Ciężko jest zrobić skrótowy bilans, kiedy muzyczny rok składał się z wielkich rzeczy. Dźwięków i obrazów, na temat których można by napisać wielotomową encyklopedię. Wybaczcie mi zatem lakoniczność, a na osłodę obejrzyjcie co nieco. Ej, będzie fajnie. Czasem zaboli od myślenia nad znaczeniami i złożonymi konwencjami estetycznymi, czasem stwierdzicie, że uprawiam zawoalowany mentalny ekshibicjonizm (nie pierwszy raz w końcu), ale będzie naprawdę fajnie. No, to jak?
Zaczęło się 8 stycznia, w urodziny Pana, na którego come back jedni wciąż czekali, a drudzy stracili już nadzieję. Potem świat ujrzał TEN teledysk. I już było wiadomo, że to wciąż ten sam, stary, dobry, żonglujący konwencjami i bawiący się (pół?)świadomie kodami androgyniczności Bowie. Tilda Swinton, Saskia de Brauw i Andrej Pejić - no czego chcieć więcej?
David Bowie - The Stars (Are out tonight)
Zima trwała długo. Pamiętam pewien marcowy wieczór, kiedy brnęłam z torbą wypełnioną kostiumami na imprezę i swój występ w nieistniejącym łódzkim klubie (absolutnie nie zamierzam tu reklamować tej dziury). Na imprezę tę - której chyba najmocniejszym punktem była nazwa (tak, coś z "butch", "femme" i "queer" w tytule) i zdjęcie reklamujące ją na Facebooku - spuśćmy lepiej zasłonę milczenia. Pamiętam jednak, że przez dwa następne wiosennozimowe dni nie musiałam wychodzić z łóżka. A towarzyszyła mi TA piosenka - wraz z syntezatorami, które wywoływały i do dziś wywołują gęsią skórkę. I nie tylko one.
Apoptygma Berzerk - Cambodia (cover Kim Wilde)
Na początku marca nadszedł też w końcu wyczekiwany przeze mnie od dawna wieczór, kiedy emocjonalne pokwikiwanie przed ekranem komputera stało się więcej niż usprawiedliwione. Oto bowiem powróciło The Cliks. Najpierw z jednym utworem, potem z całą płytą. Zespół, który kilkakrotnie zmieniał skład i styl, przeszedł nieco turbulencji i wciąż zmaga się z syndromem utalentowanej, ale słabo zarabiającej kanadyjskiej alternatywy. Ja kibicuję Im niezmiennie od prawie trzech lat i niezmiennie podziwiam wytrwałość i osobowość Ich lidera. Z Lucasem Silveirą poznaliśmy się przy okazji pewnego internetowego zestawienia "10 najgorętszych mężczyzn, którzy byli kiedyś kobietami" (niezbyt elegancki tytuł, tak przy okazji), kiedy to wpadłam w najgłębsze niedowierzanie na temat Jego biologicznej płci. Miłość trwa do dziś, a plakat z autografem Lucasa wisi na mojej ścianie.
The Cliks - Savanna
PS. Savanna wcale nie jest takim najlepszym utworem z tej płyty Gorąco polecam całość.
W okolicy kwietnia nadeszła pora na wycieczkę do Warszawy i rodzinny spęd na uroczystym, siedzącym, akustycznym koncercie Patricka Wolfa w Palladium. I na rodzinne wycie pod sceną, bo cóż, że garnitury, kiedy bariera między Nim a nami zdawała się już dawno stopnieć.
Patrick Wolf - The Libertine (Sundark and Riverlight) - polecam Paniom i Panom, naprawdę jest na co popatrzeć.
Z nowym materiałem zdążył także zapoznać nas IAMX. Zespół, który najlepiej określają słowa "wino, seks, IAMX", który sprzedaje jako pamiątki odłamki szkła zmieszane z brokatem i cekinami, który doprowadził sceniczną maskaradę i (nie tylko) sceniczny crossdressing do perfekcji. Estetyczne inspiracje muzyką i wizerunkiem tego projektu nie mają końca, nie tylko u mnie zresztą, bo ilość dewocyjnie oddanych zespołowi polskich fanów wciąż rośnie, a ja i Moi Ludzie czujemy się już w tym gronie szacownymi doświadczonymi wyjadaczami - seniorami. Aktualnie Lider przebywa na zdrowotnym wywczasie z powodu chronicznej bezsenności, a trasa koncertowa przeniesiona jest w niebyt czasowy, więc oglądajmy, słuchajmy i wyślijmy przy okazji trochę dobrej energii w kosmos. Takiej winnoczekoladowej.
IAMX - Quiet the mind
A skoro już przy najbardziej znaczących dla mnie osobiście zespołach jesteśmy. W drugiej połowie roku coraz bardziej niecierpliwie oczekiwaliśmy nowego Placebo. Na temat tej płyty napisałem już bardzo wiele - jako i uczynili to moi placebowi znajomi. Zawrzało. Tym razem dla odmiany dlatego, że Placebo nagrało, moim skromnym zdaniem, jedną z najlepszych płyt w swojej karierze. A pomyśleć, że po "Battle for the sun" mieliśmy już wizje końca placebowego świata. A jednak.
Placebo - Exit Wounds
25 lipca prawie zupełnie spontanicznie, dużym łutem szczęścia znalazłam się na stadionie narodowym w Warszawie na pierwszej - o, nigdy nie daruję sobie tych zmarnowanych lat - Czarnej Mszy z Depeche Mode w moim życiu. Cóż, powtórka już w lutym. A w lipcu było przepieknie, nawet jeśli za sporą część emocji odpowiadała psychologia zachowania tłumu, bo z miejsca oddalonego kilometr od sceny niewiele dało się zobaczyć. Czekamy na luty w Łodzi, a tymczasem - Martin Lee Gore.
Depeche Mode/Martin Gore - Home
Wraz z sierpniem objawiła się również pierwsza nowa Gaga - z teledyskiem, na widok którego mogłem tylko zarechotać porozumiewawczo w stronę ekranu wypełnionego drag queenami. I jednym drag kingiem. Ten dragowy Piotruś Pan frapuje mnie do dzisiaj. Gaga po raz kolejny porozumiewawczo puściła oko nie tylko do całego środowiska LGBTQ, ale szczególnie do drags i transów. Bo Gaga kocha transów, jak już wspominała wielokrotnie.
Lady Gaga - Applause
Jednak największy ładunek emocji miał nadejść wraz z listopadem. Koncertowy miesiąc otworzyły wyczekane Tegan&Sara (dziękuję M., która uratowała mi ten koncert towarzysko i byłą Najlepszą Lesbą Towarzyszącą, jaką mogłam sobie na ten event wymarzyć), następna była chyba jeszcze bardziej wyczekana Amanda Palmer. Pot, łzy, śmiech, zdarte gardła i na dokładkę do tego wszystkiego Gaba Kulka, która wmówiła Palmer, że "Ona tańczy dla mnie" jest tradycyjną polską folkową piosenką. Wyszło nawet nieźle.
Tegan&Sara - Now I'm all messed up (all time favorite, motywem akwareli zawsze mnie przekupicie.)
Amanda Palmer & Gaba Kulka - Ona tańczy dla mnie (oh, Gaba, proszę, wyoutuj się wreszcie, chociaż tak troszeczkę.)
Ale to wszystko zbledło przy wieczorze z Hurts, który trochę mnie uratował, trochę sponiewierał, pozostawił wspomnienie rozmowy z Theo Hutchcraftem, trzęsących się nóg, a do tego poczucia, że wszystko wraca na swoje miejsce dzięki bliskości wywołanej kilkoma dźwiękami. To co, rozklejmy się zatem ponownie.
Hurts - Blind
(ten zespół perfekcyjnie reprezentuje zjawisko, które na własny użytek nazywam nieświadomością queeru. zafiksowani choć trochę na punkcie półakademickiego dyskursu i queerowych kodów estetycznych odczytają tę analogię.)
Z obowiązku - trochę dziennikarskiego, a trochę swojego własnego - odnotuję, że w 2013 roku ukazał się również pierwszy po ponad dziesięcioletniej przerwie album mistrzów androgynicznego britpopu, grupy Suede. Jak prawie wszyscy wiedzą, mam nieprzemijającą słabość do dobrze zakonserwowanych czterdziestoparolatków. A jeśli te czterdziestki w dodatku mają niezmiennie chwytające za serce głosy i powalającą prezencję sceniczną, to już musicie Ich posłuchać.
Suede - It starts and ends with you
Mogę tak wymieniać jeszcze długo, dodając wydarzenia filmowe i inne, ale oczy ze zmęczenia powoli mi wypadają i toczą się pod biurko. Mam jednak nadzieję, że tymi ruchomymi obrazami z 2013 roku przypomniałam Wam trochę szczęśliwych momentów, dobrych dźwięków, zapomnianych muzycznych inspiracji. Twórzcie własne zestawienia, dodawajcie wideoklipy. Nic nie tworzy takich dobrych wspomnień jak muzyka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz