lepiej niż ci, którzy wyjechali na drugi koniec kraju, albo i za granicę, dokładnie nie wiedząc co ich czeka. Mam jeszcze trochę czasu na zastanowienie. Nie jestem dumny z momentów stagnacji, ze swojej nieporadności w niektórych kwestiach, z wybiórczego myślenia o niektórych sprawach. Ale mam też środki, by mówić za tych, którym głos jest odbierany.  



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz