Po pierwsze: było warto. Jak zresztą
każdego roku, kiedy wiele osób na moim miejscu miałoby
wątpliwości, czy wydać pieniądze, poświęcić czas, zaryzykować
przestawienie wielu spraw w codziennym trybie życia i martwić się
o noclegi albo transport. Wiele osób, ale nie ja. Koncertów i
innych wydarzeń jest w ciągu roku tak wiele, że oczywiście trzeba
się nieźle nagimnastykować, żeby zobaczyć i usłyszeć to, co
się chce (lub czego się pragnie/potrzebuje, bo na zwykłym chceniu
rzecz się nie kończy). Niemniej jednak jako osobie zaprawionej w
koncertowych bojach takie przeciwności mi niestraszne. I tutaj
skończmy dyskusję na temat "dlaczego", a zacznijmy na
temat "jak było i czemuż tak pięknie".
Ostatnie dni były początkiem dzikiej
gonitwy, jaką prawie co roku jest jesienna międzymiastowa trasa
koncertowa. W tym roku jednak o tyle wyjątkowa, że poza
obowiązkowym nabożeństwem w postaci czekającego mnie (nas)
jeszcze we wtorek koncertu Placebo i niedoszłymi koncertami IAMX,
które zwykle są żelaznym punktem jesieni, dane mi było zobaczyć
w końcu Amandę "Fucking" Palmer, Tegan i Sarę oraz
Hurts. Których wprawdzie widziałam już na żywo w marcu tego roku,
ale tamten występ jest w moich wspomnieniach prawie niczym wobec
tego sprzed dwóch dni.
Moje wywnętrzenia o Tegan i Sarze
możecie sobie poczytać na queer.pl oraz rownasie.pl, więc nie będę
się powtarzać. Placebo dopiero nadchodzi i zawsze jest przeżyciem
tak osobistym, że trudno mi o nim pisać. Chociaż z drugiej strony,
Hurts niewątpliwie przeżyłam i przeżywam wciąż tak osobiście,
ze bardziej chyba się nie da. No to teraz spróbuję cokolwiek
napisać na temat tych szalonych dni.
Chronologicznie rzecz biorąc, należy
zacząć od Amandy. Zaraz po przyjeździe do Krakowa po niemal
sześciu godzinach gniecenia się w Polskim Busie czekały na mnie:
Osoby w liczbie dwóch, naleśniki, bajaderka, wino i koty. A potem
już poturlaliśmy się w tym składzie (bez kotów) do klubu, gdzie
po spotkaniu z Osobą numer cztery i wysłuchaniu trzech (!)
supportów oraz po pewnym miłym – tak, tak, miłym – incydencie
z wylanym piwem stanęła przed nami ta pieprzona kłirowa bestia,
ten wulkan energii, jakim jest Amanda Palmer.
Notowanie setlisty kawałek po kawałku
było praktycznie niemożliwe wobec gonitwy myśli, jaka w ciągu
dwóch godzin przetoczyła się przez moją głowę. Po prostu w
pewnym momencie światła zgasły, a naszym oczom ukazała się
Amanda stojąca na balkonie, trzymająca w ręku ukulele i drąca się
a capella – a było to "Creep". I'm a creep, I'm a
weirdo. Most of us are weirdos. I tak już przez cały wieczór
Palmer wysyłała w naszą stronę sygnały porozumienia. Bo wierzcie
mi, na koncerty takich nieprzypadkowych artystów nie chodzą
przypadkowi ludzie.
A potem sru, "Do it with a
rockstar". Potężny kawał głośnego, punkowo queerowego
grania, w którym po raz pierwszy zobaczyliśmy muzyków Grand Theft
Orchestra, zwanych roboczo Niedźwiedziem, Garniturkiem i Tym w
Różowych Spodniach. I co z tego że w różowych, skoro wyglądał
w nich oszałamiająco.
Bohaterka wieczoru przemówiła po
trzecim z kolei "Killing type". A potem usiadła do
ustrojonego kwiatami pianina i wykonała emocjonalne, mocne,
kabaretowe "Missed me" z repertuaru Dresden Dolls. Co do
których zapowiedziała, że być moze powrócą (jaramy się mocno).
Jeśli kiedykolwiek martwiłem się, że
urodziłam się za późno aby usłyszeć "Smells like teen
spirit" mojej ukochanej Nirvany na żywo, to już nie żałuję
niczego. To była prawie Nirvana, a w tym przypadku prawie nie robi
wielkiej różnicy. Darcie mordy, skakanie w tłumie, Amanda w
ramionach widowni. To był grunge, uwierzcie na słowo.
I mój ulubiony ostatnio "Astronaut".
Następnie Palmer zafundowała nam
dłuższą przemowę na temat Lou Reeda (tylko nie mówcie, że to
teraz po jego śmierci modne, bo wierzę jej na słowo kiedy
twierdzi, iż bardzo wpłynął na nią w młodości). No więc było
"Look on the wild side", a słynne pampararam, a raczej
tutururu z tej piosenki Amandzia kazała zaśpiewać nam, czyli
widowni. Głośniej, ciszej, aż do całkowitego upłynnienia dźwięku
i osiągniecia efektu turkoczących kół pociągu. Magiczny moment
połączenia.
Dopiero wtedy zorientowałam się, że
na jej gorsecie widnieje nie kto inny, jak Klaus Nomi, czyli bratnia
dusza Kraftwerk i Bowiego, tylko jeszcze dziwniejsza i bardziej
queerowa. Idealny mentor, idealna twarz na ubranie.
A potem na scenę wskoczyła Gaba Kulka
(wcześniejszy support i chyba już przyjaciółka Amandy), aby
wykonać w duecie najbardziej zaskakujący kawałek tego wieczoru.
Jak to ujęła Amandzia, "traditional polish folk song",
którą okazała się najlepsiejsza wersja "Ona tańczy dla
mnie", jaką można sobie wyobrazić. Na poczatku śmiałam się
przez jakieś pół minuty i nie mogłam przestać, ale daję znak
jakości, zdecydowanie.
Po tych mocnych wrażeniach ze sceny
spłynęło na widownię ogromne płótno (och, dlaczego nie
tęczowe!), a na płótno wskoczyła gwiazda, by dać się ponieść
tłumowi. Po całej sali. Ode mnie, przepływając na tym płótnie
nieopodal, dostała buziaka w policzek. I kissed Amanda and I liked
it – jakkolwiek liczyłabym raczej na pocałunek w usta, jakim
obdarzała wielu fanów na tej trasie (ona to lubi, tak). Cóż,
dobre i to.
"All that matters is nightime",
powiedziała zaczynając kolejny utwór – wykonane solowo, niemal
akustycznie "Bedsong". Wyciskające łzy z oczu. Jednak ten
koncert to w większości dla mnie czyste emocje bez wspomnień,
wolne od odniesień do mojego własnego życiorysu. Co jest
szczególnie cenne, bo gdyby wpakować w te piosenki jeszcze trochę
emocji, coś złego mogłoby stać sie z moim sercem.
"Coin operated boy"
przyklepało pomysł na mój premierowy dragowy kawałek. Dzięki,
Palmer, inspirujesz.
Pod koniec setu na scenie było chyba z
dziesięć osób, a zespół bisował dwa razy. Jako ostatnią
piosenkę dostaliśmy "Ukulele anthem". Do kompletu z
wiadomością, że Nadezhda Tolokonnikova, członkini Pussy Riot,
została przetransportowana do kolonii karnej na Syberię. Amanda
zaangażowana, Amanda wyzwolona, Amanda walcząca, Amanda queerowa,
głośna i kolorowa. Każdą z nich było nam dane poznać tego
wieczora.
Niecałą dobę później byłam już w
Warszawie. I tej nocy nie potrafię już opisać składnie i
sensownie.
Home it's where the heart is.
Przede wszystkim dziękuję K. za to,
że była tam ze mną, że była mi oparciem emocjonalnym przez cały
koncert i potem, kiedy rozklejaliśmy się jak rasowe bobry. Oraz
pozdrawiam Zytę jako jedną z tych przefajnych znajomości
nawiązanych w okolicach koncertów.
Nie myślałam, że po Placebo i IAMX
zakocham się jeszcze kiedyś muzycznie tak intensywnie. Tymczasem
Hurts to niezły kawałek mojej prywatnej historii, głównie z
ostatniego roku. Historii opartej na całkiem przypadkowym styku
fascynacji i wzajemnych inspiracji.
Rano po koncercie nastąpiła
oczywiście ceremonia odsłuchu Exile, podczas której ciężko było
nam ruszyć się z miejsca pod wpływem dźwięku. Nie bez powodu
Theo Hutchcraft mówi, że interesuje go związek narkotycznego
uzależnienia i fetyszu z religią. Identycznie możnaby opisać
stan, na który przypadkowo znalazłyśmy nazwę – Theofilia:
całkowite, mimowolne oddanie.
Insynuowanie biseksualności swoich
idoli to bardzo brzydka sprawa, wiem. Jednak ciężko powstrzymać
się od skojarzeń z płynnymi genderowo gwiazdami synthpopu lat 80.,
kiedy się patrzy na Hurts. Na ich formułę męskiego duetu,
eleganckie garnitury, biżuterię, gesty. Na ręce Theo Hutchcrafta.
Na cały ten look, który przywołuje skojarzenia z hasłem "Naziści
byli źli, ale dobrze się ubierali". A przy okazji tym, którzy
mają bardziej plastyczną wyobraźnię, każe wizualizować sobie,
jakby to było gdyby Theodore nosił sukienki. Co też zamierzam w
najbliższym czasie namalować.
Naprawdę nie myślałam, że "Somebody
to die for" może ruszyć mnie bardziej niż "Blind".
Z prywatnych osiągnięć: autografy i
zdjęcia to jedno, dziesięciosekundowa wymiana zdań z Theo to
drugie. I dzika satysfakcja, że mogłam powiedzieć mu o występach
na bazie Wonderful Life. Satysfakcja i przyjemność bycia jednym z
tysięcy fanów – a jednak jest w tym coś prawdziwego, szczerego,
moja nadzieja na więcej – pewnego dnia.
Lead me in chains
Strip me of shame
Caress me with pain
Cos I'm down on my knees
And I'm begging you please as you say
Don't cry mercy
There's too much pain to come
I could drag you from the ocean
I could pull you from the fire
When you're standing in the shadows
I could open up the sky
I could give you my devotion
Until the end of time
And you will never be forgotten
With me by your side
Amandzia nie pływała po płótnie, ona sobie je przyczepiła do stroju i ono pływało za nią :D lof <3
OdpowiedzUsuńGdzie Ci sie udalo zrobic zdjecia z Hurts?
OdpowiedzUsuńzdjęcia w końcu nie udało mi się zrobić, ale Theo wyszedł do nas jakąś godzinę po koncercie wyjściem z tyłu Torwaru, od parkingu.
Usuń