Często, kiedy otwieram sobotnie
wydanie Gazety Wyborczej, przez kark przebiega mi dreszcz
podniecenia. GW jest obecna w moim życiu od dzieciństwa i od kiedy
pamiętam była czytana w moim domu. Fakt, opiniotwórcze media dla
ludzi takich jak ja bywają szalenie inspirujące. Ale jednak nie o
Gazecie tutaj chciałam.
Zastanawiam się, jakie mam prawo
utożsamiać się z ludźmi walczącymi o sprawiedliwość społeczną
– tymi, którzy wyznają idee, które w pełni popieram, ale
faktycznie mają w życiu gorzej ode mnie. Na Wyborczą potrafię
często wydać ostatnie pieniądze (kiedyś trzydziestego dnia
miesiąca dysponując ostatnim piątakiem w sklepie poprosiłam
właśnie o gazetę, dwie bułki i dwa cukierki Michałki – to
ostatnie chyba wyłącznie na osłodę ciężkiego studenckiego
żywota). Zdaję sobie sprawę, że tylko bezmyślny kretyn w
bezkrytyczny sposób wierzy w każde słowo wydrukowane w gazecie.
Wyobraźmy sobie Polskę taką, jakiej
chcieliby prawicowi politycy, tradycjonaliści, "przeciwnicy
ucisku i ograniczania wolności słowa" – ci, którym się
wydaje, ze nimi są, oczywiście. Wyobraźmy sobie Polskę, ba, nawet
szerzej – Europę, świat który jest wszystkim, czego chcą ci
ludzie, o których piszę powyżej. Może za wyjątkiem "wartości
rodzinnych", bo "wartości rodzinne" bedą istniały
zawsze, tak w formalnych, jak i nieformalnych relacjach.
Jestem przeciwko eksmisjom, ponieważ –
w największym uproszczeniu – irytują mnie bezdomni. Zdaję sobie
jednak sprawę, że za bezdomnością stoi ludzka tragedia, często
przypadek, a w szerszym kontekście – niewydolność polskiego
systemu pomocy dla osób znajdujących się w skrajnej biedzie i
zagrożonych bezdomnością. Poza tym chcę, aby jak najwięcej osób
miało dostęp do kultury która tworzy ten swiat lepszym i eliminuje
prostacką mentalność. Wydaje mi się oczywistym, iż ludzie,
którzy codziennie zastanawiają się, co włożyć do garnka i czy w
ogóle wkładać, czy może zapłacić za mieszkanie albo kupić
dziecku szkolną wyprawkę, raczej nie myślą o rozwoju
intelektualnym, celebracji piękna, uczestniczeniu w kulturze. Ileż
razy irytowały mnie dzieci, z którymi chodziłam do szkoły –
brudne, niewychowane, lekceważące podstawowe zasady ludzkiej
koegzystencji, nasawiane na zwalczanie każdego problemu przemocą. Z
perspektywy przyszłego kulturoznawcy często analizuję na zajęcia
oraz na własny użytek takie sytuacje. I teraz, po latach, wiem już,
że do mikrego zainteresowania kulturą, które zatrzymuje się
właściwie na muzyce z radia, niewybrednej techniawie i blokowym
hiphopie, prowadzi złożony ciąg przyczynowo-skutkowy. Polska to
jednak taki kraj, w którym ludziom nie chce się dyskutować, a
każdy spór ucinany jest argumentami spod znaku Boga i tradycji.
Żadna sprawa dotycząca obyczajów, etyki i budowania społeczeństwa
nie jest prosta, łatwa i przyjemna, jednak są tacy, dla których
problemy etyczne zawsze będą sprowadzały się do robienia dzieci
dla rozrywki i usuwania ich dla przyjemności.
Następna duża sprawa – ludzki
stosunek do zwierząt i ich wykorzystywanie. A taka, weźmy, słynna
"kuroniówka"? Zupa, którą w ramach akcji charytatywnych
była gotowana i rozdawana potrzebującym z inicjatywy Joanny i Jacka
Kuroniów. Kuroniówką była "pożywna" grochówka,
oczywiście gotowana na mięsie. Wszystko pięknie, idea szczytna,
jednak tu wchodzi kwestia mniejszego zła. Jak mawia moja własna
matka, cytując Tove Jansson, "czasami Muminki są ważniejsze
od jaskółek". Jednak jaki to sens pomagać, jeśli za tą
pomocą kryje się śmierdzący proceder uczestnictwa we wspieraniu
krwawego rzeźnickiego biznesu? Zupa z soczewicy naprawdę jest
łatwa, zdrowa, a przede wszystkim sycąca. Szkoda tylko, że w
Polsce wciąż wierzy się po peerelowsku w magię mięsa, która
jest równoznaczna z magią dobrobytu. Ale to się zmieni. Już
zmienia się na naszych oczach.
Bronię zwierząt całym sercem, od
bardzo dawna, choć raczej biernie niż czynnie, o co od lat mam do
siebie żal. Ponadto mam kilka par skórzanych butów i naprawdę mam
słabość do skórzanych ciuchów. Tak bardzo dumny jestem z tego,
że od 13 lat nie jem mięsa – a jednak zdarzały się przecież w
ciągu tych 13 lat sytuacje podbramkowe z jakimś tam schabowym
(głównie na początku, kiedy właściwie jeszcze byłam dzieckiem)
czy zupą gotowaną na mięsie, przemyconą przez babcię (to już
współcześnie). Długo broniłam się przed weganizmem i właściwie
dopiero się go uczę. Wkurwia mnie, że przemysł napędza i
rozdmuchuje eksploatację zwierząt (której całkowity zanik wydaje
się utopią) do niepotrzebnie wielkich rozmiarów.
Wizerunek. Jasne, nie żyjemy w latach
70., nie jestem w swoim wymarzonym Londynie (natomiast obawiam się,
że kiedy już tam dotrę, srogo się rozczaruję). Rasowy punk jest
tak jakby martwy, nawet jeśli w kwietniu wybieram się zobaczyć The
Adicts na żywo. Johnny Rotten (pardon, obecnie John Lydon) reklamuje
margarynę – co prawda po to, żeby zarobić na nagrania, ale nie
mam pewności, czy cel tak do końca uświęca środki, nawet jeśli
rzeczona reklama przyjemnie ocieka brytyjskością. Co więcej,
ludzie którzy próbują trzymać się kurczowo wypracowanej
strategii pod tytułem "no future", są dzisiaj bardziej
żałośni niż groźni. A mnie faktycznie wygodnie tu, gdzie jestem
i nie bardzo uśmiecha mi się stawać kimś, na widok kogo dzieci
będą uciekały z krzykiem (oh, gdzie ja żyję, dzisiaj raczej będą
turlać się ze śmiechu), zwłaszcza że już parę razy w życiu to
przerabiałam. Opracowałem własną strategię radykalizmu, być
może wybiórczego, ale w moim własnym mniemaniu jak najbardziej
słusznego, i nie obejmuje ona żerowania na cudzej litości, kiedy
ideologia zawodzi.
Docierając do konkluzji. Jakie prawo
mam, by stawiać się w jednym szeregu z wykluczonymi: z ludźmi
ubogimi, osobami dochodzącymi swoich praw w sądzie po śmierci
partnera, z którym nie mogli zawrzeć legalnego związku,
niepełnosprawnymi, z osobami transseksualnymi, z bezdomnymi
zwierzętami? Jakie prawo mam do tego ja – ze swoim własnościowym
mieszkaniem, wsparciem rodziców, absolutnie bez zamiaru zawierania
związku małżeńskiego? Ja, osoba pełnosprawna, co prawda
transgenderowa, ale nie transseksualna – nie przyciśnięta silną
wewnętrzną potrzebą dostosowania ciała do duszy? I wreszcie ja –
osoba tak bardzo broniąca praw zwierząt, ale nie w sposób czynny,
choć kiedyś moim marzeniem było działać na rzecz zwierząt?
Zastanawiam się nad tym wszystkim
coraz częściej i coraz częściej dochodzę do wniosku, że życie
kiedyś walnie mnie w twarz z tak niespodziewaną siłą, z jaką
teraz bronię swojej aktywistyczno-alternatywnej bańki mydlanej. Bo
też jestem świadoma, że ta bańka istnieje. Nie da się być
wszędzie, działać wszędzie, ogarniać całego cierpiącego
wszechświata. Bronię się przed myśleniem, że to małe pole
aktywizmu, na którym działam, jest powodem do bezkrytycznej dumy.
To myślenie w stylu babciowej dumy z piątki, którą wnuczek dostał
w szkole.
W jak bardzo wydumany sposób by to nie
brzmiało, mam duszę rewolucjonisty. O aktywizmie na poważnie
pomyślałam chyba na początku liceum, ale w nędznej mieścinie,
gdzie wtedy mieszkałam, żadne KPH ani inne inicjatywy równościowe
nie docierały. Karmiłam się rzadkimi chwilami bezkarnego pozowania
na artystę, głównie w teatrze. Gdyby rzeczeni dziadkowie, tak
bardzo w pozytywnym znaczeniu zaaferowani faktem, że ich wnuczka gra
na scenie, zobaczyli jak symuluję tam orgazm zakończony
gromkim "kurwa", pewnie nie byliby tak zachwyceni.
Potrzeba działania, ale i potrzeba
stania na scenie była zawsze. Wbrew pozorom mam w sobie dużo
pokory, bo wiem, że to co robię w wymiarze ogólnym tak naprawdę
znaczy niewiele.
Po wielu miesiącach przerwy jakiś
czas temu wróciłam do malowania. Bingo. Jeśli mogę zrealizować
coś nowego, coś mało znanego i uderzającego znaczeniowo, to może
chociaż będą to moje prace. Nawet, jeśli jest wielu lepszych ode
mnie, ale ciiicho.
Dzisiejsze środki rewolucji to dialog,
twórczość zaangażowana, street art, protesty obywatelskie, głośne
głoszenie poglądów, które – im więcej osób je wyznaje –
jakoś pchają ten świat do przodu. Wiecie, weganizm, ekologia,
partycypacja społeczna, dyskusja. Dla mnie również działania spod
znaku radykalnego queeru. Jednak jakoś wpisuję się w te działania,
nie stoję zupełnie obok, nie prowadzę wyłącznie fejsbukowych kampani społecznych. Piszę te słowa na komputerze, który
kupili mi rodzice, ubrana w ciuchy, na które również nie zarobiłam
sama, siedząc w fotelu z Ikei, przy biurku z Ikei, przy lampie z
Ikei (cóż poradzę, mają studenckie ceny), we własnym mieszkaniu,
z którego raczej nikt nie ma zamiaru mnie wyeksmitować. Mam lepiej
niż wielu ludzi w moim wieku, lepiej niż ci, którzy cisną się w
akademikach, lepiej niż ci, którzy wyjechali na drugi koniec kraju,
albo i za granicę, dokładnie nie wiedząc co ich czeka. Mam jeszcze
trochę czasu na zastanowienie. Nie jestem dumny z momentów
stagnacji, ze swojej nieporadności w niektórych kwestiach, z
wybiórczego myślenia o niektórych sprawach. Ale mam też środki,
by mówić za tych, którym głos jest odbierany.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz