"Życie Adeli" to taki film,
po którym zachciewa się kilku rzeczy: makaronu, wina, malowania
obrazów i uprawiania miłości. A także film, w który wiele osób
na wpół świadomie wejdzie całą, całym sobą i będzie
przeżywało niemal fizycznie doznania i przeżycia bohaterek. Takie
zresztą było uzasadnienie werdyktu jury festiwalu w Cannes, który
nagrodził film Złotą Palmą. Według niego "Życie..."
to "Jedna z najpiękniejszych historii miłosnych w kinie
ostatnich lat. Miłości, z którą każdy może się identyfikować,
rozpoznać w niej swoje związki."
Aktorki odtwarzające główne role,
Léa Seydoux i Adèle Exarchopoulos już po premierze filmu wyznały,
że jego produkcja była męką: reżyser Abdellatif Kechiche nie
miał ponoć ustalonej wizji i kazał im powtarzać każdą scenę
wiele razy. To niezdecydowanie widać wyraźnie w pierwszej połowie
filmu – po godzinie spędzonej w kinowym fotelu zaczęłam zerkać
na zegarek zastanawiając się, kiedy akcja przyspieszy. A
przyspiesza znacznie w chwili, kiedy Adele przekracza symboliczny
próg obcego świata – lesbijskiego baru.
Emma i Adele pochodzą z dwóch różnych
światów. Różnią się wiekiem, zainteresowaniami, temperamentem,
modelem według którego zostały wychowane. Ich pierwsze spotkanie
następuje, kiedy mijają się przypadkiem na ulicy. Każda idzie w
swoją stronę, jednak Adele nie potrafi wyrzucić niebieskowłosej
nieznajomej z głowy. Po drodze mamy szkolne kłopoty, nieudaną
(wymuszoną?) próbę związku z "największym ciachem w
szkole", przyjaciela geja... Splot przypadków prowadzi w końcu
dziewczynę do miejsc odwiedzanych przez osoby LGBTQ – w tym Emmę.
W gejowskim klubie jeden z gości mówi
do Adele: podążaj za uczuciem, nie za płcią; rób, co podpowiada
ci serce. Ta zasada wydaje się idealnie pasować do bohaterki. Nie
określa się ona bowiem stanowczo jako lesbijka, w przeciwieństwie
do Emmy. Niebieskowłosa dziewczyna prowadzi swoją młodszą
partnerkę przez fascynujący, zupełnie nowy dla niej świat; świat,
w którym Adele przestaje być nastolatką, a staje się samodzielną
kobietą. I po raz kolejny mamy tu sytuację, w której strona, która
jest "100% homo", żąda od drugiej całkowitego oddania,
ostatecznego określenia, zagłuszenia potrzeb. A przecież młoda
Adele zostaje wrzucona na głęboką wodę, wciąż szuka i
zastanawia się nad sobą. Nie dlatego, że nie kocha Emmy. Jej
życie, kręcąc się wokół związku stworzonego z kobietą nabiera
tempa, jakiego nie miało nigdy wcześniej. A ona z całych sił
stara się odnaleźć w nim siebie.
Film już zasłynął długimi,
przepięknie i szczegółowo zrealizowanymi scenami kobiecego seksu.
Dotychczas naprawdę niewiele było produkcji, w których fizyczna
miłość miedzy kobietami zostałaby pokazana z tak bliska, tak
realistycznie. I to jest świetne – ta część widowni, która
nigdy nie przeżyła takiego zbliżenia jak bohaterki, może
przekonać się na własne oczy o towarzyszących mu emocjach.
Intymne zbliżenia kamery zdają się mówić w imieniu bohaterek:
"Jesteśmy tutaj, tak wygląda nasza miłość. I jest
całkowicie normalna, całkowicie możliwa."
Mówiąc o "Życiu Adeli",
myślę także o polsko-węgierskim "Innym spojrzeniu" z
1982 roku, w którym główne role zagrały Jadwiga Jankowska-Cieślak
i Grażyna Szapołowska. Pozornie zupełnie inna historia oscyluje
również wokół miłosnej relacji dwóch kobiet, pełnej uników i
niepewności. Jest tam scena przesłuchania, w której ciekawski
policjant pyta jedną z bohaterek, jak to możliwe, że dwie kobiety
mogą się kochać. Poirytowana pokazuje mu na palcach – można to
robić jednym, dwoma albo trzema. Tak niewiele i tak wiele zarazem,
symboliczne przedstawienie faktu, iż warunkiem miłości (i
oczywiście seksu) nie jest "idealne", heteronormatywne
dopasowanie części ciała.
Ciekawi mnie jedynie, kiedy festiwalowe
nagrody zgarnie film, którego bohaterki nie będą tak piękne,
chude i młode jak Emma i Adele. Wtedy dopiero będzie można mówić
o prawdziwym sukcesie i realizmie. Na razie w ogóle niewiele
produkuje się filmów – nawet tych niszowych, nie mówiąc już o
głównym nurcie – w których postaci reprezentowałyby każdy wiek
i typ urody, jednym słowem takie, jakie widujemy na ulicach i w
klubach. Póki co, podziwiajmy jednak dzieło Abdellatifa Kechiche:
tak realistyczne, że aż gryzie w oczy; tak symboliczne, że odczyta
je (prawie) każdy i każda z nas; niebywale naładowane emocjami, a
jednocześnie piękne.
Polecam http://www.filmweb.pl/film/80+dni-2010-561659
OdpowiedzUsuń